Od lutego w okupowanych przez Rosję obwodach donieckim i ługańskim w Ukrainie przeprowadzono mobilizację ponad 100 tys. losowo wybranych mężczyzn. Wśród poborowych znaleźli się muzycy Donieckiego Towarzystwa Filharmonicznego, którzy zostali wcieleni do wojska 23 lutego, kilkanaście godzin przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kierownictwo Filharmonii oszukało ich, że odbędą jedynie trzydniowe ćwiczenia wojskowe, ale w rzeczywistości zostali wysłani w rejon walk bez żadnego przygotowania. Otrzymali rozkaz udziału w oblężeniu Mariupola.
Matwiej, jeden z członków stowarzyszenia muzycznego, zaczął pisać dziennik w kwietniu, używając zeszytu i długopisu, które znalazł w opuszczonym mieszkaniu w ośmiopiętrowym budynku w Mariupolu. Ten dziennik dowodzi, że niewykwalifikowani artyści zostali wysłani do piekła w Mariupolu bez żadnego szkolenia.
Andriej Kaganski, dziennikarz Nowej Gazety.Europa, odtwarza wydarzenia z pierwszego tygodnia pobytu Matwieja w Mariupolu i ujawnia, przez co on i jego koledzy muzycy przeszli podczas wojny.
"Walki zaczęły się wcześnie rano; to był pieprzony koszmar. Przyszedł snajper i zabił dwóch ludzi. Ze wszystkich stron bombardowano nas pociskami i minami. Byłem naprawdę przerażony i kiedy został mi tylko 1 proc. baterii w telefonie, napisałem Annie pożegnalną wiadomość i przycisnąłem ciało do ściany. Nie mogłem przestać się trząść, myślałem, że dom przewróci się na bok" — tak napisał Matwiej w swoim dzienniku 2 kwietnia. Zgodził się porozmawiać z nami pod warunkiem zachowania anonimowości (zmieniliśmy jego imię).
Matwiej uważa się za obywatela Ukrainy; z powodów politycznych nie zdecydował się na wzięcie rosyjskiego paszportu. Matwiejowi nie udało się opuścić Doniecka w 2014 r.; później zdecydował się zostać u swoich krewnych. — Jeśli toczyły się jakieś walki, musieliśmy żyć bez prądu przez kilka dni. To oczywiście coś, co można znieść. Nie ma wody, znowu trzeba czekać. Nie można było też wychodzić w nocy z powodu godziny policyjnej. Ale w końcu się do tego przyzwyczaiłem — mówi.
Matwiej nie chciał walczyć, podobnie jak wszyscy jego koledzy, którzy zostali zwerbowani. Nikt nie chciał iść na wojnę.
Zostali powołani do wojska 23 lutego w trybie natychmiastowym. Sekretarka z pracy Matwieja zadzwoniła do niego w południe, mówiąc, że ma trochę czasu na spakowanie rzeczy i dotarcie na miejsce spotkania. Matwiej wziął telefon, ubrania i suchy prowiant na trzy dni, ponieważ powiedziano mu, że tyle będą trwały ćwiczenia.
Tłum muzyków i personelu pomocniczego zebrał się w pobliżu budynku filharmonii o godz. 15, wszyscy mieli ze sobą torby. Krewni odprowadzali ich na miejsce. Paweł Czuprina, doniecki korespondent wojenny i były operator rosyjskiej stacji LifeNews, stał po drugiej stronie ulicy, nagrywając wywiad dla prorosyjskiego kanału Donbassr na Telegramie.
Czuprina jest również kamerzystą w filharmonii. W tym krótkim nagraniu mówi, że około 50 osób zebrało się w pobliżu budynku, niektórzy zostali oficjalnie wezwani, inni zgłosili się na ochotnika.
— To totalna bzdura, że to byli ochotnicy — mówi Anna, żona Matwieja. Jest ona koleżanką Matwieja z pracy, gra w orkiestrze. Jak mówi, ani jej mąż, ani żaden z jego kolegów nie otrzymał żadnego oficjalnego powiadomienia. Żaden z nich nie wiedział, że oni także są filmowani.
W Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej mobilizacji podlegali wszyscy mężczyźni w wieku od 18 do 55 lat. Jedna z pracownic towarzystwa muzycznego powiedziała mi, że najstarszy mężczyzna zabrany 23 lutego miał ponad 50 lat. Niektórym muzykom groziły zarzuty karne za niestawienie się, ale nadal są formalnie zarejestrowani jako ochotnicy, więc to, co mówi Czupryna, jest oficjalnym stanowiskiem lokalnych władz.
Nawet fakt, że większość muzyków nigdy nie służyła w wojsku, nie powstrzymał organizatorów mobilizacji. Nie pomogły nawet problemy zdrowotne czy posiadanie małego dziecka — kilku muzyków zadzwoniło do administracji, żeby zwrócić uwagę na te sprawy, ale nie zostali wykluczeni z list mobilizacyjnych. Kiedy donieckie fabryki i przedsiębiorstwa państwowe otrzymały rozkaz wysłania połowy swoich pracowników płci męskiej do biura poboru, to właśnie ta administracja zdecydowała, którzy mężczyźni zostaną zwolnieni z mobilizacji.
Tego samego dnia muzycy zostali zabrani do ośrodka poboru w Makijiwce, mówi Matwiej. W nocy temperatura spadła do prawie 0 st. C, ale poborowi byli zmuszeni spędzić dwie noce na zewnątrz. — Kobieta, która rozdawała buty bojowe, kazała nam zatrzymać pudełka, powiedziała, że będą nam potrzebne. Miała rację, używaliśmy ich jako łóżek przez następne dwie noce — opowiada muzyk.
