sobota, 27 lipca 2019


Teoria w największym możliwym skrócie zakłada, że państwo może „drukować pieniądze”, żeby finansować nimi wydatki publiczne; nie musi ich najpierw pożyczać od obywateli czy inwestorów (poprzez obligacje), może je sobie po prostu dopisać na rachunku. Odruchowo przychodzi nam do głowy, że to absurd, bo przecież druk pustego pieniądza w gospodarce nakazowo-rozdzielczej wywołuje nawis inflacyjny (pieniądz nie ma pokrycia w towarze), w kapitalistycznej zaś – po prostu inflację. Twórcy MMT wskazują jednak, że tak być nie musi, tzn. dodrukowany pieniądz nie musi tracić na wartości, o ile służy zatrudnieniu niezagospodarowanych środków produkcji: stojących bezczynnie maszyn, a przede wszystkim bezrobotnych ludzi. Dopóki państwo finansuje niewykorzystane zasoby, inflacji nie ma, rośnie po prostu zatrudnienie i produkcja, a dodruk należy zatrzymać w momencie, gdy PKB realny zbiega się z potencjalnym. Krótko mówiąc, gdy gospodarka pracuje na full mocy – dalszy dodruk oznaczałby bowiem wzrost cen towarów i płac.

krytykapolityczna.pl

A propos spotkania na Kremlu... Media poinformowały, że Łukaszenka z okazji zbliżającego się Nowego Roku podarował Putinowi słoninę i cztery worki kartofli.

- Łukaszenka już w latach 90. zeszłego stulecia, zanim został prezydentem, miał taki zwyczaj, że ludziom, w których łaski chciał się wkupić, przywoził ze swojego sowchozu na przykład bagażnik pełen ogórków. Taka jest jego mentalność. Jak widać, nawet 20 lat na urzędzie prezydenta Białorusi nie zmieniło tego byłego dyrektora sowchozu. Oczywiście, taki prezent dla Putina ma wymiar czysto symboliczny. Jednak symboliczne jest również to, że Łukaszenka z Moskwy wyjechał bez prezentu. Znamienny jest też fakt, znając miłość Łukaszenki do hokeja, że nie dał się on zaprosić Putinowi na mecz. Stwierdził, że wraca do Mińska, bo się spieszy. Jeżeli dodamy do tego wcześniejsze słowa Łukaszenki, że są z Putinem sobą zmęczeni, to mamy pełen obraz dosyć poważnej gry nerwów. Łukaszenka później wycofywał się z tych słów, ale jednak one padły. Kolejna rzecz wskazująca na mocno napięte relacje, to brak konferencji prasowej po jednym ze spotkań na Kremlu.

- W takich sytuacjach zamiast polityków "mówią" media. W tym przypadku ewentualną wersję wydarzeń przedstawiły rosyjskie media. Przypomniano, że w 2024 roku Putinowi kończy się kadencja i jednocześnie formalnie konstytucyjna możliwość kontynuowania rządów. Zaczęto spekulować, że być może utworzenie nowego tworu państwowego, poprzez przyłączenie Białorusi, spowoduje zmianę konstytucji i pozwoli Putinowi na kontynuowanie rządów.

Jak oceniać taki scenariusz? Wydaje się, że Putin nie będzie widział żadnych przeszkód, by doprowadzić do takiego właśnie rozwiązania.

- Wcześniej takie spekulacje wydawały się political fiction, ale po aneksji Krymu wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że Białorusini w wielu kwestiach pozwalają na wiele Kremlowi. Weźmy przykład plany stworzenia nowych baz wojsk rosyjskich na Białorusi. Mińsk początkowo twardo przekonywał, że się na to nie zgodzi, później jednak stwierdził, że może nowe wojskowe bazy rosyjskie to nie byłby taki zły pomysł, jeśli weźmiemy pod uwagę, że NATO buduje kolejne bazy w Europie Wschodniej. A to tylko jeden z przykładów, kiedy Białoruś stroszy piórka, a później potulnie wykonuje polecenia Rosji. Co się wydarzy w 2024 roku? Na pewno trzeba byłoby znaleźć nowe miejsce dla Łukaszenki.

Wykluczone jednak jest siłowe zajęcie Białorusi? Nie będzie drugiego Krymu.

