środa, 29 marca 2023


Jakub Wiech: Po co Rosji Chiny, a po co Chinom Rosja?

Prof. Michał Lubina: Te relacje zasadzają się na trzech filarach. Po pierwsze, kraje te są dla siebie bezpiecznymi tyłami. Chińczycy mówią na to „plecy w plecy". Rosja dla Chin to bezpieczeństwa od północy, Chiny dla Rosji to bezpieczeństwo od wschodu. To ważne m.in. ze względów psychopolitycznych. Każdy lubi mieć zabezpieczone zaplecze. Co więcej, Rosja nie jest specjalnie zainteresowana Azją, chce mieć spokój na tym kierunku, a dzięki Chinom ten spokój ma – i dzięki temu Moskwa może skupiać się na Zachodzie, „bliskiej zagranicy" czy na Bliskim Wschodzie. To są najważniejsze kierunki rosyjskiej polityki zagranicznej. Z kolei w chińskim psyche zakorzeniony jest strach przed nomadami z północy, przed najazdem z tego kierunku – więc zabezpieczenie z tej strony jest dla nich bardzo ważne. Dzięki takiemu układowi oba te kraje mogą skupiać się na drugim, obecnie ważniejszym elemencie.

Czyli?

Na antyamerykanizmie. Zarówno Chinom, jak i Rosji źle się żyje w obecnym, słabnącym Pax Americana. Pekin i Moskwa uważają, że Waszyngton chce podminować ich reżimy, że ze strony USA ciągle grozi „demokratyczny sabotaż", który jest wycelowany w państwa autorytarne. Chiny utożsamiają demokrację z chaosem i anarchią. Z kolei w Rosji putinowskiej silny jest antyrewolucyjny nastrój, który zasadza się na założeniu, że Rosjanie już wyczerpali swój limit rewolucji, a Zachód tylko czeka, by taką rewolucję znów wywołać. Zatem mamy tu wspólny mianownik w myśleniu o Amerykanach jako o sabotażystach, którzy chcą wywrócić pewien porządek. Ale jest jeszcze jeden fundament chińsko-rosyjskiego antyamerykanizmu: niewidzialna ręka Stanów Zjednoczonych, która blokuje Chinom i Rosji rozwój, np. przez rozmaite międzynarodowe instytucje i narzucanie wartości.

A trzeci filar?

To element gospodarczy – ale, co może wydać się paradoksalne, jest on mniej ważny od pozostałych dwóch. Przez prawie trzydzieści lat relacji chińsko-rosyjskich podstawowym spoiwem gospodarczym był handel bronią. To było widoczne zwłaszcza w latach 90., kiedy broń była głównym towarem sprzedawanym Chińczykom przez Rosjan. Ale w międzyczasie Chiny dokonały skoku technologicznego i nie są już zależne od rosyjskich dostaw. Z kolei od 2008 roku, czyli od podpisania porozumienia o ropociągu WSTO, kraje te zaczęły handlować ze sobą energią na dużą skalę. Rosja zgodziła się wtedy być głównym dostawcą ropy do Chin, prześcignęła w tym Arabię Saudyjską. Z czasem do tego doszedł gaz, zarówno słany gazociągiem Siła Syberii, jak i w formie LNG. Do tego dochodzą jeszcze inne surowce: na przykład węgiel czy drewno. Natomiast widać w tym wszystkim pewien neokolonialny układ: Rosja sprzedaje nieobrobione surowce, a Chiny – bardziej wyrafinowane, przetworzone produkty. Ale taki porządek obu stronom pasuje.

Skupmy się na tym „neokolonialnym układzie". Ile jest prawdy w tym, że Chiny kolonizują sobie Rosję, traktując ją jako rezerwuar surowców?

Niewiele. Dlatego właśnie ten układ pasuje obu stronom. Rosja sprzedaje ropę czy gaz, Chiny go kupują, ale to Rosja kontroluje złoża i przesył. To nie chińskie firmy wydobywają surowce np. na Syberii. Oczywiście, te kontrakty są korzystne dla Chin, ale – jak to mówił wybitny amerykański intelektualista –the art of the deal polega na tym, że zarówno Chińczycy, jak i Rosjanie zarabiają tyle, żeby się to opłacało.

Komu dokładnie się to opłaca?

Powiem tak: kiedyś dziennikarz zapytał Igora Sieczina, prochińskiego czynownika i szefa Rosniefti, jakiego słowa po chińsku się nauczył. On powiedział: юань, czyli „juan". Ostatnio ten sam dziennikarz dopytał, czy Sieczin nauczył się jakiś nowych słów, to padła odpowiedź много юаней, czyli „wiele juanów". Tu się kłania trochę rosyjski model myślenia o państwie i gospodarce: to państwo ma dawać pieniądze, bo jak bojarzy, otoczenie władzy, mają pieniądze od państwa, to car – w razie czego – może go tych zysków pozbawić. Jest kontrola, a to w Moskwie i Pekinie bardzo ważne słowo. Trzeba tu dodać, że współpraca z Chinami służyła Rosji także jako straszak dla Europy. Rosjanie wobec Zachodu stosowali narrację: nie podoba się wam? To pójdziemy z naszym gazem i ropą do Azji. I to działało na europejskie elity, więc taka polityka tym bardziej miała sens dla Rosji, bo dzięki temu rosyjskie spółki uzyskiwały korzystniejsze kontrakty na Zachodzie. Sam Putin powiedział, że ropociąg WSTO to projekt geopolityczny.

Chiny też tak na to patrzą?