Po dwóch dniach poborowi zostali przeniesieni do baraków. Po tym wydarzeniu Matwiej prawie nie widział swoich kolegów: cały oddział został podzielony na mniejsze grupy. Umieszczono go w małym pokoju z jednym łóżkiem obok siedmiu innych poborowych. W nocy spali na podłodze, a w dzień wozili pociski do wyrzutni rakiet Grad. Niewiele czasu minęło, zanim Matwiej zachorował, podobnie jak jego "towarzysze broni".
Wkrótce spotkali poborowych z Opery Donieckiej, Chóru Donbasu i miejscowego cyrku. Większość z nich była muzykami lub śpiewakami, niektórzy byli tancerzami lub pracownikami technicznymi. Wszyscy się znali; Matwiej mówi, że cała grupa przybyła tego samego dnia, w sumie około 80 osób. (Członek Chóru Donbasu powiedział później Nowej Gazecie.Europa, że obiecano im również ukończenie kursu ćwiczeń wojskowych i nic więcej: — Trzydniowe ćwiczenia, tak nam powiedzieli).
Całej grupie nadano przydomek Dywizja Kultury. Matwiej mówi, że nie wie, skąd wzięła się ta nazwa, ale stała się niemal oficjalna, ponieważ używali jej sami muzycy, ich żony, a nawet lokalni dowódcy wojskowi.
W pierwszym miesiącu wojny członkowie Dywizji Kultury mogli dość często spotykać się z krewnymi. — Wychodził z bramy koszar na 5-10 min. Dawałam mu rzeczy, rozmawiałam przez chwilę i to wszystko. Odwiedzałam go dwa lub trzy razy w tygodniu — mówi Jelena, żona jednego z orkiestrantów. Przynosiła mężowi jedzenie, leki i prała ubrania, podobnie jak inni krewni.
Mobilizacja w Donbasie przypomina kataklizm. Według danych Ukraińskiej Grupy Praw Człowieka "Wschód", do wojska wcielono tam w sumie 140 tys. mężczyzn i prawie 100 tys. wysłano w rejon walk. Obwody ługański i doniecki stoją w obliczu katastrofy przemysłowej: zarówno z powodu ostrzału, jak i dlatego, że większość personelu została wcielona do wojska. Nie ma już nikogo, kto mógłby pracować w fabrykach czy kopalniach.
Makijiwka jest oddalona o pół godziny jazdy samochodem od Doniecka, ale nie wszystkie rodziny mają samochody, a autobusy i taksówki przestały kursować między miastami — mówi Anna. Wszystko dlatego, że miejscowi mężczyźni ukrywali się w domach, by uniknąć poboru lub śmierci w wyniku ostrzału. W lutym miejskie stacje rekrutacyjne dosłownie porywały mężczyzn z ulic i zmuszały ich do wsiadania do autobusów, by wywieźć ich w rejon walk. Dotarcie do Makijiwki było dla Anny prawdziwym wyzwaniem, ale mimo to często odwiedzała męża.
Matwiej i jego koledzy z poboru pracowali jako jednostka logistyczna do 27 marca. Tego dnia otrzymali sprzęt wojskowy: stare poradzieckie hełmy oraz kałasznikowy z czarnymi plastikowymi kolbami. Nie dano im kamizelek kuloodpornych. Matwiej i krewni jego kolegów z orkiestry twierdzą, że żadna osoba z Dywizji Kultury nie przeszła żadnego przeszkolenia w używaniu broni lub taktyce walk.
Grupa została zapędzona do ciężarówek wczesnym rankiem, gdzie w czasie jazdy w rejon walk uczono ich przeładowywać karabin.
Muzycy pytali swoich dowódców, dokąd są zabierani, ale żaden z nich nie odpowiadał. — Kiedy dotarliśmy do Dokuczajewska na południe od Doniecka, zapytali nas: »Czy wy naprawdę nie macie pojęcia, dokąd jedziecie?« Wtedy stało się jasne, że jedziemy do Mariupola — kontynuuje Matwiej. — Nikt z nas nie chciał tam jechać, ale nikt nie miał złudzeń. Wszyscy myśleliśmy, że po prostu każą nam pilnować blokad dróg. Nikt z nas nie miał pojęcia, że połowa grupy zginie w ciągu pierwszych 40 min walki.
Pierwszy wpis w dzienniku Matwieja pochodzi z 28 marca: tego dnia grupa została przerzucona do Mariupola. Miasto było wtedy oblężone od prawie miesiąca: trwały walki uliczne, brakowało prądu i wody, nie było już internetu. "Działa znajdowały się w pobliżu, więc było tam bardzo głośno, a pociski co jakiś czas uderzały o ziemię. Staliśmy w wąskim korytarzu, czekając na rozkazy. Kiedy zajrzałem do biura, zobaczyłem krew na całej ścianie" — pisze w swoim dzienniku Matwiej.
Byli tam też inni poborowi. Wszyscy zostali podzieleni na 10-osobowe grupy. "Kazali nam wyrzucić zbędne rzeczy, powiedzieli, że będziemy mieszkać w opuszczonych domach. Oczywiście nikt niczego nie wyrzucił" — pisze Matwiej. — "Podjechała po nas ciężarówka, a my stłoczyliśmy się w niej jak sardynki. Ciężarówka poruszała się bardzo szybko, miasto było wtedy tylko ruiną. Wszędzie stały powykręcane samochody".
