Retrospekcja: niecałe dwa tygodnie temu amerykański Departament Sprawiedliwości poinformował opinię publiczną, że w sprawie zmarłego przestępcy seksualnego Jeffreya Epsteina "obciążająca lista klientów" jednak nie istnieje i że dalsze śledztwo uznano za "nieuzasadnione". To całkowita zmiana stanowiska prokurator generalnej Pam Bondi, która jeszcze niedawno w telewizji twierdziła, że lista leży na jej biurku i jest gotowa do wglądu.
Po ostatnim oświadczeniu Bondi nastąpiło coś, co obserwatorzy uważali dotychczas za nie do pomyślenia: implozja ruchu "Make America Great Again" [MAGA], który dotychczas niezłomnie popierał Trumpa. Gniew najwierniejszych zwolenników Trumpa, że rzekomo największy skandal w historii Stanów Zjednoczonych nie wyjdzie jednak na jaw, rośnie z każdą godziną.
Filmy przedstawiające palenie czapek MAGA rozprzestrzeniają się w sieci, media społecznościowe są pełne nienawistnych komentarzy, a republikańscy politycy w Waszyngtonie – choć nieśmiało i nadmiernie ostrożnie – starają się pokazać swoim wyborcom: "Tak, tak, to jest ważne. Traktujemy to poważnie".
Cokolwiek robi prezydent, afera Epsteina po prostu nie chce zniknąć. Jak dotąd Donald Trump:
- zwolnił prokurator prowadzącą sprawę Epsteina,
- opublikował dziesięciogodzinne nagranie z monitoringu celi więziennej Epsteina, które ma wykazać, że Epstein rzeczywiście popełnił samobójstwo, a nie został zamordowany — tyle tylko, że w nagraniu brakuje aż trzech minut.
- podczas kilku wystąpień podkreślał, jak "nudna" jest sprawa Epsteina i że jego zwolennicy powinni raczej skupić się na licznych sukcesach republikanów.
- polecił prokurator generalnej Bondi opublikować tę część akt sprawy, z którą zapoznała się ława przysięgłych w procesie Epsteina.
Nic nie pomogło. Problem Donalda Trumpa jest bardziej lepki i uporczywy niż wszystko, z czym dotychczas miał do czynienia.
(...)
Dla Trumpa sytuacja pozostaje niezwykle niekomfortowa, choć nie stanowi dla niego zagrożenia politycznego. Jego kluczowa ustawa finansowa [tzw. wielka, piękna ustawa] została przyjęta przez Kongres USA, a on sam nie musi już walczyć o reelekcję. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja jego wiceprezydenta J. D. Vance'a.
Vance sam domagał się kiedyś, aby akta Epsteina zostały opublikowane w nieocenzurowanej formie. Teraz ten zwykle wygadany i lubiący upubliczniać swoje opinie wiceprezydent nagle zamilkł. Przez wiele dni odmawiał komentarza w sprawie afery Epsteina. Dopiero po pojawieniu się artykułu o liście gratulacyjnym Trumpa w "Wall Street Journal" opublikował gniewny tweet: co warto zaznaczyć, uderzył w gazetę, a nie w Trumpa czy tych, którzy coraz bardziej domagają się opublikowania akt.
"Wybacz mój język, ale ta historia /to/ kompletne i kompletne bzdury. WSJ powinien się wstydzić za jego opublikowanie.Gdzie jest ten list? Czy byłbyś zszokowany, gdy dowiadujesz się, że nigdy nam tego nie pokazali przed opublikowaniem? Czy ktoś szczerze wierzy, że to brzmi jak Donald Trump?"
onet.pl