czwartek, 2 kwietnia 2026



W zeszłym tygodniu w Helsinkach 10 europejskich przywódców spotkało się na prywatnej kolacji bez urzędników i doradców w kameralnej atmosferze Muzeum Mannerheima, domu fińskiego przywódcy z czasów II wojny światowej Gustafa Mannerheima.

Iran grozi USA odwetem. Na liście celów Google, Meta, Apple, Tesla i Boeing. "W środę wieczorem"
W otoczeniu wnętrz z lat 40., ozdobionych trofeami myśliwskimi byłego prezydenta, przywódcy krajów takich jak Wielka Brytania, Szwecja, Finlandia i Norwegia przeprowadzili szczerą dyskusję na temat tragicznego stanu sojuszu transatlantyckiego. Wszyscy zgodzili się, że obelgi Trumpa w mediach społecznościowych stają się coraz gorsze.

Postanowili jednak, że nie mogą zgodzić się na żądania prezydenta USA dotyczące przyłączenia się do walki z Iranem.

— Wszyscy chcemy, aby wojna się skończyła, ale nie zgadzamy się z USA — powiedział jeden z urzędników poinformowany o przebiegu rozmów. Trump chce pomocy NATO, ale przywódcy krajów sojuszniczych pozostają nieugięci, ponieważ "większość Europejczyków nie została o tym [ataku na Iran] wcześniej poinformowana, a region Zatoki Perskiej nie ma nic wspólnego z NATO".

(...)

Trump "zniszczył" stosunki transatlantyckie i "zjednoczył" Europę w sprzeciwie wobec tej wojny — powiedział jeden z dyplomatów UE. Inny wysoki rangą urzędnik europejskiego rządu stwierdził, że Amerykanie muszą teraz poradzić sobie z własnym błędem, jakim jest atak na Iran.

(...)

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer poniósł największy ciężar osobistych ataków Trumpa, który wielokrotnie lekceważył go, nazywając go "nie Winstonem Churchillem" za jego niechęć do przyłączenia się do działań ofensywnych przeciwko Iranowi. W środę Starmer zlekceważył te obelgi, mówiąc: "Niezależnie od presji wywieranej na mnie i innych, niezależnie od tego, ile jest hałasu, będę działał w interesie narodowym Wielkiej Brytanii".

Starmer dodał, że NATO jest "najskuteczniejszym sojuszem wojskowym, jaki kiedykolwiek istniał na świecie", a Wielka Brytania pozostaje "w pełni zaangażowana" w jego działania.

Wśród urzędników NATO panuje obawa o pęknięcie w sojuszu, a także pewne zdziwienie, ponieważ Stany Zjednoczone nie zwróciły się jeszcze formalnie do NATO o pomoc w Zatoce Perskiej. Urzędnicy twierdzą, że nie jest jasne, czego dokładnie chce Waszyngton.

(...)

W prywatnych rozmowach urzędnicy przyznają, że nieustanna krytyka ze strony USA nieuchronnie osłabia NATO, ponieważ w swej istocie sojusz jest ideą. Art. 5 traktatu założycielskiego NATO stanowi, że sojusznicy będą gotowi do obrony każdego członka, który zostanie zaatakowany.

W momencie, gdy ta obietnica zostaje podważona, NATO traci swoją siłę odstraszającą przed rosyjską agresją. Trump tak często kwestionował tę ideę, że podważanie NATO stało się jego niemal oficjalną polityką.

Jednak dla Europejczyków nadal nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, jak przywrócić wiarygodność NATO lub czym je zastąpić, jeśli dojdzie do najgorszego scenariusza.

Coraz częściej europejscy urzędnicy starają się budować lub wzmacniać alternatywne struktury, aby zabezpieczyć się przed upadkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Kolacja w Helsinkach odbyła się pod koniec szczytu Joint Expeditionary Force, brytyjskiej grupy współpracy obronnej dla krajów Europy Północnej. Jako organizacja, JEF ma za zadanie zgromadzić siły zdolne do szybkiego rozmieszczenia w sytuacjach, w których dany kraj nie powołuje się na art. 5 NATO.

