niedziela, 16 sierpnia 2026



Kalkulacja była taka. W początkach kampanii Karol Nawrocki był nieporadny w pierwszych przemówieniach, słupki notowań miał niskie, część polityków PiS sabotowała jego kandydaturę i podsycała w mediach nastrój, że kandydat PiS może nie wejść do drugiej tury. Bosak — relacjonują ludzie z jego otoczenia — bardzo chciał wykorzystać słabość Nawrockiego. Problem w tym, że kandydatem Konfederacji był już Sławomir Mentzen, który powiedział, że będzie startował bez względu na wszystko, i to zrobił.

— Krzysiek robił dobrą minę do złej gry. Nawet mu to wychodziło. Chciał kandydować, ale nie chciał, żeby przez to się rozleciała partia. Odłożył własną ambicję na bok — mówi mój rozmówca.

W wymarzonym scenariuszu Bosak wchodził do drugiej tury z Rafałem Trzaskowskim i wtedy wszyscy na prawicy jednoczą się przeciwko prezydentowi Warszawy, dając zwycięstwo najgładszemu z narodowców. Ostatecznie wystartował jednak Mentzen i zdobył 14,8 proc.

Dziś Krzysztof Bosak wpada czasami do pałacu prezydenckiego. Spotkania osobiste z Nawrockim nie są częste, ale telefonicznie bądź SMS-owo już tak. — Trzymają bliski kontakt — opowiada jeden z polityków z jego kręgu.

— Ale Karol stara się trzymać równowagę w kontaktach z Bosakiem i Mentzenem, żeby któryś nie czuł się wyróżniany, bo mogliby się pożreć — mówi rozmówca z obozu prezydenta.

(...)

Bosak, tak jak Nawrocki, jest bardzo krytyczny wobec Ukrainy. Ale mówi nie tylko o banderowcach i o tym, że Kijowowi nie można dawać rakiet do Patriotów. Wspomina też często o emeryturach z ZUS, które w przyszłości będą wypłacane Ukraińcom, którzy w Polsce płacili składki.

Obydwaj są twardymi prawicowcami w podobnym wieku (44-letni Bosak jest o rok starszy). Ale coś ich różni. — Bosak ma wrodzoną inteligencję, ale jest lekkoduchem. Nawrocki jest przy Krzyśku dość tępy, za to zawzięty, zdyscyplinowany, przyzwyczajony do ciężkiej pracy i dzięki temu doszedł na szczyt — opisuje człowiek z ich kręgu.

Brak wyższego wykształcenia to wielki kompleks Bosaka. Jest już za stary na chodzenie na regularne studia, ale na tyle młody, by nie porzucać myśli o dyplomie. Poszedł jednak na łatwiznę i to się za nim ciągnie. — Świętoszek — mówi polityk prawicy, który go zna. — Poucza, stawia się w roli autorytetu, a sam kombinował, jak tu skończyć jakieś studia, byle najłatwiej.

Patrząc na jego edukacyjną epopeję, widać, że zainteresowania ma rozległe. Próbował sił na architekturze na Politechnice Wrocławskiej, ekonomii w SGH, filozofii na prywatnej uczelni, aż wylądował na kolejnej: w Collegium Humanum — fabryce dyplomów dla licznych polityków różnych partii. Gdy po artykule "Newsweeka" wybuchła afera, bo Renata Kim ujawniła, że nauka na tej uczelni to w dużej mierze fikcja, początkowo twierdził, że nie był studentem kontrowersyjnej placówki, potem jednak przyznał, że był. — A najgorsze jest to, że on nie miał nic specjalnie do roboty, ale i tak wolał iść do Humanum — słyszymy.

Zamiast dyplomu ma — jak mówią w jego otoczeniu — dar od Boga. Jest wygadany. A nawet rozgadany — potrafi długo deliberować nad sprawą, przeciągać decyzje, roztrząsać każdy detal. — Potrafi przemawiać i publicznie dyskutować. To boski dar, ale też dużo pracy. Czasami ma też ściągawki, które sobie przygotowuje przed programami — opowiadają konfederaci. To go odróżnia od Mentzena, który jest jak strzelający pistolet.

W otoczeniu Bosaka zwracają też uwagę na rozdęte ego swojego lidera i na to, że bardzo łatwo go czymś urazić.

Bosak ma ambicje. Zmienne. Celował w MSZ, ale na początku wojny w Ukrainie zmienił swój cel z dyplomacji na MON. — Zwrot był nagły, ale Bosak się trzyma obranego kierunku. W wojennych czasach to najważniejszy resort — mówi polityk prawicy. — Bosak wizytował jednostkę specjalną GROM. Uczy się każdego rodzaju wojska — dodaje. Wpisał się na koniec do księgi pamiątkowej, ale szerzej chwalić się wizytą nie mógł.

