poniedziałek, 27 maja 2019


Stany Zjednoczone może nie są prymusem na polu walki o czyste środowisko, ale mają w tej dziedzinie pewne osiągnięcia. Jednym z nich jest redukcja przemysłowych zanieczyszczeń powietrza o 60 proc. w latach 1990–2008. Wynik – znaczący sam w sobie – należy docenić tym bardziej, że dotyczy okresu wzmożonej produkcji i szybkiego rozwoju gospodarczego w USA. Udało się go osiągnąć w stosunkowo prosty sposób: zaostrzając przepisy z zakresu ochrony środowiska. Bardziej restrykcyjne regulacje wymusiły na przemyśle wdrożenie bardziej ekologicznych metod produkcji.

(...)

– Ludzie często uważają, że obecnie przemysł emituje mniej zanieczyszczeń, bo zmniejszyła się skala produkcji. Tymczasem produkcja w 2008 r. była wyższa o 30 proc. w stosunku do wskaźników z roku 1990 – komentuje wyniki badania prof. Reed Walker. – Inni z kolei twierdzą, że nieekologiczna produkcja, np. hutnicza, została przeniesiona do Meksyku, Chin i innych krajów, a na miejscu pozostał jedynie przemysł wysokich technologii, generujący mniej zanieczyszczeń. Tymczasem fakty są inne: producenci wytwarzają te same produkty, ale podjęli odpowiednie kroki, by uczynić procesy produkcji bardziej przyjaznymi dla środowiska – mówi naukowiec.

Z kolei prof. Shapiro przypomina, że w latach 60. i 70. ubiegłego wieku popularne były obawy dotyczące zbliżającej się katastrofy ekologicznej. Uważano wówczas, że miasta takie, jak Los Angeles czy Nowy Jork niebawem staną się niezdatne do życia z powodu dramatycznego poziomu zanieczyszczenia powietrza. Tymczasem wskaźniki zanieczyszczeń, zamiast poszybować zgodnie z prognozami, zaczęły się gwałtownie obniżać. – Dowody wskazują, że kluczową rolę w tym procesie odegrały regulacje środowiskowe, które wymusiły wdrożenie ekologicznych metod produkcji – twierdzi prof. Shapiro.

smoglab.pl

„Mam wrażenie, że ktoś robi z naszych dzieci zombie. Komu na tym zależy?”, pyta mężczyzna koło pięćdziesiątki na filmie na YouTube. Mówi powoli, akcentując każde słowo. Przed nim zasłuchana sala. Za nim logo wrocławskiego centrum medycyny alternatywnej i transparent ogłaszający usługi uzdrowiciela terapii „naturalnej”.

„Jest przygotowywane wszystko, żeby ten naród wynarodowić – kontynuuje mówca. – Chore dzieci nie będą stanowiły mocnego kręgosłupa narodowego. (…) A skąd się biorą te autystyczne dzieci? W 2025 r. ponad połowa populacji chłopców będzie autystyczna”, przepowiada, powołując się na „ekspertów”. I dodaje: „Musimy zdobywać doświadczenie, którego nie dostaniemy na uczelni, bo programy uczelniane są spacyfikowane przez koncerny”.

Tytuł filmiku brzmi „Ratujmy dzieci!”. Przemawiający nazywa się Hubert Czerniak i jest lekarzem medycyny z aktywnym prawem wykonywania zawodu.

Wykształcenie medyczne ma również dr Jerzy Jaśkowski, który – poza głoszeniem szkodliwości szczepień – znany jest z internetowych filmików z serii „Świat jest inny”, w których m.in. odradza kobietom używanie szamponów i podpasek oraz – powołując się na „niezależnych ekspertów z Kanady” – przekonuje, że komory gazowe nie istniały. W przeciwieństwie jednak do Huberta Czerniaka Jaśkowski od 23 października zeszłego roku nie ma prawa wykonywania zawodu lekarza.

