sobota, 4 listopada 2023



Na okupowanym przez Izrael Zachodnim Brzegu Jordanu struktury bezpieczeństwa przeprowadzają aresztowania ludzi podejrzewanych o związki z Hamasem i innymi ugrupowaniami zbrojnymi. W Dżeninie zatrzymano też wysokiego rangą przedstawiciela rządzącej Autonomią Palestyńską partii Fatah. Równocześnie poza większymi miastami (w tzw. strefie C) pod osłoną armii dochodzi do ataków osadników żydowskich na ludność palestyńską – mają one zmusić ją do opuszczenia miejsc zamieszkania. Według informacji izraelskiej organizacji praw człowieka B’Tselem od 7 października w ich wyniku przejęto kilkanaście palestyńskich skupisk (wsi i osad). W wystąpieniu 25 października prezydent Joe Biden stwierdził, że ataki te muszą zostać zatrzymane, a winni – pociągnięci do odpowiedzialności. Od 7 października na Zachodnim Brzegu siły izraelskie zabiły ponad 130 osób. Śmierć części z nich nastąpiła w czasie wymiany ognia ze zbrojnymi grupami palestyńskimi, lecz udokumentowano także przypadki zabijania osób postronnych lub niestanowiących poważnego zagrożenia (np. rzucających kamieniami).

Stany Zjednoczone – najważniejszy sojusznik Izraela – udzielają temu państwu wsparcia wojskowo-sprzętowego (przede wszystkim w postaci amunicji i rakiet obrony powietrznej) oraz politycznego. 28 października rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA John Kirby oznajmił, że Waszyngton nie wyznacza władzom w Jerozolimie „czerwonych linii”. Jednocześnie rządzący USA w coraz większym stopniu – również w komunikatach oficjalnych – naciskają na stronę izraelską, aby ta podjęła działania w celu minimalizacji strat cywilnych (vide np. komunikat z 31 października po rozmowie sekretarza obrony Lloyda Austina z izraelskim odpowiednikiem Jo’awem Galantem). Oprócz tego Amerykanie konsekwentnie wzmacniają w regionie wschodniej części Basenu Morza Śródziemnego oraz Bliskiego Wschodu swój potencjał odstraszania (okręty marynarki wojennej, lotnictwo i systemy obrony powietrznej) oraz zasoby logistyczne na wypadek konieczności przeprowadzenia zarówno działań zbrojnych, jak i ewentualnej ewakuacji dużych grup ludności. Swoją obecność wojskową w regionie (przede wszystkim na Cyprze i w Jordanii) zwiększyły także Niemcy, Wielka Brytania, Kanada i Holandia. Dotyczy to przede wszystkim lotnictwa (transportowego i uderzeniowego) oraz sił specjalnych.

(...)

Wojna między Izraelem a Hamasem odbija się szerokim echem także w państwach UE, Wielkiej Brytanii i USA, gdzie dochodzi do masowych propalestyńskich demonstracji solidarnościowych, ale też fali incydentów o charakterze antysemickim (np. wykorzystywanie antysemickiej symboliki czy haseł, lecz także werbalne lub fizyczne napaści na przedstawicieli społeczności żydowskich).

Komentarz

Lawinowo rosnące straty ludzkie i zniszczenia materialne w Strefie Gazy, jak również zaostrzający się kryzys humanitarny na tym obszarze przesunęły uwagę światowej opinii publicznej z izraelskich ofiar ataku z 7 października na położenie palestyńskiej ludności cywilnej. Po stronie izraelskiej (a także wspólnot żydowskich na świecie) wywołuje to gniew, poczucie osamotnienia, ale też oskarżenia o mylenie skutku z przyczyną, a nawet o antysemityzm. Jednocześnie stopniowo ujawniane informacje ukazujące wyjątkowe okrucieństwo Hamasu umacniają zarówno w elicie politycznej, jak i w społeczeństwie izraelskim determinację do pokonania przeciwnika niezależnie od strat po drugiej stronie. W kompleksowym badaniu opinii publicznej Israel Democracy Institute, które dotyczyło postaw wobec zamachu 7 października i jego następstw, na pytanie o to, czy cierpienie palestyńskiej ludności cywilnej powinno zostać uwzględnione przy planowaniu odpowiedzi wojskowej, odpowiedź 48% żydowskich respondentów (w odróżnieniu od arabskich) brzmiała „nie”, a kolejnych 36% – „w niewielkim stopniu”. Podejście to widać także w sposobie prowadzenia działań przez IDF. Priorytetyzują one metody walki oszczędzające życie własnych żołnierzy (naloty, ostrzał artyleryjski) i przeprowadzają ataki skutkujące bardzo dużą liczbą strat cywilnych (vide ten na osiedle Dżabalija). Sytuacja ta jest w coraz większym stopniu problematyczna dla Waszyngtonu, który próbuje wykorzystać swoją wzmocnioną wskutek kompleksowego wsparcia pozycję względem władz izraelskich do moderowania ich odpowiedzi.