— Nie spekuluję, że art. 5 nie działa — mówi Antti Hakkanen, fiński minister obrony. "On działa". Jeśli jednak art. 5 zawiedzie, JEF nadal może się sprawdzić. Ukraina przystąpiła już do rozszerzonej umowy partnerskiej z JEF. Według jednego z urzędników, który rozmawiał z POLITICO, Kanada również mogłaby nawiązać bliższe kontakty z tą grupą.

Inną siecią, która zyskuje na znaczeniu, jest partnerstwo w ramach Nordyckiej Współpracy Obronnej (Nordefco), w skład którego wchodzą Dania, Finlandia, Islandia, Norwegia i Szwecja.

onet.pl\Politico


Wyrok, jaki pod koniec marca zapadł w sądzie w Los Angeles, obserwatorzy już dziś oceniają jako początek lawiny, a wręcz "przełom tytoniowy", bo platformy społecznościowe mogą podzielić los firm tytoniowych, zasypanych pozwami i zmuszonych do ugód i odszkodowań idących w dziesiątki miliardów dolarów. W kolejce czeka kilka tysięcy podobnych pozwów indywidualnych, nie licząc pozwów ze strony prokuratorów stanowych, którym znacznie łatwiej będzie udowodnić, że big techy dla zysku wprowadziły na rynek produkty mogące szkodzić zdrowiu i życiu użytkowników.

Użytkowniczka przedstawiana w aktach sądowych jako K.G.M. albo Kaley pozwała w 2023 r. platformy społecznościowe, z których korzystała: Metę (Facebook i Instagram), TikTok, YouTube i Snapchat. Miała wtedy 17 lat i — jak twierdziła potem w zeznaniach — bywały dni, że ze smartfona i apek społecznościowych korzystała nawet po 16 godzin dziennie. Kaley zaczęła wcześnie — jako sześciolatka używała YouTube’a, trzy lata później założyła konto na Instagramie (choć formalnie platforma stawia barierę 13 lat), potem doszły TikTok i Snapchat.

Nadmiar czasu w apkach społecznościowych zaowocował problemami psychicznymi: nastolatka była uzależniona od smartfona ("krzyczałam, płakałam i robiłam sceny, kiedy mama próbowała mi go odebrać"), wpadała w stany depresyjne, kiedy znajomi w sieci nie reagowali na jej wpisy ("czułam się zagrożona"), w wypaczony sposób postrzegała swoje ciało ("byłam przekonana, że wyglądam brzydko").

Reprezentujący Kaley prawnik Mark Lanier przekonywał sąd, że przyczyną problemów zdrowotnych jego klientki są platformy społecznościowe. Udało mu się zablokować wnioski o odrzucenie pozwu, bo zamiast zajmować się tym, co platformy wyświetlają użytkownikom, skupił się na tym, jak są one ­zaprojektowane.

Pozwy dla big techów to niemal codzienność. Do tej pory jednak wiele procesów udawało im się zdusić w zarodku. Najpotężniejszą bronią była sekcja 230, czyli fragment Ustawy o ochronie przyzwoitości w komunikacji z 1996 r., który zdejmował z operatorów platform odpowiedzialność za to, co zamieszczają na nich użytkownicy. Sekcja 230 czyni tylko trzy wyjątki: prawo autorskie, handel ludźmi i wykorzystywanie seksualne. To dlatego narzędzia do tropienia chronionej prawem muzyki czy filmów na platformach społecznościowych działają świetnie, w przeciwieństwie do zwykłej moderacji treści. Kolejny as w rękawie big techów to pierwsza poprawka do konstytucji, czyli ochrona wolności słowa. Tę wolność słowa udawało się rozciągać nawet na pracę algorytmów platform decydujących, co ma zobaczyć użytkownik. Prawnikom big techów udawało się przekonywać sądy, że ingerencję w algorytm można by uznać za próbę cenzury.