Poza wykształceniem medycznym Czerniaka i Jaśkowskiego łączy jeszcze jedno – obaj są zagorzałymi przeciwnikami szczepionek, głoszącymi wszechobecny spisek polityków, firm farmaceutycznych i naukowców, których nazywają „urzędnikami siedzącymi w kieszeni karteli farmaceutycznych”. Rzecz jasna, „utytułowani urzędnicy” stoją w opozycji do „niezależnych ekspertów”, którzy – jako jedyni – „mają odwagę głosić niewygodną prawdę”. Antysystemowa retoryka Czerniaka łączy się z faktem, że jest on kandydatem do parlamentu z ramienia Kukiz’15 – mimo deklarowanego obrzydzenia do partii politycznych.

Czerniak i Jaśkowski są gwiazdami polskiego ruchu antyszczepionkowego, kojarzonego przede wszystkim ze Stowarzyszeniem Stop NOP, któremu przewodniczy Justyna Socha. W tekście „Lekarze niszczeni za wierność zasadom etycznym”, dostępnym na stronie organizacji, Jerzy Jaśkowski jest przedstawiany jako ofiara „nagonki” i „zastraszania” zorganizowanego przez Naczelną Radę Lekarską. „Przed sądami lekarskimi w 2015 r. toczyło się kilkanaście postępowań w sprawie lekarzy, którzy wypowiadali się krytycznie o szczepieniach – czytamy w artykule, którego autorką, jak większości tekstów na stronie, jest Justyna Socha. – Konsekwencją dla nich może być upomnienie lub nagana, a w bardziej drastycznych przypadkach lekarz może zostać zawieszony lub stracić prawo wykonywania zawodu”.

Sama Justyna Socha jest z zawodu agentką ubezpieczeniową. Podobnie jak Hubert Czerniak startowała w wyborach parlamentarnych w 2015 r. z list Kukiz‘15. To ona jest autorką obywatelskiego projektu ustawy przewidującej zniesienie obowiązku szczepień ochronnych dla dzieci. Mimo przestróg i protestów środowisk medycznych projekt 4 października został skierowany do dalszych prac po pierwszym czytaniu.

tygodnikprzeglad.pl

Zgodnie z oczekiwaniami w nowym europarlamencie zagości dużo więcej prawicowych populistów niż w poprzedniej kadencji. Naprawdę świetnie poszło im jednak tylko w Polsce i na Węgrzech, gdzie PiS i Fidesz otrzymały kolejno 45,56% oraz 52,3% głosów. Nawet we Francji i we Włoszech zwycięskie Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen oraz Liga Matteo Salviniego (a także Ruch Pięciu Gwiazd) uzyskały poparcie mniejsze, niż przepowiadały sondaże.

Gorzej, niż się spodziewano, poszło też prawicowym populistom w Hiszpanii, Estonii, Danii oraz Holandii – Duńska Partia Ludowa straciła trzy mandaty i została w parlamencie z jednym, a Partia Wolności Geerta Wildersa straciła wszystkie cztery. O sukcesie nie mogą też mówić populiści z krajów niemieckojęzycznych. Choć AfD zdobyła więcej mandatów niż w wyborach z 2014 roku (kiedy była jeszcze dziwaczną zbieraniną gospodarczych libertarian i przeciwników euro), 11% to bardzo marny wynik, zważywszy na to, że w czasie zamieszek w Chemnitz szybowali w okolicę dwudziestki. W Austrii z kolei współrządzącej FPÖ zaszkodził skandal finansowy – w eurowyborach wylądowała na trzecim miejscu z wynikiem 17,2%, choć to i tak stosunkowo niski wymiar kary, biorąc pod uwagę treść opublikowanych przez prasę taśm z przewodniczącym Strache.

Można przypuszczać, że ogólny wynik populistów ograniczyła największa od dwudziestu lat frekwencja, która wyniosła 50,5% – niemal o dziesięć punktów procentowych więcej niż w 2014 roku. Wtedy do eurowyborów wyjątkowo mobilizował się zazwyczaj radykalny, eurosceptyczny elektorat.