Korzyści strony chińskiej są tu bardziej oczywiste: Chiny mają dostęp do surowców za pomocą infrastruktury biegnącej po lądzie. Nie muszą się już oglądać na Cieśninę Malakka, gdzie istnieje ryzyko amerykańskiej blokady morskiej. Dlatego Pekin zaczął budować ropociągi i gazociągi łączące ich np. z Birmą, Kazachstanem, Turkmenistanem oraz właśnie z Rosją. Tym połączeniom US Navy nie zagraża. Tu widać jeszcze wyraźniej, że podstawy współpracy rosyjsko-chińskiej są racjonalne i solidne. To zaś prowadzi do wniosku, że nie są one łatwe do zmiany, to dość trwały model.

Może jednak te podstawy same się zmienią? W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że Chińczycy mogą poprosić Rosję np. o udziały w Gazpromie, co naruszałoby tę równowagę. Czy ostatnie spotkanie Xi-Putin w Moskwie, gdzie była omawiana sprawa gazociągu Siła Syberii-2 nie jest krokiem w tę stronę?

Chiński klucz do rosyjskiej duszy polega na tym, że Chiny zawsze komplementują Rosję oraz na tym, że znają granice. I w ciągu trzydziestu dwóch lat relacji chińsko-rosyjskich ani razu ich nie przekroczyli. Jednakże teraz mają ogromną przewagę – Rosja wisi na Chinach. Więc Pekin może tego zażądać. Ale może zażądać też wielu innych rzeczy. Chodzi nie tylko o udziały w Gazpromie, Rosniefti czy Transniefti, ale także o złoża syberyjskie, internacjonalizację Arktyki, wpływy w kosmosie czy nowoczesne technologie wojskowe w postaci np. hipersonicznych pocisków. Menu jest szerokie, ale wybór którejś z pozycji będzie oznaczał złamanie chińskiej polityki nieprzekraczania pewnych granic.

A jak Pan pod tym kątem ocenia rezultaty samego szczytu w Moskwie?

Szału nie ma. Mam wrażenie, że albo Chińczycy wciąż się hamują ze swoimi żądaniami względem Rosji, albo Rosjanie się im postawili i z rozmów niewiele nie wyszło, nie wyszedł m.in. projekt Siła Syberii-2. Podejrzewam, że Chiny rozegrają ten temat podobnie, jak pierwszą Siłę Syberii: Rosjanie negocjowali ten projekt chcąc wykorzystać go propagandowo wobec Zachodu, natomiast Pekin, widząc, że Rosja słabnie po 2014 roku, czyli po pierwszej inwazji na Ukrainę, poczekał aż Moskwa zacznie godzić się na ustępstwa i wynegocjował dobre dla siebie warunki. Podobnie może być i teraz – to nie Chiny potrzebują Siły Syberii-2. Czas jest po ich stronie.

A co z innymi kwestiami?

Jedynym konkretem jest w zasadzie współpraca na poziomie agencji informacyjnych. To lepsze niż niegdysiejsze umowy ws. królikarstwa i ochrony tygrysów, ale i tak wygląda na zapełnianie pustki.

Czy w takim razie Niedźwiedź naprawdę jest w objęciach Smoka, jak zatytułował Pan swoją książkę? Czy politykę Zachodu polegającą na przeciągnięciu Chin na swoją stronę można spisać na straty?

Przez długi czas Zachód nie doceniał Chin, lekceważąc je choćby z tego względu, że nie były demokracją. Zakładano, że Rosja i tak na końcu wybierze Zachód, bo Azja nie jest dla niej alternatywą. Tymczasem Chiny naprawdę rzuciły wyzwanie obecnemu porządkowi międzynarodowemu – i mogą wygrać. Nie mówię, że wygrają, ale mogą.

A jakie wnioski wyciągnęły Chiny z toczonej przez Rosję wojny na Ukrainie? Pytam zwłaszcza o Tajwan.

Chińczycy bardzo nie lubią tego porównania, bo uważają, że nie można porównywać niepodległego państwa, jakim jest Ukraina oraz prowincji, którą w ich mniemaniu jest Tajwan. Ale ja uważam, że jest ono trafne, bo oddaje element wielkoruski i wielkochiński: nie ma Wielkiej Rosji bez Ukrainy, nie ma Wielkich Chin bez Tajwanu. A co do chińskich wniosków, po pierwsze: Zachód pomógł. Pekin zdaje sobie sprawę, że jeśli Tajwan będzie się bronił dostatecznie długo, a do wojny włączą się USA, Japonia czy Australia, to Chiny mogą tę wojnę przegrać. Wniosek drugi: szybka operacja polegająca na przerzucie spadochroniarzy do Tajpej, którzy opanują pałac prezydencki i w ten sposób zdobędą Tajwan może się nie powieść. Tak przecież chcieli zrobić Rosjanie na Ukrainie – i to się nie udało. Więc z Ukrainy Chiny wyciągają jedną podstawową konkluzję: jeszcze nie czas na Tajwan, a jak ten czas przyjdzie, to trzeba być lepiej przygotowanym.  

energetyka24.com

Inwazja Rosji na Ukrainę i będące jej konsekwencją sankcje przyniosły rosyjskiemu wielkiemu biznesowi miliardowe straty. Skala ciosów, jakie spadły na jego czołowych przedstawicieli, doprowadziła do zmiany dotychczasowego modelu biznesowego. Mimo poniesionych strat miliarderzy, podobnie jak społeczeństwo, w znakomitej większości milcząco pogodzili się z agresywną polityką Moskwy. Nawet ci przebywający za granicą nie odważyli się na krytykowanie Kremla i skoncentrowali się na dostosowaniu funkcjonowania swoich firm do nowych warunków ekonomicznych. Jako główną strategię obronną wybrali zaś milczenie, dzięki czemu unikają skupiania na sobie uwagi władz.

