sobota, 30 sierpnia 2025


Pomimo pozytywnego rozstrzygnięcia konfliktu o Karabach, Republika Azerbejdżanu z roku na rok zwiększa nakłady na armię. Przed wybuchem tzw. II wojny karabachskiej (27 września – 10 listopada 2020 r.) Baku przeznaczyło w 2019 r. na armię około 1,85 mld $ (około 3,85% PKB). Drastyczny wzrost nakładów zaobserwowano od 2022 r. W 2022 r. i 2023 r.  azerbejdżańskie wydatki na wojsko wyniosły odpowiednio 2,7 mld $ (około 4,5% PKB) i 3,1 mld $ (prawie 5% PKB). W 2024 r. wzrosły one do poziomu 3,8 mld $ (około 5% PKB). Na 2025 r. azerbejdżańskie władze zabezpieczyły ponad 5 mld $ na armię (ponad 6,5 % PKB). Większość sprzętu wojskowego Azerbejdżan pozyskiwał o dziwo nie z Federacji Rosyjskiej, jak miało to miejsce w przeszłości, a głównie z Państwa Izrael oraz Republiki Tureckiej. Większe zakupy dokonywał również w Republice Włoskiej oraz Islamskiej Republice Pakistanu. Głównymi produktami sprowadzanymi przez Republikę Azerbejdżanu były drony, systemy obrony powietrznej, systemy rakietowe, samoloty transportowe oraz myśliwce czwartej generacji. W 2024 r. przeznaczył aż 2,2 mld $ na import broni z zagranicy. Wszystko to w momencie gdy Azerbejdżan ma znaczącą, bo aż trzykrotną przewagę militarną na Armenią, z którą jest w stanie wojny od lat 90. XX w. Wydawałoby się, że oba kraje są coraz bliżej podpisania traktatu pokojowego. Tak deklarowały jeszcze w marcu br., ale strony nadal nie podpisały go. Wynika to z rozbieżności m.in. w związku z tzw. korytarzem zangezurskim czy też armeńską konstytucją. Kwestie te będą rozwinięte w dalszej części tekstu. To, co najistotniejsze to, że pomimo deklaracji chęci zawarcia traktatu pokojowego przez obie trony, te nadal wydają rekordowe kwoty na armię.

(...)

Drugim najważniejszym partnerem handlowym pozostała Republika Turecka. Całkowity wolumen wyniósł w 2022 r. 4,82 mld $ (9%), w 2023 r. 7,65 mld $ (15%), a w 2024 r. 8 mld $ (17%). Wzajemna wymiana handlowa wzrosła od rosyjskiej inwazji na Ukrainę o ponad 40%.  Relacje gospodarcze z Republiką Turecką będą nadal jednymi z najistotniejszych dla Republika Azerbejdżanu, co w głównej mierze wynika z istotnych więzi politycznych łączących oba kraje. Na terenie Turcji znajdują się niezwykle istotne projekty energetyczny – ropociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC) oraz gazociąg Transanatolijski (TANAP). To m.in. tymi instalacjami przesyłane są dalej azerbejdżańskie surowce, które ostatecznie trafiają choćby do krajów unijnych. Natomiast w kontekście wymiany innych towarów niż węglowodory kluczowe ma być powstanie korytarza lądowego łączącego Republikę Turecką z Republiką Azerbejdżanu. Na obecny moment oba kraje graniczą ze sobą wyłącznie za pośrednictwem azerbejdżańskiej eksklawy Nachiczewan. Umowa z Szuszy podpisana 15 czerwca 2021 r. wspominała już o inwestycjach związanych z tym właśnie obszarem. Zaangażowanie w tę inicjatywę potwierdziła umowa turecko-azerbejdżańska z 25 września 2023 r., podpisana dosłownie kilka dni po odzyskaniu całkowitej kontroli nad Karabachem przez Azerbejdżan. Poza budową kolei mającej połączyć oba kraje, wzięto też pod uwagę inwestycje energetyczne. W marcu 2025 r. oddano już do użytku gazociąg Iğdır-Nachiczewan. Całość inwestycji wydaje się jednak problematyczna z uwagi na stanowisko Republiki Armenii, która nie bierze w ogóle pod uwagę żadnej drogi eksterytorialnej biegnącej przez jej teren, a którą strona turecka i azerbejdżańska określa mianem korytarza zangezurskiego. W przypadku braku porozumienia ze stroną armeńską, alternatywą mogłaby być droga biegnąca przez Islamską Republikę Iranu. W tym celu powzięto również pierwsze kroki pod koniec 2023 r. Jednak Ankarze i Baku będzie zależeć głównie na forsowaniu idei korytarza zangezurskiego, co może w przyszłości przerodzić się w kolejną odsłonę zbrojnego konfliktu pomiędzy Armenią, a Azerbejdżanem. Kwestia ta stoi też na przeszkodzie podpisaniu traktatu pokojowego pomiędzy Baku a Erywaniem.

