niedziela, 21 września 2025



Oczekuje się, że w najbliższej przyszłości na Kremlu Kazańskim zostanie mianowany kolejny asystent Raisa republiki. Według źródeł «Tatar-inform» będzie /nim/ Bohater Rosji, generał pułkownik Alexander Lapin – jest jedną z najbardziej znanych postaci współczesnej armii rosyjskiej /:D - red./. Przybycie generała wagi ciężkiej do administracji Rustama Minnikhanowa wygląda na sensacyjny krok, który odzwierciedla nowe priorytety kierownictwa Tatarstanu.

Alexander Lapin jest blisko związany z Tatarstanem –, urodził się w Kazaniu w 1964 roku. Po odbyciu służby wojskowej wstąpił do Kazańskiej Wyższej Szkoły Dowodzenia Czołgami, zostając zawodowym wojskowym.

Podczas specjalnej operacji wojskowej, w 2022 roku, Lapin stanął na czele grupy wojsk «Center». Za osobistą odwagę i dowodzenie otrzymał tytuł Bohatera Rosji. Rok później został mianowany Szefem Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych Federacji Rosyjskiej. Następnie dowodził Leningradzkim Okręgiem Wojskowym, a następnie grupą «Sever».

Te kamienie milowe uczyniły Lapina jedną z kluczowych postaci armii rosyjskiej. Jego doświadczenie obejmuje zarówno dowodzenie dużymi formacjami, jak i udział w operacjach strategicznych.

Można przypuszczać, że pojawienie się Lapina w administracji Rais Tatarstan podkreśla zwrócenie uwagi na temat specjalnej operacji wojskowej i wsparcia sił zbrojnych.

 /Ta nominacja wygląda na "zesłanie" ;) - red./

tatar-inform.ru


Od początku wojny w 2022 r. miliardy euro popłynęły z kas największych importerów na świecie wprost do Moskwy. Chiny są dziś absolutnym numerem jeden wśród importerów rosyjskiej ropy. W analizowanym okresie sprowadziły surowiec o wartości około 195 mld euro. /~200 mln euro/m, wobec unijnych 500 mln/n importu ropy przed wojną - red./

Na drugim miejscu uplasowały się Indie, które od 2022 r. gwałtownie zwiększyły zakupy rosyjskiego surowca. Wartość ich importu sięgnęła 134 mld euro. /130 mln euro importu ropy na miesiąc - red./

Wysoko na liście jest też Turcja. To państwo NATO sprowadziła ropę za 72 mld euro. /90 mln/m - red./

Bruksela wprowadziła przez ostatnie trzy lata liczne ograniczenia w imporcie rosyjskich surowców. UE w sumie od 2022 r. jest trzecim największym odbiorcą ropy z Rosji. Wartość zakupów to około 105 mld euro. Zgodnie z obecnym planem import ropy naftowej ma zostać całkowicie wstrzymany do państw UE do końca 2027 r. Kilka dni temu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że ten termin może zostać skrócony.

W gronie pojedynczych państw europejskich są Niemcy, które zakupiły rosyjską ropę za około 13,9 mld euro i Holandia — za 14,9 mld euro. Oba kraje zaczęły ograniczać import tych surowców i obecnie jest on praktycznie zerowy.

W UE są jednak dwa kraje, które bardzo owocnie współpracują z Moskwą. Są to Węgry i Słowacja. Każdy z tych krajów od początku wojny sprowadził w sumie ropę o wartości — odpowiednio 8,3 mld euro — 8 mld euro. Głównym źródłem dostaw jest południowy odcinek rurociągu Przyjaźń, niepodlegający unijnym sankcjom.

onet.pl


"Najbardziej zacięty okres naszego konfliktu zbrojnego z Zachodem w Ukrainie wkracza w fazę końcową. Zdecydowaliśmy się nie używać naszej najstraszliwszej broni, aby ocalić jak najwięcej istnień ludzkich zarówno wśród ludności cywilnej, jak i naszych dzielnych żołnierzy. Mając to na uwadze, doszliśmy do wniosku, że przynajmniej na razie nie osiągniemy takiego samego zwycięstwa w Ukrainie, jakiego dokonaliśmy nad armią Napoleona. Wojna ta zapewniła Europie 40 lat pokoju. Nie przewidujemy również, przynajmniej na razie, klęski Zachodu podobnej do tej, jaką poniosła armia Hitlera"

Ten niezręczny akapit pojawił się [w tekście opublikowanym] na oficjalnej stronie internetowej należącej do Kremla, Rossijskaja Gazeta, rano 8 września i jak dotąd pozostał w dużej mierze niezauważony zarówno w Rosji, jak i na całym świecie.