W ostatnich miesiącach, w sytuacji kurczących się dochodów Federacji Rosyjskiej, własność miliarderów spoza najbliższego otoczenia Kremla stała się mocno zagrożona. Jest wielce prawdopodobne, że to ich kosztem proputinowska elita rozszerzać będzie swój stan posiadania. Ponadto okazało się, że aktywa latami wyprowadzane na Zachód także nie są bezpieczne, m.in. ze względu na zachodnie sankcje. Mimo swojej pasywności wobec władz miliarderzy przejawiają za granicą dość dużą aktywność, by zachować swój majątek i utrzymać dotychczasowy poziom życia.

Jeśli natomiast chodzi o osoby z najbliższego otoczenia Władimira Putina, to Kreml stara się częściowo rekompensować im straty, pozwalając zarabiać na obsłudze działań wojennych. Korzystają oni również na zamówieniach publicznych i przejmowaniu atrakcyjnych aktywów od rosyjskiego prywatnego biznesu i zagranicznych spółek wycofujących się z Rosji. Co ciekawe, nawet przedsiębiorcy blisko związani z elitą władzy nie są skłonni do publicznego deklarowania poparcia dla polityki Kremla i w większości przypadków nie wypowiadają się na temat wojny. Putin wykorzystuje inwazję na Ukrainę do dalszego zwiększania roli państwa w rosyjskiej gospodarce i umacniania państwowego kapitalizmu budowanego w czasie jego rządów. W efekcie w Rosji dochodzi do kolejnego podziału własności, ograniczania konkurencji i rozwijania mechanizmów korupcyjnych.

Zgodnie z szacunkami agencji Bloomberg wartość majątków 23 najbogatszych rosyjskich biznesmenów zmniejszyła się w ciągu pierwszego roku trwania pełnoskalowej wojny o ok. 65 mld dolarów, tj. o ok. 20%. Wśród osób, które straciły najwięcej, jest Roman Abramowicz – wartość jego aktywów spadła o ponad 50% (...). Rosyjscy miliarderzy musieli się mierzyć nie tylko ze spadkiem notowań należących do nich spółek, lecz także ze zmianą modelu prowadzenia biznesu. Przede wszystkim wielu tamtejszych eksporterów i importerów utraciło dostęp do dochodowych rynków zachodnich, w tym również kapitałowych. Proces adaptacji do nowych warunków ekonomicznych oznaczał dla nich: konieczność nasilenia współpracy z państwami azjatyckimi, które oferują znacznie niższą marżę (dotyczy to zwłaszcza surowców); regres technologiczny (ze względu na brak dostępu do zachodnich technologii i towarów inwestycyjnych); zwiększenie kosztów logistyki i operacji finansowych. Dodatkowo, ze względu na wysokie ryzyko związane ze współpracą z Rosją, rosyjscy eksporterzy sprzedają surowce po zaniżonej cenie, a importerzy przepłacają za towary.

Kolejnym ciosem dla wielu rosyjskich biznesmenów były sankcje personalne. W wyniku restrykcji ich aktywa w państwach zachodnich (finansowe, nieruchomości i ruchomości) o łącznej wartości ok. 60 mld dolarów zostały zamrożone. Ponadto majątek ten zagrożony jest konfiskatą na potrzeby zniszczonej Ukrainy. W wyniku nałożonych sankcji rosyjscy biznesmeni oraz członkowie ich rodzin zostali zmuszeni również do zmiany dotychczasowego stylu życia, m.in. utracili możliwość podróżowania po państwach zachodnich, a także swoją pozycję w międzynarodowych kręgach polityczno-biznesowych, jako że kontakty z nimi stały się toksyczne.

Kryzys gospodarczy w Rosji, przy rosnących kosztach wojny, zmusza Kreml do zwiększania nakładanych na biznes obciążeń fiskalnych. W 2022 r. rząd sięgnął głównie po zyski Gazpromu, jednak swoimi dochodami musiały podzielić się również sektory metalurgiczny, węglowy i nawozów mineralnych. W 2023 r. zmiany fiskalne dotknęły znacznie szerszą grupę przedsiębiorstw. Władze nie tylko po raz kolejny podniosły obciążenia podatkowe sektora naftowo-gazowego, lecz zamierzają także odebrać dużemu biznesowi z różnych branż znaczną część ich zysków z ostatnich dwóch lat. Nie ma przy tym pewności, że w ciągu roku nie nastąpi dalszy wzrost podatków.

Przez ostatnie 20 lat rosyjski wielki biznes został całkowicie podporządkowany Kremlowi. Jego działalność zarówno w kraju, jak i poza granicami pozostawała pod silną kontrolą władz. W efekcie z systemu polityczno-ekonomicznego zniknęli tzw. oligarchowie. Elita putinowska pozwalała bogacić się miliarderom, jednocześnie budując instrumentarium nacisku na nich (m.in. aparat przymusu i będący na usługach władz system sprawiedliwości), które mogło zostać wykorzystane do odebrania im aktywów, a nawet pozbawienia ich zdrowia lub życia. Rosyjski biznes zaakceptował te reguły gry – m.in. dzielił się z Kremlem zarabianymi środkami finansowymi, sponsorował ważne dla niego projekty, był też wykorzystywany do lobbowania rosyjskich interesów za granicą. W ostatnich miesiącach, w sytuacji kurczących się środków do podziału, własność miliarderów spoza najbliższego otoczenia Kremla została zagrożona. Jest wielce prawdopodobne, że ich kosztem putinowska elita rozszerzać będzie swój stan posiadania. Rosną zatem obawy przed nacjonalizacją części aktywów lub ich przejęciem przez osoby bardziej lojalne wobec Kremla.