- Rosja chyba nie może sobie pozwolić na kolejną taką awanturę. Raczej to byłby polityczno-ekonomiczny manewr pod pretekstem zjednoczenia. Byłby to manewr tym łatwiejszy, że Białoruś to nie Ukraina. Stopień sowietyzacji białoruskiego społeczeństwa, jego sympatii dla Rosji, jest nieporównywalnie większy, niż kiedykolwiek był na Ukrainie - może z wyjątkiem właśnie Krymu i wschodnich obwodów, które oderwano w 2014 roku. Prawdopodobnie tylko garstka ludzi demonstrowałaby przeciwko przyłączeniu Białorusi przez Rosję. Wydaje mi się też, że Putin zachowałby się według sprawdzonych stalinowskich wzorców. Niczego nie można przesądzać, ale to nie byłoby bezpośrednio włączenie czy też wchłonięcie, choć o takim scenariuszu przed laty mówił Putin strasząc Łukaszenkę. Wzorce są. W czasach Związku Sowieckiego zarówno Ukraina, jak i Białoruś, były między innymi samodzielnymi członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Stalin to wykorzystywał, miał dwa głosy więcej i posługiwał się tymi "republikami" na arenie międzynarodowej. Wydaje mi się, że Putin będzie się na tym wzorował. Białoruś pozostanie państwem formalnie suwerennym. Już teraz jest wygodna - na przykład do obchodzenia zachodnich sankcji. Po co rezygnować z takiego narzędzia? Raczej więc nie zostanie zamieniona w kolejny obwód, czy też "trzy gubernie", jak kiedyś groził Putin, a Łukaszenko mianowany gubernatorem. Pewnym jest natomiast, że na Białorusi Putin nie będzie potrzebował "zielonych ludzików". Zabrzmi to brutalnie, ale co drugi Białorusin jest "zielonym ludzikiem".

Czyli mówiąc wprost, Białorusini chcieliby być w Rosji?

- Wielu Białorusinów w ogóle nie widzi różnicy pomiędzy Białorusią a Rosją. Ci wychowani w czasach Związku Sowieckiego, mentalnie żyją w tamtym okresie. To jednak nie dotyczy tylko starszego pokolenia Białorusinów, dlatego że światopogląd i kultura sowiecko-rosyjska są cały czas odnawiane. Teraz sprzedawana są w atrakcyjniejszej formie. Rosja stworzyła własny krąg kulturowy, który przyciąga mieszkańców świata posowieckiego. Najlepszym przykładem popsa - rosyjska tandetna muzyka słuchana niemal we wszystkich byłych republikach. Inny przykład na jedność tego świata to rosyjskie seriale - często realizowano je na przykład na Ukrainie, bo tam było taniej, a widz w ogóle nie orientował się, że to kręcone było zagranicą - te same bloki, te same ulice, ci sami ludzie... Znamienna jest zresztą sytuacja z początków niepodległości Białorusi, gdy wprowadzono białoruskie banknoty z symbolami zwierząt. Białorusini tak nimi gardzili, bo nie były to ukochane rosyjskie ruble, że mówili o nich kpiąco "zajcziki". To myślenie w kategoriach Związku Sowieckiego pozostało tam do dziś i jest bardzo żywe. Wyjątkiem może jest mińska inteligencja i część młodych żyjących na zachodzie Białorusi, zwłaszcza w Grodnie i okolicach, gdzie też najwięcej jest Polaków.

interia.pl

Tak się składa, dla wielu niespodzianie, że w wymiarze globalnym to biedniacy ciągną wóz ze wzrostem gospodarczym. Zwłaszcza, że w zaprzęgu są Chiny i Indie. Wprawdzie Chiny to wielowymiarowy gigant, ale gigant nadal dość biedny, z PKB per capita dwa i pół razy mniejszym niż w tak-sobie majętnej Portugalii. Przez wiele ośrodków Chiny zaliczane są więc jeszcze do grupy gospodarek wschodzących (rozwijających się), a polemika z takim przypisaniem byłaby tyleż długa, co jałowa.

Przez ostatnie 15 lat państwa rozwijające się w liczbie ok. 70 zapewniły światu prawie 2/3 globalnego wzrostu i ponad połowę nowej konsumpcji. Grupa ta jest jednak bardzo niejednorodna. Obejmuje stale potężniejące Chiny i bardzo dynamiczne gospodarki Indonezji, Malezji, czy Tajlandii, ale także ledwo dyszące Zimbabwe, jak również Ukrainę i Rosję – oba państwa w stagnacji i w wielkich kłopotach.

obserwatorfinansowy.pl