W wywiadzie w Polsacie ubolewał niedawno: — Jeżeli ja odwiedzam na zamkniętych wizytacjach komisji obrony zakłady zbrojeniowe czy jednostki wojskowe, to nie jest coś, co możemy pokazać wyborcom. Często nawet nie możemy wykonać jednego zdjęcia, bo zakłady bądź jednostki wojskowe są objęte ochroną.

Ale do czasu objęcia wymarzonej teki lubi swój fotel wicemarszałka Sejmu. — Bo chce i lubi błyszczeć — słyszymy w jego otoczeniu.

To najwyższe stanowisko piastowane przez polityka Konfederacji, ale dla 44-letniego polityka najwyższy już czas, by nie tylko gardłować, ale rządzić. — Bosak uważa, że jeśli będzie okazja, aby w 2027 r. wejść do rządu, nie będzie się wzbraniał i pójdzie na ministra — mówi jeden z jego partyjnych towarzyszy.

Bosak i Mentzen wypracowali model współpracy, który zakłada brak kontaktów i rozmów. Jadą na jednym wózku, są w jednej partii czapie (Konfederacji), ale każdy robi, co chce. Trochę się wadzą publicznie, ale nie tak, żeby się rozejść, bo alians im się opłaca. — Każdy sobie rzepkę skrobie i jakoś to idzie — mówi człowiek ze środowiska Konfederacji. — Mentzen bawi się polityką. Bosak chce iść do rządu — ocenia. To rodzi ryzyko rozpadu, gdy po wyborach Konfederacja będzie przed wyborem: rząd z liberałami, czyli obozem Donalda Tuska, czy z konserwatystami, czyli z obozem Jarosława Kaczyńskiego. Konfederacja może pęknąć, bo Bosak z Tuskiem rządzić nie zamierza, a Mentzen taki odległy od Koalicji Obywatelskiej nie jest.

Wizja rządów koalicyjnych z PiS wymagałaby przezwyciężenie traumy sprzed prawie 20 lat. Bosak był wtedy najmłodszym posłem (wchodząc do Sejmu, miał 23 lata), a jego Liga Polskich Rodzin — kojarzona głównie z Romanem Giertychem — została rozszarpana przez PiS.

W 2007 r. nie dostał się do Sejmu. Błąkał się na marginesie polityki, wystąpił za to w "Tańcu z gwiazdami", był niszowym redaktorem, zakładał fundacje albo pracował w cudzych. — Przez parę lat był na garnuszku rodziców — opowiadają znajomi. Mieszkał z kolegami w wynajmowanym mieszkaniu. Mógł wrócić do Sejmu, bo kusili go i PiS, i Paweł Kukiz, by startował z ich list, ale wolał tworzyć Ruch Narodowy. Odyseja skończyła się w 2019 r. — z list Konfederacji dostał się do Sejmu.

Już się nie daje z niego wypchnąć i celuje wysoko.

— Jednak nie chce być premierem, a na pewno w żaden sposób nie zdradza takich ambicji. On woli mieć władzę nad swoim odcinkiem, a nie szarpać się na fotelu szefa rządu. On wie, że to niewdzięczna robota, bo trzeba starać się panować nad masą rzeczy — mówi człowiek z Konfederacji.

Zwłaszcza że — to dość powszechna opinia w jego otoczeniu — nie potrafi zarządzać ani nie ma ręki do ludzi. — Jego prawa ręka Witold Tumanowicz został właśnie gwiazdą w tabloidach — żartują na prawicy. — Poseł został sfotografowany podczas interwencji straży miejskiej, gdyż był pod wpływem alkoholu. Na zdjęciach wyglądał, jakby podchodził już do niekontrolowanego lądowania na ziemi, ale starał się utrzymać równowagę.

Lepszy zaciąg miał do pałacu Nawrockiego, gdzie łącznikiem Bosaka w Kancelarii Prezydenta jest Piotr Głowacki, szerzej nieznany, ale wśród narodowców rozpoznawalny, doradca etatowy prezydenta. — Ta nominacja to ukłon Nawrockiego wobec Krzyśka, przekaże Bosakowi, co trzeba — mówi mój rozmówca. Wokół prezydenta jest też związany z Bosakiem Łukasz Czernicki, który zasiada w Radzie Gospodarczej. Z narodowców (choć on jest już w zasadzie byłym narodowcem) najwyższą formalnie pozycję ma Adam Andruszkiewicz, wiceszef Kancelarii Prezydenta, ale on jest z Bosakiem i Ruchem Narodowym śmiertelnie skłócony. Najbliżej mu do Mateusza Morawieckiego, PiS z niego szydzi.

onet.pl


Irina Garina: - Czyli błąd polegał na tym, że Kreml zbytnio wciągnął się w tę "wojenkę" i postanowił wciągnąć w nią jak najwięcej ludzi, zaczynając od przedszkola?