Izraelskie kierownictwo polityczne i wojskowe przygotowuje obywateli na długotrwałą wojnę w Gazie. Działania lądowe w Strefie są i będą prowadzone etapowo – tylko po uprzednim przygotowaniu gruntu poprzez naloty i ostrzał artyleryjski, aby minimalizować straty wśród własnych żołnierzy. Zarazem wciąż nie przedstawiono planu politycznego dla Gazy. Strona izraelska deklaruje, że jej cele to pokonanie Hamasu oraz trwałe usunięcie jakiegokolwiek zagrożenia z tego kierunku, lecz zarazem stwierdza, że nie zamierza długotrwale okupować Strefy ani brać odpowiedzialności za zarządzanie życiem ponad 2 mln żyjących tam Palestyńczyków. Z kolei artykułowane w izraelskim dyskursie publicznym (także przez osoby powiązane z obecnymi władzami lub sprawujące stanowiska rządowe w przeszłości) projekty wysiedlenia ludności palestyńskiej na należący do Egiptu półwysep Synaj po pierwsze miałyby charakter czystki etnicznej, a po drugie napotykają na kategoryczny sprzeciw państw arabskich (przede wszystkim samego Egiptu i Jordanii), a zatem nie wydają się realne. Mało prawdopodobne jest również, aby władze izraelskie zgodziły się na przyszłe przejęcie odpowiedzialności za Strefę przez struktury Autonomii Palestyńskiej. Odnowiłoby to bowiem dyskusje na temat utworzenia państwa palestyńskiego, czemu sprzeciwia się znaczna część izraelskiej prawicy i co przy obecnym całkowitym braku zaufania społecznego do jakiejkolwiek frakcji palestyńskiej natrafiłoby z pewnością na żywiołowy opór. Także pojawiające się (być może w charakterze balonu próbnego) projekty oddania Gazy w zarząd międzynarodowy i stabilizacji jej przez międzynarodowy kontyngent wojskowy wydają się mało osiągalne, m.in. dlatego że nie uwzględniają aspiracji narodowych samych Palestyńczyków ani ich prawa do samostanowienia.

osw.waw.pl


„Iran od rewolucji islamskiej (1979) i wprowadzenia w nim teokracji deklaruje chęć usunięcia Izraela z mapy Bliskiego Wschodu. Parę lat temu zapowiedział nawet, że wraz ze swoimi sojusznikami doprowadzi do tego do 2040 roku” – przypomina dr Piotrowski, który jest ekspertem ds. wojskowych i Iranu w PISM.

Iran nie może jednak najechać Izraela ze względu na swoje oddalenie od niego i brak nowoczesnych sił zbrojnych. Od wojny iracko-irańskiej (1980-1988) inwestuje natomiast w zdolności, które stwarzać mogą asymetryczne zagrożenia dla Izraela, takie jak libański Hezbollah i palestyński Hamas – wyjaśnia analityk.

Według niego nie ma obecnie przesłanek, że Iran chce bezpośrednio włączyć się w obecny konflikt, a Izrael i szczególnie Stany Zjednoczone mają wystarczający potencjał, by go od tego odstraszać. Po wyniszczającej wojnie z Irakiem nawet rządzący w Iranie kler unika konfliktu zbrojnego z Izraelem i USA – zaznacza dr Piotrowski.

„Obecne działania lotnictwa Izraela (intensywniejsze) i USA (na mniejszą skalę) w Syrii są także obliczone na uwiarygodnienie tego odstraszania. W nalotach giną głównie ochotnicy z Libanu, Iraku i Afganistanu, więc nie powoduje to większych i nie dających się przemilczeć strat wśród Strażników Rewolucji (żołnierzy irańskiej armii), którzy nimi dowodzą. Ataki z Libanu i Syrii na Izrael oraz na siły USA w Syrii i Iraku także nie są jeszcze w skali, która wymagałaby natychmiastowego odwetu, np. ataków na bazy Strażników w samym Iranie” – ocenia analityk.

„Przypuszczam też, że ani mocno uwikłany w syryjską wojnę domową Hezbollah, ani władze Iranu nie chciałby być teraz celem zmasowanego odwetu USA i Izraela. Doprowadzenie do takiego scenariusza z udziałem USA skończyłoby się katastrofą dla Hezbollahu i Libanu, a tym samym utraty jedynego i tak poważnego partnera Iranu w krajach arabskich” – dodaje badacz.

Zagrożenie dla Izraela stanowi jednak między innymi arsenał rakietowy Iranu, jego partnerów i zależnych od niego grup. „Chodzi mi tu o arsenał pocisków balistycznych i manewrujących o zasięgu 1500-2000 km, którymi na razie w największej ilości dysponuje tylko Iran, ale jak pokazały ostatni tydzień – także proirańska milicja Hutich z Jemenu” – wyjaśnia ekspert PISM.

Kolejnym zagrożeniem są jego zdaniem drony rozpoznawcze i kamikadze, które w ostatniej dekadzie Iran sprawdził w Jemenie, Iraku i Syrii, a od ponad roku dostarcza atakującej Ukrainę Rosji. Zagrożenie egzystencjalne dla Izraela, obecnie wciąż odległe, stanowić może też potencjalny irański arsenał jądrowy.