Grupa Matwieja została wysadzona w sercu miasta, obok zniszczonego przez rosyjską rakietę Teatru Dramatycznego. Poborowych wprowadzono do budynku i kazano im zająć pozycje przy oknach. Dowódca kazał im wycelować AK w okna bloku mieszkalnego po drugiej stronie ulicy.
Dowódca powiedział poborowym, że w tamtym budynku są ukraińscy snajperzy z pułku Azow. "Jeśli zobaczycie jakiś ruch, strzelajcie".
Ukraińcy, których dowódca nazwał "snajperami z pułku Azow", oddawali pojedyncze strzały lub pluli seriami. "Byli o wiele lepsi w używaniu broni niż my" — pisze Matwiej. Jedyne doświadczenie strzeleckie, jakie miał wcześniej, było na strzelnicy. Nikt z Dywizji Kultury nie miał żadnego szkolenia strzeleckiego w Makijiwce. Matwiej twierdzi, że nie mógł strzelać do żywych ludzi i celował ze swojego AK tak, by nie trafić w okna.
Grupie nie udało się zdobyć budynku za pierwszym podejściem. Dostali się pod ogień, gdy weszli na patio i musieli uciekać. "Zaczęli do nas strzelać, gdy tylko otworzyliśmy drzwi. Stało się jasne, że to cholernie poważna sprawa i że zaraz zostaniemy zabici. (...) Słyszałem latające kule, czułem zapach prochu i widziałem iskry na ziemi" — czytamy w dzienniku Matwieja.
Matwiej wycofał się i dołączył do swoich towarzyszy w budynku mieszkalnym: "Kazano nam zająć pozycje przy oknach i strzelać byle gdzie, żeby zmusić snajperów do schylenia się i umożliwienia nam ruchu". Ukraińskie kule, jak opisuje Matwiej, dosłownie robiły dziury w ścianach.
Poborowi bali się wystawiać głowy przez okna, więc ich dowódca strzelał, a poborowi kryli się i przeładowywali mu broń. Matwiej tak opisuje koniec tego dnia:
"Kiedy w sąsiednim domu pojawiły się nasze posiłki, Ukraińcy zaczęli używać granatników. Granat uderzył w ścianę kilka metrów nad moją głową. Uszkodziłem sobie bębenki i prawie wypadłem przez okno. Walka trwała do zmroku. Dwóch ludzi pełniło wartę, było zupełnie ciemno, więc mogliśmy polegać tylko na naszych uszach. Wcześnie rano włamaliśmy się do opuszczonego mieszkania i zasnęliśmy na kanapie z innym kolegą, Timochem. Wkrótce obudziliśmy się, bo w oknach roztrzaskały się szyby, a pociski przebiły się przez ściany. Walka trwała dalej".
W dzienniku Matwiej szczegółowo opisuje swoje ruchy. Jego pierwszy tydzień w Mariupolu jest opisany w zasadzie krok po kroku — wszystko, co wydarzyło się w tym tygodniu, jest związane z ośmiopiętrowym budynkiem z cegły, tym, do którego Matwiej niecelnie strzelał podczas pierwszego dnia w mieście. To dom nr 27 na ul. Metalurgicznej.
Matwiej opisuje, jak wyglądała tego dnia północna strona domu: na parterze płonęła kawiarnia, balkony były uszkodzone, większość okien zniknęła. Po resztkach dymu można poznać, które mieszkania spłonęły całkowicie.
Ale co działo się w domu przed przybyciem Dywizji Kultury? Ta informacja jest dostępna dzięki "czatowi domowemu" — są to czaty, które mieszkańcy Mariupola tworzyli i używali do poszukiwania osób, z którymi stracili kontakt z powodu wojny. W marcu w piwnicy tego budynku ukrywali się ludzie.
Ksenia (imię zmienione) jest jedną z uczestniczek czatu. Mieszkała w pobliżu, ale ukrywała się w piwnicy domu nr 27. Była tam, kiedy wybuchł pożar: mówi, że ogień wybuchł 27 marca, czyli dzień przed przyjazdem muzyków z Doniecka. Najprawdopodobniej dom zapalił się z powodu ostrzału — przed pożarem pojawiły się ostrzeżenia o nadchodzących atakach. Później codziennie słyszała wybuchy: — Były tak silne, że ściany piwnicy się trzęsły, a w powietrzu unosił się pył.
Piwnica znajdowała się w pobliżu jednego z miejsc pożaru: dym był wszędzie. Żołnierze mówili im, że muszą uciekać przy pierwszych oznakach ognia. — Na ulicy nic nie było widać z powodu gęstego, czarnego dymu, otaczały nas odgłosy strzałów. Gdy przechodziliśmy przez ulicę, strzelano do nas — mówi Ksenia zapytana o dzień, w którym opuściła schronienie. Dodaje, że wszystkim osobom udało się wyjść z piwnicy bez szwanku. Wkrótce potem udało jej się wyjść z Mariupola na piechotę.
Płonący budynek stoi tuż obok podobnego ośmiopiętrowego domu numer 25. W budynku znajdowały się kawiarnia, centrum sztuki współczesnej i supermarket. Ludzie schronili się w magazynie supermarketu; w domu nr 25 były też dwie piwnice wypełnione ludźmi. Dziewięciopiętrowe domy to najwyższe budynki w dzielnicy, dlatego przyciągnęły uwagę sił ukraińskich jako punkty obronne — mówi mi jeden z byłych mieszkańców domu nr 25.