W rezultacie większość miliarderów – niezależnie od tego, czy przebywających w Rosji, czy za granicą – nie chcąc narażać się Kremlowi, wybrała milczenie jako najlepszy sposób ochrony swoich interesów. Mimo poniesionych strat duży prywatny rosyjski biznes jak dotąd nie odważył się na krytykowanie Kremla. Nieliczne osoby w pierwszych tygodniach inwazji zdecydowały się jedynie na publiczne nawoływanie do pokoju (np. kierownictwo Łukoilu i Novateku, Oleg Deripaska czy Michaił Fridman). Dotychczas z najostrzejszymi słowami przeciw wojnie i jej konsekwencjom („państwa powinny wydawać pieniądze na leczenie ludzi, nie na wojnę”) wystąpił mieszkający poza Rosją biznesmen Oleg Tińkow, który nie należał do bliskiego otoczenia Kremla. W efekcie został pozbawiony swoich aktywów w tym kraju. Zdaniem Tińkowa poglądy większości jego znajomych biznesmenów są podobne do jego, jednak boją się oni artykułować je publicznie.

Rosyjscy miliarderzy okazali się znacznie aktywniejsi, jeśli chodzi o ochronę ich własności za granicą. Aby uchronić majątek przed zamrożeniem, osoby zagrożone sankcjami personalnymi przede wszystkim sprzedawały lub przepisywały swoje aktywa, głównie na członków rodziny. Aleksiej Mordaszow (właściciel m.in. Siewierstali) przepisał majątek na żonę, natomiast Roman Abramowicz (m.in. współudziałowiec Evrazu) przekazał kontrolę nad znaczną częścią aktywów swoim dzieciom. Z zarządu holdingu inwestycyjnego LetterOne odeszli Michaił Fridman i Piotr Awen. Ponadto ich partnerzy biznesowi – Aleksiej Kuzmiczew i German Chan – sprzedali udziały w LetterOne i Alfa-Banku (zmniejszając tym samym kontrolę rosyjskich udziałowców objętych sankcjami do poziomu poniżej 50%). Znaczną część majątku, w tym jachty czy samoloty, udało się rosyjskim biznesmenom wyprowadzić spod zachodniej jurysdykcji, zanim zachodnie ograny nałożyły na nie ograniczenia. W większości przekierowywali oni swój majątek do państw, które nie objęły Rosji sankcjami, głównie do krajów Zatoki Perskiej, Izraela czy Turcji.

Ponad stu rosyjskich miliarderów objętych sankcjami personalnymi (m.in. Abramowicz i Fridman) zdecydowało się złożyć do zachodnich sądów pozwy, w których podważają oni zasadność nałożonych na nich ograniczeń. Nieliczni biznesmeni zadeklarowali wsparcie finansowe dla ofiar wojny, co wykorzystywali następnie do zabiegania o usunięcie z list sankcyjnych. Przykładowo fundusz charytatywny kontrolowany m.in. przez Fridmana i Awena pod koniec lutego 2022 r. zapowiedział wsparcie w wysokości 10 mln dolarów dla Żydów dotkniętych „kryzysem na Ukrainie”. Również Abramowicz zadeklarował, że pieniądze ze sprzedaży klubu piłkarskiego Chelsea przekaże na pomoc humanitarną dla ofiar wojny po obu stronach konfliktu. Jego wizerunek na Zachodzie miało także poprawić zaangażowanie w charakterze rzekomego pośrednika Kremla w rozmowach pokojowych z Ukrainą toczących się w pierwszych miesiącach pełnoskalowej wojny oraz przy wymianie jeńców wojennych.

Część biznesmenów próbowała też odzyskać kontrolę nad swoimi aktywami nielegalnie. Oleg Deripaska z pomocą wielu podstawionych osób i firm kontynuował działalność w USA (mechanizm został wykryty jesienią 2022 r.). Z kolei objęci unijnymi ograniczeniami personalnymi Dmitrij Mazepin i Aliszer Usmanow uprowadzili swoje jachty „zamrożone” odpowiednio przez władze Włoch i Chorwacji.

Większość rosyjskich miliarderów mimo sankcji pozostała poza granicami Rosji, przy czym znaczna część z nich wyprowadziła się z państw zachodnich, głównie do Izraela (Abramowicz) bądź państw Zatoki Perskiej (Andriej Mielniczenko). Blisko współpracujący z Kremlem Usmanow zdecydował się natomiast przeprowadzić do rodzinnego Uzbekistanu i ograniczyć działalność w Rosji. Niektórzy biznesmeni zrzekli się ponadto rosyjskiego obywatelstwa. Wśród nich znalazł się Jurij Milner (aktywny w branży technologicznej), przebywający poza Rosją już od 2014 r. Po agresji na Ukrainę, podobnie jak Paweł Durow (miliarder z branży technologicznej, właściciel komunikatora Telegram), poprosił on czasopismo „Forbes”, by nie nazywać go rosyjskim biznesmenem. Obecnie związki z Rosją są bowiem obciążeniem przy prowadzeniu biznesu na Zachodzie. Z dostępnych informacji wynika, że tylko jeden miliarder – German Chan – zdecydował się na powrót do kraju.