Rosnący wolumen handlowy Republiki Azerbejdżanu zaobserwowano również w przypadku Federacji Rosyjskiej oraz Chińskiej Republiki Ludowej. W przypadku Rosji wolumen handlowy w 2022 r. wyniósł 3,7 mld $ (7%), w 2023 r. 4,36 mld (8,5%), a w 2024 r. 4,8 mld (10%). Wymiana handlowa pomiędzy obydwoma krajami od 2021 r. wzrosła o ponad 50%.  We wzajemnych relacjach handlowych nie doszło do tak ogromnego wzrostu wolumenu jak miało to miejsce w przypadku rosyjsko-armeńskiej wymiany handlowej. Mimo to Federacja Rosyjska pozostaje jednym z istotniejszych partnerów gospodarczych dla Republiki Azerbejdżanu. W związku z tym nie ma mowy o przyłączaniu się tego kraju do zachodnich sankcji wymierzonych w Moskwę. Wiąże się to z istotnymi więzami ekonomicznymi łączącymi oba kraje. Jakich? Około 90% azerbejdżańskich produktów spożywczych trafia do Rosji, ale z drugiej strony sam Azerbejdżan sprowadza z tego kraju produkty zbożowe. Federacja Rosyjska jest też jednym z głównych rynków zbytu dla azerbejdżańskich produktów niezwiązanych z sektorem energetycznym. Władzom w Baku zależy na tym by właśnie ten segment gospodarki rozwijał się w dalszym stopniu, a krajowy wzrost nie bazował w głównej mierze na węglowodorach. Jednak obustronne umowy związane z sektorem energetycznym pozostają nadal kluczowe. Azerbejdżan w kryzysowych momentach pozyskiwał gaz od Rosji o czym wspomniane było już w wyższej części tekstu. Daje to też rządowi w Baku kartę przetargową w obliczu zachodnich sankcji nałożonych na Moskwę. Potencjalny reeksport jej surowców energetycznych do Europy może odbywać się za pośrednictwem azerbejdżańskiej infrastruktury. Oba kraje w wymiarze handlowym łączy też rozwijana inicjatywa korytarza Północ-Południe, w który zaangażowana jest Islamska Republika Iranu. Wymiana handlowa za pośrednictwem tego projektu infrastrukturalnego jest już realizowana, ale jego kluczowe elementy mają zostać ukończone do końca 2025 r. Wyraża to m.in. porozumienie azerbejdżańsko-rosyjskie zawarte w Moskwie 21 grudnia 2024 r., na mocy którego strony mają zwiększyć wzajemny wolumen handlowy na tym odcinku od 2028 r. Pomimo napięć politycznych, do których doszło na linii Azerbejdżan-Rosja oba kraje zacieśniają współpracę handlową. Wyrazem tego jest podpisanie deklaracji o współpracy sojuszniczej 22 lutego 2022 czyli na dwa dni przed rosyjską inwazją na Ukrainę oraz szeregu umów o współpracy z dnia 19 sierpnia 2024 r. W przypadku umów z 2024 r. prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin osobiście odwiedził Azerbejdżan. Ostatnia taka wizyta miała miejsce w 2018 r. 

(...)

Od 2003 r. władzę w Republice Azerbejdżanu nieprzerwanie sprawuje prezydent Ilham Alijew. Jako głowa państwa dzierży ją w pełni autorytarnie. Podwaliny pod ten system rządów położył jego owiany legendarnym nimbem ojciec Hejdar Alijew – wieloletni lider azerbejdżańskiej SRR oraz prezydent tego niepodległego kraju w latach 1993-2003. Wzmocnił go prezydent Alijew, który w trakcie swojej drugiej kadencji zarządził w 2009 r. referendum konstytucyjne. Na jego mocy zniesiono limit kadencyjności dla urzędu głowy państwa. Kolejne zmiany konstytucyjne nadeszły w 2016 r., kiedy to prezydent Ilham Alijew wydłużył prezydencką kadencję do 7 lat oraz utworzył urząd wiceprezydenta dla swojej małżonki – Mehriban Alijew. To pozwoliło mu skupić w swoich rękach pełnię władzę wykonawczą. Władze ustawodawcza oraz sądownicza mają wyłącznie wymiar symboliczny. Wszystko to nie pozwala w sposób pełny stworzyć jakichkolwiek, znaczących form opozycji w azerbejdżańskim życiu politycznym. Te poddawane są licznym represjom. Dotyczy to też wszelkiej maści niezależnych organizacji pozarządowych oraz mediów. Sytuacja międzynarodowa po rosyjskiej inwazji na Ukrainę dała kolejne możliwości by wzmocnić mandat do rządzenia. 

