czwartek, 6 listopada 2025



Sąd Najwyższy wysłuchał w środę racji stron w przełomowej sprawie dotyczącej prawa prezydenta do nakładania ceł na podstawie ustawy IEEPA (International Emergency Economic Powers Act), pozwalającej na wprowadzanie sankcji i innych środków gospodarczych w odpowiedzi na nadzwyczajne i wyjątkowe zagrożenia. Sprawa dotyczy taryf nałożonych przez Trumpa na produkty z niemal wszystkich państw świata. Prezydent argumentował podjęcie takich decyzji "wyjątkowym zagrożeniem" w postaci trwałego deficytu handlowego.

Dwa sądy niższych instancji uznały cła nałożone przez Trumpa za nielegalne, a pytania i komentarze, czynione przez większość sędziów Sądu Najwyższego, sugerowały, że przychylają się do podobnego poglądu.

Neal Katyal, prawnik reprezentujący przedsiębiorców-importerów, którzy wnieśli skargę na cła Trumpa, przekonywał, że cła są podatkiem, a Kongres, do którego należą kompetencje w zakresie wprowadzania podatków, nie mógł i nie dał prezydentowi uprawnień do nakładania ceł na cały świat.

- To sprowadza się do zdrowego rozsądku. To po prostu nieprawdopodobne, że uchwalając IEEPA, Kongres przyznał prezydentowi władzę do gruntownej przebudowy całego systemu celnego i amerykańskiej gospodarki, pozwalając mu na ustalanie i zmianę taryf na dowolny produkt z dowolnego kraju, w dowolnym czasie - mówił Katyal. - To jest mechanizm jednokierunkowy. Nigdy nie odzyskamy tej władzy, jeśli rząd wygra tę sprawę - ostrzegał.

Przedstawiciel administracji Trumpa, były osobisty prawnik prezydenta John Sauer, twierdził z kolei, że Trump miał prawo do nakładania ceł, ponieważ leży to w jego uprawnieniach do prowadzenia polityki zagranicznej, a nakładane cła nie są tak naprawdę podatkiem. Sauer przekonywał, że mają one charakter "regulacyjny", a ich celem nie jest zapewnienie wpływów do budżetu. Dowodził w ten sposób, że nie chodzi w nich o nakładanie podatku, co jest konstytucyjnym uprawnieniem Kongresu. Jego zdaniem cła działałby najlepiej, gdyby nie generowały w ogóle przychodów, lecz zmieniły bilans handlu zagranicznego (ograniczyły import).

Sędziowie - w tym prezes sądu, konserwatysta John Roberts - odpowiadali, że prezydent miał w tym celu inne narzędzia, np. embarga i kwoty, które nie nakładałyby podatków na Amerykanów. Inny konserwatywny sędzia, Neil Gorsuch, zwracał uwagę na niebezpieczeństwo związane z przyznawaniem przez Kongres własnych uprawnień prezydentowi (w tym przypadku nakładania ceł) i to, że parlament - w praktyce - nie może ich odebrać z powrotem ze względu na prezydenckie prawo weta.

Znaczna część dyskusji skupiała się na kwestiach semantycznych dotyczących ustawy IEEPA, na którą powołał się Trump, nakładając swoje cła. W szczególności chodziło o to, czy zawarty w ustawie zapis, przyznający prezydentowi prawo do "regulacji (...) importu", zawiera w sobie również prawo do nakładania ceł. Wielu sędziów - wszystkie trzy liberalne sędzie, a także dwoje konserwatystów, prezes sądu John Roberts i Amy Coney Barrett - wydawało się nastawionych sceptycznie do argumentów administracji, reprezentowanej przez prawnika Johna Sauera.

Kilkoro sędziów przyznawało, przepytując przedstawicieli powodów, że mają oni solidne argumenty. Sędzia Barrett podkreśliła jednak, że gdyby cła zostały unieważnione przez sąd, rezultatem byłby "bałagan", związany ze zwrotem pieniędzy pobranych przez państwo z ceł. Katyal przyznał, że to prawda, lecz nie powinno być to przeszkodą do ich pozostawienia. Zarówno on, jak i sędziowie sugerowali też, że Trump mógłby nałożyć cła, korzystając z innych uprawnień, niż IEEPA, choć ten proces byłby bardziej skomplikowany, dłuższy i miał ograniczony charakter.