Milczenie miliarderów okazało się niewystarczające dla Kremla, który coraz mocniej wymaga od obywateli i biznesu czynnego wspierania władz, w tym przyjazdu do Rosji. Władze nasiliły też działania wymuszające przerejestrowywanie spółek z zagranicy do kraju. Dla przykładu w ostatnich miesiącach rosyjskie stały się firmy należące do Władimira Potanina, za pomocą których kontroluje on m.in. Norylski Nikiel. Niebawem rosyjską rejestrację uzyska także spółka technologiczna VK kontrolowana przez bliskiego przyjaciela Putina – Jurija Kowalczuka. Miliarderzy niechętni do powrotu do kraju coraz częściej pozbywają się rosyjskich aktywów. Arkadij Wołoż, założyciel i udziałowiec spółki technologicznej Yandex, pracuje obecnie nad wydzieleniem ich i przekazaniem kontroli nad nimi najprawdopodobniej kierownictwu spółki. LetterOne, której udziałowcami są Fridman i Awen, usiłuje natomiast odsprzedać managementowi rosyjską część operatora telefonii komórkowej VimpelCom. Obaj miliarderzy zamierzają też zbyć udziały (łącznie 45,3%) w Alfa-Banku (objętym sankcjami m.in. UE i USA) przebywającemu w Rosji partnerowi biznesowemu Andriejowi Kosogowowi (posiada on już 41%, po tym jak w marcu 2022 r. przejął aktywa od innych akcjonariuszy – Germana Chana i Aleksieja Kuzmiczewa). Nie ma jednak pewności, jak będzie wyglądało sfinalizowanie tych transakcji, kto zostanie ostatecznym beneficjentem i czy obecni udziałowcy otrzymają za swoje aktywa realne fundusze.

Miliarderzy pozostający w Rosji koncentrują się natomiast przede wszystkim na utrzymaniu biznesu, minimalizowaniu strat, a także na wykorzystaniu obecnej sytuacji do dalszego pomnażania zysków. Lojalni wobec Kremla mogą liczyć na dostęp do zamówień publicznych i państwowego wsparcia finansowego oraz na różnego rodzaju ulgi ekonomiczne. Dodatkowo czerpią oni korzyści z wycofywania się z Rosji części firm, które udaje się im przejmować poniżej wartości rynkowej. Jednym z największych beneficjentów okazał się Władimir Potanin (m.in. odkupił po zaniżonej cenie 35% udziałów w Tinkoff Bank od Olega Tińkowa).

Wojna stała się dla osób powiązanych z rosyjskim sektorem zbrojeniowym okazją do wzbogacenia się, a jednocześnie pozwoliła im zatrzeć ślady ogromnej korupcji, do której dochodziło w tej branży w ostatnich latach. W 2022 r. wydatki budżetowe na obronę narodową wzrosły o co najmniej 35% (tj. o 1,2 bln rubli, co stanowi równowartość 18 mld dolarów) – do 4,7 bln rubli (ok. 70 mld dolarów). Nie są to jednak wszystkie koszty wojny – wiele z nich pozostaje ukrytych w innych pozycjach budżetowych, w tym dotyczących polityki społecznej, cyfryzacji czy rozwoju gospodarki. Większość tych środków przeznaczono na państwowe zamówienia obronne rozdzielane uznaniowo, bez przeprowadzania konkursów. W dużej mierze były one realizowane przez państwową korporację Rostech, kontrolującą gros przedsiębiorstw sektora zbrojeniowego i nadzorowaną przez Siergieja Czemiezowa (razem z Putinem służył on w latach osiemdziesiątych w KGB w Dreźnie). Ponadto korporacja ta jest głównym odbiorcą przeznaczanych na program substytucji importu pieniędzy z budżetu państwa. O rosnących wpływach Czemiezowa świadczy też awansowanie w lipcu 2022 r. do rangi wicepremiera Denisa Manturowa (wcześniej ministra przemysłu i handlu), uważanego za jego protegowanego. Manturow skumulował w swoich rękach kontrolę nad zbrojeniowymi zamówieniami publicznymi oraz polityką substytucji importu.

W ostatnich miesiącach bezpośredni dostęp do środków budżetowych, w tym na zamówienia obronne, uzyskał także Jurij Borisow, którego w lipcu 2022 r. mianowano na stanowisko prezesa korporacji państwowej Roskosmos (wcześniej był wicepremierem odpowiedzialnym za sektor zbrojeniowy). Roskosmos ściśle współpracuje z rosyjskimi Siłami Powietrzno-Kosmicznymi. Na państwowych zamówieniach obronnych korzystają również spółki powiązane z rodziną Borisowa (np. technologiczna firma Moduł czy produkujące i remontujące silniki dieslowe Kingiseppskie Zakłady Maszynowe).

Kolejnym ważnym źródłem bogacenia się elity w czasie wojny jest Federalna Agencja Rezerw Państwowych (Gosriezierw), która odpowiada za gromadzenie zapasów materiałowych na wypadek wojny czy sytuacji nadzwyczajnych (np. klęsk żywiołowych). Głównymi beneficjentami zamówień na potrzeby tej agencji są firmy powiązane z rodzinami m.in. Siergieja Czemiezowa, Nikołaja Patruszewa (sekretarz Rady Bezpieczeństwa) czy Arkadija Rotenberga (miliardera, od czasów młodości sparingpartnera prezydenta Putina w judo).

Przedstawiciele putinowskiej elity umacniają się na rynku także dzięki przejmowaniu atrakcyjnych aktywów od wycofujących się z Rosji zachodnich spółek, zwłaszcza energetycznych. W większości warunki zmiany właściciela nie są znane. Z dostępnych informacji wynika jednak, że aktywa nabywane są po zaniżonej cenie, a niekiedy uzyskiwane w efekcie wywłaszczenia dotychczasowych udziałowców (np. projekty energetyczne Sachalin-1 i Sachalin-2).

