niedziela, 8 maja 2022


Pojawiająca się często w mediach narracja o „nieracjonalności” W. Putina i rozpoczęciu przez niego „pełnoskalowej wojny w Europie” odwraca więc uwagę od tego, jakie były pierwotne założenia Kremla. W związku z tym, nie należy oceniać zdolności militarnych Moskwy jedynie poprzez pryzmat ofensywy w rejonie Kijowa, Czernichowa i Sum.

Spójrzmy przykładowo na kwestię „słynnego” ostrzeliwania przez siły ukraińskie konwojów zaopatrzeniowych wroga, które przypominać miało „strzelanie do kaczek”. Naszym zdaniem nie było to wynikiem skrajnej niekompetencji rosyjskiej armii, która podążała „ślepo” na śmierć, lecz rażących błędów w planowaniu operacji.

Rozkazy nakazywały bowiem nacierającym żołnierzom jak najszybsze pokonywanie terenu w celu błyskawicznego dotarcia do Kijowa. Dane z rozpoznania wskazywały natomiast na to, że przeciwnik może stawiać zdecydowany opór jedynie w zachodniej części Ukrainy. Moskwie nie sprzyjała przy tym pogoda, powodująca grzęźniecie ciężkiego sprzętu w „miękkim” gruncie.

Zmuszało to jej wojska do poruszania się po drogach, a przyjęty charakter inwazji i struktura zaangażowanych w nią jednostek uniemożliwiły początkowo prawidłowe zabezpieczenie transportów. Stanowiły one więc łatwy cel dla wspomaganych przez amerykańskie systemy rozpoznawcze Ukraińców.

Niemniej jednak, armia Kremla zrealizowała postawiony przed nią cel – tempo natarcia było bardzo wysokie, co umożliwiło jej szybkie przedostanie się na przedmieścia Kijowa. Wobec klęski innych elementów rosyjskiego planu, siły zbrojne zmuszone były jednak do przejścia do wojny pozycyjnej i podjęcia próby „klasycznego” oblężenia miasta.

Nic więc dziwnego, że armia przygotowana do operacji „hybrydowej” nie sprawdziła się w tej roli. Pamiętajcie o tym, że Rosja próbowała w stolicy Ukrainy zrobić „Krym-bis”. Dlatego błędem było zarówno twierdzenie w 2014 r., że Rosjanie są tak „genialni”, że uda im się zająć Warszawę przy pomocy „zielonych ludzików”, jak i obecne głosy mówiące o tym, że ich armia to „kupa gówna”.

Co więcej, wojna błyskawiczna wymaga elementu zaskoczenia, który to zadziałał na korzyść Rosji podczas jej ataku na Krym. Natomiast „rozszyfrowanie” obecnych planów Moskwy przez USA sprawiło, że tym razem czynnik ten sprzyjał Ukrainie. Profesjonalne wojsko jest bowiem w stanie praktycznie „z dnia na dzień” przeprowadzić operację w stylu tej z 2014 r.

Jeśli jednak dowódcy planują wysłać żołnierzy w wielomiesięczne, ciężkie boje o każdy metr ziemi to należy ich do tego przygotować pod względem mentalnym, sprzętowym i ilościowym. Rosyjscy wojskowi zostali więc zaskoczeni sytuacją i znaleźli się w samym środku ofensywy toczonej przeciwko liczniejszej i bardzo zmotywowanej armii ukraińskiej.

Posiadała ona ponadto znaczne wsparcie szkoleniowe i sprzętowe ze strony NATO. Skutkiem tego były problemy z morale rosyjskich żołnierzy. Nieprzygotowanie Moskwy do prowadzenia „klasycznej” ofensywy lądowej sprawiło, że jej inwazja utknęła w martwym punkcie i pozostało jej jedynie nękanie przedmieść Kijowa za pomocą ostrzału.

Po upływie około miesiąca, Kreml uznał jednak swoją porażkę w rejonie północnej Ukrainy i zdecydował się dokonać odwrotu z tego obszaru. Obecnym planem W. Putina zdaje się być natomiast „klasyczna” ofensywa mającej na celu zdobycie jak największej ilości terenów wschodniej Ukrainy i realizacja celów politycznych w ramach negocjacji z Ukrainą.

bezpieczenstwoistrategia.com

Kreml chciał zastosować na Ukrainie koncepcję wojny błyskawicznej, postulowaną przez generała W. Slipczenkę. Kluczową rolę odgrywa w niej otwierające uderzenie dokonywane w szczególności przy pomocy broni precyzyjnego rażenia. Okazało się jednak, że armii rosyjskiej daleko jest do poziomu zaawansowania technologicznego prezentowanego np. przez wojsko USA.

Atak przeprowadzony w pierwszych godzinach wojny nie zdołała zadać Ukrainie na tyle dużych strat, aby znacząco osłabić jej potencjał militarny, a także ograniczyć możliwości dowodzenia i sparaliżować systemy komunikacji Kijowa. Rosjanie nie zdołali ponadto zniszczyć wystarczającej liczby lotnisk, samolotów, radarów i wyrzutni pocisków typu ziemia-powietrze.

Dokonywanie tego typu uderzeń nie jest bowiem sprawą prostą. Wymaga przede wszystkim zaawansowanych technologicznie zdolności w zakresie rozpoznania. Strona atakująca musi znać precyzyjną lokalizację celu w danym momencie, być w stanie dostarczyć do systemu uzbrojenia dane umożliwiające korekcję lotu pocisku, a na zakończenie ocenić skuteczność trafienia.

Jeszcze trudniejsza jest likwidacja przy pomocy broni precyzyjnej celów mobilnych i tych, które w momencie uderzenia pocisku znajdują się w ruchu, z czym problemy mają nawet Amerykanie. Z tego też względu Rosjanie nie zdołali zniszczyć m.in. większości ukraińskich zestawów przeciwlotniczych „Osa” i pocisków ziemia-powietrze typu „Buk”.

Zawiodły więc przede wszystkim rosyjskie systemy rozpoznawcze. Z kolei Ukraina wykazała się dobrym poziomem przygotowania na przyjęcie otwierającego uderzenia Rosjan. Zaplanowano i przećwiczono scenariusze ochrony kluczowych obiektów i sprzętu, np. w postaci maskowania, czy szybkiego przebazowania lotnictwa.

Początkowy atak Rosjan trwał ponadto zbyt krótko, zwłaszcza jeśli uwzględnić fakt braku osiągnięcia przez Moskwę założonych celów. Aby odnieść odpowiednie skutki ostrzał powinien mieć charakter masowych, znacznie intensywniejszych i wielokrotnie powtarzanych uderzeń broni precyzyjnej, z których każde byłoby połączone z atakami lotnictwa. Tak się jednak nie stało.

Wydaje się, że powodem tego jest to, że Kreml dysponuje po prostu bardzo ograniczoną ilością pocisków kierowanych. Dlatego właśnie zniszczone nie zostały m.in. ukraińskie systemy S-300. Pomimo całkiem niezłej skuteczności Rosjan w likwidacji tego typu uzbrojenia, nie udało im się unicestwić całości relatywnie szerokich zasobów przeciwnika w tym obszarze.