Środowa ponaddwugodzinna rozprawa w Sądzie Najwyższym, zgodnie z oczekiwaniami, nie przyniosła rozstrzygnięcia. Teoretycznie, Sąd może wydać orzeczenie w dowolnym czasie. Zwykle orzeczenia wydawane są w czerwcu, lecz obecna sprawa prowadzona jest w przyspieszonym tempie. Według wpływowego bloga poświęconego Sądowi Najwyższemu, SCOTUS Blog, decyzja zapadnie prawdopodobnie przed Bożym Narodzeniem.

Prezydent USA Donald Trump wielokrotnie dotąd przekonywał, że sprawa przed sądem, dotycząca ceł, jest jedną z najważniejszych w historii, a jego przegrana będzie oznaczać gospodarczą ruinę państwa. Choć ostatecznie zrezygnował z osobistej obecności w sądzie, reprezentował go tam minister finansów Scott Bessent.

PAP


Rosyjski system jest przede wszystkim biurokratyczny, z własnymi wewnętrznymi zasadami, instrukcjami, obawami i bezwładnością. Jego głównym celem jest zapewnienie sobie przetrwania, a kluczowym zadaniem każdego urzędnika jest wykazanie, że pracuje i pozostaje czujny i responsywny.

Najniebezpieczniejszą sytuacją dla szeregowego funkcjonariusza jest ta, w której wszystko jest spokojne i nic szczególnego nie trzeba robić. W takich przypadkach przełożeni zaczynają pytać, co robi przez cały dzień i kwestionować jego kompetencje. Nie wystarczy, że urzędnicy wykonują swoją pracę; muszą sprawiać wrażenie, że ją wykonują — nawet jeśli oznacza to udawanie energicznej aktywności.

W ramach tego systemu istnieje niepisana, ale niemal powszechna zasada: jeśli zauważysz naruszenie i nic nie zrobisz, jesteś winny. Jeśli tego nie zauważysz, jesteś niekompetentny (a także winny). Nie ma bezpiecznej ścieżki. Każda bierność to ryzyko. Jedynym sposobem na zabezpieczenie się jest działanie. Albo lepiej — przesada. Nadmierna gorliwość może doprowadzić do zbesztania, ale bezczynność prowadzi do pytań, a nawet odrzucenia. To nie strach przed represjami, ale przed utratą komfortu i pozycji.

Ten strach przed wyjściem na tego, który nie podjął działania, tego, który nie zauważył lub milczał, jest jedną z kluczowych psychologicznych sprężyn rosyjskiego aparatu państwowego. Zmusza ludzi na niższych i średnich szczeblach władzy do działania z własnej inicjatywy, bez czekania na rozkazy. Nie robią tego z ideologicznej nienawiści ani dlatego, że Putin osobiście ich poinstruował. Działają prewencyjnie, aby uniknąć obwiniania ich jako słabego ogniwa, które przyciągnęłoby uwagę z góry.

W ten sposób działa większość mechanizmów represji: nie tylko od góry do dołu, ale także od dołu do góry, napędzane strachem przed reakcją wyższych władz. Każdy krok jest następnie zgłaszany w górę z powodu skrajnej czujności na potencjalny ekstremizm. Ostatecznie stwarza to wrażenie, że państwo świadomie zdecydowało się walczyć z dziewczyną śpiewającą piosenkę na ulicy, podczas gdy wszystko zaczęło się od jednej osoby, która nie chciała wyglądać na niedbałą lub bierną.