Lojalność osób z najbliższego otoczenia prezydenta nagradzana jest również poprzez umożliwianie im żerowania na państwowych koncernach. Dla przykładu Aurora – spółka powiązana z młodszym synem Patruszewa – Andriejem – dzięki wydzierżawieniu od Gazpromu arktycznej floty (m.in. trzy platformy z czterech posiadanych przez Gazprom oraz statki) i uzyskaniu zgody na korzystanie z logo koncernu (Gazprom Szelfprojekt) stała się głównym usługodawcą zajmującym się odwiertami na szelfie arktycznym, w tym dla Gazpromu i Novateku (koncernu powiązanego z osobami z bliskiego otoczenia Putina). Starszy syn Patruszewa – Dmitrij – wykorzystuje natomiast swoje stanowiska ministra rolnictwa oraz prezesa Rady Nadzorczej Rossielchozbanku (państwowego banku rolnego) do konsolidacji sektora i czerpania z niego zysków. Służą temu m.in. wprowadzane regulacje rynkowe (w tym podział kwot eksportowych), jak również kontrola nad dystrybucją wsparcia państwowego dla firm czy dostępem do preferencyjnych kredytów Rossielchozbanku. Ponadto jeden z najbardziej dochodowych segmentów rynku, czyli eksport zbóż, został silnie skonsolidowany. Na dziesięciu największych eksporterów w 2022 r. przypadało ponad 70% wywożonego z Rosji zboża (wobec 64% w 2021 r.). Co więcej, wśród największych traderów zbożowych co najmniej dwóch wiązanych jest z Dmitrijem Patruszewem.

W sektorze IT i mediach umacniają się natomiast struktury powiązane z Jurijem Kowalczukiem. Kontrolowana przez niego spółka Sogaz w sierpniu 2022 r. przejęła od Yandexu serwisy informacyjne Dzen i Novosti. Państwowe przedsiębiorstwo telekomunikacyjne Rostelecom zamierza zaś zdominować rynek łączności komórkowej, m.in. poprzez przejęcie operatora komórkowego MegaFon, kontrolowanego obecnie przez Aliszera Usmanowa. Rosyjskie media spekulują także, że mogłaby ona uzyskać kontrolę również nad VimpelComem.

Mimo wojny i kurczących się zasobów bracia Rotenberg rozwijają swój dotychczasowy model biznesowy oparty na pasożytowaniu na spółkach państwowych i zamówieniach publicznych. Firmy budowlane powiązane z Arkadijem Rotenbergiem i bankiem WEB wymienia się wśród głównych beneficjentów projektów rozwoju infrastruktury kolejowej i drogowej. Latem 2022 r. Borys Rotenberg wszedł natomiast na rynek usług dla sektora nuklearnego, przejmując 36% udziałów w spółce TiechAtomStroj, będącej jednym z podwykonawców państwowego Rosatomu.

W rezultacie inwazji na Ukrainę i nałożonych w jej następstwie sankcji straty finansowe poniósł cały rosyjski biznes państwowy i prywatny. Na razie jednak jedynie nieliczni miliarderzy odważyli się na nieśmiałe nawoływanie do pokoju. Posłuszeństwo przedstawicieli prywatnego biznesu spoza najbliższego otoczenia Kremla, także miliarderów żyjących poza Rosją, wynika z ich zastraszenia. Obawiają się oni utraty aktywów, a nawet – w przypadku otwartego sprzeciwu wobec Putina – życia. De facto oznacza to, że biznes nadal pozostaje pod silnym wpływem Kremla.

Władze w Moskwie wykorzystują wojnę i pogłębiający się kryzys gospodarczy w kraju do kolejnego podziału własności i dalszego umacniania kapitalizmu państwowego. W miarę swoich kurczących się możliwości państwo wspiera przede wszystkim spółki z najbliższego otoczenia Kremla – oferuje im m.in. ulgowe kredyty czy dofinansowanie projektów. Ponadto w rezultacie zmian prawnych (m.in. rezygnacji z konkursów przy wyborze wykonawcy zamówień publicznych, utajnieniu informacji o beneficjentach kontraktów państwowych oraz finansach państwowych spółek) wzrósł w Rosji poziom korupcji.

Lojalność osób z najbliższego otoczenia Kreml usiłuje utrzymać, rekompensując im częściowo straty finansowe i umożliwiając bogacenie się na zamówieniach publicznych oraz poprzez przejmowanie aktywów – zarówno firm zachodnich, wycofujących się z kraju, jak i rosyjskich, należących do ludzi spoza kremlowskiej elity. Pozwalając im zarabiać dzięki wojnie, Putin de facto zwiększa ich współodpowiedzialność za nią i za dokonywane w jej trakcie zbrodnie wojenne. W ten sposób jeszcze bardziej uzależnia przyszłość tych osób od utrzymania obecnego reżimu. Ze względu na hermetyczność rosyjskiego systemu władzy trudno jest wnioskować o nastrojach wśród elity rządzącej. Jak dotąd nie widać ostrych konfliktów o aktywa, choć oznaki napięć w jej szeregach są dostrzegalne. Dotyczą one jednak głównie rywalizacji między bezpośrednio zaangażowanymi w działania wojenne.

Dotychczas Putin skutecznie odgrywał rolę arbitra, rozstrzygając konflikty, i zapewniał środki finansowe do podziału, które były w stanie zadowolić jego otoczenie. Niemniej przedłużająca się wojna i rosnące jej koszty rodzą wątpliwości, na jak długo Kremlowi wystarczy funduszy na zaspokajanie potrzeb elity. Już obecnie władze zmuszone są – poprzez rosnące obciążenia podatkowe – sięgać również do kieszeni osób z najbliższego otoczenia. Jeśli potwierdzą się prognozy mówiące o tym, że sytuacja finansowa Rosji w 2023 r. może być trudniejsza niż w pierwszym roku pełnoskalowej wojny, wówczas także należący do najściślejszego kręgu Putina będą musieli ograniczyć swoje apetyty.