Podstawę arsenału broni precyzyjnej, będącego w dyspozycji Moskwy stanowią pociski Iskander (wystrzeliwane z wyrzutni naziemnych), Kalibr (odpalane z okrętów) i Kindżał (przenoszone przez lotnictwo). Każdego z nich siły zbrojne posiadają natomiast maksymalnie tylko kilkaset.

Słabe rozpoznanie i ograniczona liczba pocisków kierowanych wskazują zaś na to, że Rosja znajduje się dopiero na wczesnym etapie wdrażania i użytkowania systemów broni precyzyjnej.

Inwestycje w tego rodzaju uzbrojenie postulował co prawda już w połowie lat 80-tych znakomity sowiecki strateg Marszałek N. Ogarkow. Jednak rozpad Związku Radzieckiego, trudności ekonomiczne Rosji i ogólne zacofanie tamtejszej armii, przyczyniły się do tego, że w rozwój broni precyzyjnej zaczęto na poważnie inwestować dopiero ok. 2010 r.

Teoretycznie lukę w ilości i jakości tego rodzaju uzbrojenia można było wypełnić poprzez wykorzystanie podczas inwazji na Ukrainę pocisków niekierowanych. W początkowym etapie wojny, W. Putin nakazał jednak ograniczyć straty w ludności cywilnej, które byłyby nieuniknione w przypadku wykorzystania „głupich” bomb.

Wspomniana decyzja rosyjskiego prezydenta była z kolei podyktowana planami dokonania zmian władz centralnych w Kijowie. Następnie, zamierzano obsadzić politykami prorosyjskimi również administracje obwodowe we wschodnich regionach Ukrainy. Liczono przy tym na niewielki opór ze strony tamtejszego społeczeństwa. Nie chciano więc doprowadzić do jego alienacji.

Wojna błyskawiczna zakłada ponadto intensywne starcia w obszarze walki elektronicznej i zadanie przeciwnikowi dotkliwych ciosów w cyberprzestrzeni. Początkowe rosyjskie działania w tym zakresie okazały się jednak mniej skuteczne od przewidywań. Było to prawdopodobnie spowodowane pomocą, jakiej udzieliły Ukrainie Stany Zjednoczone.

Wymienione wyżej czynniki przyczyniły się do tego, że pierwsze uderzenie Rosjan zakończyło się niepowodzeniem. To z kolei postawiło całą koncepcję szybkiego opanowania Kijowa pod znakiem zapytania. Agresor nie uzyskał też dominacji w powietrzu, co znacząco utrudniło mu prowadzenie nalotów i operacji powietrznodesantowych, a także skomplikowało ofensywę lądową.

bezpieczenstwoistrategia.com


Podobne procesy zachodziły zapewne także w rosyjskiej armii. Niektórzy generałowie liczyli na mały opór ze strony Ukrainy i przekonywali W. Putina o możliwości dokonania potężnego uderzenia otwierającego, które zniszczy większość kluczowych obiektów i sprzętu przeciwnika.

Jeden z byłych wysokich rangą oficerów rosyjskiej armii podkreślał jednak tuż przed wybuchem wojny, że wspomniane prognozy są nadmiernie optymistyczne i mogą być wyrażane jedynie przez „aparatczyków”. Wskazywał również na wiele niedostatków wojsk Moskwy i przestrzegał przed lekceważeniem przeciwnika. W jego opinii „blitzkrieg” był niemożliwy do zrealizowania.

Jest więc bardzo wątpliwe, aby żaden z członków Sztabu Generalnego SZ FR nie zdawał sobie sprawy z trudności jakie niesie za sobą inwazja na Ukrainę. To raczej W. Putin dopuszczał do siebie tylko tych generałów, którzy mówili mu to, co chciał on usłyszeć. Ci z kolei również otaczali się „potakiwaczami”, którzy zapewniali ich, że na niższych szczeblach armii wszystko jest „super”.

Oficerowie mogli przez lata utwierdzać prezydenta w „śnie” o potędze wojska i tuszować problemy, nie spodziewając się tego, że któregoś dnia powie on „sprawdzam”. Gdy ten dzień w końcu nadszedł nie mogli więc nagle oznajmić, że broni precyzyjnego rażenia jest za mało, a piloci są słabo wyszkoleni. Nie było wyjścia – trzeba było przygotować plan wojny błyskawicznej.

Z tego względu ryzyko operacji, której celem było zajęcie Kijowa zostało znacząco niedoszacowane, a zdolności armii rosyjskiej przeszacowane. Pogłębiająca się dysfunkcjonalność procesu decyzyjnego na Kremlu jest wynikiem rosnącego autorytaryzmu i postsowieckiego sposobu działania całej administracji.

W. Putin chciał wierzyć w „łatwą i szybką” wojnę, więc taką mu właśnie obiecano. Miała ona potrwać kilkanaście dni, obyć się bez większych strat i bez konieczności toczenia ciężkich walk. W Kijowie zainstalowany miał zaś zostać nowy, prorosyjski rząd, co ułatwiłoby opanowanie całej wschodniej Ukrainy.

Takie założenia potwierdza m.in. relatywnie niska liczba i struktura wojska, które zostało zgromadzone przy granicy z Ukrainą. Zwróćcie np. uwagę, że wśród pojmanych rosyjskich jeńców jest nadmiernie wielu członków Rosgwardii przygotowanych raczej do operacji quasi-policyjnych i kontroli podbitego społeczeństwa niż prowadzenia krwawych walk o każdy centymetr miast.

Zapewne nie bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji dotyczącej inwazji były też trwające powoli przygotowania rosyjskiego prezydenta do przekazania władzy. W. Putin jest świadomy coraz mniejszej ilości czasu, która pozostał mu na zapisanie się na kartach historii jako lider, który odbudował pozycję międzynarodową Rosji po upadku Związku Radzieckiego.

Ostatni progres w integracji militarnej Białorusi z Rosją otworzył zaś możliwość dokonania przez Moskwę bezpośredniego uderzenia na Kijów. Znany ze swojego oportunizmu W. Putin mógł więc zdecydować o odejściu od prowadzonej od 2014 roku polityki stopniowej i kontrolowanej eskalacji. Utwierdzany przez doradców o „pewnym” zwycięstwie zdecydował się zagrać o pełną stawkę.

bezpieczenstwoistrategia.com

Igor Isajew: Jesteś w Rosji i pojawiasz się w mediach. Nie boisz się zakazanego słowa "wojna"?

Dr Paweł Łuzin, niezależny specjalista ds. bezpieczeństwa i sił zbrojnych Rosji: Mówię otwarcie o rosyjskich sprawach wojskowo-politycznych i o NATO, które obiektywnie nie zagraża Rosji. O sprawach technicznych związanych z armią rosyjską opowiadam głównie mediom zagranicznym. Jeśli powiem, że wcale się nie boję, skłamię. Rozumiem ryzyko, ale nie mogę milczeć. To mój zawodowy obowiązek jako eksperta wojskowego.

Zagraniczni dziennikarze mówią mi, że prawie nie ma głosów z Rosji. A te są cenne. Chcę pokazać, że ten kraj nie oszalał do końca, chociaż Kreml całkowicie zjechał z torów. Dla rosyjskiego społeczeństwa to kwestia zaufania. Nasi polityczni emigranci są od dawna napiętnowani.

Ludzie czują się opuszczeni, zapomniani, upokorzeni — cały świat ma być przeciwko nam, a my nie wszyscy tu jesteśmy putinistami, nie podoba się nam wojna!