„Iran opanował cały cykl nuklearny dla produkcji uranu i plutonu, ma wzory chińskich głowic z Pakistanu, a od Korei Północnej wie, jak zamontować je na pociskach balistycznych. Po wyjściu (byłego prezydenta USA Donalda) Trumpa z tzw. umowy nuklearnej Iran znacząco zwiększył też produkcję uranu do kolejnych poziomów jego wzbogacania, przybliżając się do posiadania materiałów wystarczających dla uzbrojenia takich głowic” – wyjaśnia dr Piotrowski.

Jego zdaniem Iran wciąż liczy jednak na negocjacje w sprawie zniesienia sankcji nałożonych na niego przez USA w zamian za ograniczenie skali i charakteru swojego programu jądrowego. Ekspert nie spodziewa się też, aby Teheran zdecydował się na zmiany w programie jądrowym, dopóki żyje najwyższy przywódca duchowo-polityczny Iranu Ali Chamenei.

PAP

Minister Q: Leciałem z [Romanem] Abramowiczem do Turcji. Po drodze Abramowicz informował mnie, że się nie najlepiej czuje. Szczypały go oczy, swędziała twarz. Funkcjonował normalnie, ale ruchy i mowę miał spowolnione. Został czymś otruty. We Lwowie, przed przekroczeniem granicy z Polską, sprawdzono, czy był bezpieczny dla otoczenia. Obawiano się, że podano mu materiały radioaktywne tak jak Litwinience. Wstępna wersja zakładała, że otruła go rosyjska partia wojny, która nie chciała zakończenia inwazji.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: – Na początku marca [2023 r.] pojawiła się nadzieja na zawieszenie broni. Pośrednikiem w rozmowach między Ukraińcami a Rosjanami był oligarcha Roman Abramowicz. Zarekomendował go Zełenski. Ukraińcy poinformowali, że Abramowicz przyjedzie do Polski i stamtąd uda się do Turcji. Wiedziałem, że musimy być obecni w tych rozmowach. Obserwować je. Nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi w tej grze, ale nie mogliśmy dać po sobie poznać, że nie mamy wiedzy. Ukraińcy przestaliby nas szanować. Wschód wymaga udawania, że zawsze się jest silnym i wszystko się rozumie.

Minister Z: – Była zgoda na wyjazd [ówczesnego doradcy prezydenta Dudy ds. zagranicznych Jakuba] Kumocha z Abramowiczem do Turcji. Przed wylotem do Ankary obawialiśmy się, że Turcja będzie naciskała na Ukrainę w sprawie natychmiastowego zakończenia konfliktu. Zełenski prosił nas wielokrotnie, żeby zapobiec wymuszeniu zawieszenia broni ze zdobyczami terytorialnymi Rosji. Pierwsze rozmowy z Abramowiczem to lotnisko w Rzeszowie. Zachowywał się skromnie bez epatowania bogactwem i wpływami. Chociaż w sumie on wtedy był na dnie. Mówił, że zależy mu na tym, aby nie zablokowano jego przejazdów po Europie. I że już ma nałożone sankcje na jachty i samoloty. Przekonywał, że jeśli to zostanie utrzymane, to on nie będzie mógł nic załatwić.

Minister Q: – Kierował się jedynie swoim interesem. Nic innego go nie interesowało. Pierwszy raz Kumoch i Przydacz towarzyszyli mu w drodze na Ukrainę. Drugi raz Kumoch leciał z nim do Turcji. Do Rzeszowa Abramowicza przywiózł Dworczyk, który rozmawiał z nim prawie cały czas o piłce nożnej, bo Abramowicz jest właścicielem Chelsea Londyn. Gdy odstawiałem Abramowicza na granicę za pierwszym razem, gdy jechał na Ukrainę, był całkowicie zdrowy. Podczas drugiego spotkania już w takiej dobrej formie nie był. Po drodze informował mnie, że się nie najlepiej czuje. On został czymś otruty. We Lwowie, przed przekroczeniem granicy z Polską, sprawdzono, czy był bezpieczny dla otoczenia. Obawiano się, że podano mu materiały radioaktywne tak jak Litwinience. Wstępna wersja zakładała, że otruła go rosyjska partia wojny, która nie chciała zakończenia inwazji. Ukraińcy stwierdzili, że nie był truty substancjami radioaktywnymi. Mógł lecieć do Turcji. Przed tym wszystkim Ukraińcy obfotografowali Abramowicza. Jak mówił Umierow (Rustem Umierow, obecnie minister obrony, wiosną 2022 r. człowiek do zadań specjalnych Zełenskiego), "nasi muszą wiedzieć, że on pracuje dla nas". Umierow i Kumoch w czasie wyjazdu mocno się zaprzyjaźnili.

Zbigniew Parafianowicz: Jak Abramowicz zachowywał się w czasie lotu? Czy jego stan się pogarszał?

Minister Q: – Po drodze objawy się nasilały. Szczypały go oczy, swędziała twarz. Funkcjonował normalnie, ale ruchy i mowę miał spowolnione. Po drodze opowiadał o Czukotce, on był kiedyś jej gubernatorem. Oligarcha powierzchnię mierzył we Francjach. Jak coś uznawał za duże, to mówił, że jest wielkości pięciu Francji. Na przykład opowiadał o jakimś pożarze, który strawił las równy "dwóm i pół Francjom". Nie trzymał wobec mnie dystansu. Nie rozmawialiśmy o twardej polityce. W Turcji zapadła decyzja, że Abramowicz musi zostać przebadany, bo czuje się coraz gorzej. Pojechał z Kumochem do szpitala. Za nimi kierujący polską placówką pułkownik Agencji Wywiadu Robert Trzeciak. Aby dowiedzieć się czegoś więcej. Trzeciak wkręcił się wszędzie, gdzie trzeba, i ustalił, co trzeba.