Dotychczasowy model biznesowy został w Rosji trwale zburzony. Bez dostępu do zachodnich rynków, technologii i towarów inwestycyjnych tamtejszy wielki biznes będzie się coraz bardziej uzależniał od rynku azjatyckiego, głównie chińskiego. Pozycja negocjacyjna Moskwy w tych relacjach będzie znacznie słabsza, przez co warunki współpracy dyktować będzie Pekin i najprawdopodobniej będą one o wiele mniej korzystne od tych, jakie obowiązywały w kooperacji z Zachodem.

osw.waw.pl

Często słyszę od żołnierzy, którzy mają za sobą doświadczenie misji zagranicznych w Afganistanie, w Iraku, w Syrii czy w Bośni, że ta wojna jest absolutnie inna od czegokolwiek, co widzieli. Zwracają uwagę, że na tamtych wojnach mieli uzbrojoną bazę, mieli za sobą zachodnią technologię, medavaki [transporty rannych z pola walki – red.] i tak dalej. Tu jest zupełnie inaczej. W jaki sposób ta wojna jest inna z twojej perspektywy?

Dam ci przykład. Chłopcy z Iraku mówili, że jak tam leciał helikopter, to oni mu bili brawo, a tutaj jak słyszą helikopter, to się chowają, bo to prawdopodobnie ruski. Jest tak dużo zadań, że idziemy na misję na 24 godziny, wracamy do safehouse'u [kryjówki – red], śpimy, jemy i po 24 godzinach znowu jedziemy na misję.

Zupełnie inaczej niż na tamtych wojnach, gdzie żołnierze mieli znacznie dłuższe przerwy.

Dodatkowo czasem nie da się zaplanować misji w taki sposób, jak było planowanie w Iraku. Czasem się okaże, że dzisiaj nie ma medyka dla nas. Jest ambulans, ale 20 kilometrów dalej. A jak na naszym stanowisku, gdzie jest błoto do kolan, ktoś zostanie ranny, to przez dwa i pół kilometra musimy go sami nieść w tym błocie. Dwa i pół kilometra w błocie po kolana z rannym to są dwie godziny. Bo masz zaminowane pole, nie wszędzie możesz wyjść na otwartą przestrzeń, bo cię ostrzelają. Musisz iść jakąś przecinką drzew, często drzewa są zwalone. Cały czas pod ostrzałem artyleryjskim. Po dwóch godzinach ręce cię pieką z bólu.

A często waszymi przeciwnikami nie są żołnierze z tzw. świeżej mobilizacji, tylko na przykład specnaz. Często wam się zdarza z nimi spotykać?

Jeżeli chodzi o naszą pracę na pierwszych liniach, to głównie to był kontakt z oddziałami specjalnymi, bo my bardzo dużo w nocy pracujemy, a tylko rosyjskie oddziały specjalne dostają noktowizję i pracują w nocy.

Jak wygląda taki kontakt ze specnazem? W jakim sensie to jest inny rodzaj walki?

Jeżeli chodzi o radio, to musisz być bardzo ostrożny w słowach, bo mieliśmy przypadek, że podaliśmy naszym lokalizację wroga i swoją, i zostaliśmy ostrzelani. Okazało się, że to nie nasi strzelali do Ruskich, tylko Ruscy do nas.

Jaka jest praktyczna różnica w walce pomiędzy walką z taką "świeżą mobilizacją" a specnazem?

Jeżeli chodzi o nową mobilizację, to oni są przeważnie wrzucani do okopów. Mają jakieś kałasznikowy, może jakiś pojedynczy karabin maszynowy. Ta broń zwykle nie jest odpowiednio wyzerowana, czyli nie są w stanie celnie strzelać, nie mają wyrzutni granatów. Ich siła ognia jest niewielka, nie mają motywacji do walki. Bardzo się boją, oni nie chcą tam być.

Z drugiej strony specnaz.

Z drugiej strony masz superwyszkolone i uzbrojone oddziały specjalne Wagnerowców, które już nie chodzą w rosyjskich mundurach, tylko mają kamuflaż multicam, mają wyposażenie takie jak my, a nawet lepsze. Jak szliśmy z ofensywą na Kupiańsk, to bardzo dużo sprzętu po nich zebraliśmy.

I to był dobry sprzęt?

Jeśli chodzi na przykład o noktowizję, to ja noktowizji tak dobrej jakości nie miałem.

Czyli nie ma co przesadzać z tymi śmieszkami, że Rosjanie są tak słabo uzbrojeni?

U nas też świeże chłopaki nie dostają najwyższej klasy uzbrojenia. My jako Legiony jesteśmy w dobrej sytuacji, bo nam nigdy nie brakuje amunicji. My mamy taki sprzęt, jaki sobie zażyczymy. Jeżeli chcemy coś nowego, mamy dobrych logistyków, którzy szukają dla nas w Stanach Zjednoczonych, w Polsce, jest pomoc od wolontariuszy.

(...)

A taki moment, który dla ciebie był najbardziej skomplikowany?

Była taka misja, taka prawie hollywoodzka. Naszym zadaniem było zaminować jedną z dróg przy lesie za Kupiańskiem. Jak już się tam pojawiliśmy, to okazało się, że są Ruscy i to całkiem dużo. Była noc, byliśmy małą grupą, więc szanse powodzenia niewielkie. No ale jak już byliśmy na miejscu, to chcieliśmy coś tam zrobić. Pierwszą noc spędziliśmy w jakimś zniszczonym hotelu. Szyby powybijane, ściany porozwalane. Ja akurat spałem na dole, a na górze były dwa pokoje, trzech chłopaków miało spać w jednym, trzech chłopaków miało spać w drugim. Przed snem jeszcze rozmawialiśmy. I ci trzej, co mieli spać w tym drugim pokoju na górze, mieli już tam iść, ale nagle w nasz budynek uderzył pocisk artyleryjski. No i ten pokój się zawalił, po prostu spadł na dół.