Autorstwo artykułu przypisano Siergiejowi Karaganowowi, od dawna uważanemu za pseudonim używany przez prezydenta Rosji Władimira Putina [Siergiej Karaganow jest rosyjskim politologiem i publicystą, który pojawia się czasem publicznie u boku Władimira Putina, co nie wyklucza tego, że może "użyczać" mu swojego nazwiska w publikacjach]. Łatwo sobie wyobrazić, jak pisze to z zaciśniętymi zębami, ponieważ najprawdopodobniej został do tego zmuszony — ale przez kogo?

Ten jedyny w swoim rodzaju tekst został opublikowany zaledwie trzy dni po powrocie Putina z wizyty w Pekinie, co sugeruje, że rosyjski dyktator otrzymał zdecydowaną rekomendację, aby wycofać się ze strategii szantażu nuklearnego, która stanowiła istotę całej jego polityki zagranicznej od 18 marca 2014 r.

W swoim (nie)sławnym przemówieniu na Krymie tamtego dnia, przypominającym komentarze Hitlera na temat Sudetów, Putin wziął niejasne, geopolityczne kompleksy i iluzje rosyjskiej "elity" i przekształcił je w sztywne koncepcje: podzielony naród, potrzeba zgromadzenia ziem przodków, przywrócenie rosyjskiego świata.

Nawet najbardziej skromna realizacja tych ambicji odzyskania ziem przodków Rosjan wymagałaby zmiany granic państwowych co najmniej dwóch państw członkowskich NATO: Estonii i Łotwy. Jakie narzędzia mógłby zastosować kraj, poza swoją słynną "duchowością", aby skutecznie zmierzyć się z sojuszem NATO i zaanektować terytorium dwóch jego członków, skoro jest on wyraźnie gorszy od NATO w tak wielu dziedzinach: rozwoju gospodarczym, nauce i technologii, broni konwencjonalnej?

Odpowiedź Putina brzmiała: broń jądrowa i tyle.

I to pomimo powszechnie znanego faktu, że Rosja i NATO znajdują się w impasie, jeśli chodzi o broń jądrową, zgodnie z doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia (MAD). Z pewnością czynnik jądrowy można pominąć we wszelkich kalkulacjach strategicznych?

Rzecz w tym, że nie jest to do końca prawdą. W rzeczywistości jest to całkowicie nieprawdziwe.

Jeśli sytuacja geopolityczna stanie się wystarczająco poważna, mocarstwo nuklearne dążące do zmiany status quo i posiadające wyjątkową wolę polityczną, a także pewną dozę lekkomyślności, może osiągnąć istotne cele polityki zagranicznej wyłącznie poprzez groźbę użycia broni jądrowej.

(...)

Przenieśmy się osiem lat do przodu [od 2014 r.], do wspólnej konferencji prasowej, która odbyła się 9 lutego 2022 r., kiedy to Putin osobiście wygłosił groźbę nuklearną — sformułowaną w bardzo niegramatycznym rosyjskim — skierowaną do prezydenta Francji Macrona, gdyby NATO odważyło się interweniować w imieniu Ukrainy.

"Oczywiście arsenały NATO i Rosji nie są porównywalne. Zdajemy sobie sprawę, że brakuje nam broni konwencjonalnej. Ale wiemy również, że Rosja jest jedną z wiodących potęg nuklearnych na świecie i że pod względem niektórych elementów nowoczesności wyprzedzamy wielu innych".

Od 22 lutego 2022 r. — daty rozpoczęcia pełnej inwazji na Ukrainę — czołowi propagatorzy propagandy Putina (Karaganow, Trenin, Simes), działający na zachodnią publiczność, konsekwentnie powtarzają, że jeśli Zachód zbytnio pomoże Ukrainie w tym konflikcie, Rosja może zdecydować się na "deeskalację poprzez eskalację nuklearną".

Czy zatem nie lepiej jest się nie angażować? Co dziwne, ta strategia zadziałała: bojaźliwi zachodni przywódcy odmówili zdecydowanej interwencji i zamiast tego nałożyli ograniczenia na liczbę i rodzaj broni, która mogła być wysyłana do Ukrainy, a także ograniczenia dotyczące jej użycia. Powtarzali tę samą mantrę: "w żadnym wypadku nie możemy pozwolić na eskalację".