onet.pl


Rosyjskie zyski w sektorze Pokrowska były w dużej mierze możliwe dzięki rosyjskiemu atakowaniu ukraińskich dronów. Ukraińska jednostka dronów operująca w kierunku Pokrowska poinformowała, że ​​siły rosyjskie wysyłają do Pokrowska prawie 100 drużyn szturmowych dziennie, składających się z maksymalnie trzech osób każda. Ukraińska jednostka dronów stwierdziła, że ​​te rosyjskie drużyny ogniowe przeważają nad ukraińskimi pozycjami, uniemożliwiając ukraińskim operatorom dronów ich użycie. Ukraińskie źródła wojskowe poinformowały niedawno, że rosyjskie grupy infiltracyjne celowo atakują ukraińskie załogi dronów, aby zaangażować je w walkę wręcz, co utrudnia ukraińskie operacje dronów. Połączenie rosyjskiej taktyki naziemnej i wdrożenia efektów BAI stworzyło środowisko, w którym ukraińskim siłom bardzo trudno jest operować dronami. BAI to użycie sił powietrznych do atakowania celów na bliskim zapleczu linii frontu, aby w krótkim czasie wpłynąć na operacje na polu walki; ma to na celu uniemożliwienie przeciwnikowi dostępu do kluczowych linii logistycznych i obiektów niezbędnych do utrzymania operacji na polu walki. Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec wskazał, że siły rosyjskie stworzyły w Pokrowsku środowisko uniemożliwiające dostęp do dronów, stosując specjalne taktyki, które osłabiły organizację i skuteczność ukraińskich operacji obronnych i dronów przed rosyjskimi misjami infiltracyjnymi, co dodatkowo osłabiło te ukraińskie operacje. Maszowec poinformował, że rosyjskie dowództwo wojskowe ustanowiło nowy, trzyetapowy proces infiltracji: przygotowanie, realizacja i wykorzystanie. Maszowec stwierdził, że w fazie przygotowawczej dowództwo wojskowe priorytetowo traktuje identyfikację ukraińskich taktycznych i taktyczno-operacyjnych naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) wspierających wysunięte pozycje ukraińskie, pozycje ukraińskich operatorów dronów i miejsca startu dronów oraz inne obszary nadające się do wykorzystania. Maszowec stwierdził, że siły rosyjskie wysyłają siły Specnazu do przeprowadzenia początkowych misji infiltracyjnych i późniejszych zaskakujących ataków na pozycje ukraińskie w fazie przygotowawczej, po czym standardowe siły szturmowe przeprowadzają własne misje infiltracyjne w fazie wykonawczej. Maszowets stwierdził, że siły rosyjskie wysyłają wiele małych grup szturmowych w celu przeprowadzenia dalszych misji infiltracyjnych oraz konsolidacji i wzmocnienia pozycji podczas fazy eksploatacji, prawdopodobnie licząc na przytłoczenie sił ukraińskich przy jednoczesnym poniesieniu dużych strat. 

Siły rosyjskie potrzebowały 21 miesięcy, aby pokonać 39 kilometrów (nieco ponad 24 mile) z Awdijiwki do Pokrowska. Siły rosyjskie rozpoczęły ofensywę na Pokrowsk w lutym 2024 roku po zajęciu Awdijiwki i rozpoczęły przygotowania do ataku na Pokrowsk w marcu 2024 roku poprzez bezpośrednie ataki frontalne. Operacja ta zakończyła się jednak niepowodzeniem, a jesienią 2024 roku wojska rosyjskie przeszły do ​​kampanii okrążającej. Zimą 2025 roku wojska rosyjskie przeprowadziły krótką serię ataków w kierunku Pokrowska, ale nie zmieniły priorytetów aż do lipca 2025 roku. Udane operacje ukraińskich dronów w dużej mierze uniemożliwiły rosyjskie postępy w kierunku Pokrowska od końca 2024 roku do lata 2025 roku.

(...) Rosyjskie innowacje techniczne, takie jak drony z widokiem z pierwszej osoby (FPV) o zwiększonym zasięgu, głowice termobaryczne i drony „uśpione” lub „czekające” wzdłuż GLOC-ów, pozwoliły siłom rosyjskim generować efekty BAI i ograniczać przemieszczanie się wojsk ukraińskich, ewakuacje i logistykę. Rosja wysłała również elitarnych operatorów dronów z Centrum Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych Rubikon na kierunek Pokrowsk i inne priorytetowe sektory w obwodzie donieckim, aby skupić się na przechwytywaniu ukraińskich GLOC-ów i eliminowaniu ukraińskich operatorów dronów. Siły rosyjskie rozpoczęły próby infiltracji Pokrowska pod koniec lipca 2025 r. równolegle z ich zaangażowanymi wysiłkami BAI w tym obszarze. Siły rosyjskie osiągnęły ograniczoną penetrację na północny wschód od Pokrowska na taktycznym kierunku Dobropole w sierpniu 2025 r., prawdopodobnie wykorzystując nieszczelną linię frontu, jednocześnie starając się zabezpieczyć wschodnią flankę kierunku Pokrowska. Maszowec oświadczył 4 listopada, że ​​Rosja utworzyła Centrum Rubikon Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych, którego głównym zadaniem jest atakowanie i namierzanie ukraińskich załóg dronów, i zauważył, że siły rosyjskie w przypadku ataków na szczeblu taktycznym, operacyjnym i strategicznym priorytetowo traktują ukraińskie załogi dronów.

