środa, 8 marca 2023


Odkąd partia Fidesz zdobyła większość parlamentarną w 2010 r., polityka zagraniczna na Węgrzech leży w wyłącznej gestii premiera Viktora Orbana. Przy tworzeniu strategii korzysta on z sieci konserwatywnych think tanków i takich specjalistów, jak historyk Maria Schmidt, politolog i ekonomista Tamas Fricz, a zwłaszcza prawnik i politolog Balazs Orban (niespokrewniony z premierem), który jest politycznym doradcą premiera. Na razie — wkrótce jego stanowisko może bowiem ulec diametralnej zmianie.

Na początku stycznia wspomniany Balazs Orban miał za zadanie poinformować opinię publiczną o przemówieniu wygłoszonym przez premiera do niewielkiej publiczności pod koniec 2022 r. Zawierało ono obszerną analizę obecnej sytuacji międzynarodowej oraz wytyczne dla przyszłej polityki zagranicznej Węgier.

Jak wynika z wizji przedstawionej w przemówieniu, Orban widzi głębokie przemiany porządku światowego i dostrzega kontury nowego, wyłaniającego się modelu architektury bezpieczeństwa. Zdaniem premiera model "neoliberalny" traci swoją skuteczność. Stany Zjednoczone, jako przodująca potęga światowa, zyskały potężnych rywali, zwłaszcza Chiny, a ich wzrost był możliwy właśnie dzięki neoliberalnemu modelowi Zachodu.

Według premiera Węgier wojna rosyjsko-ukraińska udowodniła, że zdominowany przez Zachód porządek świata należy do przeszłości. W odpowiedzi Zachód — na czele z USA — rozpoczął nową zimną wojnę. Jest to bardzo zła wiadomość dla Unii Europejskiej, a zwłaszcza dla krajów leżących na jej peryferiach, ponieważ oznacza, że wszystkie relacje, w tym gospodarcze, będą określane przez centralną siłę dominującą inne państwa, czyli Waszyngton.

Jakie są konsekwencje takiego obrazu relacji międzynarodowych dla Węgier? Budapeszt pragnie zostać średnim mocarstwem w Europie Środkowej. Dlatego tak ważne jest dla niego, by nie stać się częścią bloku zachodniego, bo to sprowadzałoby kraj do roli podrzędnego państwa peryferyjnego.

Dlatego w interesie Węgier leży, aby nie podążać za gospodarczym i politycznym „decouplingiem” (odłączeniem gospodarek państw zachodu od Chin), do którego dążą Amerykanie i UE. Kraj ten pragnie nawiązać jak najwięcej więzi z innymi państwami i uczestnikami rynku w zakresie handlu, infrastruktury i inwestycji, w tym publicznych stosunków dyplomatycznych.

(...)

Bliskie związki gospodarcze Węgier z Rosją nie są dziełem Orbana. Ich korzeni należy dopatrywać się w czasach socjalistycznych rządów Petera Medgyessy'ego i Ferenca Gyurcsany'ego w latach 2002-2010. Handel z Rosją osiągnął szczytowy punkt w 2008 r.

Gdy premier Orban doszedł do władzy w 2010 r., wpisał relacje z Rosją w szerszą koncepcję współpracy międzynarodowej i "otwarcia na Wschód". Do tej pory spotkał się z Putinem 11 razy: siedem razy w Moskwie i cztery razy w Budapeszcie. Promował również budowanie kompleksowych relacji z Chinami, Turcją oraz krajami Azji Środkowej i Wschodniej. Równolegle Węgry nadal uczestniczyły w amerykańskich misjach militarnych za granicą i dążyły do zacieśnienia współpracy wojskowej z Zachodem.

Budapeszt potępił atak Rosji na Ukrainę, uznając go za sprzeczny z prawem międzynarodowym i podtrzymuje to stanowisko. Premier Orban wielokrotnie stwierdzał, że "jest to agresja". Poparł też sankcje nałożone na Kreml, choć UE poczyniła względem Węgier pewne ustępstwa, ze względu na położenie geograficzne i szczególną strukturę gospodarczą tego kraju.