Kiedy Rosjanie widzą kogoś, kto pisze i mówi z Rosji, mają do niego więcej zaufania. Pisali mi czasami i okropne rzeczy, że jestem zdrajcą. Po rozmowie autor takich wiadomości zgadzał się i mówił: tak, masz rację, jesteśmy w dupie.

- Mamy wrażenie, że zdecydowana większość Rosjan popiera atak na Ukrainę. Jak ty widzisz rosyjską opinię publiczną?

Są ludzie, którzy są temu zdecydowanie przeciwni i wolą nie odpowiadać na żadne pytania sondażowe. A nawet najbardziej profesjonalni socjologowie zbierają odpowiedzi tylko od tych, którzy są gotowi z nimi rozmawiać. Ogromna masa ludzi po prostu tego nie robi.

Jest ona niewidoczna, bo w Rosji nie ma kultury masowych publicznych protestów. Istnieje kultura sabotażu po cichu, jak np. strajk włoski. Albo kiedy przy pierwszej okazji kupisz dolara i euro, bo wiesz, co się stanie z rublem. Nawet masowe polowanie na cukier było wyznacznikiem protestu Rosjan. Ludzie kupowali cukier nie dlatego, że lubią słodycze. Cukier kupuje się przede wszystkim dla produkcji samogonu, najbardziej stabilnej waluty po wsze czasy.

- Druga grupa to ci, którzy nie są ani za, ani przeciw.

Szukają oparcia w rozpadającej się rzeczywistości, więc są gotowi uwierzyć w każdy absurd: np. że zbrodnie w Buczy sfałszowano, że w Ukrainie są naziści. Ale nie dlatego, że szczerze w to wierzą, tylko dlatego, że pozwala to zagłuszyć sumienie. Ci ludzie rozumieją, że jesteśmy moralnym, psychologicznym, kulturowym, ekonomicznym, politycznym dnem.

Ale się boją. Bardzo. O przyszłość, o swoje dzieci i wnuki. Są to najczęściej ludzie 55+, których młodość przyszła pod koniec ZSRR, a wszystkie plany poszły na marne. Próbowali jakoś stanąć na nogi i teraz znowu historia się powtarza. Zdają sobie sprawę, że w życiu nie zobaczą już nic dobrego. Żyją tym, co propaganda im wytłumaczy, że nie wszystko jest takie złe, że nie jesteśmy takimi przestępcami, że nie jesteśmy "dnem dońskim".

- A trzecia grupa to ci, którzy wojnę popierają?

Oczywistą jej częścią są mieszkańcy biednych regionów Rosji. Oprócz Kaukazu, Tuwy czy Buriacji mówimy tu też o Rosji Centralnej, okolicach Kurska, Biełgorodu, Woroneża. Tam ludzie nie zżyli się z globalnym światem, żyli w półbiedzie. Ich antyzachodnie poglądy ukształtowały się już w latach 90. A kolejna część tej grupy to urzędnicy, którzy są wykształceni i znają po kilka języków obcych.

- Jak to możliwe?

Mój znajomy miał właśnie stanąć na czele Domu Rosyjskiego w Warszawie, miał już paszport dyplomatyczny. Nie zdążył wyjechać do Polski. Uważał, że wojna nie jest możliwa, że będzie jakieś porozumienie polityczne z Bidenem, po prostu postraszymy trochę, a Zełenski podpisze Mińsk-2, formułę Steinmeiera i pozostałe bzdury.

Przez pierwsze dwa-trzy tygodnie wojny on i jemu podobni byli w stanie całkowitego psychicznego wyczerpania. A potem jak gdyby nic - odżyli, przekonali samych siebie, że wszystko jest w porządku. Że jak już wdasz się w bójkę, to musisz iść na całość. Wiedzą, że ich kariera zależy od tego rządu, a pod innym ich już nie będzie.

- Jak proporcjonalnie podzielone są te trzy grupy?

Ci, którzy autentycznie rozumieją, że będziemy żyć z tym wstydem — to ok. 25–30 milionów Rosjan. To mieszkańcy ponadmilionowych miast, którzy wiązali swoje życie z globalnym światem oraz część przedsiębiorców.

Pokolenie 55+, ci "narkomani propagandy", to z kolei ok. 60 milionów ludzi.

Reszta, ok. 20 milionów Rosjan, to ci, którzy wojnę wspierają. Znaczna część tej grupy to budżetówka, całkowicie uzależniona od obecnego systemu. Jak system się rozpadnie, to oni dostaną po głowie od ludzi m.in. za oszustwa wyborcze.

Nie liczymy do tych grup dzieci.

- Czego teraz się spodziewasz? Końca aktywnej fazy wojny czy jej intensyfikacji?

Masowa mobilizacja nie jest w Rosji technicznie możliwa. Oczywiście wcale to nie oznacza, że Putin jej nie ogłosi. Natomiast do takiego ruchu potrzebna jest infrastruktura. A gdzie umieścisz tych ludzi? W jakich częściach kraju? W ZSRR istniały wojskowe miasta, w których znajdował się sprzęt i kilkuset oficerów, gdzie w razie wojny sprowadzano zmobilizowanych do wojska. Tam szlifowali swoje umiejętności pod okiem oficerów i mogli ruszać na wojnę.

Ukraina, Białoruś, Mołdawia i kraje bałtyckie były ważnym elementem tej infrastruktury. Dlaczego po rozpadzie ZSRR Rosja tak źle i podle prowadziła wojnę w Czeczenii? Bo nie było odpowiedniej armii - jej ważne ogniwa pozostały w zachodnich republikach byłego Związku Radzieckiego.

Reforma byłego ministra obrony Anatolija Sierdiukowa z lat 2009–2012 zniszczyła mechanizm mobilizacyjny. Jej celem było stworzenie nowoczesnego wojska, odpowiadającego realnym zagrożeniom dla Rosji. Obecny szef rosyjskiego MON Siergiej Szojgu przez te wszystkie lata udawał, że Rosjan da się zmobilizować. Ale technicznie i na dużą skalę jest to niemożliwe. To zabije wiarygodność władz i spowoduje paraliż.

Mobilizacja oznacza także, że Kreml musi polegać na generałach. Jak Kreml może polegać na wojskowych, skoro im nie ufa? Ufa za to generałom z FSB czy FSO (Federalna Służba Ochrony), którzy zaplanowali tę wojnę.

- Istnieje konflikt między wojskiem a służbami?

Tak i pogłębia się. W całej tej historii wojsko staje się chłopcem do bicia - mimo że wojskowi lepiej niż ktokolwiek inny w Rosji rozumieją, iż nie są gotowi do walki. Wojskowi potrafią uroczyście salutować wygłaszając propagandę o nazistach, ale nie chcą walczyć i nie rozumieją, po co mają to robić. Armia jest niejednorodna – w strategicznych siłach rakietowych czy marynarce wojennej jest znacznie mniej idiotów, niż w siłach lądowych. To ci ostatni są głównymi zbrodniarzami wojennymi.

Próbuję zrozumieć, co się dzieje z poborem, który rozpoczął się 1 kwietnia. Rotacja wojsk powinna nastąpić 20 maja, a ludzie starają się uniknąć wcielenia do wojska. To widać w Rosji. Nie mam pewności, czy uda się znaleźć 130 tys. osób, które planowano zrekrutować.