Dom nr 25 został mniej zniszczony podczas pożaru — według wiadomości na czacie dziesiątki osób wróciły tam do piwnic, żeby się ukryć po pożarze 27 marca. Ukrywali się tam, podczas gdy grupa Matwieja bezskutecznie próbowała zdobyć sąsiedni budynek.
"Nie martw się, nie ma tu żadnych cywilów. Jeśli widzisz osobę ubraną w cywilne ubrania, to na pewno są to [ukraińscy żołnierze]" — Matwiej zapisuje słowa swojego dowódcy. Później, w innej części Mariupola, widział, jak grupa żołnierzy zastrzeliła miejscowego mężczyznę po pięćdziesiątce — mężczyzna biegł w stronę kryjówki, gdy usłyszał strzały. "Dlaczego go zastrzelono? Nikt nie wie. On po prostu szedł, nic nie zrobił. Po prostu zabili cywila bez powodu".
We wczesnych godzinach 30 marca, zgodnie z czatem domowym, ukraińscy żołnierze ewakuowali ludzi ukrywających się w piwnicy ośmiopiętrowego budynku oraz z piwnic pobliskich budynków. Tego dnia strzelanina również rozpoczęła się wcześnie, pisze Matwiej. Jego grupa nadal znajdowała się w domu na pobliskiej ulicy, tym samym, w którym znaleźli się podczas nieudanego szturmu pierwszego dnia.
Wkrótce ich dowódca kazał im się położyć: artyleria zaatakowała budynek oddalony zaledwie o kilkadziesiąt metrów od domu, w którym byli. Celem było centrum biznesowe stojące w pobliżu ośmiopiętrowego domu, w którym, według dowódcy Matwieja, ukrywał się wróg. "Nie było tam nic poza czarnym betonem, popiołem i spaloną blachą. Nie było żadnych ciał. Zostaliśmy w tym miejscu i obserwowaliśmy. Bardzo się bałem. Gdyby nas zaatakowali, wszyscy byśmy, k...a, zginęli" — pisze Matwiej.
Po ostrzale grupa Matwieja ruszyła w stronę dużego prywatnego budynku po drugiej stronie dziedzińca ośmiopiętrowego domu. Budynek znajdował się 100 m na południe od spalonego centrum biznesowego: "Biegliśmy, gdy miny wybuchały w zasadzie niedaleko nas, odłamki spadały na nasze kaski". Z przodu prywatnego budynku prawie trafił go pocisk, pisze Matwiej. Zamiast tego pocisk trafił w torbę przewieszoną przez jego ramię — w czasach sowieckich torba służyła do przechowywania maski przeciwgazowej, ale teraz mieściła różne naboje Matwieja z pięciu różnych magazynków, które dowódca kazał mu tam włożyć.
Udało im się zabezpieczyć pozycję w prywatnym budynku. Walka trwała dalej.
(...)
Następnego ranka Matwiej został przekazany nowemu dowódcy z milicji ludowej — widział, że zmobilizowani mężczyźni nie chcą iść do walki. Muzyk zapisał, jak ten milicjant go "szkolił": — Chcesz iść do nich [Ukraińców]? Zastrzelę cię. Chcesz wracać? Beze mnie chłopaki na tyłach cię zastrzelą.
Dowódca był Czeczenem, to była jego trzecia wojna, nawet próbował zachęcić Matwieja mówiąc mu, że on też się boi.
Gdzie jego dowódca znalazł tego dnia alkohol lub co pił, Matwiej nie wie. Ale pamięta zapach alkoholu. Gdy Matwiej skończył pełnić wartę, Czeczen go obudził: "Pewnej nocy [dowódca] nawalił się i położył się obok mnie, a potem nagle podniósł broń i gdzieś uciekł. Potem po prostu siedział i bawił się bronią. To było straszne, ale udało mi się zasnąć".
Na terenie prywatnym, gdzie znajdował się dom zdobyty przez jednostkę Matwieja, wciąż obecni byli miejscowi — widział, jak rano przygotowywali jedzenie na ulicy. "Szokujące dla mnie było to, że miejscowi lubili naszą obecność" — pisze. Na tym małym skrawku ziemi sąsiadowali cywile i żołnierze obu stron, a strzelaniny odbywały się w pobliżu. Strefa walki, w której uczestniczył Matwiej, również nie była duża — od momentu pierwszej wymiany ognia Matwiej nie oddalił się dalej niż na 200 m od ośmiopiętrowych budynków. Przez cały czas siły Donieckiej Republiki Ludowej atakowały dwa ośmiopiętrowe budynki.
Grupie Matwieja udało się zdobyć dom nr 25 dopiero czwartego dnia walki, 1 kwietnia. Według Matwieja to właśnie tam znalazł notatnik i długopis i zaczął zapisywać wszystko, co wydarzyło się od jego pierwszego dnia w Mariupolu.
Na podwórku Matwiej widział kratery, ciała przykryte prześcieradłami i spalone samochody. Z okna mieszkania na szóstym piętrze budynku Matwiej mógł zobaczyć morze. To stąd Matwiej śledził walki na ulicy Metalurgicznej i widział, jak pociski nadlatujące z kierunku ukraińskich żołnierzy trafiają w budynek — teraz to oni ostrzeliwali ośmiopiętrowe budynki.
Telefony przestały działać w Mariupolu już na początku marca, ale po pojawieniu się milicji ludowej w mieście pojawiły się stacje bazowe donieckiego operatora komórkowego Feniks. Dlatego na tej wysokości budynku Matwiejowi udało się złapać sygnał i zadzwonić do żony po raz pierwszy od przyjazdu do Mariupola. Nie odebrała.