Wśród stałych elementów węgierskiego stanowiska są jeszcze dwie inne przesłanki: jedną jest wspomniane wyżej pozycjonowanie się na arenie międzynarodowej, czyli chęć nienależenia do żadnego bloku. Druga wynika z autoidentyfikacji rządu Fideszu: za swoje najważniejsze zadanie w polityce międzynarodowej uważa on reprezentowanie węgierskich interesów i zachowanie suwerenności kraju. Wojna nie leży w interesie Węgier i Budapeszt zrobi wszystko, by nie dać się w nią wciągnąć.

— Ludzie często pytają mnie, po czyjej stronie jesteśmy. Jesteśmy po stronie Węgier — powiedział Orban na międzynarodowej konferencji prasowej w Budapeszcie, która odbyła się 21 grudnia 2022 r.

— Węgry nie chcą być zmuszane do podejmowania kroków wbrew własnym interesom. Nie jestem więc gotów pomóc Ukraińcom w taki sposób, aby zrujnować Węgry — dodał.

Węgry szczególnie mocno ucierpiały na skutek sankcji nałożonych przez UE na Rosję. Jako kraj śródlądowy nie mogą zrównoważyć rosyjskich dostaw surowców energetycznych handlem przez porty. Budapeszt potrzebuje, aby wojna zakończyła się jak najszybciej. Premier Orban wezwał do natychmiastowego zawieszenia broni i bezpośrednich rozmów między Rosją i USA, które to mocarstwa uważa za prawdziwych przeciwników.

— Każdy, kto myśli, że ta wojna może zostać zakończona poprzez negocjacje między Ukrainą a Rosją, nie żyje w realnym świecie. Prawdziwy układ sił jest inny — stwierdził Orban.

Jego ocena przebiegu wojny staje się coraz bardziej pesymistyczna. Podczas międzynarodowego briefingu prasowego 23 stycznia 2023 r. stwierdził: "mamy duże, duże kłopoty". Ponieważ Rosji nie udało się odnieść szybkiego zwycięstwa i zainstalować w Kijowie lojalnego względem niej reżimu, celem Kremla jest teraz przekształcenie Ukrainy w niemożliwy do utrzymania wrak państwa.

(...)

Jeśli UE zaoferuje Ukrainie bardziej ofensywną broń lub własnych żołnierzy, stosunki między Węgrami a UE staną się jeszcze bardziej napięte. Budapesztowi trudno będzie bowiem wówczas nie angażować się w wojnę i zapobiec nowym sankcjom.

Grupa Wyszehradzka, do której oprócz Węgier należą Polska, Czechy i Słowacja, porozumiała się w kwestii migracji podczas kryzysu w 2015 r. Jednak w dzisiejszych czasach pozostałe trzy państwa pod przewodnictwem Polski są ściśle sprzymierzone z Zachodem w kwestii wojny w Ukrainie.

Zaostrzenie reżimu sankcyjnego przez USA i UE zagraża obecnie wewnętrznemu porządkowi Węgier. Trudno będzie bowiem utrzymać na dłuższą metę hojne świadczenia socjalne, możliwe dzięki ponadprzeciętnemu wzrostowi gospodarczemu kraju w ostatnich pięciu latach.

Aby zrekompensować wzrost cen energii spowodowany sankcjami, państwo subsydiuje podstawową konsumpcję z pieniędzy, które otrzymuje w formie specjalnych podatków od dużych korporacji. Nie może to być jednak stały kierunkiem działania. Dług publiczny rośnie, a węgierska inflacja jest jedną z najwyższych w UE. Pod koniec stycznia rating kredytowy Węgier w S&P został obniżony do BBB-. To tylko o jeden stopień wyżej niż tzw. poziom śmieciowy.

Większość Węgrów popiera politykę premiera Orbana i odrzuca sankcje. 

onet.pl/gisreportsonline.com

Ukraińskie wojsko skróciło swoje linie obronne w Bachmucie, oddając wschodnią część miasta. Skupiło się za to na ustabilizowaniu sytuacji na skrzydłach. Seria niewielkich kontrataków, mniej lub bardziej udanych, miała miejscami odepchnąć Rosjan i ułatwić zaopatrywanie miasta.