Pod koniec maja rosyjska armia będzie musiała zwolnić stary pobór z 2021 roku oraz zwolnić żołnierzy kontraktowych z 2020 roku: zdecydowana większość podpisuje średnio jeden kontrakt na dwa lata. Wiosną 2020 roku zaczęła się pandemia, pojawiła się niepewność związana z pracą - wtedy żołnierzy, którzy podpisali umowy, było więcej niż obecnie. Teraz muszą zostać zwolnieni. Zapewne wielu nie przedłuży kontraktów.

- Wojsko Putina będzie strzelać z Morza Kaspijskiego?

Już nie ma do czego strzelać z tego kierunku, a rakiety też się kończą. Pocisk X555, który wystrzeliwany jest z Morza Kaspijskiego, został wyprodukowany w Charkowie pod koniec lat 80. XX w. Ukraina zapłaciła tymi pociskami za gaz w latach 90. A teraz nie ma nikogo, kto mógłby je wyprodukować.

- To zapytam zupełnie inaczej. Czy rosną szanse na rozejm?

Wyobraźmy sobie takowy między Rosją a Ukrainą. I co? Czy sankcje zostaną zniesione? Nie. A żeby teraz zawrzeć pokój z Ukrainą, musimy się wycofać. I to nie do granicy sprzed 24 lutego, czyli z początku inwazji, ale całkowicie z Donbasu - i jakoś rozwiązać problem Krymu. Kreml nie wykazuje gotowości do takich kroków: Rosjanie "okopują się" w Chersoniu, a dziesiątki tysięcy ludzi są wywożone w głąb Rosji.

Widzę dwie opcje. Pierwsza to sytuacja "ani pokoju, ani wojny". Rosja zatrzymuje aktywne działania bojowe, nie prowadzi negocjacji i nie symuluje ich. Sytuacja "bez wojny, bez pokoju" daje jej czas na próbę rotacji wojsk. A w tym czasie może Chiny zaatakują Tajwan, rozpocznie się trzecia wojna światowa i jakoś to będzie. Druga opcja to eskalacja. Może to dotyczyć Mołdawii bądź Finlandii czy Szwecji, które zamierzają przystąpić do NATO.

- Po co? Czy opłaca się Putinowi wciągać NATO w tę wojnę?

Moskwa nie ma nic do stracenia. Nie może już negocjować z Ukrainą. Można było to robić przed szczytem w Ramstein, przed umową Lend-Lease. Teraz Ukraina może przejść do kontrofensywy i nawet wyrzucić armię rosyjską z Krymu, gdy tylko otrzyma niezbędną ilość broni.

Moskwa może próbować wciągnąć Pakt Północnoatlantycki w konflikt w nadziei, że nie wszyscy jego członkowie staną w obronie np. Polski, Estonii, Rumunii, a tym bardziej Mołdawii czy Finlandii. Spowodować kryzys, rozbicie w NATO i wygrać - taka może być strategia Kremla.

- Kreml jeszcze nie zrozumiał, że NATO zareaguje ostro?

Nadal uważają, że NATO tego nie zrobi. Tamtejsi analitycy piszą jakieś absolutne dyrdymały, będące myśleniem życzeniowym. Może sami wierzą, że Zachód to "słaby gnojek".

- Wyobraźmy sobie najczarniejszy scenariusz. Rozpoczęło się coś w rodzaju trzeciej wojny światowej. Co z bronią jądrową? Co to jest "eskalacja w celu deeskalacji"?

To demonstracyjny atak nuklearny gdzieś na niezamieszkanym obszarze. Można go nawet przeprowadzić na własnym terytorium, na przykład na Nowej Ziemi (grupa wysp na Oceanie Arktycznym, należąca do Rosji - red.). Celem byłoby psychologiczne złamanie Zachodu, podczas gdy Rosja zademonstrowałaby gotowość i determinację do użycia broni jądrowej. Jeśli to nie zadziała, a wróg nie chciałby negocjacji - czyli owej deeskalacji, kolejnym krokiem byłoby użycie broni jądrowej przeciwko wojsku lub miastom.

I to jest najgorszy scenariusz. Choć już czas najwyższy pomyśleć o takowym i najwyżej się pomylić. Broń nuklearna to nie koniec świata, ale koniec Rosji, bo cały świat zareaguje tak ostro, jak to tylko możliwe. A nie ma pewności, że jeśli Kreml wyda rozkaz użycia broni jądrowej, to dojdzie do jej skutecznego użycia. Ludzie, którzy będą musieli wypełnić ten rozkaz, są znacznie młodsi od Putina i jego świty. Mają żony i dzieci. Są naukowcami nuklearnymi, których dzieli ogromna przepaść intelektualna od oddziału, który gwałcił dzieci i kobiety w Buczy.

- Aby ofensywa w Donbasie zakończyła się sukcesem dla Rosji, jej "kleszcze" muszą na zachodzie sięgać linii Charków–Dniepr–Zaporoże. A ofensywa idzie kilkadziesiąt kilometrów na wschód od tej linii.

Ofensywa się nie udaje się i mam nadzieję, że się nie uda.

- To co w takim razie zostanie ogłoszone 9 maja? Wojna czy zwycięstwo?

Jeśli zostanie wypowiedziana wojna, to nie Ukrainie, a NATO. Nie można już wypowiedzieć wojny Ukrainie — skoro od trzech miesięcy mówisz, że wszystko idzie zgodnie z planem.

wp.pl

Ubrany na czarno Mykoła Mykytczuk, dyrektor szkoły w Katiużance, snuje się między klasami. Mijają go kolejne osoby. Kobieta niesie wiadro z wodą, mężczyzna wynosi worki pełne śmieci. Od chwili wyzwolenia w szkole trwa wielkie sprzątanie. Podłoga jest już czysta, ale smród i tak uderza z każdej strony. Trudno wziąć głęboki wdech.

– Rosyjscy żołnierze w klasach zrobili sobie toalety. Srali tam, gdzie stali. Wszędzie znajdujemy ich odchody – mówi Mykytczuk z obrzydzeniem.

Budynek z białej cegły wyróżnia się na tle wiejskiej zabudowy. Nowe okna, rynny i dach. Niedawno udało się kupić ponad 40 komputerów, urządzić sale multimedialne i wyremontować stołówkę. Mykytczuk poświęcił szkole całe życie. Zarządza nią od trzydziestu lat. Rosjanom wystarczył miesiąc, by wszystko zniszczyć.

Kiedy zaczęła się inwazja na Ukrainę, nikt w Katiużance nie wierzył, że wieś może znaleźć się w epicentrum wydarzeń. Nikt nie myślał o ewakuacji. Mieszkańcy wsi nawet ściągali rodziny i bliskich z Kijowa. Sądzili, że na przedmieściach będą bezpieczni.

Nie przewidzieli jednak, że wojsko ukraińskie wysadzi most przez rzekę Irpień, by utrudnić Rosjanom dotarcie do stolicy. Od tej chwili jedna z niewielu dróg do Kijowa prowadziła właśnie przez Katiużankę.

Czołgi, wozy opancerzone, ciężarówki wypakowane sprzętem. Rosyjskie kolumny bez przerwy sunęły przez centralną ulicę Katiużanki. Wszędzie było słychać dźwięk toczącego się żelaza. Rosjanie jechali pewni siebie. Wierzyli, że zdobędą Kijów w dwa, góra trzy dni.