W czasie, gdy Matwiej zadzwonił do Anny, ona stała w trzygodzinnej kolejce po wodę pitną: — Przestałam zabierać ze sobą telefon, wychodząc z domu, straciłam nadzieję, że on zadzwoni. Popłakałam isę, gdy zdałam sobie sprawę, że przegapiłam jego telefon. Wróciłam do domu jakieś pięć minut po jego telefonie i oddzwoniłam... Siedział tam i czekał na mój telefon.
Matwiej nie chce być z dala od swojej żony: w prawie każdym wpisie w dzienniku pisze o tym, jak bardzo tęskni za Anną i relacjonuje chwile, kiedy udaje mu się ją zobaczyć lub z nią porozmawiać. Pewnego razu śnił o niej. Wpis w dzienniku na ten temat przedstawia pewien obraz: w śnie on i Anna, trzymając się za ręce, przechodzą przez drogę, podczas gdy samochody rozjeżdżają ludzi.
Podczas ich rozmowy na ulicy trwała wojna. "Walka toczyła się dalej, czułem, że jeszcze chwila i będzie po mnie" — pisał 1 kwietnia muzyk.
Artyleria znów atakowała ośmiopiętrowy budynek. Matwiej trzymał się na uboczu, dom się trząsł. Jego dowódca, sprawiając wrażenie, jakby to była wielka przysługa, pozwolił mu naładować telefon za pomocą generatora. Zjawili się skądś miejscowi, więc oni, Matwiej i jego przyjaciel razem zaczęli śledzić walkę na zewnątrz, później jedna kobieta dała im patelnię pełną kaszy. Czas mijał, a Matwiej nie przejmował się już tym, że dom się trzęsie. Tak według dziennika minęły kolejne dwa dni w domu przy ulicy Metalurgów i tak zakończył się pierwszy tydzień Matwieja w Mariupolu.
W tym samym czasie siły rosyjskie posuwały się dalej na południe, w kierunku morza — najpierw zajęły stadion i prywatny teren obok, a potem kontynuowały spychanie wojsk ukraińskich w kierunku wału.
Przed opuszczeniem ośmiopiętrowego domu Matwiej znalazł pocztówkę z wierszem zatytułowanym "Pozwól sobie marzyć" — od tego zdania zaczyna się i kończy wiersz. Tej nocy ponownie zadzwonił do Anny. "Może to Bóg daje mi znak, że wszystko będzie dobrze. Przeczytałem wiersz Annie, oboje prawie się popłakaliśmy i poczuliśmy się bardzo emocjonalnie" — pisze w dzienniku. — Płakaliśmy razem. Oboje mieliśmy w głowach przerażające myśli — wiedzieliśmy, że trzeba będzie cudu, żeby Matwiej wrócił. To był dla niego swego rodzaju znak, że przeżyje i będzie mógł zmienić swoje życie na lepsze — mówi Anna.
"Moje zdrowie nie poprawia się, a najgorsze jest to, że zaczynam się do tego przyzwyczajać" — napisał 4 kwietnia Matwiej. Wkrótce wpisy ustają na jakiś czas — Matwiej musiał zostawić dziennik i inne swoje rzeczy osobiste w budynkach, w których stacjonowały siły DRL przed kolejnym przesunięciem żołnierzy do Mariupola. Matwiej kontynuował pisanie, gdy znalazł nowy dziennik — później odnalazł swoje zagubione rzeczy osobiste. Przez cały czas trzymał swój dziennik w ukryciu przed dowódcami: pisał, gdy nikt nie widział.
Ostatnia strona pierwszego zeszytu Matwieja to zapis z 12 kwietnia. Matwiej dowiedział się tego dnia o dwóch zabitych i czterech rannych członkach Dywizji Rozrywki.
W kwietniu Matwiej był kilkakrotnie wysyłany na linię frontu w różnych dzielnicach Mariupola. "To straszne, nie wiemy, jak się zachować" — pisze. Ale niektóre dni były stosunkowo spokojne: spokojna służba wartownicza, wycieczki do baz wojskowych i zadania niezwiązane z walką. "Nosić coś, przynosić coś, sprzątać coś" — wylicza Matwiej.
W dzienniku Matwiej kilkakrotnie opisuje, jak znalazł się pod ostrzałem. Pewnego razu atak artyleryjski prawie zabił kilku ich własnych ludzi z milicji ludowej; innym razem wróg uderzył w czołg w pobliżu Matwieja: "Eksplozja była tak duża, że myślałem, że dom się zawalił. Wieża podskoczyła do poziomu piątego piętra".
W pierwszej połowie kwietnia we wpisach do dziennika niemal bez przerwy pojawiają się wzmianki o walce, ale jest to nadal dziennik muzyka, a nie żołnierza — Matwiej prawie nie opisuje tego, co dzieje się podczas działań wojennych. W większości wymienia zadania, które otrzymał, wydarzenia, które miały miejsce, opisuje swoich kolegów żołnierzy i dowódcę oraz to, jak wyglądało codzienne życie w opuszczonych mieszkaniach. Tam właśnie mieszkali i walczyli zmobilizowani mężczyźni, ale te same mieszkania były przez nich plądrowane w poszukiwaniu jedzenia.
"Szabrowanie jest metodą przetrwania w czasie wojny" — powiedział Matwiejowi jeden z dowódców, gdy po raz pierwszy przyniósł zrabowane jedzenie. W tym momencie w mieszkaniu pozostały tylko rzeczy, które nie miały długiego terminu ważności, na przykład konserwy lub słodycze. "Komendant zatrzymał dla siebie dobre papierosy, dał mi paczkę tanich i powiedział: nie marnuj ich. W zasadzie ukradł papierosy, które były dla nas wszystkich. Ale pieprzyć to, on jest dowódcą" — pisze muzyk. Jedną paczkę papierosów wymienił potem na możliwość ładowania telefonu z generatora.