Od marca 2022 r. azerbejdżańska armia testowała możliwości rosyjskich mirotworców. Ci stacjonowali na terenie Górskiego Karabachu na mocy zawieszenia broni kończącego tzw. II wojnę karabachską (27.09-10.11.2020). Choć Azerbejdżan odzyskał sporą część Karabachu oraz terytoria leżące wokół tego obszaru z rąk Ormian, okupujących te ziemie od lat 90. XX w., to nie udało mu się odzyskać pełnej kontroli nad tym rejonem. W związku z tym kolejna okazja mogła nadarzyć się w momencie gdy siły zbrojne Federacji Rosyjskiej były skoncentrowane na wojnie z Ukrainą. Rosyjskie siły pokojowe zwane mirotworcami okazały się bierne w obliczu blokady quasi-republiki Górskiego Karabachu trwającej od grudnia 2022 r. oraz w momencie upadku tamtejszego, separatystycznego rządu we wrześniu 2023 r. Ten ugiął się pod naporem wojsk azerbejdżańskich. Tym samym prezydent Ilham Alijew zrealizował to, czego nie był w stanie dokonać jego ojciec Hejdar Alijew. Kraj ogarnęła euforia, a poparcie dla urzędującej głowy państwa osiągnęło ogromny poziom. To według niektórych badań mogło osiągnąć w 2024 r. poziom ponad 90%. Sprawa karabachska była w końcu mitem założycielskim dla niepodległego Azerbejdżanu. Cała ta sytuacja pozwoliła azerbejdżańskim władzom domknąć działalność kolejnych, niezależnych organizacji pozarządowych, mediów czy też nieformalnych liderów opozycji. Retoryka wojenna jest nadal podtrzymywana przez azerbejdżańskie władze, które wolą skupiać uwagę społeczną na konflikcie z Armenią, a nie problemach społeczno-ekonomicznych. Azerbejdżan wielokrotnie wspominał i nadal wspomina o tzw. zachodnim Azerbejdżanie, którego terytorium pokrywa się z ziemiami dzisiejszej Republiki Armenii czy też o połączeniu lądowym z eksklawą Nachiczewan oddzieloną od centralnej części kraju przez południową, armeńską prowincję Sjunik. Agresywna retoryka Baku oddala perspektywę zawarcia pokoju z Erywaniem. 

Aresztowania i represje były nieodłącznym elementem jaki stosują władze Baku, ale te nasiliły się w listopadzie 2023 r. Zaraz po wrześniowym odzyskaniu kontroli nad Górskim Karabachem, a przed przyspieszonymi wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 7 lutego 2024 r. Na obecny moment w azerbejdżańskich aresztach przebywa ponad 300 dziennikarzy, działaczy społecznych oraz opozycyjnych polityków. Władze uderzyły głównie w takie opozycyjne stacje jak Abzas Media, Toplum TV, Kanal 13 oraz Meydan TV. Swoją działalność zamknęła m.in. agencja informacyjna Turan. Oficjalnym powodem są kwestie finansowe. Wielu opozycjonistów zdecydowało się na wyjazd z kraju, ale zamknięta od marca 2020 r. granica lądowa pozwala władzom uniemożliwić in ten proceder. Klimat polityczny w kraju pozwala bez problemu wygrywać kolejne, fasadowe wybory. W przyspieszonych, lutowych wyborach prezydenckich, według oficjalnych danych zdobył on ponad 92% poparcie, a jedyni dopuszczeni do rywalizacji przeciwnicy spełniali rolę koncesjonowanej opozycji. Rzecz jasna OBWE stwierdziło w swoim raporcie, że klimat przedwyborczy oraz wyborczy był daleki od jakichkolwiek, demokratycznych standardów. Podobny wymiar miały wybory parlamentarne z 1 września 2024 r. i lokalne z 29 stycznia 2025 r. O ile prezydenckie mogły poszczycić się dużą frekwencją rzędu ponad 76%, tak te parlamentarne oraz lokalne już nie. Odpowiednio frekwencja wynosiła około 37% i 31%.  Wynika to z niskiego zaufania do struktur parlamentarnych oraz lokalnych połączony z brakiem wiary, że mogą one odpowiadać za istotne zmiany. Większą sprawczość postrzega się w głowie państwa, co nie jest nieuzasadnione, ale to w wyborach lokalnych istnieje niewielka, ale jednak możliwość wybrania alternatywy.