Sytuacja pozostaje jednak krytyczna. Nie było żadnej dużej operacji, która istotnie zmieniłaby warunki w rejonie Bachmutu. Pomimo tego Ukraińcy deklarują, że będą miasta bronić, żadnego wycofania nie ma i nie będzie. Robią to jednak, angażując możliwie małe środki. Nie ustają przy tym dyskusje, czy takie postępowanie nie jest błędem.

Zamiar dalszej obrony miasta został wyrażony jednoznacznie przez Kijów. W poniedziałek służba prasowa prezydenta Wołodymira Zełeńskiego poinformowała, że odbył on naradę z naczelnym dowódcą generałem Wałerijem Załużnym, oraz dowódcą wojsk lądowych Oleksandrem Syrskim. To aktualnie dwaj najważniejsi i najbardziej utytułowani ukraińscy dowódcy. Miała zapaść zgodna decyzja, że Bachmutu trzeba ciągle bronić i nie ma mowy o wycofaniu się z niego. Do realizacji tego celu mają zostać przeznaczone dodatkowe siły. Tego rodzaju deklaracje w teorii mogą być elementem gry obliczonej na zmylenie Rosjan i ukrycie faktycznego odwrotu. Jednak wydaje się to mało prawdopodobne z uwagi na bardzo wysoki szczebel, z którego padają słowa o dalszej obronie Bachmutu. Nieprawdą może być też jedność opinii na szczytach ukraińskiego dowództwa, ale ewidentnie zapadła decyzja.

Ukraińskie najwyższe dowództwo najwyraźniej zdecydowało, że nawet za cenę dotkliwych strat warto dalej bronić miasta. Można zakładać, że w ocenie Ukraińców rosyjskie straty są znacznie bardziej dotkliwe, a wiązanie poważnych sił wojska Rosji w tym miejscu ma istotne znaczenie. Liczy się najpewniej też wymiar propagandowy. Bachmut urósł do rangi symbolu dla obu stron konfliktu i trwanie oporu ma znacznie dla ukraińskiego społeczeństwa, tak samo, jak odmawianie Rosjanom możliwości ogłoszenia wymiernego sukcesu ich ofensywy zimowej. Pytanie, który z tych czynników miał większe znaczenie w podejmowaniu decyzji. O tym się jednak nie dowiemy.

Realizację strategii ogłoszonej w Kijowie widać na froncie już od ubiegłego tygodnia. Kiedy w miniony piątek wybuchła plotka o wycofywaniu się Ukraińców z miasta, faktycznie wycofywali się oni jedynie z jego wschodniej części. Do tego przesunęli część cenniejszych oddziałów dalej na bezpieczniejszy zachód od Bachmutu oraz niektóre zrotowali, dając okazję na odpoczynek. Do dzisiaj jest pewne, że Ukraińcy oddali całą wschodnią część miasta położoną za niewielką rzeką Bachmutka. W ten sposób po pierwsze skrócili front i ograniczyli obszar do obrony, poprawiając swoją sytuację. Teraz Bachmutka i jej dolina stanowią przeszkodę terenową na drodze Rosjan, którzy na razie nie podejmują istotnych prób ataków przez nią.

Jednocześnie Ukraińcy zaczęli przeprowadzać całą serię niewielkich kontrataków na północ i południe od Bachmutu, napierając na wysunięte w przód rosyjskie oddziały próbujące okrążać miasto. Niektóre te ataki skończyły się powodzeniem, inne nie. Jeden z tych nieudanych pokazała rosyjska telewizja. Miał miejsce tuż obok wsi Berchiwka, na północ od miasta. Ukraińcy stracili cztery bojowe wozy piechoty BWP-1 i kilku-kilkunastu zabitych.

Data nagrania i kontrataku nie jest znana, ale musiało to być niedawno, ponieważ Rosjanie kontrolują Berchiwkę od niecałych dwóch tygodni. Z drugiej strony Ukraińcy twierdzą, że w wyniku tych udanych uderzeń, Rosjan udało się nieco odsunąć od dróg zaopatrzeniowych Bachmutu i poszerzyć korytarz życia na zachód o kilka kilometrów. Do tego most przy wsi Chromowe miał zostać prowizorycznie naprawiony. W efekcie komunikacja z Bachmutem ma być łatwiejsza i bezpieczniejsza, ale nadal drogi są pod ciągłym ostrzałem rosyjskiej artylerii i trudno je określić bezpiecznymi.