Lanier poszedł więc inną drogą: w odpowiedzi na wniosek o odrzucenie pozwu postarał się udowodnić, że operatorzy platform z premedytacją projektują je tak, by wywołać efekt uzależnienia. Ta argumentacja przekonała sąd i proces mógł toczyć się dalej, a potem — ławę przysięgłych (z wyjątkiem dwóch z 12 jej członków), która uznała winę firm.

"Jak sprawić, żeby dziecko nie mogło odłożyć telefonu? Trzeba sięgnąć po inżynierię uzależnienia" — tłumaczył Lanier i powoływani przez niego świadkowie. Liczne dowody na skuteczność tych praktyk można było znaleźć w wewnętrznej korespondencji big techów: "Instagram jest jak narkotyk... W zasadzie jesteśmy ­dealerami" — to z jeden z chatów w Mecie. W Snapchacie przyznawano: "Ci, którzy uzależnili się od Snapchata, nie mają miejsca na nic innego. Snap dominuje ich życie". Z kolei w YouTubie pracownicy mieli świadomość "rosnących obaw, że zbyt długi czas przed ekranem szkodzi ­fizycznemu, emocjonalnemu i społecznemu rozwojowi nastolatków".

Jak przykuwano nastolatki do ekranów? Ekipa Laniera wymienia kilka cech wspólnych dla wszystkich serwisów: niekończące się przewijanie treści, funkcja autoplay i zapętlanie treści, system nagród premiujących długi czas przed ekranem, spersonalizowane treści, filtry upiększające i idealizujące wygląd ciała, znikające wiadomości (w Snapchacie), system powiadomień o nowych treściach, lajkach czy komentarzach oraz krótkie formy wideo (rolki na Instagramie czy shorty na TikToku). Każdy z tych mechanizmów sprawia, że nawet gdy użytkownik na chwilę oderwie się od strumienia treści, to i tak wróci, kiedy tylko dostanie powiadomienie, że pojawiło się coś nowego. Każda z takich aktywności to dopaminowy bodziec dla mózgu. I większa widoczność naszych treści w aplikacji. Zasięgi w sieci są dziś bożkiem, a nawet sposobem na życie, bo duże zasięgi da się "zmonetyzować". Brak zasięgów oraz brak reakcji na to, co robi użytkownik, może prowadzić do niepokoju, depresji, zaburzeń w postrzeganiu samego siebie, a wręcz do myśli samobójczych.

Podczas zeznań w sądzie szef Instagrama Adam Mosseri przekonywał, że w jego apce nie ma nic, co by uzależniało, choć przyznał: "To kwestia osobista, ale dopuszczam myśl, że można przesadzić z używaniem Instagrama".

O tym, że mechanizmy wbudowane w Instagram są szkodliwe dla nastolatków, w Mecie wiedziano od dawna. W 2021 r. przed senacką komisją ds. ochrony konsumentów zeznawała sygnalistka Frances Haugen, była menedżerka w Facebooku. "Wybory, jakich dokonuje się w Facebooku, są katastrofalne dla naszych dzieci, dla prywatności i dla naszej demokracji" — mówiła, a potem cytowała wewnętrzne badania firmy, z których wynikało na przykład, że u 13,5 proc. brytyjskich nastolatek korzystanie z Instagrama zwiększa napływ myśli samobójczych, a u 17 proc. aplikacja zwiększyła zaburzenia konsumpcji.