Po pierwszej odsieczy i rozgromieniu kolumny w Buczy zdali sobie sprawę, że blitzkriegu nie będzie. Musieli się okopać. Zdecydowali, że w Katiużance stworzą centrum dowodzenia, skąd będą prowadzić ofensywę na Buczę, Irpień i Hostomel.

Mieszkańcy wsi znaleźli się w pułapce. W ciągu kilku dni wszędzie powstały punkty kontrolne. Rosjanie ukradli koparkę z technikum rolniczego i rozkopali niemal całą wieś.

Okopy były wszędzie, wzdłuż ulic, obok domów, a nawet na dziecińcu szkoły Mykytczuka. Tam schowali ponad dwadzieścia transporterów opancerzonych i czołgów. Przy okazji zniszczyli sieć energetyczną i wodociągi. Cała wieś była odcięta od mediów.

- W ciągu kilku dni Katiużanka znalazła się w głębokiej okupacji. W pewnym sensie mieliśmy szczęście, bo dzięki temu, że Rosjanie tu stacjonowali, nie prowadzili ostrzału wsi. Szukali tylko mężczyzn – opowiada Mykytczuk.

Okupanci mieli dokładne listy z nazwiskami ukraińskich żołnierzy i pracowników służb mundurowych.

Do domu Anatolija, emerytowanego nauczyciela geografii, przyszli z pytaniami o syna, który służy w policji konnej. - Powiedziałem, że go nie ma, ale i tak przetrzepali cały dom. Na koniec zastrzelili psa, bo na nich szczekał – opowiada mężczyzna o kuli przed bordowym ogrodzeniem swojego domu. Na podwórku powiewa ukraińska flaga na wysokim maszcie.

Mieszkańcy wsi byli bezbronni. Mężczyźni z doświadczeniem bojowym pojechali, by walczyć o Kijów. Obrona terytorialna nie zdążyła się zorganizować. Mieszkańcy opowiadają, że w całej Katiużance nikt nie miał nawet sprawnego karabinu. Zostały im trzy kamizelki kuloodporne i dwa magazynki.

Ludzie zeszli do piwnic na kilkanaście dni. - Rosjanie sprawdzali każdy dom. Chodzili z termowizorami. Pewnego dnia zapukali do naszej piwnicy i kazali natychmiast otworzyć. "Przecież wiemy, ile was jest. Sześcioro dorosłych i dziecko. Albo otwieracie, albo wrzucamy granat". Kiedy wyszliśmy powiedzieli: "Nie bójcie się, jesteśmy tu, żeby was wyzwolić" – opowiada trzydziestokilkuletni Oleksandr, lekarz, który przyjechał do Katiużanki pierwszego dnia wojny.

Nie chciał odwoływać umówionych pacjentów. Przy okazji zabrał żonę i dziewięciomiesięcznego syna, bo we wsi mieszka ich ciotka. Kiedy skończył konsultacje, nie było już szans, żeby stąd wyjechać.

- Rosjanie szukali broni i zabierali telefony. Obawiali się, żeby miejscowi nie przekazywali informacji o lokalizacji wojsk. Podsłuchiwali wszystkie rozmowy. Dokładnie wiedzieli, kto do kogo dzwonił i na jaki temat rozmawiał – relacjonuje lekarz.

Po dwóch tygodniach okupacji Oleksandr zaczął odwiedzać chorych. Wiedział, że potrzebują wsparcia. Rosjanie obserwowali każdy jego ruch. Raz na jednym z punktów kontrolnych kazali mu się rozebrać. Na dworze było niewiele powyżej zera, a oni powiedzieli, że szukają "nazistowskich tatuaży". Puścili go, szedł w samych bokserkach przez wieś.

W Katiużance zaczęło brakować wszystkiego. Rosjanie tylko raz wpuścili konwój humanitarny. – Na całą wieś dostaliśmy kilka kartonów bandaży i leki przeciwbólowe. Kadyrowcy zniszczyli zapasy z naszej lecznicy. Szukali psychotropów, bo Koran zabrania im picia alkoholu – mówi lekarz.

Oleksandr wiedział, że bez zapasu leków nie ma szans na cuda. Najpierw w męczarniach umierały osoby z nowotworami, potem z problemami kardiologicznymi, a na koniec cukrzycy bez dostępu do insuliny. Łącznie piętnaście osób. Mieszkańcy owijali ciała w prześcieradła i chowali bez trumny.

Jeden cud się jednak wydarzył. – Trafił do mnie mężczyzna z raną w żebrach. Rosjanie wyciągnęli odłamek, który tam utkwił, ale zabandażowali ranę bez dezynfekcji. Miał 40 stopni gorączki, zaczęła się sepsa. Wiedziałem, że muszę go operować. Bez znieczulenia i chirurgicznych narzędzi.

Sąsiadka przyniosła domową nalewkę. Lekarz obmył w niej nożyczki do paznokci, a pacjentowi kazał zagryźć patyk zębami. Trzymały go cztery osoby. Oleksandr na żywca wycinał gnijące tkanki. Pacjent z bólu stracił przytomność. Przeżył.

Pierwszego dnia po zakończeniu okupacji Mykoła Myktchuk wszedł na dziedziniec szkoły. Rozejrzał się i zapłakał. Rozryte boisko przypominało wielką piaskownicę. Na tyłach szkoły, tuż pod oknami, zobaczył grób. Pochowano tam starsze małżeństwo. Próbowali ewakuować się z Katiużanki, ale Rosjanie ostrzelali ich samochód. Mężczyzna zmarł na miejscu. Kobieta wykrwawiała się godzinami w szkolnej piwnicy.

W pierwszych dniach wojny ludzie szukali w szkole schronienia. Kiedy zaczęła się okupacja, Rosjanie urządzili w niej salę tortur dla mężczyzn, których uznali za zagrożenie.

W środku nic nie przypominało dawnej szkoły. Drzwi do klas były wyważone. Meble w kawałkach porozrzucane po korytarzach. Wszystkie kamery monitoringu zniszczone. Komputery rozkradzione. Po projektorach zostały tylko uchwyty. Z jadalni zniknęły stoły, krzesła, garnki, zlewozmywaki, a nawet piec konwekcyjno-parowy.

(...)

Na korytarzach porozwieszali fragmenty "Czerwonej Gwiazdy", oficjalnej gazety Ministerstwa Obrony Narodowej. Po szkole walały się radzieckie encyklopedie odkopane ze starych zbiorów. Jedna była otwarta na haśle "wojna ojczyźniana".

Zostawili też politinformację, czyli prasówkę dla żołnierzy. To jej fragment: "Pracownicy sfery budżetowej z Sachalinu wysłali do lokalnej redakcji list, w którym informują, że z własnej woli zwrócili się z prośbą o odliczenie z ich pensji wynagrodzenia za jeden dzień pracy na rzecz funduszu w Rostowie, wspierającego uchodźców z Ukrainy. Ci, którzy nie zgodzą się na dobrowolny datek, trafią na specjalną listę, z którą zapozna się kierownik zakładu".