(...)

Republika Azerbejdżanu to praktycznie jedyny kraj na Kaukazie Południowym, który może prowadzić podmiotową politykę zagraniczną. Na taki komfort nie mogą sobie pozwolić ani Gruzja, ani Republika Armenii. Inwazja rosyjska na Ukrainę jeszcze bardziej wzmocniła pozycję regionalną Azerbejdżanu. Kraj ten stanął się jeszcze bardziej istotny, w szczególności w segmentach ekonomicznym oraz handlowym. 

Głównym partnerem Republiki Azerbejdżanu pozostaje Republika Turecka. Współpraca pomiędzy obydwoma krajami widoczna jest praktycznie w każdym wymiarze – od politycznego po współpracę kulturową, wojskową czy kulturową. Oba kraje łączy też bliskość historyczna wyrażana przez władze oraz społeczeństwa obu krajów hasłem „jeden naród – dwa państwa”. Współpraca polityczna utrzymywana jest na wysokiej stopie od lat 90. XX w., kiedy to Baku w trakcie I wojny karabachskiej (1991-1994) było zdane praktycznie tylko na Ankarę. Republika Turecka była też głównym orędownikiem integralności terytorialnej Republiki Azerbejdżanu. To stawiało ją w roli gwaranta bezpieczeństwa. Ankara wspierała też wszelkie wysiłki Baku mające na celu odzyskanie utraconych ziem. Nawet kiedy Azerbejdżan rozwiązywał ten problem metodami siłowymi w trakcie II wojny karabachskiej (27 października – 10 listopada 2020 r.) czy też w trakcie trzeciej odsłony tego konfliktu (19-20 września 2023 r.). Te zwycięstwa nie byłyby możliwe gdyby nie tureckie wsparcie wojskowe. Turcja dla Azerbejdżanu jest też istotna jako hub dla jej węglowodorów. Jednak by współpraca gospodarcza mogła wejść na jeszcze wyższy etap, oba kraje potrzebują nieprzerwanego połączenia lądowego, co już zostało wspomniane w niniejszej analizie. W tym przypadku Ankara również jest bezkrytycznym orędownikiem sprawy azerbejdżańskiej, by ta mogła wreszcie otrzymać połączenie lądowe ze swoją eksklawą w Nachiczewanie. Na przeszkodzie stoi tu postawa Republiki Armenii oraz innego, regionalnego gracza – Islamskiej Republiki Iranu. Teheran nie zakłada już żadnych, większych korekt terytorialnych w regionie i daje o tym znać przygranicznymi manewrami wojskowymi[44]. Tym bardziej Azerbejdżanowi zależy na poszerzaniu tureckich wpływów w regionie, gdyż to oznacza ograniczenie tych rosyjskich oraz irańskich. (...)

Istotne zmiany zaszły natomiast w relacjach z Federacją Rosyjską. Republika Azerbejdżanu wykorzystując rosyjskie zaangażowanie na Ukrainie doprowadzała do dalszej eskalacji na terenie Kaukazu Południowego. Była też w większym stopniu odpowiedzialna za łamanie zawieszenia broni w obrębie quasi-republiki Górskiego Karabachu oraz na granicy armeńsko-azerbejdżańskiej. W ostatecznym rozrachunku agresywna polityka Baku doprowadziła do odzyskania pełnej kontroli nad Karabachem, co doprowadziło do zakończenia rosyjskiej misji pokojowej w regionie w kwietniu 2024 r. Ta pierwotnie miała realizować swój mandat do listopada 2025 r.[45]. Sytuacja ta doprowadziła do ograniczenia wpływów rosyjskich w regionie, co spotkało się z chłodną reakcją Rosji. Nie tylko ta kwestia wpłynęła na ochłodzenie wzajemnych relacji. 

(...)