Używano też zrabowanych rzeczy: futra i kożuchy rzucano na podłogę, żeby na nich spać. Matwiej sprawdził też wszystkie laptopy, żeby przez nie naładować telefon, ale zawsze były całkowicie rozładowane.
W maju Matwiej pisał w dzienniku: "Wczoraj i dzisiaj brałem udział w walce i strzelałem do ukraińskiego czołgu. Te chłopaki to profesjonaliści, uderzyli w swój cel i bardzo szybko odjechali, nie mogliśmy nawet do nich wycelować. Więc wzięliśmy się do pracy i wykopaliśmy wejście do piwnicy... Oglądałem tyle zdjęć ludzi, którzy tu kiedyś mieszkali... teraz wszystko jest zniszczone...".
Inni artyści, których znał, również mieli problemy z zaopatrzeniem, pisze Matwiej: "Timocha odpisał, że mają tam prze...e. Nie mają wody ani jedzenia, trzeci dzień z rzędu jedyne co mają to broń. Biedne chłopaki, co zrobili, żeby na to zasłużyć... To był szczęśliwy przypadek, że nie poszedłem z nimi".
— W Mariupolu kilka razy dano im jedzenie, przez resztę czasu musieli sami je znaleźć — opowiada mi Jelena, żona jednego ze zmobilizowanych muzyków. Resztki jedzenia znajdowano nie tylko w opuszczonych mieszkaniach, ale także w magazynach i byłych kwaterach ukraińskiej armii. Czasami mieszkańcy pomagali z jedzeniem i lekami — Jelena mówi, że jej mąż bał się brać od nich jedzenie, bo krążyły plotki, że miejscowi trują żołnierzy. Ale nie było innego sposobu. Przypuszcza, że miejscowi czuli się źle z powodu mężczyzn zmobilizowanych z DRL.
W SMS-ach mąż Jeleny opowiada jej o działaniach wojennych. Pisze o braku jedzenia i wody, o tym, jak jest zimno i jak źle się czuje: "Wszystko boli... Boli nos i gardło (gardło nigdy nie przestało boleć)... Teraz bolą też nerki i plecy... I nogi bolą mnie od zimna".
Wyposażenie żołnierzy milicji ludowej pozostawiało wiele do życzenia: chociaż muzycy otrzymali AK, w sieci można znaleźć zdjęcia i filmy, na których żołnierze z republik ludowych trzymają karabiny Mosin, których produkcji zaprzestano w ZSRR po II wojnie światowej. Sam Matwiej widział żołnierzy ze "starymi karabinami", a w ośmiopiętrowym budynku przy Metalurgicznej stał karabin maszynowy, który żołnierze DRL nazwali Daszka — musiał to być radziecki karabin maszynowy DSzK opracowany w 1938 r.
Są też problemy z mundurami — mundur Matwieja pasował na niego, ale inni nie mieli tyle szczęścia. Muzycy otrzymali radzieckie hełmy, ale nie dostali kamizelek kuloodpornych — niektórzy z nich musieli sami je znaleźć, podobnie jak jedzenie. Matwiej opowiada, że pewnego razu znalazł kamizelki kuloodporne wydane przez NATO w dawnym magazynie żołnierzy ukraińskich, ale zostały one skonfiskowane przez dowódców milicji ludowej. "Powiedzieli: ręce precz od nich! Nic nam nie dali".
W końcu, pisze Matwiej, sam zrobił kamizelkę kuloodporną ze znalezionych części: "Musiałem dodać do niej więcej pasków, bo nie trzymała się kurczowo, zsuwała się: podczas chodzenia czy biegania nie chroniła niczego poza jelitami".
Muzycy, którzy nie mieli kamizelek, byli wysłani do pracy przy "oczyszczaniu". Jest to procedura przeszukiwania budynku, w którym może znajdować się wróg lub cywile. Na szczęście, podczas oczyszczania Matwiej ani razu nie spotkał się z wrogiem.
Pewnego razu, podczas "oczyszczania", oddział Matwieja spotkał miejscowych, którzy organizowali stypę dla ofiar. Mieszkańcy dali żołnierzom jedzenie i kawę. Matwiej opisuje w dzienniku nastrój mieszkańców: "Wszyscy nie mają k...a pojęcia, co się dzieje i nikt nie chce tej wojny".
18 kwietnia Matwiej napisał w dzienniku:
"Wyglądam i pachnę okropnie. Mimo że musiałem robić rzeczy niemoralne (włamywać się do mieszkań, grabić) i kryminalne (strzelać do żywych celów), wciąż jestem osobą i wiem, kim i czym jestem.
Możesz mnie przestraszyć, zmusić, nakazać... Ale ja wiem, kim jestem i w co wierzę. Jestem osobą, a nie dziwolągiem. Ta wojna próbuje zmienić mnie w pieprzonego potwora, ale ja na to nie pozwolę".
Matwiej i Jelena uważają, że muzycy byli wykorzystywani do rozpoznawania punktów oporu wroga. Matwiej zrozumiał to, gdy zobaczył, jak artyleria skupia ogień w miejscu, gdzie jeden z jego kolegów został trafiony w nogę. Jak dowódcy widzieli swoje zadanie w rzeczywistości, Matwiej nie wie — nic mu nie wyjaśniono, po prostu dostawał rozkazy, gdzie ma iść lub strzelać. "Kiedy próbowałeś ich o coś zapytać, to albo patrzyli na ciebie jak na wariata, dlaczego zadajesz takie głupie pytania. Albo po prostu każą ci sp....ć" — pisze Matwiej.