W innym propagandowym artykule autor twierdzi, że w ostatnich latach Ukraina realizowała plany zagranicznych służb specjalnych. Operacja miała polegać na przesiedlaniu ukraińskich nacjonalistów z zachodu na wschód kraju, żeby niszczyć rosyjskojęzyczne regiony.

- Przecież oni traktują swoich żołnierzy jak idiotów. Kto miałby w to wszystko uwierzyć? – pyta z niedowierzaniem Hanna, nauczycielka języka ukraińskiego. W jej klasie rosyjscy żołnierze też urządzili "rekonstrukcję historyczną". Nad tablicą, na miejscu wyhaftowanego portretu narodowego wieszcza Tarasa Szewczenki, powiesili wypalonego w drewnie Lenina.

- Nie wiem, skąd go wytrzasnęli. Na szczęście nie zniszczyli mojego Szewczenki. Sama go zrobiłam. Zaczęłam w 2014 roku, kiedy zaczęła się wojna w Donbasie. Musiałam się czymś zająć. Wmawiałam sobie, że zanim go skończę, będzie już po wojnie. Minęło osiem lat, a wojna przyszła do nas.

Szewczenko przetrwał i wrócił na swoje miejsce. Po wyzwoleniu Hanna codziennie przychodzi do szkoły, żeby posprzątać klasę i zdezynfekować zabawki dla najmłodszych uczniów. Wciąż czuje obrzydzenie na myśl o tym, że dotykali ich Rosjanie.

– Mamy kredę i tablicę, więc damy sobie radę. Po tym, co tutaj zobaczyłam, wiem, że jeszcze za naszego życia zobaczymy, jak wygląda rozpad imperium. Już z kolegami się zakładamy o to, na ile części rozleci się Rosja. Na samą myśl o tym w jej oczach widać blask.

Z każdym kolejnym dniem dyrektor Mykytchuk coraz mocniej czuł, że nie został sam. Zaczął odzyskiwać wiarę, że szkoła znowu zacznie działać, a on będzie mógł opowiadać, jak naprawdę wygląda "russkij mir". Już nawet zaczął oprowadzać po szkole wszystkich chętnych.

W klasie do informatyki rosyjscy żołnierze na dwóch tablicach zostawili propagandowe odezwy do uczniów.

"Dzieci, sukcesów wam w nauce. Wojna się zakończy i będziecie odbudowywać swoją ojczyznę. Bądźcie sprawiedliwi i uczciwi ze sobą, wyciągajcie rękę do tych, którzy potrzebują pomocy. Mamy nadzieję, że pozostaniemy przyjaciółmi. Zostańcie w przyszłości lekarzami, inżynierami, nauczycielami – tymi, którzy niosą pokój. Niech Bóg was chroni! I jeszcze raz przepraszamy, że zajęliśmy waszą szkołę". (…)

"Dzieci, wybaczcie, że pozostawiamy taki bałagan. Staraliśmy się zachować porządek, ale były ostrzały. Żyjcie w pokoju, chrońcie siebie i nie powtarzajcie błędów, jakie popełnili wasi dorośli. Ukraina i Rosja – to jeden naród. Pokój wam, bracia i siostry!".

O wiele bardziej wymowne wydaje się jednak przesłanie w porzuconym dzienniku jednego z rosyjskich żołnierzy.

Konstantyn, jak sam o sobie pisze, zaczął relację 13 marca, kiedy rosyjskie wojska od ponad dwóch tygodni okupowały wieś.

"Pojechaliśmy na ćwiczenia, a wylądowaliśmy na wojnie" – zaczyna swój pamiętnik. "Siedzę w Katiużance, to taka wioska. Studiuję dokumenty szkolne. Jeszcze nie pogodziłem się z tym, że jestem w obcym kraju. Nadal nie wierzę w wojnę. Nadal nie wiem, czy to wszystko jest w porządku".

(...)

Dziennik Konstantyna został porzucony wraz z innymi dokumentami. Rosyjscy żołnierze w pośpiechu wycofywali się z obwodu kijowskiego. Zostawili m.in. listę dezerterów, kopie kontraktów wojskowych i paszportów.

Mykoła Mykytchuk wszystkie znalezione dokumenty przekazał ukraińskiej Służbie Bezpieczeństwa. Wśród nich była lista 523 Rosjan, którzy stacjonowali we wsi. Obywatele Czuwaszji, Baszkirii i Czeczenii. Większość w bardzo młodym wieku. Wszyscy wymienieni z imienia i nazwiska.

Hanna, nauczycielka języka ukraińskiego, zdradza jeszcze jeden szczegół. – Zniszczyli bardzo dużo książek, ale "Zbrodnię i karę" ocalili. Wyciągnęli ją nawet na wierzch. Nie wiem, czy w ogóle potrafili czytać, a nawet jeśli, czy cokolwiek by zrozumieli. Wierzę, że i bez Dostojewskiego przekonają się, że nie ma zbrodni bez kary.

wp.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Macie kilka linii telefonicznych. Jedną do pytań ogólnych, jedną do pomocy psychologicznej ofiarom wojny. Ile ludzi już się do was zwróciło?

Ludmyła Denisowa, rzeczniczka praw obywatelskich Ukrainy: Tak, mamy linię telefoniczną, funkcjonującą od pierwszego dnia wojny. Otrzymaliśmy już 33,5 tys. telefonów. Od 1 kwietnia funkcjonuje także wspierana przez UNICEF linia pomocy psychologicznej. Codziennie telefony odbierają koordynator i dwaj psycholodzy. Do wczoraj otrzymaliśmy 830 telefonów. Liczba dzwoniących stale rośnie. Przede wszystkim pomocy psychologicznej szukają ofiary gwałtów. Początkowo dzwonili ludzie z przedmieść stolicy, teraz wiele dzwoni z obwodu czernihowskiego. To nie tylko kobiety, ale i mężczyźni.

- Czy istnieją ogólne statystyki dotyczące przemocy seksualnej popełnianej przez wojska rosyjskie wobec Ukraińców?

Ile osób zostało ofiarami przemocy seksualnej – tego jeszcze nie wiemy. Ale rozumiemy, że to znacznie więcej niż te 830 osób, które już do nas zadzwoniły. Rosjanie gwałcili kobiety, mężczyzn, nastolatków i dzieci. Wiele dziewczynek w wieku 13-14 lat jest obecnie w ciąży i nie może dokonać aborcji. Zostało zgwałconych wielu małych chłopców. Osoby, które widziały tę przemoc, również potrzebują pomocy psychicznej. Przemoc seksualna miała dwie główne cechy.

Po pierwsze, napastnicy gwałcili tę samą dziewczynę dziesiątki razy z rzędu. Ofiary mówią, że "raszyści" (Rosjanie – red.) krzyczeli, że będą je gwałcić tak długo, aby nigdy po tym nie mogły zajść w ciążę lub nigdy już nie chciały tego zrobić i nie urodziły ukraińskich dzieci.