Sytuacja gospodarcza oraz handlowa w Republice Azerbejdżanu prezentuje się na obecny moment pozytywnie. Choć początkowo wpływ inwazji rosyjskiej na Ukrainę okazał się negatywny dla azerbejdżańskiej gospodarki, tak z roku na rok wachlarz możliwości ekonomicznych dla Baku poszerzał się. Azerbejdżan w jeszcze większym stopniu zacieśnił swoje relacje gospodarcze z Federacją Rosyjską oraz Chińską Republiką Ludową, ale również stał się jeszcze istotniejszym dostawcą węglowodorów do Unii Europejskiej.

centrumrosja.com


We wtorek 12 sierpnia Chalil al-Hajja, przywódca gazańskiego odłamu Hamasu, przybył do Kairu na negocjacje, w których pośredniczył Egipt wraz z Katarem i Turcją. Dostał propozycję złożenia broni, rozwiązania oddziałów zbrojnych, uwolnienia pozostałych izraelskich zakładników i oddania władzy. W zamian Izrael wycofałby się ze Strefy Gazy, powołano by tymczasowy technokratyczny rząd palestyński wspierany przez nieuznane siły międzynarodowe i rozpoczęłaby się odbudowa zniszczonego terytorium.

Zewnętrzna presja na al-Hajję, aby zgodził się na takie daleko idące porozumienie, jest ogromna. Według doniesień CNN i BBC 18 sierpnia Hamas ugiął się pod naciskami Egiptu oraz Kataru i zgodził na 60-dniowe zawieszenie broni. Mimo to Izrael stwierdził, że jego stanowisko pozostaje niezmienne i nie godzi się na "częściowe porozumienia". Dał temu wyraz, rozpoczynając 20 sierpnia pierwszą fazę zaplanowanego ataku na miasto Gaza. Kolejna ofensywa może zniszczyć to, co pozostało z Hamasu w tym regionie, i przyspieszyć czystki etniczne na całym pasie.

Ponadto osłabienie Iranu sprawiło, że zbrojne ramię Hamasu, Brygady al-Kassama, straciły głównego zagranicznego sojusznika. Ostatni regionalni sojusznicy palestyńskich bojowników, Katar i Turcja, od dawna popierają z kolei polityczny odłam grupy. Wydaje się jednak, że tracą cierpliwość.

onet.pl\The Economist


Oficjalnie Rosjanie twierdzili, że pełna inwazja na Ukrainę to będzie spacerek.

John Sullivan, wówczas ambasador USA w Rosji, pamięta, jak jesienią 2021 roku rozmawiał z szefem rosyjskiej rady bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem, który był absolutnie pewny, że Rosja może zgnieść Ukrainę.

– Patruszew nie owijał w bawełnę – wspominał Sullivan. – Mówił: "Możemy to zrobić. Znowu jesteśmy mocarstwem". Opisałbym to tak, że wszystko było już postanowione, a oni mieli absolutną wiarę we własne możliwości. Chciał przekazać: "Nie będziemy mieli problemu, by zrobić to, co chcemy". Amerykanie obawiali się, że Patruszew ma rację. Od wielu lat z analiz Pentagonu wynikało, że zmodernizowane rosyjskie wojsko nabrało energii i jest zdolne do precyzyjnego działania. Putin co roku chełpił się, że wzmocnił tradycyjne rosyjskie siły obronne pociskami hipersonicznymi nie do zatrzymania, zaprojektowanymi tak, by ominąć najbardziej zaawansowane zachodnie systemy obronne. Każdy przegląd ukraińskich możliwości bojowych i uzbrojenia w porównaniu z rosyjskimi odpowiednikami wyraźnie wskazywał przewagę jednej strony: Międzynarodowy Instytut Badań Strategicznych doniósł w 2021 roku, że Ukraina wydawała na zbrojenia dziesięć razy mniej od Rosji. Personel rosyjskich sił zbrojnych był pięciokrotnie liczniejszy od ukraińskiego, a pula rezerwistów – dwukrotnie. A w kwestii sprzętu – bombowców, myśliwców odrzutowych, rakiet atomowych i balistycznych, okrętów podwodnych, czołgów – nie było nawet porównania.

(...)

Dwa tygodnie przed wybuchem wojny w Waszyngtonie przeważało przekonanie – powtarzane w nieskończoność we wszystkich telewizjach informacyjnych – że Kijów upadnie kilka dni po przekroczeniu przez Rosjan granicy. Jak przystało na Waszyngton, konwencjonalna mądrość okazała się nic niewarta w dwa tygodnie po inwazji.