Zarzuty stawiane przez prawników Kaley idą dalej: Meta i inne platformy, mając świadomość, że rozprowadzają szkodliwe produkty, nie zrobiły nic, by ostrzec przed nimi władze oświatowe oraz rodziców i opiekunów dzieci: "Zamiast tego pozwani z premedytacją podsycali kompulsywne korzystanie z ich platform". Z sądowych dokumentów wynika, że jednym z celów Mety było "nasycenie szkolnych sieci", a w YouTubie — "skupienie się na tym, by korzystanie z YouTube’a stało się codziennym nawykiem". Jeden z byłych projektantów interfejsu w Mecie zeznał w czasie procesu: "Kiedy tam pracowałem, odnosiłem wrażenie, że Meta próbuje zwiększyć zaangażowanie, stara się zwiększyć czas, jaki ludzie poświęcają na korzystanie z ich apki, po to, by zwiększyć liczbę oczu wpatrzonych w ekran oraz czas, jaki poświęcają temu użytkownicy, co dałoby im wzrost wpływów reklamowych".

Podczas procesu Lanier zaprezentował wewnętrzny dokument Facebooka, w którym przekonywano: "Jeśli chcemy odnieść sukces wśród nastolatków, musimy łapać ich w młodszym wieku". W innej notatce cytowano badania, z których wynikało, że 11-latki cztery razy chętniej wracają na Instagram niż na konkurencyjne apki. Jak dowodzili prawnicy Kaley, weryfikacja wieku na platformach to fikcja, podobnie jak skuteczność narzędzi do kontroli rodzicielskiej. W trakcie procesu przedstawiono nawet wewnętrzny dokument Mety, z którego wynikało, że rodzice nastolatków nie powinni wiedzieć, jakie treści oglądają ich dzieci, bo "to by z miejsca uziemiło nasz produkt".

(...)

18 lutego w procesie Kaley zeznawał Mark Zuckerberg, występując w tej roli po raz pierwszy. Mark Lanier przygotował na ten dzień 10-metrowy kolaż złożony z setek selfie, jakie Kaley wrzuciła na Instagram. Wiele z nich było podkręcanych filtrami upiększającymi, które udostępnia platforma.

Podczas przesłuchania Lanier pytał, dlaczego serwisy Mety wpuszczają osoby poniżej regulaminowego wieku, choć w styczniu 2024 r., zeznając pod przysięgą w Kongresie, Zuckerberg twierdził, że z Instagrama korzystają tylko osoby powyżej 13 lat. Na dowód zaprezentowano wewnętrzne dane Mety: już w 2015 r. w firmie wiedziano, że 4 mln użytkowników Instagrama ma mniej niż 13 lat. Z aplikacji korzystało wtedy 30 proc. amerykańskich 10-12-latków. "Nie sądzę, byśmy wyłapali wszystkich, którzy próbowali obejść te ograniczenia, ale pan sugeruje, że nie próbowaliśmy nad tym pracować, a to nieprawda" — odpowiadał szef Mety. Lanier wyciągnął na to jeden z e-maili Nicka Clegga, byłego szefa polityki publicznej w Mecie: "Nie do obrony jest to, że mówimy, iż nie wpuszczamy na naszą platformę osób poniżej 13 lat, choć nie mamy żadnego sposobu, by to wymusić".

Lanier argumentował, że głównym celem Mety jest zwiększanie czasu, jaki użytkownicy spędzają w serwisie, bo to przekłada się na wzrost wpływów reklamowych. Zuckerberg zaprzeczał, by ktokolwiek w firmie dostawał tego rodzaju polecenia, na co Lanier przedstawił e-mail samego Zuckerberga z 2015 r., gdzie taki cel wymieniony był na pierwszym miejscu.

(...)

Być może jednak poszkodowane dzieci i ich rodziny doczekają się odszkodowań. Proces w sprawie Kaley zakończył się porażką Mety i YouTube’a — w sumie mają zapłacić dziewczynie 6 mln dol. Snapchat i TikTok postanowiły zawrzeć ugodę poza sądem. Meta i YouTube będą się odwoływać, ale wyrok, który zapadł, postrzegany jest jako zwiastun kolejnych orzeczeń. Co więcej, w tym samym tygodniu sąd w Nowym Meksyku uznał, że Meta naruszyła prawa konsumenckie użytkowników, i nałożył na firmę 375 mln dol. kary.

onet.pl\Newsweek