W ogólnym rozrachunku nie da się zaprzeczyć, że Ukraińcy na razie ustabilizowali sytuację. Rosjanie nie dokonali istotnych postępów od prawie dwóch tygodni, pomijając zajęcie opuszczonego wschodniego Bachmutu. Nie sposób powiedzieć, czy to efekt poniesionych wcześniej strat i zużycia amunicji oraz broni, czy też pojawienia się w rejonie istotnych nowych ukraińskich sił. Wcześniejsze przewidywania o nieuchronnym upadku Bachmutu w perspektywie do końca lutego okazały się nadmiernie pesymistyczne.

Kluczowym pytaniem jest to, ile żyć, amunicji i broni kosztuje Ukraińców ten upór. Bo to się będzie ostatecznie liczyć. Zwłaszcza jeśli do ustabilizowania sytuacji użyto sił trzymanych do tej pory w rezerwie z przeznaczeniem na wiosenne działania ofensywne. Wśród samych Ukraińców, jak i wielu zachodnich ekspertów, nie brakuje głosów, że uporczywa obrona miasta nie ma sensu już od połowy lutego. Czyli od momentu, kiedy Rosjanie zdołali wyjść na tyły miasta od północy i południa. Rozumowanie jest takie, że relacja strat ukraińskich i rosyjskich ma być od tego momentu na tyle mało korzystna dla Ukraińców, iż powinni porzucić miasto i cofnąć się kilka kilometrów na zachód na kolejne dogodne linie obronne. Tak, aby móc bronić się, jak w Wuhłedarze. Tam, korzystając z dogodnego terenu, systemu pól minowych osłanianych przez artylerię oraz zespoły z pociskami przeciwpancernymi, Ukraińcy od końca stycznia zadają Rosjanom ciężkie straty za cenę niewielkich własnych. W rejonie Bachmutu coś takiego nie jest możliwe, ze względu na ukształtowanie terenu i pozycje obu stron.

Tak naprawdę nie wiadomo jednak, jakie dokładnie są relacje strat obu stron w walkach o Bachmut. W przestrzeni publicznej pojawiają się najróżniejsze dane. Od 1 do 7 na korzyść Ukraińców, do 1:2 lub nawet 1:1. Precyzyjne tak naprawdę mają tylko dowództwa obu stron i utrzymują je w tajemnicy. Wśród ukraińskich żołnierzy w rejonie Bachmutu nie brakuje głosów, że najwyżsi dowódcy szafują ich życiem. Wiele złości jest kierowane pod adresem generała Syrskiego, który od stycznia osobiście nadzoruje sytuację w Donbasie i obronę Bachmutu. To on jest oskarżany o forsowanie obrony miasta, bez liczenia się ze stratami ludzkimi. Wytykane jest mu, że podobnie forsował obronę Siewierodoniecka i Lisiczańska latem, w efekcie czego ukraińskie oddziały były bliskie okrążenia i wycofały się w ostatniej chwili.

Jednak to generał Syrski miał nadzorować realizację działań w kluczowych udanych bitwach tej wojny, czyli podczas obrony Kijowa i kontrofensywy w obwodzie charkowskim. Owszem zaczynał karierę w wojsku ZSRR i początkowo kształcił się w radzieckich akademiach wojskowych, ale w ostatniej dekadzie był jednym z tych ukraińskich generałów, którzy mieli najwięcej wspólnego z NATO. Trudno więc zakładać, że obudził się nim jakiś duch armii radzieckiej, który każe mu bronić Bachmutu bez zważania na straty.