Co więc wydarzyło się w Pekinie? Dlaczego tak skuteczna strategia nagle upadła z upokarzającym skowytem? Dlaczego maniakalny rosyjski terrorysta nuklearny Karaganow podpisał dokument oficjalnie ogłaszający urbi et orbi, że kraj "postanowił nie używać swojej najstraszliwszej broni"?

onet.pl\Kyiv Post


Niemiecki magazyn polityczny "Cicero", po niedawnej wizycie prezydenta Karola Nawrockiego w Berlinie, poświęcił obszerny materiał polskim roszczeniom reparacyjnym wobec Niemiec. (...)

Autor Thomas Urban określa Nawrockiego mianem "przedstawiciela nacjonalistycznego obozu", który w kampanii wyborczej nie stronił od antyniemieckich akcentów. Podkreślił, że wizyta przebiegła bez dyplomatycznych wpadek i politycznych afrontów.

Urban zwrócił uwagę, że przeważająca większość polskich komentatorów podziela opinię, iż na Niemcach spoczywa moralna wina, a tym samym odpowiedzialność za doprowadzenie do historycznej sprawiedliwości i do wypłacenia reparacji. Przypomniał, że blisko 60 proc. ankietowanych popiera działania Nawrockiego, a tylko około 20 proc. jest przeciwnego zdania.  

Urban zaznaczył, że większość polskiej opinii publicznej oburza się, gdy przedstawiciele Niemiec przypominają o rezygnacji przez polski rząd w 1953 r. z reparacji. "Nie ma żadnych wątpliwości, że polscy stalinowcy wydali stosowne oświadczenia pod naciskiem Moskwy" - przyznaje autor, były wieloletni korespondent "Sueddeutsche Zeitung" w Warszawie i Moskwie.

Urban wyraził zdziwienie, że nikt z komentatorów w wiodących polskich mediach nie zwrócił uwagi na to, że właściwym powodem odrzucenia przez Berlin polskich roszczeń reparacyjnych nie jest oświadczenie z 1953 r., lecz raczej odstąpienie Polsce przez Niemcy niemieckich ziem wschodnich po II wojnie światowej.

Autor krytykuje brak jasnego stanowiska niemieckiego rządu kanclerza Olafa Scholza w reakcji na raport o stratach wojennych, przedstawiony przez stronę polską w 2022 r., nazywając postawę rządu "zaniedbaniem". Jak dodaje, zdziwienie budzi także pomijanie tego aspektu w prasie niemieckiej, chociaż "w dużych niemieckich partiach politycznych panuje w tej kwestii zgoda".

Zdaniem niemieckiego dziennikarza polityk uważany za twórcę polityki odprężenia, kanclerz Willy Brandt (1969-1974), uważał odstąpienie Śląska, Pomorza oraz południowej części Prus Wschodnich na rzecz Polski za odszkodowanie za niemieckie zbrodnie. Ówczesne kierownictwo w Warszawie widziało to tak samo - podkreśla autor.

"Obecnie niemieccy politycy unikają publicznego nazwania po imieniu tego kontekstu tak, jakby obawiali się, że przypomnienie o wypędzeniu milionów Niemców z ziem nad Odrą i Nysą oraz o przejęciu ich mienia przez polskie państwo może uruchomić własną negatywną dynamikę" - czytamy w "Cicero".

Zdaniem Urbana spór o reparacje można by łatwo zneutralizować, gdyby niemieccy politycy przestali okopywać się za "prawnie trafnymi, ale politycznie nieprzydatnymi" argumentami o rezygnacji z roszczeń w 1953 r., a zamiast tego jasno powiedzieli: "Niemcy traktują odstąpienie ziem wschodnich jako odszkodowanie, które wyraźnie przekracza rozmiary polskich roszczeń reparacyjnych".

Urban zwraca uwagę na kontrargumenty strony polskiej, która twierdzi, że niemieckie ziemie wschodnie zostały Polsce przyznane jako rekompensata za polskie tereny wschodnie przejęte przez ZSRR. Autor przyznał, że jest to zgodne z faktami. Jednak to stanowisko oznacza, że Niemcy mieliby zapłacić za aneksje dokonane przez Stalina. Jego zdaniem w Bundestagu nigdy nie powstanie większość akceptująca takie stanowisko, a przeważająca większość Niemców, także ci, którzy angażują się na rzecz polsko-niemieckiego dialogu, będzie przeciwna.

gazeta.pl


Prezydent USA Donald Trump oświadczył w sobotę wieczorem, że nie otrzymał jeszcze informacji na temat naruszenia 18 września przestrzeni powietrznej Estonii przez rosyjskie myśliwce.