Ktoś ucierpiał?

Na szczęście nikomu nic się nie stało. Następnego dnia mieliśmy wykonać zadanie. Poszliśmy na skraj miasta oddalonego o dobre 300, 400 m od naszej ostatniej linii piechoty.

Czyli poza linię zero.

Przeszliśmy za płot, a przy płocie był rów. Nie był to okop, ale zagłębienie z górką, fajnie można było się tam schować. My tam sobie w pięciu usiedliśmy i tak sobie po cichutku siedzimy, przyglądamy się, bo przy obserwacji najważniejszy jest spokój. Nagle 100 m od nas zobaczyliśmy maszerującą kolumnę Ruskich. Nie mieliśmy rozkazu, żeby atakować, ale przyglądaliśmy się.

Oni sobie przeszli i zaczęli wchodzić do lasu. Na jednym z Ruskich zobaczyliśmy kamuflaż snajpera. Chłopak od nas, który miał największy kaliber, M-14, przycelował i strzelił. Wycofaliśmy się do budynku obok. Tam był warsztat mechanika. Weszliśmy do środka i wysyłamy koordynaty do ostrzału Ruskich, ale też podaliśmy swoje.

Trafiliście w tego Rosjanina?

Nasz dowódca, który był w sztabie, nie wierzył, że my tak daleko doszliśmy. Ale słyszy na radiu, jak Ruscy mówią: "mamy ciężko rannego w rękę i w bok". Wtedy dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy. Podaliśmy też nasze koordynaty i niestety Ruscy je przejęli, i nagle zaczęły lecieć pociski artyleryjskie. Pierwszy pocisk poleciał tak z 200 m od nas, drugi już był 50 m od nas. Krzyczymy do radia: "nie jeb..., nie jeb... z artylerii", bo myśleliśmy, że to nasi walą.

A to strzelali już Rosjanie.

Kolejny pocisk walnął tak blisko, że zrozumieliśmy, że to my jesteśmy celem. I od razu po nim wybiegliśmy. Ja biegłem jeszcze z dwoma javelinami [przeciwpancerny pocisk kierowany – red.] to trochę ciężaru miałem. Przeskoczyliśmy przez płot i pobiegliśmy do kolejnego budynku, w stronę naszych pozycji.

Tam stanęliśmy na pięć minut i usłyszeliśmy strzały. Weszła do tego warsztatu mechanika specjalna jednostka Ruskich, żeby nas wystrzelać. Chcieli pomścić swojego. My tak samo byśmy działali, gdyby naszego zabili. Nie czekalibyśmy na rozkazy ze sztabu, z dowództwa. Nie, my byśmy tam poszli. Bo tak trzeba. Wróciliśmy biegiem na naszą linię piechoty i oni się pytają, czy my żyjemy. Bo w momencie jak wychodziliśmy, zawalił się dach budynku, w którym się ukrywaliśmy. Byliśmy cały czas pod obserwacją drona, cały czas pod ostrzałem. Trzy minuty dłużej w tym domu, a pewnie byśmy nie żyli. Gdyby ta artyleria za pierwszym razem uderzyła 10 m bliżej, możliwe, że byśmy zginęli.

onet.pl

Swoją analizę "The Guardian" rozpoczyna od relacji z towarzyskiego spotkania, do którego pod koniec grudnia miało dojść w domu wysokiego rangą rosyjskiego urzędnika. Na przyjęciu, jak podają źródła gazety, obecny był Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Kremla. Dziennikarze przytaczają słowa, które miał wypowiedzieć przy wznoszeniu toastu. - Zgaduję, że oczekujecie, iż coś powiem. Sprawy będą trudniejsze. To zajmie bardzo, ale to bardzo dużo czasu - powiedział według tej relacji Pieskow.

Autorzy artykułu zwracają uwagę na zmianę retoryki samego Władimira Putina. Dyktator, jak piszą, od dłuższego czasu przedstawia agresję na Ukrainę jako egzystencjalną bitwę, w której stawką jest przetrwanie Rosji. "The Guardian" przywołuje niedawną wizytę Putina w fabryce lotniczej w Buriacji. - Dla nas to nie jest zadanie geopolityczne, ale zadanie dotyczące przetrwania rosyjskiej państwowości, stworzenia warunków dla przyszłego rozwoju kraju i naszych dzieci - mówił prezydent Federacji Rosyjskiej. Politolog Maksym Trudolubow dostrzega pewien wzorzec w ostatnich przemówieniach Putina. Jak zauważa, w ostatnich tygodniach wypowiedzi przywódcy coraz częściej nawiązują do pojęcia "wiecznej wojny" z Zachodem. - Putin praktycznie przestał mówić o jakichkolwiek konkretnych celach tej wojny. Nie proponuje żadnej wizji tego, jak mogłoby wyglądać przyszłe zwycięstwo. Wojna nie ma ani wyraźnego początku, ani przewidywalnego końca - mówi politolog. 

W podobne tony Putin uderzał w lutowym orędziu do narodu. Mówił wówczas m.in. o zagrożeniach dla istnienia Rosji. "The Guardian" cytuje anonimowego zachodniego dyplomatę, który interpretuje to wystąpienie jako przygotowanie rosyjskiego społeczeństwa do "wojny, która nigdy się nie kończy". (...)

gazeta.pl