Można domniemywać, że ukraińscy generałowie stwierdzili, iż trwając w mieście, zmuszają Rosjan do koncentrowania na nim dużych sił i wykrwawiają je. Tychże sił może w przyszłości zabraknąć tam, gdzie Ukraińcy zdecydują się przeprowadzić poważną kontrofensywę wiosenną. Byłaby to powtórka z wydarzeń pod koniec lata 2022 roku, kiedy Ukraińcy byli w stanie przeprowadzić błyskawiczną operację charkowską, ponieważ wcześniej Rosjanie ściągnęli z tego odcinka wszystko, co się dało i rzucili do Donbasu. Między innymi do zdobywania wspomnianego Siewierodoniecka i Lisiczańska. Czy Rosjanie są w stanie powtórzyć taki błąd? Trudno uwierzyć, ale nie takie dziwne rzeczy podczas tej wojny się wydarzyły. Kluczowe jest jednak to, czy Ukraińcy, starając się doprowadzić do takiej sytuacji, nie stracą tylu własnych sił, że w końcu zabraknie im ich do przeprowadzenia tejże kontrofensywy. Wracamy tym samym do kwestii stosunku strat, który pozostaje jednak skryty za mgłą wojny.

Nie jest jednak tak, że Bachmut sam w sobie jest na tyle ważny, aby uzasadniał uporczywą obronę. Owszem, miasto leży na skrzyżowaniu kilku ważnych dróg i jest ważnym centrum komunikacyjnym dla części Donbasu. Kontrola nad nim ułatwiłaby życie Rosjanom i umożliwiła rozpoczęcie działań obliczonych na zdobycie reszty regionu. Po pierwsze pójście na północ w kierunku Siewierska i na zachód na Słowiańsk oraz Kramatorsk, kluczowe miasta w kontrolowanym przez Ukraińców Donbasie. Jednak na drodze do tych celów na pewno są już gotowe nowe rozbudowane ukraińskie linie obronne. Zdobycie Bachmutu nie oznaczałoby więc jakiegoś załamania frontu, tylko początek kolejnego etapu mozolnego zdobywania kilku kilometrów terenu na miesiąc.

gazeta.pl

7 marca dziennik „The New York Times” poinformował – powołując się na źródła we władzach USA i dane wywiadowcze – że ataku na gazociąg Nord Stream jesienią 2022 r. dokonała „grupa proukraińska”. Rozmówcy gazety mieli jednak podkreślać, że nie mają dowodów na udział w operacji prezydenta Zełenskiego lub jego współpracowników ani na to, że osoby zaangażowane w uszkodzenie nitek gazociągu działały na polecenie jakichkolwiek ukraińskich urzędników państwowych. Biały Dom zaapelował, by „nie przesadzać” z wnioskami i wstrzymać się z wyrokowaniem do zakończenia prowadzonych w sprawie ataku na Nord Stream dochodzeń. Informacje wskazujące na ukraiński ślad pojawiły się także w mediach niemieckich (m.in. w tygodniku „Die Zeit”). We wszczętym w Niemczech postępowaniu miano m.in. zidentyfikować jacht wynajęty przez obywateli Ukrainy od polskiej firmy, który prawdopodobnie posłużył jako platforma dla płetwonurków odpowiedzialnych za założenie i zdetonowanie ładunków wybuchowych. Zachodnie służby mają jednak nie wykluczać, że mogła być to operacja pod fałszywą banderą mająca na celu zasugerowanie ukraińskiego udziału. Niemieckie media przypomniały, że już na początku lutego federalny prokurator generalny przekazał, że nie ma dowodów na sprawstwo Rosji. 8 marca dziennik „The Times” podał, że nazwisko prywatnego sponsora, który rzekomo sfinansował sabotaż na Nord Stream, jest znane zachodnim wywiadom od miesięcy, a już tydzień po wybuchach otrzymano informację, że stoi za nimi „prywatna inicjatywa” z Ukrainy.

Odnosząc się do publikacji zachodniej prasy, doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak zaprzeczył udziałowi Ukrainy w uszkodzeniu gazociągu Nord Stream. Zaznaczył on, że Kijów nie ma także informacji o rzekomych „proukraińskich agentach”, którzy mogliby tego dokonać. Z kolei minister obrony Ołeksij Reznikow zaprzeczył udziałowi ukraińskich struktur oficjalnych w sabotażu. Według Reznikowa „byłby to pewien komplement dla naszych sił specjalnych, ale to nie nasze działanie”.

(...)