Pytany o to, czy otrzymał informacje na temat incydentu w Estonii oraz w jaki sposób na niego odpowie, Donald Trump oświadczył, "nie został jeszcze na ten temat poinformowany". Prezydent rozmawiał z dziennikarzami w sobotę przed wylotem na prywatną kolację w byłej posiadłości George'a Washingtona, Mount Vernon.

W piątek prezydent USA odmówił skomentowania kwestii naruszenia przestrzeni powietrznej Estonii przez rosyjskie samoloty wojskowe, tłumacząc że wkrótce otrzyma od swoich współpracowników oficjalny raport. Dopytywany przez dziennikarzy przyznał, że "nie podoba mu się to" i że może to oznaczać "duże kłopoty".

W sobotę rosyjskie wtargnięcie w estońską przestrzeń powietrzną potępiła we wpisie na portalu X amerykańska misja dyplomatyczna przy NATO. "Mocno potępiamy naruszenie przez Rosję przestrzeni powietrznej Estonii. Stoimy twardo po stronie naszych estońskich sojuszników i będziemy zdecydowanie bronić całego terytorium NATO" - czytamy we wpisie.

Państwa NATO potępiły rosyjskie działania wkrótce po tym, jak poinformowały o nim władze Estonii. Jeszcze w piątek z premierem Estonii Kristenem Michalem rozmawiał sekretarz generalny NATO, zaś Estonia zdecydowała się złożyć wniosek w sprawie uruchomienia konsultacji na podstawie art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego. W przyszłym tygodniu zbierze się Rada Północnoatlantycka.

Premier Szwecji Ulf Kristersson ocenił incydent jako "bardzo alarmujący". - Gotowość nasza oraz (całego) NATO jest stale wystawiana na próbę - podkreślił.

Zdaniem ministra obrony Finlandii, Anttiego Hakkanena, Rosja swoimi ostatnimi działaniami, chce odwrócić uwagę Zachodu od Ukrainy, aby bardziej skupił się na własnej obronie, a nie na ciągłym wspieraniu Ukrainy.

Francuski resort spraw zagranicznych oświadczył, że Paryż "potępia z całą mocą tę niebezpieczną i nieodpowiedzialną ingerencję w przestrzeń powietrzną państwa członkowskiego Unii Europejskiej i sojusznika (w ramach) NATO".

Podkreślono, że działania Kremla naruszają prawo międzynarodowe. Prezydent Czech Petr Pavel oświadczył tymczasem w sobotę, że na naruszanie przestrzeni powietrznej państw NATO przez Rosję należy odpowiednio reagować, łącznie z "ewentualnym" zestrzeleniem rosyjskich maszyn.

PAP


Między 20 a 25 lutego 1944 r. przeprowadzona została skoordynowana operacja alianckiego lotnictwa, której głównym celem było złamanie niemieckiego przemysłu lotniczego oraz zmuszenie Luftwaffe do przyjęcia walnej bitwy w powietrzu.

W ramach tej ofensywy alianckie lotnictwo, a przede wszystkim 8. Armia Powietrzna Stanów Zjednoczonych oraz RAF Bomber Command, przeprowadziło ponad trzy tysiące lotów bombowych, koncentrując się na fabrykach samolotów, zakładach produkcji silników oraz lotniskach. Atakowano m.in. Lipsk, Augsburg, Regensburg, Gothę czy Rostock.

Ważne było sparaliżowanie niemieckiego systemu obrony przeciwlotniczej. Luftwaffe musiała podjąć walkę, aby bronić kluczowych zakładów przemysłowych, ale poniosła wówczas bardzo ciężkie straty. Szacuje się, że w ciągu tygodnia utraciła około 350–400 myśliwców i dużą liczbę doświadczonych pilotów.

Choć niemiecki przemysł lotniczy zdołał częściowo odbudować zdolności produkcyjne, to konsekwencje "wielkiego tygodnia" były strategiczne. Luftwaffe nigdy nie odzyskała już pełnej przewagi w powietrzu, a jej osłabienie otworzyło aliantom drogę do skutecznych nalotów dywanowych na niemieckie miasta i przemysł, a następnie ułatwiło przygotowania do inwazji w Normandii w czerwcu 1944 r.

onet.pl


Żeliwo ADI powstaje w wyniku hartowania izotermicznego żeliwa sferoidalnego. Ta specjalistyczna obróbka cieplna pozwala uzyskać żeliwo o strukturze ausferrytycznej, charakteryzujące się dużą wytrzymałością, przy zachowaniu wysokiej plastyczności materiału. Wyjątkowa kombinacja właściwości materiału pozwala na wytwarzanie elementów o znacznie wydłużonym czasie użytkowania, co w połączeniu z technologią wytwarzania tych elementów w procesie odlewania prowadzi do redukcji kosztów produkcji (dochodzących nawet do 50%).