Dowódcy byli spokojni przed wyjazdem do huty Azowstal — jechali tam z drugiej części miasta przez osiem godzin z minimalną prędkością i przy zgaszonych światłach.
Szturm Azowstalu śledził cały świat — przez dwa miesiące połączone siły Rosji i DRL próbowały zdobyć hutę, która stała się ostatnim schronieniem bojowników pułku Azow. Jest to duże terytorium: Azowstal ciągnie się przez 11 km kw., więc huta jest czasem nazywana "miastem w mieście".
19 kwietnia przedstawiciel milicji ludowej DRL Eduard Basurin powiedział w wywiadzie dla rosyjskiej telewizji państwowej Rossija24, że w ofensywie na hutę biorą udział tylko "grupy szturmowe celowo wybrane do szturmu tego obiektu". Według dziennika Matwieja, tego dnia był on jednak w hucie.
Matwiej opowiada, że jego grupa zajmowała tam już oczyszczone miejsca. Ale nadal nie było bezpiecznie: "Kula może nadlecieć z każdego miejsca, a jedyne, co można usłyszeć, to stłumiony strzał. To taki charakterystyczny dźwięk, nie przypominający strzału z karabinu. A niedaleko ciebie wali się ściana, co oznacza, że o mały włos nie trafił w ciebie" — opowiada Matwiej.
W dzienniku pisze, że był na obrzeżach strefy przemysłowej, przygotowując ciało martwego żołnierza do załadowania do transportera opancerzonego: "Głowa jest w kawałkach, ciało jest całe, położyliśmy je na kocu. On już śmierdział. Wszystko, co dzieje się w Azowstalu, to piekło na ziemi". Wieczorem tego samego dnia Matwiej i jego koledzy powiedzieli swojemu nowemu dowódcy, że "nie jesteśmy żołnierzami przygotowanymi do szturmu, jesteśmy muzykami" — w końcu wydał on rozkaz, by artystów użyć tylko do ochrony.
Według dziennika Matwiej został przeniesiony z terenu huty 21 kwietnia: "Bliżej dziesiątej rano zostaliśmy nagle, jak zwykle przy akompaniamencie wielu przekleństw, wrzuceni do transportera opancerzonego". Dokładnie o godz. 10 Kreml opublikował nagranie ze spotkania prezydenta i ministra obrony — min. Szojgu powiedział, że Mariupol został "wyzwolony", a Putin odwołał atak na strefę przemysłową Azowstal.
Jelena dowiedziała się, że jej mąż jest w tym rejonie z SMS-a — przyszedł wczesnym rankiem 18 kwietnia. Rozmówcy Nowej Gazety.Europa nie wiedzą, ilu dokładnie członków Dywizji Kultury brało udział w ataku na Azowstal. Matwiej uważa, że w ten czy inny sposób pojechali tam wszyscy.
— W telewizji mówią, że pierwsi do walki idą kontraktowcy i zawodowe wojsko, a dopiero potem zmobilizowani. W rzeczywistości zmobilizowani żołnierze byli pierwszymi rzuconymi w ogień na linii frontu. Zrobiono z nas brygadę szturmową, wysłano nas, żebyśmy oczyścili bloki miejskie pełne wielopiętrowych budynków. Wróg siedział w tych budynkach, musieliśmy go wybić i zabezpieczyć pozycje — opowiada Kirył, muzyk Ługańskiego Towarzystwa Filharmonicznego.
Według niego, w Ługańskiej Republice Ludowej muzycy zostali powołani do wojska tego samego dnia — 23 lutego. Kirył i 23 jego kolegów zostało wysłanych na "ćwiczenia". Administracja uprzedziła ich o ćwiczeniach, ale skłamała co do zadań: muzykom powiedziano, że będą pilnować obiektów socjalnych w "wyzwolonych" miastach. Nie otrzymali żadnego wezwania, mówi Kirył, zmobilizowani mężczyźni są zarejestrowani jako ochotnicy. Wysłano ich do Mariupola.
— Po prostu dali nam broń i to wszystko. Nauczyliśmy się strzelać z AK, RPG i karabinów maszynowych w czasie walk.
Kirył opowiada o oblężeniu wielopiętrowego budynku pod koniec marca: w pierwszych minutach szturmu ośmiu muzyków zostało rannych. — Przeszliśmy przez drogę i rozłożyliśmy się nad budynkiem, w którym znajdował się wróg. Z okien zaczęły lecieć granaty. W zasadzie nie było gdzie się schować, wejścia były po drugiej stronie budynku. Było nas 200 osób szturmujących budynek, wróciło tylko 100, reszta została ranna lub zabita — opowiada Kirył.
W kwietniu z muzykami skontaktował się kanał WarGonzo, należący do rosyjskiego korespondenta wojennego Siemiona Piegowa. Kirył i jego koledzy stali się bohaterami krótkiego filmu dokumentalnego nakręconego przez rosyjskiego rapera Husky'ego, zatytułowanego Grupa Filharmonia (gra słów od Grupy Wagnera).
Kirył polubił Husky'ego, ale według niego z filmu wiele wycięto: "Jedyne, co w nim zostawili, to fragmenty, w których opowiadamy o tym, jak nie wiedzieliśmy, co robić i uczyliśmy się wszystkiego w biegu, jak szturmowaliśmy i broniliśmy naszych pozycji. Ze zmobilizowanych zrobili bohaterów". Jednak po ukazaniu się filmu wolontariusze zaczęli pomagać artystom z Ługańskiej Filharmonii i innym zmobilizowanym muzykom.