Informacje zachodnich mediów o ukraińskim sprawstwie uszkodzenia gazociągu Nord Stream należy postrzegać jako wsparcie obecnej na Zachodzie i sceptycznej wobec dalszej pomocy militarnej dla Ukrainy narracji, zwłaszcza w sytuacji, w której utrzymanie wsparcia wiąże się z koniecznością zwiększenia produkcji zbrojeniowej. Równocześnie mogą one być sygnałem dla władz w Kijowie, aby te zrezygnowały z roszczeniowej postawy i ograniczyły swoje postulaty w kwestii pomocy (m.in. zaprzestały domagania się samolotów bojowych), co zresztą publicznie sugerował już Waszyngton. Odrębną kwestię stanowi faktyczne sprawstwo sabotażu na Nord Streamie, które – jak akcentują Biały Dom i śledczy m.in. z Danii i Szwecji – wciąż nie zostało ustalone. Trzeba podkreślić, że gazociąg ten budowany był także jako instalacja spełniająca funkcje systemu rozpoznania podwodnego, którego wykorzystanie, podobnie jak i ochrona całego Nord Streamu, znajduje się w gestii rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Przy założeniu, że system obserwacji i osłony gazociągu działa, za bardzo mało prawdopodobne należy uznać, że uszkodzeń dokonała własnymi siłami „prywatna inicjatywa” bez wiedzy i zgody Rosjan.

osw.waw.pl

7 marca „The New York Times” i niemieckie media opublikowały dziennikarskie ustalenia w sprawie aktów sabotażu z 26/27 września 2022 r. na gazociągach Nord Stream 1 i Nord Stream 2 (NS1 i NS2). Jako pierwszy ukazał się artykuł dziennika „The New York Times”, w którym autorzy, powołując się na niesprecyzowane źródła rządowe i wywiadowcze, podali, że za dywersją miała stać bliżej nieokreślona „proukraińska grupa” składająca się najprawdopodobniej z obywateli Ukrainy i/lub Rosji należących do przeciwników prezydenta Władimira Putina. Jednocześnie nie wskazano jakichkolwiek dowodów na zaangażowanie w operację władz Ukrainy czy tamtejszych służb. Autorzy publikacji zaznaczają, że wiele istotnych danych pozostaje nieustalonych. Niejasne mają być m.in. zarówno tożsamość domniemanych sprawców, jak i to, kto kierował akcją oraz kto ją zorganizował i sfinansował.

Kilka godzin po artykule w „The New York Times” ukazały się idące w podobnym kierunku ustalenia niemieckich dziennikarzy śledczych z redakcji państwowych nadawców ARD i SWR oraz tygodnika „Die Zeit”. Według nich do przeprowadzenia ataków miał posłużyć jacht wynajęty od zarejestrowanej w Polsce firmy (jej nazwy nie podano), która ma należeć do dwóch obywateli Ukrainy. W operację miało być zaangażowanych co najmniej sześć osób (w tym dwóch nurków), których tożsamości dotąd nie ustalono – mieli oni posługiwać się profesjonalnie sfałszowanymi paszportami. Jak podają autorzy publikacji, użyty przez domniemanych sprawców jacht miał wypłynąć 6 września z portu w Rostocku, a niezbędny sprzęt miał zostać dostarczony do portu ciężarówką. Śledczy mieli znaleźć na statku ślady materiałów wybuchowych. Także autorzy tego materiału zaznaczają, że choć w śledztwie natrafiono na ukraińskie ślady, to nie znaleziono żadnych poszlak wskazujących na to, kto mógł zlecić akcję i nią kierować. Niewykluczone również, że prowadzące do Ukrainy tropy zostały przez sprawców sfabrykowane w ramach operacji „pod obcą banderą”. Dziennikarze podają też, że według ich informatorów jesienią 2022 r. niemieccy śledczy mieli otrzymać od zaprzyjaźnionych europejskich służb dane wskazujące na zaangażowanie w dywersję „proukraińskiej grupy”.

