środa, 16 stycznia 2019


Panie ambasadorze, czy czeka nas nowy konflikt w Zatoce? Co się dzieje z Arabią Saudyjską? Kraj, który zawsze był spokojny, teraz zaczął prężyć muskuły.

– Arabia Saudyjska od utworzenia w 1932 r. starała się odgrywać ważną rolę międzynarodową, zarówno w stosunkach regionalnych, jak i w świecie islamu. Ale, po pierwsze, tradycyjnie robiła to bardzo dyskretnie, preferując instrumenty miękkiej polityki. Po drugie, realizowała politykę zagraniczną w ścisłej koordynacji ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach sojuszu zawartego w 1945 r. Dbała o stabilność na globalnym rynku ropy, ale także wszechstronnie wspierała Amerykanów w wojnie w Afganistanie, tej pierwszej, przeciwko ZSRR. Dołożyła też swoją cegiełkę do rozpadu ZSRR.

W jaki sposób?

– 15 września 1985 r. Rijad zdecydował się na krok, który ekonomicznie rzucił Związek Radziecki na kolana. I to jest jedna z dat początku jego rozpadu. Chodzi o decyzję o odejściu od limitów wydobycia ropy naftowej. Wpływy ZSRR z eksportu tego surowca spadły wtedy czterokrotnie, rocznie o 20 mld dol. Ta polityka niskich cen czarnego złota była konsekwentnie prowadzona do rozpadu ZSRR. W sojuszu saudyjsko-amerykańskim coś zaczęło się zmieniać dopiero w czasach rządów Baracka Obamy.

Co zaczęło się zmieniać?

– Arabia Saudyjska zaczęła być pouczana. W kwestiach dotyczących praw człowieka Amerykanie wytykali jej różnego rodzaju potknięcia. Naciskali w sprawach reform. Budzili nadzieje na liberalizację w całym regionie arabskim. A przede wszystkim zaczęli szukać jakiejś nici porozumienia z rosnącym w siłę Iranem. Ostatecznie znalazło to wyraz w porozumieniu nuklearnym, mającym wielostronny charakter. Saudyjczycy, którzy zabiegali o zaostrzenie sankcji nałożonych na odwiecznego rywala, zamiast tego otrzymali osiągnięte środkami dyplomatycznymi porozumienie, które otwierało drogę do zniesienia sankcji. I powrotu Iranu do społeczności międzynarodowej we wszystkich wymiarach, także gospodarczym. Dla Arabii Saudyjskiej, konkurującej z Iranem, jeśli chodzi o sprzedaż ropy naftowej na rynku chińskim, indyjskim, japońskim i europejskim, nagle sytuacja zasadniczo się zmieniła. Do Iranu zaczęli wracać również inwestorzy zagraniczni. Umacnianie wpływów irańskich w Iraku, jak również w Syrii, Libanie i Jemenie, było postrzegane przez Saudów jako osaczanie królestwa. Rysy na sojuszu amerykańsko-saudyjskim wywołały wręcz panikę w Rijadzie. I myślę, że Saudyjczycy po doświadczeniach z prezydenturą Obamy zrobili wiele, a nawet, powiedziałbym, wszystko, by następnym prezydentem USA został Donald Trump.

Nie Władimir Putin tu mieszał?

– Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem. Z czego w jakimś stopniu Trump zdaje sobie sprawę, bo podchwycenie przez niego propozycji rozpoczęcia urzędowania w sferze polityki zagranicznej od Arabii i od Izraela było poniekąd konsekwencją tego poparcia. Misterna siatka powiązań nierozerwalnie łączy się ze zmianami na szczytach władzy w Rijadzie, w wyniku których dominującą pozycję w państwie uzyskał asertywny i ambitny następca tronu, książę Muhammad ibn Salman. Wraz z jego awansem Rijad poczynił wielkie postępy w kwestii wizerunku, ale polityka saudyjska w regionie stała się wręcz drapieżna.

tygodnikprzeglad.pl