Powyższe zjawiska składają się razem na obraz zdecydowanie płytkiej i wyspowej modernizacji, jaka dokonała się w Polsce. Dopełniają go takie fakty jak wysoki wskaźnik zatrudnienia w rolnictwie i niewielka w porównaniu z krajami zachodnimi urbanizacja (co jest cechą całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej) oraz niski odsetek obywateli z wyższym wykształceniem (obecnie w dramatycznym tempie zwiększany poprzez masowy rozwój szkolnictwa wyższego). Nie jest trudno podać historyczne uzasadnienie tego faktu, biorąc pod uwagę, że przez cały XIX i XX w., kiedy kraje rozwinięte budowały społeczeństwa przemysłowe i postprzemysłowe, Polska istniała przez raptem trzydzieści lat. Przy czym nawet nie sama płytkość modernizacji stanowi największe utrudnienie w tworzeniu inkluzywnego ładu politycznego i społecznego, ale jej wyspowość. Polska jest społeczeństwem rozdartym kulturowo i cywilizacyjnie. Różnice między niewielkimi grupami miejskich elit uczestniczących w kosmopolitycznej kulturze wysokiej a resztą społeczeństwa bardziej przypominają sytuację krajów południowoamerykańskich niż zachodnich, co potwierdza, niestety, tezę o (pół)peryferyjnym statusie Polski w systemie światowym. Dobrze koresponduje z tym ideologia intelektualnych elit, które widzą siebie jako grupę zasadniczo lepszą i odrębną od reszty społeczeństwa, przez co przyznają sobie prawo do paternalistycznej kontroli nad jej losami. Postawa ta przebijała wyraźnie w stosunku polskich polityków intelektualistów do procesu transformacji ustrojowej lat 90., w którym to poszkodowane masy były przez elitę traktowano jako konieczne ofiary przekształceń systemowych.
W literaturze przedmiotu popularna jest teza, że w latach 90. Polska zaczęła przechodzić przyspieszoną modernizację. Twierdzenie to, choć wydaje się oczywiste, moim zdaniem, nie jest jednak wcale takie pewne. Naturalnie, można spierać się, co to jest nowoczesność. Jeśli jednak przyjmiemy, że modernizacja polega na realizacji formułowanego między oświeceniem a pozytywizmem projektu budowy otwartego, egalitarnego i racjonalnego społeczeństwa dającego możliwość emancypacji zarówno indywidualnej (prawa obywatelskie), jak i zbiorowej (edukacja oraz poprawa materialnego statusu mas), w Polsce pod wieloma względami mamy do czynienia z regresem w porównaniu do czasów PRL. Dotyczy on takich kwestii jak laickość państwa i sfery publicznej, egalitaryzm społeczny, status kobiet (na przykład prawo do aborcji) czy ekonomiczna dostępność dóbr kultury (książek, kina, teatrów itp.). Zdecydowanie trafniejsza wydaje mi się teza, iż w Polsce następuje p o s t m o d e r n i z a c j a, z typową dla niej skłonnością do afirmowania kulturowego status quo, kastrowania dyskursów emancypacyjnych (w imię polityki różnicy lub demontażu metanarracji) oraz propagowaniem ideologii konserwatywnych lub komunitarystycznych, czemu towarzyszy brak realnego zainteresowania ekonomią, w tym szczególnie kwestią sprawiedliwości redystrybucyjnej. Zgodnie z dominującą poetyką postmodernizmu polska tradycja, do której odwołują się prawicowi przeciwnicy liberalizmu politycznego i społecznego, jest pastiszową, hiperrealną symulacją. To zjawisko wybiórczego i twórczego wyciągania z lamusa historii elementów narodowej tożsamości w celu wykorzystania ich w doraźnej walce politycznej Jadwiga Staniszkis nazywa neotradycjonalizacją i wyraźnie odróżnia od modernizacji.
Nie jest przypadkiem, że jedyna przeprowadzona przez Polaka systematyczna i całościowa krytyka liberalnego konsensusu, jaka w ciągu prawie dwóch dekad istnienia III RP przebiła się do głównego nurtu refleksji akademickiej i dyskursu medialnego w Polsce – a mianowicie książka Demokracja peryferii Zdzisława Krasnodębskiego – została wyartykułowana z takiej dokładnie ponowoczesno-konserwatywnej pozycji. Stawia się w niej tezę, że model demokracji liberalnej przeszczepiony z zachodu ciemięży tradycyjną, polską tożsamość i nie pozwala zaistnieć w sferze publicznej unikatowym cechom polskiej kultury. Prawdziwa nowoczesność, zdaje się mówić autor, zgodnie z ponowoczesnym idiomem parodiując dialektykę, polega właśnie na tym, aby nie być nowoczesnym, ale „pozostać sobą”, nawet jeśli oznacza to bycie nienowoczesnym. Entuzjastyczne i ostentacyjne poparcie Krasnodębskiego dla Prawa i Sprawiedliwości w czasie wyborów parlamentarnych 2005 r. dobrze lokuje postomodernistyczno-komunitarystyczne idee na politycznej mapie. Troska o los pokrzywdzonych i bezrobotnych jest tu potraktowana czysto instrumentalnie, a nawet cynicznie, ponieważ orientacja ekonomiczna postomodernistycznej prawicy pozostaje neoliberalna. Świadczy o tym na przykład mianowanie przez PiS Zyty Gilowskiej na ministra finansów i zupełne zignorowanie protestów społecznych na tle ekonomicznym, jak było na przykład w czasie protestu pielęgniarek w czerwcu i lipcu 2007 r. Ważniejszym celem jest dla prawicowych populistów prowadzenie na wzór amerykańskiego neokonserwatyzmu „kulturowych wojen”, wzniecanych w imię idei prawości i sprawiedliwości, skierowanych jednak przeciw urojonym wrogom, jak geje i lesbijki, oraz fantomowym problemom w stylu deubekizacji.
Krasnodębski przekonuje, że recepcja idei liberalnych w Polsce była zawsze zafałszowana, a model realizowanej po przełomie 1989 r. demokracji liberalnej był obcy i wrogi tradycyjnej polskiej tożsamości kulturowej, która nie może się pod jego ciężarem swobodnie wyrazić. Nie bardzo wiadomo jednak, jakie p o z y t y w n e i konkurencyjne wobec liberalizmu, a typowo polskie wartości powinny dla dobra całego społeczeństwa pełniej się wyrazić. Polacy posiadają zapewne wiele pozytywnych cech, które odróżniają ich od innych narodów, zasadniczo są to jednak przymioty ze sfery prywatnej, jak gościnność, spontaniczność, umiejętność dobrej zabawy czy zdolność do improwizowania. Jeśli chodzi o człowieka publicznego, trudno wskazać, czym moglibyśmy konkurować z zachodnimi ideałami tolerancji i społecznej otwartości. Unikatowe cechy polskiej sfery publicznej to raczej pieniactwo, warcholstwo, negatywnie rozumiana anarchia, wywodząca się z tradycji demokracji szlacheckiej, zawiści i zamiłowanie do intryg, korupcja oraz ksenofobia. Czy te wartości powinniśmy afirmować w imię postmodernistycznej polityki różnicy i na nich budować naszą komunitarystyczną wspólnotę?
Jan Sowa - Ciesz się, późny wnuku!