Reakcje na nowe spekulacje w sprawie sabotażu na gazociągach NS1 i NS2 są stonowane. Rzecznik rządu RFN Steffen Hebestreit odmówił ich skomentowania – zwrócił jedynie uwagę na to, że śledztwa prowadzone zarówno przez niemieckiego federalnego prokuratora generalnego, jak i odpowiednie służby w Danii i Szwecji wciąż trwają i nie przyniosły jeszcze konkretnych rezultatów. Taką informację przekazano też na ostatnim posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Od dziennikarskich ustaleń zdystansował się także minister obrony RFN Boris Pistorius (SPD), który 8 marca w wywiadzie dla radia Deutschlandfunk wezwał do wstrzemięźliwości w komentowaniu doniesień i wyciąganiu z nich wniosków do czasu zakończenia postępowania. Dodał, że ukraińskie tropy mogły zostać świadomie pozostawione przez sprawców w celu zrzucenia na Kijów odpowiedzialności za dywersję. Niemal identycznie wypowiedziała się minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock (Zieloni), która przestrzegła przed wyciąganiem wniosków, zanim śledztwo się zakończy. Z kolei poseł opozycyjnej CDU Roderich Kiesewetter w ogóle nie odniósł się do doniesień, skrytykował natomiast opieszałość prokuratury, która jego zdaniem prowadzi do mnożenia spekulacji na temat sprawstwa sabotażu.

Również większość medialnych komentarzy jest wyraźnie wstrzemięźliwa w ocenie. Wskazuje się w nich głównie na to, że zarówno amerykańscy, jak i niemieccy dziennikarze piszą jedynie o odnalezieniu śladów prowadzących do Ukrainy, lecz nie ujawniają żadnych dowodów, oraz że opublikowane informacje są dalece niepełne i mają jedynie charakter spekulatywny.

W perspektywie krótkoterminowej nowe doniesienia nie wpłyną na działania niemieckiego rządu dotyczące pomocy Ukrainie. Nasilą natomiast podziały w społeczeństwie oraz wzmocnią środowiska dążące do osłabienia wsparcia dla Kijowa, zwłaszcza militarnego. Chodzi tu zarówno o część obywateli, jak i polityków Lewicy oraz AfD, ale także niektórych działaczy SPD. Ujawnione informacje będą instrumentalnie wykorzystywane m.in. przez Sahrę Wagenknecht – byłą wiceprzewodniczącą Die Linke i organizatorkę demonstracji przeciwko pomocy wojskowej dla Ukrainy – do uwiarygodniania i rozprzestrzeniania rosyjskiej propagandy w niemieckich mediach. Staną się też dodatkowym impulsem do zrealizowania przez Wagenknecht planu powołania nowego ruchu politycznego w celu m.in. zakończenia wsparcia RFN dla Kijowa i wywierania presji na Ukrainę, by skłonić ją do kapitulacji.

osw.waw.pl

Dowódca sił powietrznych USA w Europie gen. James Hecker oświadczył, że w toku rosyjskiej inwazji armia ukraińska zniszczyła ponad 70 samolotów wojskowych Rosji, a sama straciła mniej niż 60 maszyn. Straty obu stron Hecker uznał za relatywnie niewysokie.

Powodem tych względnie niskich strat jest - zdaniem wojskowego - skuteczność zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zorganizowanej przez obie strony. Obrona ta nie pozwala na zaangażowanie samolotów na wielką skalę. Jej skuteczność sprawia, że znaczna część lotnictwa "okazała się niepotrzebna" - powiedział generał. To z kolei - dodał - znacznie utrudnia realizację osłony z powietrza operacji kontrofensywnych, planowanych przez armię ukraińską.

(...)

- Nie spodziewamy się, by siły zbrojne Rosji były w stanie poczynić duże postępy terytorialne w Ukrainie w tym roku - oświadczyła  dyrektor ds. Wywiadu Narodowego USA Avril Haines w Senacie. Dodała jednak, że walka w obronie Bachmutu może uszczuplić możliwości ofensywne Ukrainy.

- Nasze kontrole eksportu i sankcje ograniczają wysiłki wojenne Rosji (...) i jeśli Rosja nie zainicjuje obowiązkowej mobilizacji i nie zidentyfikuje znaczących zasobów amunicji z krajów trzecich, będzie im coraz trudniej utrzymać nawet obecny poziom operacji ofensywnych w nadchodzących miesiącach - powiedziała Haines podczas wysłuchania przed senacką komisją ds. wywiadu.