Te rosyjskie działania interdykcyjne BAI nie okazały się jednak tak skuteczne na całej linii frontu i niekoniecznie będą możliwe do przeniesienia na inne części teatru działań. Środowisko miejskie w Pokrowsku zapewniło siłom rosyjskim osłonę i ukrycie dla grup infiltracyjnych i załóg dronów, których brakuje w innych obszarach frontu, a Rosja przeznaczyła oszałamiające i niemożliwe do utrzymania ilości siły roboczej i sprzętu na zdobycie Pokrowska. Siły rosyjskie na krótko zredukowały priorytet działań w Pokrowsku, aby skupić się na taktycznej penetracji Dobropole w sierpniu 2025 r. Siły rosyjskie nie wykorzystały jednak tej penetracji, prawdopodobnie częściowo z powodu zagrożenia ukraińskimi atakami dronów na siły rosyjskie próbujące nacierać przez otwarty teren. Następnie, do września 2025 r., siły rosyjskie ponownie skupiły się na priorytetowym traktowaniu kierunku Pokrowsk, a siły ukraińskie z powodzeniem oczyszczały wyłom Dobropole, kontynuując działania w kierunku Pokrowska od listopada 2025 r. Siły rosyjskie również próbowały przebić się przez słabe punkty ukraińskiej obrony i wkroczyć w pobliże Kupjańska, ale nie udało im się zdestabilizować ukraińskiej obrony w takim samym stopniu, jak w Pokrowsku. Różnice między rosyjskimi wysiłkami mającymi na celu zdobycie Kupjańska i Pokrowska wynikają prawdopodobnie częściowo z otwartego terenu otaczającego Kupjansk i niezdolności Rosji do poświęcenia takiej samej ilości siły roboczej i zasobów na działania ofensywne na kierunku Kupjańskim, zwłaszcza że rosyjskie wysiłki mające na celu zniszczenie ukraińskiego kotła na kierunku Pokrowska są w toku. Siły rosyjskie nie nadały również takiego samego priorytetu generowaniu efektów typu BAI na kierunku Kupjańskim, jak w Pokrowsku. Rosja musiałaby zaangażować się w potencjalnie wieloletnie, wymagające dużych zasobów operacje lądowe i wdrożenie BAI, aby odtworzyć warunki w Pokrowsku w innych częściach teatru działań.

understandingwar.org


- Nie możemy po prostu akceptować Rosjan podróżujących i cieszących się życiem, podczas gdy ich rząd codziennie zabija Ukraińców i zagraża naszemu bezpieczeństwu - powiedział serwisowi jeden z dyplomatów UE, podkreślając, że do bloku przybywają często zamożniejsi przedstawiciele rosyjskiej klasy średniej. Z kolei Rosjanie, którzy nie zgadzają się z polityką Kremla, czują się pokrzywdzeni tymi zapowiedziami. Julia Nawalnaja, wdowa po zmarłym liderze opozycji Aleksieju Nawalnym, napisała w liście do wysokiej rangi dyplomatki UE Kai Kallas, że Unia powinna skupić się na oligarchach i propagandystach, a nie na turystach.

gazeta.pl


- Czy Rosja, tak jak Związek Sowiecki, stosuje masowy werbunek agentów?