Doktor ekonomii i socjolog Władisław Inoziemcew: Tak, ale nie jestem pewien, czy dało się tego uniknąć. Jeśli wojna się nie kończy, ludzie się w niej pogrążają. Aby zwykli Rosjanie się nie martwili, należało zdaniem Kremla sprawić, by ktoś dobrowolnie się zaciągał, ginął, dostawał pomnik, a jego bliscy — mnóstwo pieniędzy, zaszczyty, ulgi, przyjęcie dzieci na studia i przepustki wszędzie bez kolejki, tak jak weterani wojenni w ZSRR. I wszystko w tym scenariuszu, początkowym zdaniem Kremla, miało być wspaniale.

Jednak przy tym należało udawać, że toczy się "specjalna operacja wojskowa", której poświęca się 10 minut w programach informacyjnych. Tak jak w czasach ZSRR mówiono o "międzynarodowym obowiązku" w Afganistanie.

Ale Kreml poszedł zupełnie inną drogą: zaczął podsycać histerię prawdziwego czasu wojennego.

- Nie wierzę, że Putin nie zna rzeczywistej sytuacji. Co, pańskim zdaniem, powinien powiedzieć społeczeństwu? Że nawalił i teraz nie wie, jak się z tego wykręcić?

Ja też nie wierzę, że może tego nie wiedzieć. Trzeba jednak pamiętać o jego stanie psychicznym. Biorąc to pod uwagę, szansa na racjonalne rozwiązanie jest absolutnie znikoma. A w takim przypadku można rozkazać zmobilizować nawet pięć mln ludzi. Nierealistyczne wnioski prowadzą do szalonych decyzji.

Kiedy rozpoczęła się mobilizacja, podniosła się burza: ludzie idą do wojska i nie mogą kupić ani kamizelki kuloodpornej, ani niczego innego, pozostawiając rodziny bez pieniędzy. Rzucono im jałmużnę: 150 tys. rubli (6,65 tys. zł) jako dodatek mobilizacyjny, jednorazową wypłatę.

Niepokój najwyraźniej trwał nadal. Tydzień później wydano dekret, zgodnie z którym w armii będą płacić po 195 tys. rubli (8,64 tys. zł) miesięcznie. Niepokój się skończył. I w 2023 r. za te pieniądze ludzie zaczęli sami się zgłaszać.

- Plus miliony za samo podpisanie kontraktu.

Miliony zaczęły się nie od razu, mniej więcej od drugiej połowy 2023 r. Pojawił się jednak "wspaniały", zdaniem Kremla, model: my płacimy pieniądze — ludzie idą zabijać. Ale właśnie zabijać, a nie ginąć. Czy każdy, kto idzie na "specjalną operację wojskową", chce tam zginąć? A może ludzie mają jednak nadzieję, że wrócą?

- Sądząc po filmach nagrywanych przez żołnierzy, którzy znaleźli się w obliczu zagrożenia śmiercią, nie planują oni jednak zginąć. Myślę, że większość idzie z przekonaniem, że im na pewno się to nie przydarzy.

Odpowiedział pan na pytanie, które było dla mnie najważniejsze. Co oferują władze? Oferują średnio 2,5 mln rubli (110 tys. zł) od razu, 200 mln rubli miesięcznie (8,86 tys. zł), 15 mln rubli (660 tys. zł) za "przejście na drugą stronę". Oczywiście, ci, którzy idą na front, nie sądzą, że zginą w walce.

- A jeszcze, jeśli się nie mylę, od 3 do 5 mln rubli (130-220 tys. zł) za utraconą nogę i inne okaleczenia.

I w tym paradygmacie władze co roku płacą żołnierzom coraz więcej pieniędzy. Kirył Rogow [politolog] obliczył, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy wypłacono ponad 4 bln rubli (180 mld zł). Tyle właśnie [rosyjskie władze] płacą w postaci premii, pensji i zasiłków pogrzebowych.

Według Władimira Władimirowicza na froncie walczy 700 tys. osób. Teraz wyobraźcie sobie: trwa mobilizacja, przybywa kolejne 500 tys. Nie mogą zmienić warunków.

- Dlaczego nie mogą? To przecież mobilizacja, a nie kontrakt. Mobilizowanym w ogóle nie trzeba płacić.

I myśli pan, że choćby jedna osoba się na to zgodzi?

onet.pl\Nowa Gazieta