Eurowybory potwierdziły też rozkład powojennych duopolów partyjnych. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne i konserwatywne w wielu krajach poniosły porażki. Łączny wynik Europejskiej Partii Ludowej (EPP) to blisko 25%, a Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D) to 20% – w ich przypadku najmniej w historii. Widać to wyraźnie w Niemczech, gdzie SPD i CDU/CSU straciły nawet połowę swoich wyborców, a także we Francji, gdzie Partia Socjalistyczna i neogaullistowscy Republikanie uzyskali wyniki jednocyfrowe.

O sukcesie mogą za to mówić Zieloni (Greens-EFA) oraz wszelakiej maści twory liberalno-progresywne, które w większości zasilą Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE). W Niemczech ze swoim 20,5% Zieloni rozbili bank, wskakując na drugie miejsce, podobnie było w Irlandii i Finlandii. We Francji, Luksemburgu i Danii zajęli trzecie miejsca, a w Austrii, Szwecji i Belgii (łącząc rezultaty partii flamandzkiej i walońskiej) uzyskali wyniki dwucyfrowe.

„Zielona fala”, jak nazywają ten świetny rezultat europejskie media, to zasługa głównie młodych wyborców: np. w Niemczech wśród osób głosujących po raz pierwszy to właśnie ta partia zwyciężyła, i to z trzykrotną przewagą nad drugą w kolejności CDU. Ale sukces Zielonych wyraźnie ogranicza się do bogatej Europy Północno-Zachodniej.

Nie można tego powiedzieć z kolei o liberałach, którym nieźle poszło też w naszym regionie: w Czechach progresywna Partia Piratów zadebiutowała w eurowyborach z mocnym trzecim miejscem (a zwyciężyło ANO, które jest częścią ALDE, aczkolwiek nie stroni od elementów prawicowego populizmu), na Słowacji zaś nieoczekiwanie zwyciężył komitet Progresywna Słowacja/Razem, z którym związana jest nowa prezydentka Zuzanna Čaputova. Kiepsko za to u nas poszło Wiośnie.

O porażce nie może też do końca – zważywszy na zawirowania, jakich w ostatnich miesiącach doświadczyła Francja – myśleć Macron, który depcze Le Pen po piętach.

W niektórych krajach wybory wygrały z kolei tradycyjne partie socjaldemokratyczne – tak wydarzyło się na Malcie, w Portugalii, Holandii (gdzie wystąpił tzw. efekt Timmermansa – popularnego lidera Partii Pracy) oraz Hiszpanii (gdzie socjaliści zyskali świetne 32,8%).

(...)

Ostatecznie odchodzi więc w przeszłość podział Europy na socjaldemokratyczną klasę robotniczą i konserwatywne mieszczaństwo, które wybiera chadecję. Umacnia się za to nowy: na wielkomiejskie, progresywne i silnie sfeminizowane mieszczaństwo (głosujące na Zielonych czy nowe ruchy progresywne) i nacjonalizujący prekariat z mniejszych ośrodków, do których docierają prawicowi populiści. To oczywiście uproszczenie, które pomija lokalne niuanse – w skali Europy jest jednak uprawnione.

Widać też wyraźnie, że motorem reakcji na prawicowy populizm stał się strach przed katastrofą klimatyczną. To temat, który zdominował w ubiegłym roku debaty publiczne wielu krajów UE. Ekologia to jednak nie wszystko: w wielu krajach zielone ugrupowania i ruchy formułują dla swoich wyborców – na przekór prawicowym populistom – opowieść o Europie otwartej, sprawiedliwej społecznie i tolerancyjnej. To samo robią progresywni liberałowie. Jedni i drudzy prezentują zupełnie inne podejście niż tradycyjne partie, które w obliczu sukcesów populistów często kończą w defensywie i są „za, a nawet przeciw”.

krytykapolityczna.pl