Nie sądzę. Jestem także bardzo daleki, żeby w każdym Rosjanie widzieć szpiega Putina. Związek Sowiecki miał ścisłą kontrolę nad ruchem transgranicznym swoich obywateli. Każdy, kto wyjeżdżał, musiał dostać paszport. Aby to się stało, musiał złożyć odpowiednią ankietę osobową. Te ankiety potem biura paszportowe – tak w Związku Sowieckim, jak i w Polsce Ludowej, będące w gestii służb specjalnych – przesyłały do odpowiedniego pionu służby bezpieczeństwa. Oni oceniali, czy człowiek, który wyjeżdża, może być przydatny w działalności wywiadowczej. Jeśli odpowiedź była twierdząca, z petentem przeprowadzano rozmowę quasiwerbunkową, uzależniając od jej wyniku otrzymanie paszportu i zmuszając go, by po przyjeździe złożył szczegółowy raport. Tym sposobem generowali potencjalnie wartościową agenturę, ale to była sytuacja zimnowojenna, gdy ruch graniczny był limitowany i niewielki.

- W ZSRS stosowano także wywiad totalny. Czy Rosjanie też tak robią?

Wywiad totalny, czyli masowe pozyskiwanie często bezwartościowej agentury, w wykonaniu Związku Sowieckiego służył tak naprawdę „zapychaniu” możliwości działania kontrwywiadów państw zachodnich, aby w tym samym czasie realizować na najwyższym szczeblu precyzyjne operacje werbunkowo–szpiegowskie. Słowem, celem tego działania nie było zbieranie informacji, ale „wykańczanie przeciwnika”.

Na przykład w dwudziestoleciu międzywojennym w Polsce co roku aresztowano kilkuset szpiegów sowieckich. Najczęściej byli oni zatrzymywani przez Korpus Ochrony Pogranicza. Tyle że ta agentura była całkowicie bezwartościowa, rekrutowana z ówczesnych mniejszości narodowych, bez dostępu do informacji czy kontaktu z przedstawicielami WP lub administracji. W tym czasie Rosjanie prowadzili agenturę strategiczną w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, która w ostatecznym rozrachunku doprowadziła do błędnej polityki zagranicznej, zakończonej wojną z Niemcami. Taki był strategiczny cel ZSRS.

Teraz nie da się prowadzić tak rozumianego wywiadu totalnego. Z Rosji co roku wyjeżdżają miliony ludzi. Nie ma takiej służby specjalnej, która miałaby możliwości kontroli takiej liczby wyjeżdżających. Rosja – wbrew temu, co nam się mówi – nie jest Związkiem Sowieckim. Nie ma ani sowieckich zasobów, ani ówczesnego aparatu kontroli, a możliwości FSB i SWR są niewielkim proc. tego, czym dysponował KGB.

- Zatem jak traktować tych, którzy są werbowani obecnie przez rosyjskie służby do wykonywania prostych zadań za niewielkie pieniądze? Czy ich wpadki mogą być próbą przykrycia agentów perspektywicznych?

Nie widziałem materiałów w sprawach tzw. proxy agentury, czyli pozyskiwanej do działań krótkofalowych. Natomiast istnieje ryzyko, oparte na analogiach historycznych, o których przed chwilą wspomniałem, że Rosjanie po prostu używają takiej agentury, aby dokonać przeciążenia aparatu kontrwywiadowczego przeciwnika. Można postawić hipotezę, że masowe użycie proxy agentury może służyć potencjalnie odwróceniu uwagi kontrwywiadów od naprawdę istotnych operacji.

(...)

- Zastanawiam się, jaki jest sens wysyłania tzw. jednorazowych agentów do robienia zdjęć infrastruktury krytycznej lub wojskowej, gdy zdjęcia można znaleźć w internecie?

Jak już wspomniałem, istnieje ryzyko, że ich zadaniem jest związać kontrwywiad, bo on przecież musi reagować, nie wiedząc, czy zagrożenie jest realne, czy tylko pozorowane. W 2014 r., gdy zaczęła się secesja Donbasu, Rosjanie zrobili bardzo prosty trik. Polegał na tym, że SBU, straż pożarna i policja ukraińska dostawały dziennie setki informacji o podłożonych bombach czy zauważonych dywersantach. Musiały reagować, tymczasem służyło to tylko temu, żeby całkowicie zapchać Ukraińców procedurami alarmowymi.

