Rosnący popyt będzie skoncentrowany w kilku regionach świata. Synergy Research Group wskazuje, że na koniec 2024 r. dominującym graczem na rynku dużych centrów danych (ang. hyperscalers) były Stany Zjednoczone z 54-procentowym udziałem. Drugie w kolejności Chiny odpowiadają za 16 proc. rynku, a Europa – za 15 proc. Prognozy MAE wskazują, że dominacja USA oraz Chin utrzyma się w horyzoncie najbliższej dekady. W tych regionach stopy wzrostu konsumpcji energii do 2030 r. mają sięgnąć odpowiednio 130 proc. oraz 170 proc., podczas gdy w Europie czy Japonii zużycie zwiększy się o 70–80 proc.
Dzieje się tak z dwóch przyczyn. Po pierwsze, USA i Chiny będą wykorzystywać dotychczasową przewagę w nakładach inwestycyjnych. Raport grupy Human Centered AI z Uniwersytetu Stanforda wskazuje, że od 2013 do 2024 r. USA wydały na prywatne inwestycje w AI łącznie 471 mld dol., a Chiny – 119 mld dol. W państwach UE kwoty są dziesięciokrotnie mniejsze – w Niemczech było to 13,3 mld dol., we Francji zaś – 11 mld dol. Na tym froncie sytuację Unii Europejskiej dodatkowo komplikuje niepewność regulacyjna i koszty związane z restrykcyjnymi wymogami dotyczącymi ochrony danych i treści. Obydwa problemy zniechęcają do zakładania działalności. Badacze ze Stanforda wskazują, że w niemieckim sektorze sztucznej inteligencji (AI) działa mniej firm niż w Izraelu, w Kanadzie czy w Indiach.
Doświadczenie to jednak nie wszystko. Drugim, zapewne ważniejszym, elementem ekosystemu centrów danych i AI jest dostępność taniej energii. W horyzoncie najbliższych pięciu lat oznacza to głównie szeroki dostęp do paliw kopalnych – ropy i gazu z łupków w USA bądź węgla w Chinach. IEA wskazuje, że w 2024 roku w światowym miksie energetycznym używanym do zasilania centrów danych największe znaczenie miało właśnie czarne paliwo, które odpowiadało za 30 proc. łącznej mocy. Po nim na równi uplasowały się energetyka odnawialna (26 proc.) i gaz ziemny (27 proc). Natomiast energia atomowa miała zaledwie 15-procentowy udział. W nadchodzących pięciu latach rosnące zapotrzebowanie ma być pokrywane w niemal równych proporcjach przez gaz i źródła odnawialne (OZE). Na papierze taki układ sił wygląda korzystnie dla państw UE, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
Centra danych mają z klientami umowy o gwarantowanym poziomie usług i potrzebują nieprzerwanego, stabilnego zasilania przez całą dobę, z tolerancją przestojów liczonych w milisekundach. Źródła odnawialne nie mogą go zapewnić, bo są zależne od zmiennych warunków pogodowych. Co więcej, niezawodne funkcjonowanie rozbudowanego systemu OZE wymaga utrzymania zapasu mocy konwencjonalnych (gaz, węgiel, atom).
W dłuższym terminie nieodzowna będzie przebudowa systemu energetycznego, tak aby spełniał on zapotrzebowanie ze strony centrów danych. Wymusi to spojrzenie łaskawszym okiem na atom. Elektrownie atomowe zapewniają stosunkowo stabilną generację oraz inercję systemu energetycznego – zdolność do utrzymania stabilności po zakłóceniu, dzięki energii kinetycznej zgromadzonej w wirujących turbinach i generatorach. Jednak nie są na tyle elastyczne – w przeciwieństwie do siłowni gazowych lub szczytowo-pompowych – aby umożliwiać krótkoterminowe bilansowanie. Zaletą elektrowni atomowych jest ich niskoemisyjność – wyprodukowanie kilowatogodziny energii powoduje uwolnienie 12 g CO₂, czyli podobnie jak w turbinach wiatrowych, niemal czterokrotnie mniej niż w fotowoltaice i 30 razy mniej niż w najbardziej ekologicznych instalacjach gazowych. Wiąże się to jednak z wysokimi wydatkami. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej wskazuje, że średni koszt produkcji megawatogodziny w elektrowni atomowej w USA wzrośnie do 2030 r. do 81,4 dol. Dla porównania: w przypadku farm wiatrowych czy paneli słonecznych będzie to 29–31 dol. Cenę energii jądrowej podbijają koszty pozyskania kapitału na budowę infrastruktury.