- Krótko mówiąc, nie przewidujemy, by rosyjskie wojsko odbudowało się wystarczająco w tym roku, by poczynić duże postępy terytorialne - dodała.

Haines zaznaczyła jednocześnie, że mimo to Władimir Putin prawdopodobnie ocenia, że czas pracuje na jego korzyść, a przedłużanie wojny jest jego "najlepszą pozostałą ścieżką", by osiągnąć swoje cele na Ukrainie. Oceniła też, że straty ponoszone przez Ukrainę podczas obrony terytorium w Donbasie, w tym w Bachmucie, będą prawdopodobnie czynnikiem ograniczającym możliwości Ukrainy, by przeprowadzić kolejną ofensywę tej wiosny.

onet.pl

— Rosyjskie społeczeństwo jest jeszcze bardziej zdegenerowane, podporządkowane władzy i bierne — alarmuje socjolog Lew Gudkow z Centrum Lewady w miesięczniku "Nowaja Polsza".

— Byłem zszokowany skalą aprobaty dla tej wojny. Spodziewałem się znacznie ostrzejszej i bardziej negatywnej reakcji publicznej. Ale społeczeństwo okazało się jeszcze bardziej zdegenerowane, uległe i bierne — komentował. Według Gudkowa można nawet mówić w przypadku Rosji o "stanie amoralnym", charakteryzującym się mieszanką "apatii, oportunizmu i cynizmu".

Jak czytamy w miesięczniku, "Gudkow, który szefuje niezależnej sondażowni Centrum Lewada, mówił o małej grupie 10-12 proc. społeczeństwa, które jest przeciwko wojnie i Putinowi". Socjolog podkreślił rolę machiny propagandowej Kremla, która m.in. nie podaje dokładnej liczby ofiar i tuszuje informacje z frontu.

— Informacje, które docierają do Rosjan nieformalnymi kanałami, zwłaszcza od krewnych i przyjaciół zmarłych, mają charakter rozproszony i prywatny. Ten człowiek został zabity, tamten człowiek został zabity, ale nie ma pełnego obrazu rozmiaru ofiar — tłumaczył "Nowej Polszy" Gudkow.

"W ocenie badacza opozycja została całkowicie pokonana, a społeczeństwo obywatelskie zmiażdżone" — napisał miesięcznik. — Bardziej prawdopodobne jest, że po porażce Putina w elitach wybuchnie swoista kłótnia. Po odejściu Putina będzie ostra walka o władzę, ale to nie znaczy, że perspektywa demokracji nagle się otworzy — ostrzegał Gudkow.

"Z wyników badań Centrum Lewady wynika, że poparcie dla wojny Putina w Rosji oscyluje w granicach 70-75 proc. Jednocześnie ponad połowa ankietowanych chciałaby zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji pokojowych" — napisał miesięcznik.

W rozmowie z miesięcznikiem Gudkow nie ukrywał, że jego pracę może zakończyć nagła wizyta funkcjonariuszy służb Kremla. — Oczywiście, że na nich czekamy, nie ma co do tego wątpliwości. Może się to wydarzyć w każdej chwili. Jak tylko zaczniemy wykazywać spadek poparcia dla Putina, to zostaniemy zjedzeni i zlikwidowani — podsumował.

Rozmowę z Gudkowem opisał we wtorek 7 marca m.in. niemiecki portal n-tv.de. Juliane Fuerst z Centrum Historii Współczesnej im. Leibniza napisała w gościnnym artykule dla ntv.de: "To, co wydaje się sprzeczne, niekoniecznie wskazuje na błędy w ankietach. Wręcz przeciwnie, sprzeczne opinie nie są niczym nowym nie tylko w Rosji. W późnym socjalizmie sowiecka polityka i rzeczywistość były w dużej mierze odrzucane i krytykowane przez ludność. Jednak prace kontynuowano w tym systemie, polecenia były wykonywane. Absolutna większość obywateli radzieckich nawet wtedy nazwałaby siebie patriotami" — napisał ntv.de.

onet.pl