Po drugie, robili to publicznie. Dzieci były gwałcone na oczach rodziców, a rodzice na oczach dzieci. Mamy przypadek, w którym 6-letni chłopiec został zgwałcony na oczach swojej matki. Chłopiec stał się całkowicie siwy, a kobieta zmarła. Był przypadek, gdy 11-letniego chłopca gwałcili przez 10 godzin na oczach jego matki, która była przywiązana do krzesła. Siostry opowiedziały, że dwaj mężczyźni zgwałcili jedną z nich, a trzeci trzymał drugą tak, aby musiała to widzieć. Krzyczeli, że tak będzie z "każdą nazistowską prostytutką". Robili to na ulicach. W maskach. Ofiary mówią, że z ich głosów jasno wynika, że ​​gwałcicielami są młodzi ludzie w wieku 20-25 lat. A teraz ci Ukraińcy szaleńczo boją się spotkać swojego kata na ulicy i go nie rozpoznać. Przemoc seksualna to także broń wykorzystywana przez Rosjan do niszczenia narodu ukraińskiego. To jest ludobójstwo.

- Obecnie w Mariupolu utrzymuje się bardzo trudna sytuacja. Co się tam teraz dzieje? Ilu cywilów pozostało jeszcze w mieście?

Miasto zostało praktycznie zniszczone. Część została zajęta przez "raszystów". Przybyli tam wysocy urzędnicy z Rosji. Zwiedzają miasto przed paradą 9 maja. Zamierzają przebrać cywilnych mieszkańców w mundury Sił Zbrojnych Ukrainy i zorganizować "paradę więźniów". Pod postacią jeńców wojennych poprowadzą zwykłych ludzi ulicami Mariupola.

Azowstal pozostaje pod naszą kontrolą. Świadkowie z Mariupola, którzy dzwonią na infolinię, mówią, że Rosja próbuje teraz zniszczyć dowody swoich zbrodni. Zmuszają mieszkańców do odkopania masowych grobów, w których porzucono zabitych mieszkańców, a następnie palą ciała. Działają tam mobilne krematoria. W pobliżu Mariupola znajduje się masowy grób o długości 300 m. Trudno sobie nawet wyobrazić, ilu tam jest cywilów! Bo wszyscy pamiętamy, ile ciał leżało w grobach w Buczy. Więc ile jest w 300 metrach? I niszczą te ciała, a bliscy zmarłych mogą już nigdy nie poznać losu swoich bliskich. Nawet nie będą w stanie ich pochować. Ciała są również wywożone z miasta ciężarówkami.

- Wiadomo, że wiele osób z Mariupola jest przymusowo deportowanych do Rosji. Ilu Ukraińców zostało już deportowanych? Jaki jest ich los?

Ponad 200 tys. mieszkańców Mariupola zostało przymusowo deportowanych z Ukrainy do Rosji. Najpierw przechodzą przez obozy filtracyjne. Losy osób, które nie przeszły przez te obozy, są nieznane. Co więcej, wiem na pewno, że przed wojną Rosja sporządziła listy przesiedleń naszych obywateli na całym swoim terytorium. Dokumenty wskazują, ile osób i gdzie dokładnie należy przesiedlić w poszczególnych okręgach. Tak więc teraz przymusowo deportowani Ukraińcy znajdują się w prawie wszystkich regionach Rosji.

Poszukujemy ponad 16 tys. naszych obywateli, z czego jedna czwarta to mieszkańcy Mariupola. Obecnie staramy się pomóc tym ludziom wyjechać z Rosji do Europy. Ale ich paszporty zostały skonfiskowane i trudno jest potwierdzić ich tożsamość. W sumie, według rosyjskich mediów, "raszyści" deportowali już ponad milion Ukraińców. Spośród nich – 200 tys. dzieci. A także ponad 2 tys. sierot z internatów. Po prostu kradną nasze dzieci. Uczą ich języka rosyjskiego, wystawiają rosyjskie dokumenty. Niszczą ich tożsamość narodową. To także przejaw ludobójstwa.

- Wymieniamy jeńców wojennych. W jakim stanie wracają nasi obrońcy?

Zwolniono już ponad 100 ukraińskich żołnierzy. Wracają do nas po prostu w strasznym stanie. Na przykład niektórzy zostali wzięci do niewoli w Mariupolu i torturowani przez "kadyrowców". Nałożyli im worki na głowy, okleili oczy taśmą, przywiązali ręce do stołu i włączyli piłę łańcuchową. A ludzie nie rozumieli, który palec lub rękę im teraz odetną. Słyszeli tylko ten okropny dźwięk. Następnie przewieziono ich do tzw. DNR (samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej – red.), gdzie rannych przetrzymywano bez wody, żywności i lekarstw. Dwie osoby były w bardzo ciężkim stanie, ale nie podano im nawet środków przeciwbólowych. Następnie jeńcy ci zostali wywiezieni do Rostowa, Kurska, Taganrogu, Briańska. Byli przesłuchiwani przez śledczych FSB przez miesiąc. 30 osób otrzymywało dziennie 1,5 litra wody na wszystkich. Ciągle byli upokarzani. Nie byli zabierani do toalety.

Dopiero potem zostali zabrani do Sewastopola, gdzie po raz pierwszy zostali nakarmieni i w ogóle zarejestrowani. Ludzie potrzebują pomocy psychicznej, mają wiele zaburzeń. Po niewoli leczymy ich, bo normalny człowiek nie może tego znieść.

Była kolejna duża wymiana – 86 osób, kiedy do Ukrainy wrócili obrońcy Wyspy Węży. Więc wiecie, jak ich gnębili Rosjanie? Biorąc ich do niewoli, "raszyści" zabrali mężczyznom buty, napełnili je wodą i ponownie założyli. A potem więźniowie leżeli twarzą do ziemi na mrozie przez trzy lub cztery dni. Mężczyźni z odmrożonymi kończynami i przepaskami na oczach zostali wywiezieni do rosyjskich obozów, gdzie byli przesłuchiwani 3-4 razy dziennie i brutalnie bici. Okupanci zgodzili się na wymianę tych ciężko chorych osób z odmrożonymi kończynami i palcami nóg. Transportowali ich do wymiany na platformach towarowych przez pięć godzin.

Upokarzane były wojskowe kobiety. Obcięto im włosy i całkowicie rozebrano do naga w obecności mężczyzn. W języku agresora – nazywa się to "opuścić". Upokorzenie jest nieludzkie. Rosja stale łamie Konwencję Genewską. Nie może być takiego stosunku do więźniów!

(...)

- Chersoń znajduje się obecnie pod okupacją rosyjską. Wielu dziennikarzy i aktywistów już tam zniknęło. Mówiła pani, że Rosjanie zbudowali specjalne więzienie do tortur. Czy mamy jakieś informacje z Chersonia?

Mam tam dwóch pracowników i otrzymujemy od nich informacje. W Chersoniu mamy areszt przedprocesowy i trzy więzienia. Oczywiście więźniowie to także są nasi ludzie, którzy już odsiadują wyroki. A to bardzo niebezpieczna sytuacja, bo "orkowie" chcą dać więźniom broń i zmusić ich do walki z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. A jest ich tam ponad 2 tysiące!

Okupanci założyli w Chersoniu sale tortur. Na przykład aresztowali teraz byłego burmistrza. Próbują nakłonić go do współpracy. Trzyma się bardzo dzielnie. Ale nikt nie wie, jak długo wytrzyma.

Ludzie są łapani na ulicach. Po prostu znikają. Okupanci chcą przeprowadzić przymusową mobilizację, by wysłać Ukraińców na front. I wszyscy rozumieją, że chcą ich wystawić do przodu, jak mięso armatnie. I wyobraźcie sobie, co to będzie oznaczać dla armii ukraińskiej, która nie może strzelać do swoich, zmuszanych do pójścia przeciwko nim ludzi.