Energetyce atomowej sprzyja obecna administracja USA. Prezydent Donald Trump podpisał serię aktów wykonawczych w ramach realizacji strategii zmierzającej do czterokrotnego wzrostu zainstalowanych mocy atomowych – z 98 GW w 2024 r. do 400 GW w 2050 r. Osiągnięcie tego celu wiąże się z wprowadzeniem systemu zachęt podatkowych oraz subsydiów, którego koszt szacuje się na 67 mld dol. w ciągu 25 lat. Tymczasem europejski mainstream obrał kierunek przeciwny. W UE atom funkcjonuje we Francji i Włoszech. Niemcy zamknęły swoje trzy ostatnie elektrownie jądrowe w kwietniu 2023 r. Hiszpania wygasza moce jądrowe – ostatnie obiekty mają zostać wyłączone do 2035 r. Plany te zapewne niedługo ulegną rewizji – polityka energetyczna w tym państwie zmienia się na skutek blackoutu z kwietnia 2025 r. Niedawno z wygaszania atomu wycofała się Belgia. W praktyce budowa w Europie ekosystemu przyjaznego energii atomowej będzie wymagać zmiany nastawienia elit politycznych i społeczeństwa. To proces czasochłonny, a państwa UE nie mają tego komfortu, aby odkładać go w czasie. Dlaczego?
Ścieżka od przygotowania strategii do zwiększenia faktycznych mocy zajmie lata, nawet dekady. Bloomberg Intelligence wskazuje, że skonstruowanie dużego bloku jądrowego zajmuje przeciętnie 10 lat. Według Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) do 2030 r. łączna zainstalowana moc reaktorów nuklearnych, w tym tych przywracanych do użytku, wzrośnie na świecie z 377 do 425–445 GW (tj. o 12–18 proc.). W amerykańskich planach jest wznowienie funkcjonowania trzech takich reaktorów, które zwiększą dostępne moce łącznie o 2,3 GW: Holtec Palisades (0,8 GW) w najbliższych kwartałach, Three Mile Island Unit 1 (Crane Clean Energy Center) (0,8 GW) w 2027 r. i Duane Arnold (0,6 GW) w 2028 r. Warto zaznaczyć, że znaczny potencjał wznowieniowy mają też Niemcy – około 6 reaktorów może zostać z powrotem włączonych.
Prace nad nowymi blokami w USA i Europie mają nabrać tempa dopiero w latach 2030–2040, a zainstalowana moc ma sięgać od 519 do 710 GW. Szacuje się, że faktyczny czas budowy zajmie od 7 do 13 lat. Spośród 63 budowanych obecnie reaktorów atomowych prawie połowa (28) przypada na Chiny; kolejne miejsca zajmują Indie (6), Turcja, Rosja i Egipt. Jedynym państwem UE, gdzie trwa budowa reaktora, jest Słowacja. Prace toczą się ponadto w Wielkiej Brytanii i w Ukrainie. Doświadczenie w konstruowaniu elektrowni atomowych mają firmy działające na innych kontynentach – w społeczeństwach zachodnich firmy zajmują się głównie serwisowaniem. Taki stan rodzi spore ryzyka – ostatnie projekty oparte o technologie Evolutionary Power Reactor (EPR) znacząco przekraczały zarówno zakładany czas, jak i pierwotny budżet.
obserwatorfinansowy.pl