Ku powszechnemu zdumieniu Kijów pozostał w rękach Ukraińców. Rosyjski plan obalenia i wymiany rządu zdał się na nic. Zełenski nadawał komunikaty każdego dnia. Wojsko stawiało opór i wchodziło w rytm walki, czekając na duże dostawy zachodniego uzbrojenia. Zachód już zawczasu uzgodnił pakiet sankcji, dzięki czemu można go było wprowadzić w życie w ciągu kilku godzin. Zamiast pogrążyć się w podziałach, Europejczycy przyjęli ukraińskich uchodźców z otwartymi ramionami, włączając ich do swych społeczeństw ze szczodrością, na którą kilka lat wcześniej nie mogli liczyć Syryjczycy.

Nagle wszyscy zaczęli się zastanawiać, jak długo Putin będzie w stanie kontynuować kosztowną bitwę o stolicę: amerykański wywiad podsłuchiwał rozmowy, w których Rosjanie omawiali strategiczny odwrót na przyjaźniejsze tereny na południu i wschodzie Ukrainy, te same, na których od 2014 roku toczyła się powolna wojna na wyniszczenie.

John Sullivan, jego zastępca Jon Finer i Mark Milley codziennie gromadzili się w centrum zarządzania kryzysowego w Białym Domu wraz z szefami agencji wywiadu, gdzie dowiadywali się, że wszystko, co im mówiono o tym, jak mają się potoczyć pierwsze dni wojny, było nieprawdą.

Szybko stawało się jasne, jak bardzo pomylił się w swoich kalkulacjach Putin – najpierw w szczegółach, potem w całości. Zaczęło się to już w pierwszych godzinach konfliktu. Zdjęcia satelitarne rzutowane na wielkie ekrany podziemnego kompleksu pod Zachodnim Skrzydłem pokazywały jeden po drugim niezrozumiałe rosyjskie błędy (do niektórych doszło dzięki pomocy Białego Domu). Podczas tajnego wyjazdu do Kijowa w połowie stycznia Bill Burns przestrzegł Zełenskiego i jego najważniejszych doradców, że rosyjska ofensywa zacznie się od próby zajęcia portu lotniczego w Hostomelu, położonego około trzydziestu kilometrów od centrum Kijowa. Informacja ta była kluczowa, bo to lotnisko – wykorzystywane niemal w całości do transportu towarowego – byłoby najlepszym sposobem na stworzenie mostu powietrznego do przerzutu żołnierzy, pojazdów i uzbrojenia, których Moskwa potrzebowała do zajęcia Kijowa.

Ostrzeżeni, ale nie całkiem przygotowani Ukraińcy zaimponowali swoim oporem od samego początku. Kiedy rosyjskie śmigłowce przyleciały rano w efektownych kolumnach, przewożących po sto lub więcej żołnierzy desantu, wiele z nich udało się zestrzelić, co uwieczniły filmy nagrane telefonami komórkowymi. Według amerykańskich szacunków w ciągu kilku godzin zginęło ponad trzystu rosyjskich spadochroniarzy, a Ukraińcy rozbijali kolejne fale helikopterów. Awaryjnie lądował nawet dowódca rosyjskiej operacji. Jeden z wyższych rangą wojskowych powiedział mi, że amerykańscy obserwatorzy byli zszokowani: – Oglądaliśmy to na żywo, zdumieni, że Rosjanie nie przejęli od razu kontroli nad przestrzenią powietrzną.

Rosjanom wreszcie udało się zająć lotnisko następnego dnia. W trakcie walk został zniszczony największy samolot na świecie – Antonow An-225 Mrija, który w dniu inwazji czekał w Hostomelu na serwis silników. Okazało się jednak, że dla Rosjan było to pyrrusowe zwycięstwo: port lotniczy i pasy startowe były tak zniszczone, że nie mogły odegrać roli, którą zaplanowano w Moskwie. Wiele miesięcy później jeden z wysokich rangą wojskowych powiedział mi, że "z perspektywy czasu widać, że była to jedna z wczesnych zapowiedzi dalszych wydarzeń".

/Uproszczony i zniekształcony opis wydarzeń - red./

Nie brakowało innych dowodów niewystarczającego przygotowania rosyjskich oddziałów do rzeczywistości nowoczesnej wojny. Żołnierze, którym mówiono, że jadą na "manewry" w Białorusi i na terenie Rosji, dzwonili z własnych komórek – przez ukraińskie sieci telefoniczne – do rodzin i partnerek ze skargami, że zostali okłamani i znaleźli się nagle na prawdziwym froncie. Inni zamieszczali posty na TikToku albo Instagramie. Ukraińcy umieli wykorzystać taką amatorszczyznę: nowi rekruci umieszczeni w ukrytych ośrodkach monitorowania pracowicie namierzali rosyjskie telefony i przekazywali ich położenie wojskowym, którzy przeprowadzali precyzyjne ataki na te pozycje.