- Wiadomo, że Rosjanie wyprowadzają z okupowanych terytoriów plony, które zabierają rolnikom. Czy grozi to głodem?

Obecnie obsiewane są tereny Ukrainy, na których nie toczą się żadne działania wojenne. Uruchomiono program "Ogrody Zwycięstwa". Obecnie ludzie sadzą warzywa w kwietnikach, w parkach, na balkonach. Ale ryzyko głodu w Ukrainie pozostaje. Przecież jedna czwarta zapasów została już skradziona z okupowanych terytoriów, warzywa z magazynów są eksportowane na Krym i do Kraju Krasnodarskiego. Ale mam nadzieję, że uda nam się uniknąć głodu. I wiem na pewno, że wytrzymamy i na pewno wygramy!

onet.pl

Maria Tsiptsiura: Przez ponad miesiąc Czernihów był oblegany, pod ciągłym ostrzałem. Jak po ataku żyje miasto?

Pracujemy przy usuwaniu gruzu i śmieci. Przez długi czas składowisko, które znajdowało się na terenie działań wojennych na przedmieściach, było zamknięte. Śmieci wyrzucaliśmy więc tymczasowo na terenie, na którym planowaliśmy budowę Pałacu Sportu. A teraz transportujemy ten ogrom śmieci na właściwe wysypisko. Dodatkowo usuwamy blokady i barykady. Mieszkańcy pomagają pracownikom komunalnym. Ogłosiliśmy tydzień projektowania krajobrazu. Głównym problemem jest odbudowa infrastruktury, choć to skomplikowane, bo wojna się nie skończyła i wciąż jest ryzyko nowej ofensywy. To odstrasza nas od wydawania pieniędzy na poważne projekty i poważne naprawy. Wykonujemy naprawy bieżące i staramy się to robić jak najtaniej. Naszym celem jest jak najszybsze dostarczenie ludziom wody, ciepła i innych mediów. Wierzę, że za trzy miesiące poradzimy sobie z naprawą i 95 proc. mieszkańców otrzyma wszystkie usługi infrastruktury krytycznej.

Wielu Ukraińców przeniosło się teraz do bezpieczniejszych regionów, w których mieszkają i wydają pieniądze. Firmy się rozruszają. A nasza gospodarka praktycznie nie funkcjonuje. Potrzebne są programy ożywienia i zachęty do rozwoju w najbardziej dotkniętych wojną regionach.

Czy ludzie nadal żyją bez wody i ogrzewania?

Niektórzy jeszcze tak. Połowa przepompowni w wodociągach została zniszczona, pozostałe pracują w mocno awaryjnym trybie, cały czas kontynuujemy prace konserwatorskie.

Od pierwszego dnia wojny wokół Czernihowa toczyły się zaciekłe walki. Który dzień był najstraszniejszy i najtrudniejszy?

Pierwsze dni wojny były bardzo trudne. Istniała groźba, że ​​wróg zdoła zdobyć miasto. Mieliśmy katastrofę humanitarną. Nie mogliśmy dostarczyć wody, nie było ogrzewania ani prądu. Ludzie żyli w skrajnie trudnych warunkach. Sklepy i apteki prawie nie działały. A w pobliżu tych sklepów, które były otwarte, stały ogromne kolejki. Ludzie gotowali na ogniskach na podwórzach. Bez prądu nie da się zaopatrzyć miasta w wodę. Można ją pompować za pomocą generatorów na paliwo, ale na początku wojny było ich za mało. Te, które były dostępne, pompowały wodę ze studni. Kiedy rozwiązaliśmy problem z generatorami, pojawił się nowy: nie mieliśmy tylu zbiorników na wodę. Nie możesz być w stu procentach gotowy na wojnę.

Ile ludzi opuściło miasto?

Szacujemy tę liczbę na podstawie danych z sieci telefonii komórkowych. Do końca marca wyjechało ok. 200 tys. osób, 87 tys. pozostało.

Czernihów był blokowany przez ponad miesiąc, ale wróg nie był w stanie wedrzeć się do miasta. Nie było walk ulicznych. Szykowaliście się na nie?

Tak. Istniało ryzyko, że Rosjanie włamią się do miasta. Zbudowaliśmy punkty kontrolne, stworzyliśmy przeszkody dla czołgów, aby musiały zwolnić, żebyśmy mogli użyć koktajli Mołotowa. Przygotowaliśmy ich naprawdę dużą liczbę. Ludzie, którzy zaciągnęli się do obrony terytorialnej, otrzymali broń i przygotowywali się do obrony miasta na ulicach. Zrozumieliśmy, że w starciu z armią rosyjską ze sprzętem i bronią nasze szanse na przetrwanie w bitwach ulicznych nie były zbyt duże. Ale taką decyzję podjęła duża liczba osób. Ja również byłbym zaangażowany w obronę miasta z ludźmi. I umarłbym wraz z nimi. Nie było mowy o poddaniu miasta. Nasze miasto jest sercem Rusi Kijowskiej, nikt nigdy nie poddał Czernihowa. To po prostu nie mogło się zdarzyć. Trzymaliśmy się ludzi, historii i naszych przodków. A dziś Czernihów jest symbolem siły, która zatrzymała wroga.

Jak zrujnowane jest miasto?

Prywatne domy są niszczone w 50 proc. Bloki w ok. gdzieś około 20. Uszkodzonych zostało prawie 40 tys. mieszkań, całkowitemu zniszczeniu ponad 10 tys. Plus infrastruktura krytyczna. Na przykład trzy z istniejących pięciu przepompowni wody, trzy trafione bombami szkoły, w których zginęło wiele osób. Na szczeblu państwowym powinniśmy zaangażować najlepsze światowe firmy konsultingowe, które potrafią kompleksowo ocenić wyrządzone nam szkody. Żeby ich wnioski zostały zaakceptowane przez sądy międzynarodowe i żeby Rosja zrekompensowała poniesione straty.

Ilu mieszkańców zginęło w oblężeniu Czernihowa?

292 osoby bezpośrednio w wyniku walk. To cywile, którzy znaleźli się pod bombardowaniem, minami i ostrzałem artyleryjskim, pod gruzami. Kolejne 772 osoby zginęły nie w wyniku działań wojennych. Większość z nich to osoby starsze, które nie otrzymały na czas pełnej opieki medycznej i nie wytrzymywały obciążenia nerwowego. Liczba nadmiarowych zgonów jest sześć razy wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Kolejnych tysiąc cywilów zostało poważnie rannych, w tym np. z oderwanymi kończynami. Programista szedł się do pracy. W pobliżu niego wybuchła mina i oderwała mu nogę. Takich ludzi są setki.

A co z obszarami wokół miasta, na których toczyły się walki. Czy są rozminowywane?

Powtarzam, że można chodzić tylko po asfalcie. Nie możesz iść na żaden teren zielony. Nie daj Boże wybrać się na łono natury poza miastem. Mieliśmy już przypadek, kiedy trzy osoby wyleciały w powietrze na obrzeżach miasta. Nie przeprowadziliśmy jeszcze pełnej inspekcji cmentarza. Przeprowadzamy rozminowanie, co z kolei spowalnia siew. Nadal jest duży problem z żelastwem pozostawionym na polach. Ale pracujemy nad tym.

onet.pl