Zbigniew Parafianowicz: W gruncie rzeczy czemu miały służyć tamte rozmowy? Dziś wiadomo, że nic z nich nie wyszło. Były markowane.

Minister Q: – Do dziś nie mam pojęcia, co on i Ukraińcy robili w Ankarze, dlaczego go truli. Na pytanie po co ta misja, Abramowicz nic nie odpowiedział. Takie standardowe: "Aaaa, no rozmawiamy, rozumiesz, dyskutujemy". Mam wrażenie, że jemu chodziło o ochronę własnych pieniędzy i ratowanie życia. W sumie niczego się nie dowiedziałem. Pozytywne było to, że nie było mowy o bezwarunkowym zawieszeniu broni. Nikt o takiej głupocie nie myślał.

Zbigniew Parafianowicz: To po co wzięliśmy w tym udział?

Minister Q: – Trzeba wiedzieć. Trzeba mieć możliwość powiedzenia: "Byliśmy przy tym i wiemy, o co chodzi". Później do Dudy dzwonił w tej sprawie Zełenski. Mówił: "Bardzo dziękuję za wszystko, co robisz". Opowiedzieliśmy też Amerykanom o rozmowach. W takich sytuacjach nie można ściemniać. Nie można tworzyć legend. To nie buduje szacunku ani zaufania. Podobnie zaangażowaliśmy się w rozmowy ukraińsko-rosyjskie na terenie Białorusi. Tam latali nasi żołnierze – komandosi z Lublińca i GROM – jako ochrona. Śmigłowiec lądował, wsiadali Ukraińcy i lecieli naszym black hawkiem pilotowanym przez GROM i z obstawą z Lublińca na Białoruś. Temat rozmów na Białorusi nadzorował Dworczyk. Czasem latali również Kumoch i Przydacz. Dworczyk nawet latał na Białoruś razem z delegacją ukraińską.

Minister X: – Z dyskretnych misji z początku wojny ważna jest jeszcze wymiana Medwedczuka, oligarchy uznanego przez Ukraińców za zdrajcę. Erdoğan poinformował Dudę, że będzie wymiana jeńców ukraińskich za Medwedczuka. I Medwedczuk leciał do Moskwy przez Polskę.

Minister Z: – No i kwestia broni. Musieliśmy obchodzić MON, bo z nimi nic nie można było załatwić. Od samego początku. Ukraińcy jeszcze przed 24 lutego 2022 r. prosili o broń. Ale nie o ciężki sprzęt, chodziło o drobnicę, na przykład amunicję do moździerzy. Z tego wyszła draka, bo od wielu tygodni przygotowywaliśmy transport z tą amunicją, ale jakoś nam to nie wychodziło. Dopytywałem w Ministerstwie Obrony Narodowej, jak to się dzieje, że nie można ciężarówkami wysłać tego Ukraińcom. Każdy z oficerów zapewniał mnie, że swoje zrobił, polecenia wykonał perfekcyjnie. Wojsko działa odcinkowo. Każdy robi swój odcinek i nie odpowiada za ostateczny wynik. A jak doskonale wykonany odcinek nie składał się w spójną całość z innymi doskonale wykonanymi odcinkami, to już nie jest problem wojska i MON.

Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: – W sprawie tej amunicji do Morawieckiego dzwonił premier [Ukrainy] Szmyhal. Naciskał, aby zrobić to jak najszybciej. To nie był ciężki sprzęt, ale zależało im. Zbierali po świecie amunicję. Tymczasem my mocno z tym zamulaliśmy. Ostatecznie Morawiecki zlecił to Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, aby uniknąć MON-owskiej biurokracji. RARS bezpośrednio podlega premierowi, sprawy trafiły w ręce Dworczyka.

Minister Z: – Po trzech dniach od telefonu wszystko było w Jasionce pod Rzeszowem. 23 lutego, na dzień przed wojną, ukraiński antonow zawiózł na Ukrainę amunicję. To był ostatni lot do Kijowa. Cała akcja była ekspresowa. W sumie jednak obciążała ona nas. Fakt, że ciągnęło się to tygodniami, był kompromitujący. Już przed wojną wiedzieliśmy, że w razie problemów nasza wydolność nie będzie wielka.

Minister X: – Zawsze była potem awantura. Gdy załatwiony przez Dworczyka transport dotarł do Kijowa, ukraiński minister obrony Reznikow podziękował na Twitterze Błaszczakowi. A ten nie wiedział nic o żadnym transporcie. Bo przecież to robił RARS, a nie MON. No wściekł się. Zaczął wszystkich obdzwaniać. Skarżyć się, że jak to? Bez jego wiedzy i zgody. "Co to jest? Co to ma znaczyć?" – krzyczał. I on, i Kamiński wydają się spokojni. To pozory. Obaj w nerwach wyglądają inaczej. Szczególnie Kamiński, który jest radykalnym cholerykiem. On też miał wiele okazji, by zgłaszać pretensje, że Dworczyk robi coś bez jego wiedzy. Prawda jest jednak taka, że gdyby Dworczyk nie jechał po bandzie, to te transporty nigdy na Ukrainę by nie dotarły.