Oficjele z Pentagonu obserwujący przebieg inwazji od razu zauważyli też, że rosyjskie zaopatrzenie i logistyka stanowiły beznadziejnie zagmatwaną sieć opóźnień. Rosjanie nie tylko mieli zapasy żywności na zaledwie kilka dni, ale w ogóle nie mogli ruszyć kolumny żołnierzy maszerujących na Kijów. Sześćdziesięciokilometrowy korek rosyjskich czołgów, transporterów opancerzonych i cystern stał się symbolem rosyjskich błędów na początku wojny.

Sytuacja ta ujawniła też coś mniej oczywistego, jak powiedział mi jeden z analizujących ją oficerów wojska.

– Rosjanie ewidentnie nie ćwiczyli z dowódcami swoich jednostek samodzielnego myślenia i improwizacji – mówił. – Nasi natychmiast skręciliby w las i znaleźli inną trasę.

Rosjanie natomiast siedzieli tam jak kaczki na strzelnicy i jak do kaczek strzelali do nich Ukraińcy, atakujący cysterny z paliwem uwięzione w zatorze. Gdy pojazdy stawały w płomieniach, rosyjscy żołnierze porzucali je, przerażeni, że będą celem następnego pocisku.

Mark Milley diagnozował później, że sednem problemu była charakterystyka rosyjskich wojsk jako siły "hierarchicznej i z natury bardzo, bardzo mocno sterowanej z góry", w której są "niepodlegające zmianie rozkazy przychodzące ze szczytu piramidy, co niekoniecznie najlepiej sprawdza się na dynamicznym polu walki".

Bez wątpienia była to prawda. Ale tajne analizy szły o wiele dalej, niż odważył się powiedzieć na publicznym spotkaniu z komisją Kongresu. Na podstawie licznych badań Pentagonu sformułowano wniosek, że rosyjskie wojsko zainwestowało w broń, którą Putin mógł się chwalić. Miało mnóstwo nowych pocisków hipersonicznych, pochłaniających dźwięki okrętów podwodnych, myśliwców, pocisków nuklearnych. Jednak od lat nie wykorzystywało podstawowego sprzętu, na którym szkoliło żołnierzy. Mimo biegłości w walce elektronicznej nigdy nie wyłączyli Ukraińcom łączności. Nie wykorzystali skutecznie taktycznego wsparcia lotniczego – po części dlatego, że Ukraina miała lepszą obronę przeciwlotniczą, niż się spodziewali. Od pierwszych dni walk wychodziło na jaw, jak w efekcie szalejącej w Rosji korupcji wozy bojowe nie miały odpowiednich opon, a starzejącym się samolotom brakowało części zamiennych. Od jednego z oficjeli usłyszałem, że poziom korupcji w Federacji Rosyjskiej był Amerykanom "dobrze znany". Mimo to "ponieważ nigdy nie widać, jak bardzo coś jest kruche, póki nie sprawdzi się tego w walce, więc trudno dokonywać celnych osądów".

Najbardziej druzgocącym wnioskiem wyciągniętym przez ekspertów Pentagonu była jednak nieudolność Rosjan w zakresie, w którym mieli być najlepsi: w operacjach z użyciem połączonych rodzajów wojsk, czyli zdolności do zintegrowania posunięć oddziałów lądowych, morskich i powietrznych w precyzyjnie skoordynowane działania bojowe.

– Nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy – powiedział mi urzędnik Departamentu Obrony.

Pierwszą z nich był "stopień, w jakim rosyjskie wojsko nie przestrzegało własnej doktryny dotyczącej połączonych rodzajów wojsk", choć na tego typu operacje kładziono duży nacisk podczas manewrów ćwiczebnych, tak bacznie obserwowanych przez Stany Zjednoczone. Gdy Amerykanie przeprowadzali grę wojenną symulującą rosyjską inwazję, zakładali, że po przećwiczeniu współpracy rodzajów wojsk tak wiele razy i z taką energią Rosjanie będą umieli zrealizować ją na prawdziwym polu bitwy.