Inny przykład. W momencie, kiedy Rosjanie prowadzili operację z wykorzystaniem płk. Kulinicza – agenta w bezpośrednim otoczeniu ówczesnego szefa SBU, Iwana Bakanowa – w tym samym czasie na terytorium Ukrainy pojawiły się tysiące nieudolnych dywersantów. Jeżeli wierzyć Ukraińcom, to w samym Kijowie wykryto 600 grup dywersyjnych, przy czym większość tych ludzi nie miała pojęcia o działaniach dywersyjnych, a dostępny na Telegramie podręcznik rosyjskiego sabotażysty, opracowany przez rosyjski GUGSz (Sztab Generalny Federacji Rosyjskiej – red.), zabrania realizacji operacji dywersyjnych nieprzygotowanej do tego agenturze. Celem więc było odciągnięcie kontrwywiadu SBU od rzeczywistego zagrożenia, czyli próby przejęcia kontroli nad SBU.

(...)

- Czy Rosjanie mogą do dzisiaj korzystać z informacji zgromadzonych w latach 80. XX w. w Połączonym Systemie Ewidencji Danych o Przeciwniku? Trafiały tam dane ze wszystkich sojuszniczych służb ówczesnego bloku wschodniego.

Oczywiście, że tak. W przeszłości już po upadku Związku Sowieckiego miały miejsce skandale związane z ujawnianiem faktów współpracy polityków nowej władzy z KGB w latach 80. Takie sytuacje miały miejsce w większości posowieckich państw m.in. na Litwie. Skoro Rosjanie odziedziczyli po KGB informacje, które były im przekazane przez różne służby bezpieczeństwa, na przykład na temat ówczesnej opozycji polskiej, to pytanie, czy je wykorzystywali operacyjnie jest pytaniem retorycznym.

(...)

- Najczęściej na terenie Polski skłonni do realizacji zadań zlecanych przez rosyjskie służby są Ukraińcy i Białorusini. Kto ich werbuje?

Podam przykład z naszej historii. Masowych werbunków za czasów II RP dokonywali przeważnie rosyjskojęzyczni agenci OGPU wśród ubogiej, zwykle rosyjskojęzycznej ludności przygranicza. Był to tani sposób generowania proxy agentury, niewymagający ani kosztów, ani wyspecjalizowanych kadr.

Każda instytucja wywiadowcza ma określony budżet i etat osobowy. Dzisiaj w proxy agenturę także się nie inwestuje, bo ona jest od samego początku do spalenia. Prościej jest dotrzeć przez komunikator Telegram do nastolatka ukraińskiego, którego sytuacja finansowa jest często mniej korzystna niż jego polskiego kolegi i który zna język rosyjski. Wywiad płaci im groteskowo niskie pieniądze, kilkadziesiąt dolarów za jakąś operację. Łatwo jest im dotrzeć do tych ludzi, ponieważ nie muszą oni nawet znać języka polskiego, a sami kandydaci bywają wyobcowani w polskim otoczeniu.

Nasz problem polega na tym, że nikt tak naprawdę nie przeprowadził badań demograficzno–socjologicznych emigracji ukraińskiej. My nie wiemy, jaka część emigrantów ukraińskich żyjących w Polsce jest de facto rosyjskojęzyczna, z rodzinami w Rosji i czerpie wiedzę na temat polityki z cotygodniowych audycji kremlowskiego dziennikarza Dmitrija Kisielowa. Bo to głównie do takich ludzi trafia rosyjski wywiad. To jest efekt czystej pragmatyki ze strony Rosjan: pieniądze i łatwość dotarcia.

(...)

W Polsce mamy tendencję do postrzegania Rosjan jako nieudolnych barbarzyńców, którzy na przykład obstawiają tylko jedną partię polityczną bądź jedną opcję polityczną. Otóż tak nie jest. To ludzie łączący słowiański spryt z mongolską bezwzględnością, co niestety daje sporą skuteczność. Jeżeli mamy system dwupartyjny, to oni obstawiają „obie nóżki”, bo nie wiadomo, która z tych partii w danym momencie zostanie „wypchnięta” do władzy. Tak samo perspektywicznie – obstawiają partie spoza głównego nurtu politycznego. W tym przypadku najlepszym przykładem są Niemcy.

rp.pl