Minister Z: – Gdy wybuchła wojna, wcale nie było łatwiej z dostawami. Zagrożenie nie zmobilizowało nas. Do tego zapadła decyzja polityczna, że wszystkich naszych trzeba wycofać z Ukrainy. Żołnierzy, prawie wszystkich ludzi ze służb, każdego, kto mógłby dostać się do niewoli rosyjskiej, należało wycofać.

Minister X: – Pierwszego dnia wojny uświadomiliśmy sobie, że w Browarach pod Kijowem byli komandosi z Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Oni od 2014 r., czyli od aneksji Krymu i wojny z separatyzmem na Donbasie, razem z Amerykanami i Brytyjczykami budowali Ukraińcom siły specjalne. Pierwszego dnia wojny nasi żołnierze byli na Ukrainie. Umundurowani żołnierze państwa NATO byli na terenie państwa zaatakowanego przez Rosję. Gdy na Browary pod Kijowem zaczęły spadać pociski rosyjskie, oni tam byli. W kierunku tego miasta szły rosyjskie gwardyjskie kolumny pancerne z jednostki przeznaczonej do obrony Moskwy.

Wysokiej rangi polski oficer: – Oni zamiast wracać do Polski w pierwszym dniu wojny, pojechali w odwrotnym kierunku. Między innymi do Charkowa, ale też do miast na Donbasie, które kontrolowali Ukraińcy. Współpracowali z Brytyjczykami. Ewakuowali Polaków, ale również obcokrajowców. Przede wszystkim Brytyjczyków, z którymi mają bardzo dobre układy.

Minister X: – Namawialiśmy Błaszczaka, żeby pozwolił zostać komandosom na Ukrainie jak najdłużej. Oni też chcieli tam zostać jak najdłużej. Mieli zbierać dane wywiadowcze. Duda i Błaszczak uparli się jednak, by wracali. Nie można było doprowadzić do sytuacji, że polski żołnierz trafi do niewoli.

Wysokiej rangi polski oficer: – Później wypracowaliśmy formułę naszej obecności na Ukrainie. Po 2014 r. byliśmy na Donbasie w ramach pewnej procedury. Po 24 lutego 2022 r. po prostu wysyłano nas na płatne wolne. Politycy udawali, że tego nie widzą. W końcu zaczęli jednak naciskać, abyśmy wracali. To błąd. Powinniśmy od początku zbierać jak najwięcej informacji o tej wojnie. Jeśli kiedyś Rosjanie zaatakują Polskę, wojna będzie miała podobny schemat do tej prowadzonej na Ukrainie.

Minister X: – Bez ludzi nic się nie da zrobić. Od pierwszego dnia wojny powinno nas tam być jak najwięcej. I wojska, i służb, i dyplomatów. Inne państwa nie cackały się z tym. Pamiętam, jak w połowie marca byłem w Kijowie. Wracałem trasą żytomierską. To był czas, gdy w Buczy stali jeszcze Rosjanie, a trasa była szarą strefą. Można było natknąć się na Rosjan. Minęliśmy ostatni blokpost. Ukraińcy powiedzieli nam, że dalej jedziemy na własne ryzyko. No i kogo spotkaliśmy dalej? Ukraińskich żołnierzy i… brytyjskich specjalsów. Umundurowanych. Z bronią. Poruszali się z Ukraińcami samochodami ciężarowymi i terenowymi z radarami artyleryjskimi. Namierzali cele. Uczyli się tej wojny. Taki radar namierza miejsce upadku i wystrzelenia pocisków z moździerzy czy rakietowych.

Wysokiej rangi polski oficer: – Dyrektywy były jednak odwrotne. Przyjęto założenie, że jakikolwiek pobyt Polaków na Ukrainie będzie dla nas szkodliwy. My i tak oczywiście znaleźliśmy sposób, aby tam być. Tylko po co te kombinacje? Inne państwa nie korzystają z nich. Za każdym razem, gdy Kamiński albo Błaszczak odkrywali, że ktoś z naszych tam jest, darli się: "Wycofać ich natychmiast. Zaraz przez nich wybuchnie wojna. Zaraz Rosja nas zaatakuje".

Minister Z: – Oczywiście żadna wojna by nie wybuchła. Podczas wizyty Morawieckiego i Kaczyńskiego w Kijowie Amerykanie poprosili nas o przywiezienie z Kijowa ich dwóch rannych żołnierzy. Oni tam byli jako cywile. Ale wiadomo jacy cywile. Ci dwaj ranni Amerykanie wracali tym samym pociągiem, którym jechał Kaczyński z Morawieckim. Jeden nie miał nogi, lekarze musieli ją amputować.