Ale jak powiedział mi wspomniany urzędnik, w rzeczywistości było inaczej. – A gdy wojsko nie przestrzega reguł, które samo sobie ustaliło, poborowi i dowódcy średniego szczebla nie wiedzą, co mają robić. Ich armia i bez tego jest mocno zależna od dyrektyw z góry. Więc na polu walki od razu powstał wielki zamęt.

Analitycy Pentagonu nie przewidzieli jeszcze jednego kluczowego czynnika – reakcji Ameryki. Może to wspomnienie Iraku i Afganistanu kazało założyć, że Stany Zjednoczone nie będą chętne do angażowania się w kolejny poważny konflikt za granicą – zwłaszcza przeciwko mocarstwu atomowemu. Może to pokłosie epoki Trumpa albo groźby Putina, których kulminacją była złożona w dzień inwazji obietnica, że na interwencję z zewnątrz Rosja odpowie "konsekwencjami (…), których nie widzieliście w całej swojej historii". W każdym razie modele gier wojennych, jak powiedział mi wspomniany urzędnik, "nie przewidziały, w jak wielkim zakresie Stany Zjednoczone będą aktywnie wspierać Ukrainę informacjami i do jakiego stopnia pozwoli to – zwłaszcza na początku – na bardzo skuteczne kontrataki".

– Gdy organizujemy gry wojenne, widzimy wiele przykładów względnie małych armii zdominowanych przez rosyjskie wojsko na granicy, zanim Stany Zjednoczone i NATO zdążą przyjść z pomocą. W Ukrainie tak nie było – tłumaczył.

Rosjanie popełnili też wiele innych niewymuszonych błędów. Ich brutalność wzmocniła opór Ukraińców, nawet tych, którzy odczuwali wcześniej do Rosji sympatię. 

onet.pl


Sąd apelacyjny w Waszyngtonie orzekł w piątek stosunkiem głosów 7 do 4, że większość ceł nałożonych przez administrację Donalda Trumpa jest nielegalna. Decyzja dotyczy głównie tzw. "wzajemnych" ceł wprowadzonych w kwietniu, a także oddzielnych taryf na towary z Chin, Kanady i Meksyku.

Choć orzeczenie nie obejmuje ceł na stal i aluminium, sąd uznał, że prezydent przekroczył swoje kompetencje, kiedy powołał się na ustawę o międzynarodowych uprawnieniach gospodarczych głowy państwa w sytuacjach nadzwyczajnych z lat 70. XX wieku.

Według większości sędziów, ustawa ta nie daje Trumpowi prawa do nakładania tak daleko idących ceł, a jej zapisy nie przewidują wyraźnie możliwości wprowadzania podatków, czy taryf handlowych.

Amerykański przywódca bronił swojej polityki celnej, twierdząc, że stawki wahające się od 15 proc. na towary z Unii Europejskiej do 50 proc. na import z Indii są niezbędne do przywrócenia równowagi w globalnym handlu. Jego zdaniem obecny system wymiany handlowej szkodzi interesom Stanów Zjednoczonych.

Wielu ekonomistów ostrzega, że taka polityka może zaszkodzić amerykańskim przedsiębiorstwom i konsumentom, prowadząc do wzrostu cen i inflacji. Radio publiczne (NPR), zauważyło, że skutki ceł mogą być odczuwalne dopiero po pewnym czasie, a same taryfy spotkały się z licznymi pozwami, w tym jednym złożonym przez kilkanaście stanów.

Sąd apelacyjny wstrzymał wykonanie decyzji do połowy października, dając administracji czas na złożenie odwołania do Sądu Najwyższego. Biały Dom wyraził przekonanie, że Sąd Najwyższy uchyli to orzeczenie.

Donald Trump zareagował na decyzję sądu w emocjonalnym wpisie na platformie Truth Social, ostrzegając, że jeśli orzeczenie pozostanie w mocy, "dosłownie zniszczy to Stany Zjednoczone Ameryki".

W innym poście wyraził oburzenie wobec sędziów, pytając retorycznie: "Skąd pochodzą ci sędziowie? Jak to możliwe, że mogli wyrządzić taką szkodę Stanom Zjednoczonym? Czy to czysta nienawiść do TRUMPA?".

Trump skrytykował również Federalist Society, organizację, której rekomendacjom zawdzięczał część nominacji sędziowskich, zarzucając jej przewodniczącemu Leonardowi Leo "nienawiść do Ameryki" i "własne ambicje". W jego ocenie decyzja sądu to nie tylko błąd prawny, ale zagrożenie dla fundamentów amerykańskiej gospodarki.

PAP