Wieczorem 22 lutego, przed mobilizacją pracowników branży muzycznej, kanał Telegram Donbassr opublikował fragment wywiadu z dyrektorem Donieckiego Towarzystwa Filharmonicznego Aleksandrem Pareckim:
"Artyści zawsze stoją z ludem, zawsze są na pierwszej linii frontu (...) W zależności od tego, co są w stanie zrobić, a w tym przypadku, kto jest wystarczająco odważny, by iść, kto jest wystarczająco zdrowy, jestem pewien, że będą gotowi; jeśli wiedzą, jak używać broni, pójdą, nawet w walce, by bronić swojej ojczyzny".
(...)
"Wojna to najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć, zwłaszcza gdy jesteś na linii frontu... Jestem zmęczony wszystkim, strachem, smutkiem i każdego dnia moja nadzieja umiera trochę bardziej... Ale nadal mam nadzieję na najlepsze, że wrócę do domu, do mojej ukochanej żony". Podczas pobytu w Azowstalu Matwiej napisał w dzienniku, że ma nadzieję na powrót do rodziny po trzech tygodniach spędzonych na linii frontu w Mariupolu. Rzeczywiście otrzymał kilka dni urlopu — zanim został zabrany z powrotem na front. Wywieziono go z terenu walk, ale nie pozwolono mu wrócić do domu: "Emocje wzięły górę. Prawie zacząłem szlochać, chciałem wyskoczyć z jadącego z pełną prędkością pojazdu i uciec".
Kiedy było już bezpiecznie, spotkał się z innymi zmobilizowanymi mężczyznami: "Tacy jak my (ci, którzy wrócili z Mariupola) byli przerażeni, bo nie chcieli nigdzie iść. Ci, którzy nie brali udziału w walkach, byli w doskonałych nastrojach bojowych".
Według Matwieja, w ciągu 23 dni pobytu w Mariupolu wystrzelał tylko jeden magazynek (trzy kolejne magazynki Matwieja zostały wykorzystane przez jego dowódcę). W tym samym czasie zapełnił 25 stron notatnika.
Matwiej mówi, że w Mariupolu znalazł ukraińską flagę — to był jego kolejny sekret, o którym nie wiedzieli dowódcy. Schował flagę w swoich rzeczach osobistych i nosił ją ze sobą — razem z pocztówką z wierszem i dziennikami z jego frontowymi przemyśleniami.
Uzgodniliśmy, że aby zachować anonimowość jego tożsamości, w tym momencie przestajemy opowiadać jego historię. Dalsze losy muzyka jednak znamy, bo kontynuował pisanie w dzienniku.
Po Mariupolu muzycy byli wysyłani do innych miejsc przeznaczenia. Niektórzy z nich trafili bardzo daleko od domu: do obwodu zaporoskiego lub mikołajowskiego, inni zostali wysłani do Marinki, małego miasta w pobliżu Doniecka, które pozostaje nadal pod kontrolą Ukrainy. Media wielokrotnie informowały, że ukraińska armia zamieniła miasto w twierdzę. Według przechwyconych wiadomości opublikowanych w maju przez ukraińskie media milicja ludowa DRL poniosła w Marince znaczne straty. Na jednym z nagrań nieznana kobieta zaczyna płakać i mówi, że z 1500 ludzi wysłanych do Marinki wróciło tylko 30.
Według Jeleny z około 80 mężczyzn z Dywizji Kultury tylko około 10 pozostało na linii frontu w czerwcu. Jelena wie o tym, ponieważ jest w kontakcie z krewnymi innych zmobilizowanych muzyków — przez cały czas wymieniają oni informacje otrzymane od bliskich na wojnie. WIelu muzyków zostało rannych i trafiło do szpitala, kilku zginęło.
Wstrząsy, rany, zawał serca, wyrostek robaczkowy, zapalenie oskrzeli i płuc — Anna wymienia diagnozy 15 muzyków, którzy trafili do szpitala. Niektórzy z nich, jak mówi, nie dostali zwolnienia lekarskiego, więc pozostali na linii frontu. Rodziny artystów próbowały sprowadzić ich z powrotem, pisały zbiorowe listy do struktur DRL, a nawet do rosyjskich, kontaktowały się z dyrekcją filharmonii. Żadne z ich działań nie przyniosło rezultatu.
Zdesperowani bliscy artystów opublikowali w Internecie list otwarty:
"Wszyscy artyści należący do oficjalnych placówek kulturalnych zostali wysłani na wojnę siłą, jednak są zarejestrowani jako wolontariusze. (...) Sytuacja jest katastrofalna, ponieważ rząd poświęca co najmniej 16 lat na wyszkolenie artysty z wyższym wykształceniem. Są oni niezbędni w pracy, a w walce są zupełnie bezużyteczni".
W Mariupolu zmobilizowani mężczyźni mogli ponownie zobaczyć swoich krewnych — w bazach wojskowych, w przerwach między wyjazdami na fronty lub w szpitalach. — Był wyczerpany, błoto wsiąkało mu w skórę. Nie myli się od dwóch miesięcy — opisuje Jelena wygląd swojego męża podczas jednego z takich spotkań. Mówi, że w czasie wojny artyści bardzo schudli. — Wszyscy mają pozbawione życia oczy. Wszystko, co widzieli i przez co przeszli. To przerażające.
onet.pl/Nowa Gazieta