Minister X: – Kolejnym dowodem, że uczestniczenie w tym, co się dzieje na Wschodzie, nie musi się kończyć wojną i incydentami, jest udział Dworczyka w lotach do Brześcia na Białoruś. On latał tam i woził ukraińską delegację podczas dwóch rund rozmów na początku wojny. W skład delegacji po stronie ukraińskiej wchodzili między innymi Reznikow, doradca Zełenskiego Mychajło Podolak i wiceszef MSZ Mykoła Toczycki. Dworczyk odebrał Reznikowa i resztę delegacji z dworca w Przemyślu. Zapakowali się do black hawka i odlecieli.

Minister Q: – Było tak, że podczas pierwszego lotu do Brześcia mieliśmy międzylądowania w Rzeszowie i Przemyślu. Startowaliśmy jeszcze przed świtem. Pilot wylądował najpierw na jakimś boisku. Ciemno było. Głucho. Okazało się, że pomyliliśmy punkt. Jeden z żołnierzy mówi do Dworczyka: "Panie ministrze, to nie tutaj". Drugi raz – to samo. Jakieś boisko. Brama zamknięta. Trafiliśmy tym śmigłowcem za trzecim razem.

Wojskowy: – Wysiedliśmy w Brześciu naprzeciw śmigłowców z czerwoną gwiazdą. Przywitaliśmy się z białoruskimi oficerami. Nie było atmosfery wrogości. Raczej był klimat podobny do przekazania jeńców. Nie miałem pewności, że Ukraińcy wrócą z tych rozmów.

Minister Q: – Toczycki po rozmowach zadzwonił na Signalu, abyśmy ich odebrali. Taka była nasza umowna procedura. Białorusini zabierali Ukraińców pod Homel. Później odstawiali ich do Brześcia. Za drugim razem odwożąc Ukraińców, lądowaliśmy w lesie.

Minister X: – Kluczowe było, żebyśmy mieli na piśmie zgodę Białorusinów, że oni się zgadzają na nasze wojskowe maszyny w ich przestrzeni powietrznej. Oni oczywiście na gębę zgadzali się na wszystko. Ale kto by im wtedy wierzył, w końcu minister obrony Białorusi na dzień przed wojną dał Reznikowowi oficerskie słowo honoru, że nikt na Ukrainę nie uderzy z Białorusi. Potrzebny był więc papier. Dostaliśmy go w ostatniej chwili. Tuż przed wlotem dwóch naszych maszyn w białoruską przestrzeń powietrzną. Wcześniej Ukraińcy sami dogadali się z Białorusinami co i jak. Oni mają między sobą dobre przeloty, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi.

Wojskowy: – Cała akcja trwała w sumie może z kilka godzin.

Minister X: – Po jednym z takich lotów GROM-owiec podszedł do Dworczyka i mu podziękował. Powiedział: "Ministrze, w końcu coś się k… dzieje". Wielu chciało takie rzeczy robić. GROM czy JWK Lubliniec tylko czekali na takie okazje.

Minister Z: – Politycznie zawsze słychać było śpiewkę: "To nieodpowiedzialne, niepaństwowe, groźne".

Minister X: – Wiedzieliśmy, że jak przyjdzie do grubych dostaw broni dla Ukrainy, będą kłopoty. Dostawy utkną w biurokracji. Znów będzie wielotygodniowy proces bez rezultatu.

Minister Z: – RARS miał już wtedy dość szerokie uprawnienia, by takie dostawy realizować. Na początku przyjęliśmy założenie, że kierowcami jeżdżącymi na Ukrainę będą Ukraińcy. Aby nikt się nie przypieprzył, że się narażamy.

Minister Q: – W jeden dzień, na początku wojny, kupiliśmy od wojska 80 tak zwanych żab. Zielonych ciężarówek. To były maszyny nieodebrane przez wojsko, bo miały jakieś drobne, nieistotne wady. Wojsko nie chciało zrobić odbioru, to skorzystaliśmy z okazji i je kupiliśmy. Te samochody przyjechały do Jasionki. Tam je załadowywaliśmy. Na początku one jeździły nawet niezarejestrowane. To były samochody nieistniejące. Wychodziliśmy z założenia: "albo na przypale, albo wcale".

Minister Z: – Początki dostaw broni i amunicji dla Ukraińców owocowały w incydenty. Raz jedna z ciężarówek wyjeżdżających z Jasionki pod Rzeszowem przechyliła się na zakręcie i przewróciła na bok. Z żaby wypadły na asfalt miny przeciwpancerne. Masa min przeciwpancernych.

Minister X: – O tym, jak trudne były początki, świadczą problemy z bayraktarami dla Ukrainy, które dostarczano przez Mińsk Mazowiecki do Jasionki. Prezydent dzwonił do Dworczyka i prosił, aby zorganizował kogoś do rozładunku, bo jest po osiemnastej i nie ma żołnierzy, którzy mogliby to zrobić. Wcześniej do Dudy zadzwonił Zełenski, aby go popędzić w sprawie tych bayraktarów. Zełenski na początku wojny często dzwonił do naszego prezydenta. Głównie po to, aby ten go rozmasował i wsparł psychicznie. Mieli naprawdę dobry kontakt. Tym razem Zełenski dzwonił, aby go pośpieszyć w sprawie bezzałogowców.

Minister Z: – W końcu zdecydowaliśmy z RARS-em, że trzeba stworzyć coś na wzór prywatnej firmy zatrudniającej żołnierzy i byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. To nie miała być prywatna armia jak Grupa Wagnera czy Blackwater. Chodziło o ludzi, którzy mogliby działać na bazie kontraktu z państwem. Zarabiać, ale nie mieć tej całej biurokracji państwowej. To się udało.

Minister X: – Ludzie, którzy budowali tę firmę, wozili amunicję i broń takim charakterystycznym czarnym tirem z orłem. Kiedyś stali na Orlenie pod Rzeszowem. Wyglądali jak specjalsi. To był marzec. W Rzeszowie i okolicach kręciła się duża liczba wojska i służb. Nie tylko z Polski. Do ludzi z tej prywatnej firmy podszedł człowiek z ABW i pyta, skąd są. Chłopacy odpowiedzieli, że są z CBN-u. Wymyślili to na poczekaniu. Wiesz, co znaczy CBN? Czemu By Nie. To była odpowiedź, którą dali, gdy zaproponowano im utworzenie prywatnej firmy wojskowej. Na Orlenie uznali, że to dobry skrót, by zakpić z powagi ABW czy CBA.

Minister Q: – Powołaliśmy nową służbę specjalną. Kamiński nie był zadowolony. Bo oni byli dość skuteczni. CBN dowoził.

Minister X: – Jeździliśmy z nimi na przykład na wschód Ukrainy. Pod koniec kwietnia byliśmy w Charkowie. Zawoziliśmy RPG-7 dla tworzonych tam oddziałów ochotniczych. Dostarczyliśmy granatniki oddziałowi Stugna i Freikorps. Ten drugi był mocno brunatny. I zarazem skuteczny. Pytaliśmy ich, pod kim walczą. Kto nimi dowodzi? Jakie mają relacje z wojskiem? Wydawało się, że działają na własną rękę. Sami sobie wyznaczają zadania. Później HUR, wywiad wojskowy, wziął ich jednak pod swoje skrzydła, żeby nie było niebezpiecznie. Żeby czegoś nie odwalili.

Minister Q: – Jeden z tych z Freikorps to był jakiś totalny odjazd. Facet walczył w brunatnym oddziale, a w rzeczywistości był Żydem, który wrócił z Izraela, by bić się na wojnie. Miał za sobą staż w izraelskich siłach specjalnych. Był wytatuowany jak w "Awatarze".

Minister Z: – Generalnie CBN był bardzo użyteczny. Robili większość roboty. Sprowadzali sprzęt zdobyty na Rosjanach. Byli w stanie ściągnąć czołg T-72BM. Poprzez firmy handlujące bronią z kontaktami na Ukrainie kupowaliśmy ten złom, aby go analizować. CBN woził też pieniądze.

Minister X: – Konkluzja jest taka, że oni byli po prostu bardziej skuteczni niż państwo. We współpracy z państwem byli ważnym ogniwem wojny. Mieli wszystkie zalety sił i służb specjalnych i niewiele wad biurokracji, która walczy tylko o załatwienie sobie dupochronu. To jest nasz wojenny dorobek. Nauczyliśmy się korzystać i z takich narzędzi. W odniesieniu do Białorusi myśleliśmy o powołaniu firmy do prowadzenia wojny psychologicznej. Firmy złożonej ze specjalsów, którzy się w tym specjalizują, i z ludzi służb. Takie organizacje znacznie skracają czas reakcji.

onet.pl/Wydawnictwo Czerwone i Czarne


Chiny prowadzą coraz bardziej aktywną politykę międzynarodową, w tym w regionie Zatoki Perskiej. Z Iranem Kraj Środka łączy bilateralna współpraca. Jest on jednym z największych dostawców ropy do Chin – nie największym, ale bardzo istotnym. Chiny są również dla Iranu jednym z najważniejszych partnerów handlowych, będąc nie tylko importerem irańskiej ropy, ale i eksporterem tych produktów, których Iran, jako kraj objęty sankcjami, nie otrzymuje z innych źródeł lub ma znaczne trudności z ich pozyskaniem. Z pozostałymi państwami Zatoki Perskiej oraz całego Bliskiego Wschodu Chiny również prowadzą ożywioną wymianę gospodarczą, która w dalszej perspektywie stanowi źródło wpływów politycznych w regionie. Celem Pekinu jest ich wzmacnianie i rozszerzanie. 

Działalność ta jest szczególnie istotna w kontekście ograniczania przez Stany Zjednoczone swojej obecności i zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Państwa Zatoki Perskiej starają się bowiem wykorzystać tę sytuację, dążąc do rozbudowania swoich kontaktów międzynarodowych. Chcą zrównoważyć wpływy amerykańskie i europejskie, kierując swój wzrok ku Azji. Jednak Chiny nie są jeszcze na tyle silne, by państwa te musiały obawiać się popadnięcia w zależność od Pekinu. Jest on, rzecz jasna, bardzo ważnym importerem lokalnej ropy naftowej i szuka możliwości rozszerzania współpracy z regionem poprzez import tamtejszego LNG, trudno jednak mówić o uzależnieniu państw Zatoki Perskiej od ChRL. Uważam, że w najbliższej przyszłości taka sytuacja nie będzie miała miejsca. Pekin pozostaje ważnym graczem, staje się coraz bardziej wpływowy na Bliskim Wschodzie, ale jest daleki od uzyskania statusu hegemona, mogącego dyktować warunki tamtejszym państwom. 

Jednym z najważniejszych strategicznych celów Chin jest przekształcenie obowiązującego obecnie systemu międzynarodowego. ChRL dąży do zdetronizowania Stanów Zjednoczonych i zastąpienia ich w roli pierwszego mocarstwa świata. Ten nowy subsystem miałby opierać się przede wszystkim na Chinach i chińskiej gospodarce oraz na konsumpcji wewnętrznej. W interesie Państwa Środka jest w tym kontekście wspieranie rządów myślących w podobny, autorytarny sposób. Stworzenie międzynarodowej sieci, złożonej z takich podmiotów, byłoby znakomitym suplementem dla samych Chin. Pytanie, na które trudno w tym momencie znaleźć odpowiedź, brzmi: na ile taki plan jest realny, a na ile określić go można jako formę wewnętrznej mobilizacji do zmiany chińskiego modelu gospodarczego? 

Sprowadzenie państw Zatoki Perskiej do roli suplementu ChRL jest jednak nierealne. Kraje te dążą bowiem do większej samodzielności i uzyskania statusu jednego z centrów światowej gospodarki. Same mają swoje ambicje i niekoniecznie są one w pełni kompatybilne z ambicjami Pekinu. Dobrym przykładem na zobrazowanie tej sytuacji jest kwestia renminbi jako potencjalnej waluty rozliczeniowej w kontaktach handlowych państw Zatoki Perskiej z Chinami. Przyjęcie takiego modelu byłoby nieopłacalne z perspektywy eksporterów, mających ograniczone możliwości dalszego inwestowania kapitału pozyskanego od Chińczyków. Renminbi jako waluta niepewna – niewymienialna na rynkach innych niż chiński – mogłaby pełnić co prawda rolę środka rezerwowego, służącego eksporterom ropy znad Zatoki Perskiej do kupowania towarów w Chinach, jednak sami Chińczycy nie są tym w rzeczywistości zainteresowani. Za sprzedaż swoich produktów otrzymywaliby wtedy swą własną walutę, której nie mogliby zainwestować w krajach trzecich. Nagromadzony w ten sposób kapitał byłby bezużyteczny.

W tym miejscu uwidacznia się problem, który napotykają Chiny na drodze do realizacji swojego planu przekształcenia systemu światowego. Z jednej strony dążą do jego zmiany z powodu ambicji politycznych. Z drugiej jednak im bardziej podkopują ów system, którego integralną częścią jest przecież chińska gospodarka, tym bardziej szkodzą same sobie. Rodzi się więc pytanie: jeżeli Chińczycy mogliby osiągnąć sukces i przekształcić system międzynarodowy – to jak długo trwałby okres przejściowy, towarzyszący tak doniosłym zmianom, i w jakim stopniu jego negatywne oddziaływanie zaszkodziłoby samym Chinom? Tego nie sposób przewidzieć. 

Ostatnia wizyta Xi Jinpinga na Półwyspie Arabskim ma w kontekście dotychczasowych ustaleń duże znaczenie. Nasuwa się bowiem pytanie, w jakim stopniu szereg umów podpisanych np. między Chinami a Arabią Saudyjską, których treść nie jest nam do końca znana lub znamy ją jedynie ogólnikowo, wynika z próby rozbudowania przez państwa arabskie sieci wpływów i nawiązania relacji z ChRL jako alternatywą dla Zachodu, a do jakiego stopnia jest to chęć wykorzystania Chin instrumentalnie, by wynegocjować lepsze warunki współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Przyszłość pokaże, jaki będzie realny skutek tej współpracy. Moim zdaniem państwa Zatoki Perskiej testują dziś grunt pod przyszłe interesy. Sprawdzają, czy uda się im skutecznie lawirować między Chinami a USA, czerpiąc korzyści ze współpracy z obydwoma mocarstwami. Dążą do zdywersyfikowania swoich relacji w sieci. Jednak sytuacja, w której Chiny miałyby zastąpić Stany Zjednoczone, jest w moim przekonaniu po prostu niemożliwa. ChRL nie ma tak dużej zdolności do projektowania swojej siły w regionie. 

Z pewnością Xi Jinping odniósł dzięki wizycie na Półwyspie Arabskim sukces wizerunkowy. Umiejętne odegranie roli w swoistym teatrze politycznym jest częścią polityki międzynarodowej i przykuwa uwagę mediów. Dopiero czas pokaże jednak, czy wizyta prezydenta Chin przyczyni się do nawiązania rzeczywistej współpracy, z której płynąć będą wymierne korzyści dla obu stron. Dziś jeszcze nie da się tego stwierdzić, ponieważ zależy to od sytuacji wewnętrznej w samych Chinach, aktywności innych państw w regionie – głównie Stanów Zjednoczonych – a także od rozwoju napiętej relacji między Iranem a Arabią Saudyjską i państwami Zatoki Perskiej. Na niektóre z tych czynników Pekin nie ma żadnego wpływu.

wszystkoconajwazniejsze.pl