Korzyści ze stosowania żeliwa ADI zamiast stali:
    • wyższa wytrzymałość zmęczeniowa
    • wyższa odporność na ścieranie
    • większa trwałość eksploatacyjna
    • lepsza obrabialność
    • zmniejszenie hałasu części współpracujących
    • zdolność tłumienia drgań
    • mniejsza masa odlewów
    • niższe koszty wytwarzania.
Z uwagi na unikalne właściwości żeliwa ADI zwłaszcza w zakresie wytrzymałości zmęczeniowej, odporności na ścieranie i zdolności tłumienia drgań wyroby wytwarzane z tego typu żeliwa znajdują swoje zastosowanie w:
    • przemyśle motoryzacyjnym i lotniczym - drążki sterownicze, wałki rozrządu, wały korbowe, korbowody, koła zębate rozrządu, zwrotnice, złącza CV, łoża silnika, wirniki silników, wsporniki dodatkowe, wieszaki resoru, płytki oporowe w kształcie U, czopy hakowe, pierścienie do pompy, wahacze, piasty kół, elementy konstrukcyjne osi, koła zębate pierścieniowe i trzpieniowe, obudowy mechanizmów różnicowych, elementy konstrukcyjne
    • przemyśle kolejowym - kołpaki, klocki hamulcowe, koła do wózków konserwacyjnych, haki urządzeń sprzęgających, amortyzatory, elementy silnika, elementy torów (rozjazdów)
    • przemyśle zbrojeniowym - pociski, opancerzenia, korpusy rakiet, stopy ogniw gąsienicy, prowadnice ogniw gąsienicy, elementów silników, elementy rozporowe
    • przemyśle maszynowym - koła zębate tarczowe, wałki, prowadnice, elementy przenośników, obudowy, elementy pomp, wały korbowe, korbowody, kraty, wykładziny odporne na zużycie, wsporniki, koła zębate walcowe, koła zębate stożkowe, kubły podnośników, koła zębate w przekładniach, zęby kół łańcuchowych, matryce
    • budownictwie - zęby koparek, łopatki sortowników, kruszarki do nawierzchni drogowej, pierścienie nośne, wsporniki, prowadnice i wałki, koła zębate, obudowy, elementy konstrukcyjne, zęby kół łańcuchowych, elementy odporne na zużycie dla górnictwa, akcesoria do linii napowietrznych
    • rolnictwie - ostrza pługów, elementy sprzęgła przesuwnego, elementy urządzeń do wysiewania nawozów sztucznych, lemiesze pługów, haki do holowania, śruby oczkowe, piasty kół, wykładziny wideł maźnicy, wały kierownicy, drążki sterownicze.
staleo.pl


Porozumienie obejmie potencjalne dostawy do spółki Elaboracja Niewiadów wyprodukowanych przez Northrop Grumman korpusów pocisków kalibru 155 mm wykonanych w technologii żeliwa sferoidalnego z przemianą bainityczną (ang. Austempered Ductile Iron, ADI). Z czasem współpraca ma objąć inne typy środków bojowych, a także nowoczesną technologię produkcji amunicji opracowaną przez Northrop Grumman. Zamiarem jest wzmocnienie polskiego oraz europejskiego łańcucha dostaw środków bojowych z wykorzystaniem amerykańskich rozwiązań.

Z depeszy nie wynika jednoznacznie, jakie typy środków bojowych mogą być montowane lub wytwarzane w polskich zakładach. Można domniemywać, że w pierwszym etapie współpraca ma objąć elaborację w Polsce dostarczanych z USA korpusów pocisków, a z czasem zostać rozwinięta do wytwarzania korpusów w kraju. Zgodnie z treścią komunikatu technologia ADI ma obniżać koszty produkcji, zwiększać elastyczność wdrażania nowych typów środków bojowych, przyspieszać wytwarzanie oraz czynić łańcuch dostaw bardziej elastycznym i odpornym.

defence24.pl


Zakład w Kraśniku odpowiada za cały proces wytwarzania wspomnianych składowych, począwszy od odbioru prętów stalowych o przekroju kwadratu z krajowej huty. Wspomniane kęsy trafiają następnie do cięcia na precyzyjnie odmierzane odcinki. W kolejnym etapie są one formowane na prasie hydraulicznej, która na gorąco kształtuje je do odpowiedniego kształtu.

Następnie półfabrykaty obrabiane są przez tokarki CNC, które nadają im dokładne wymiary, po czym trafiają do pieców normalizacyjnych. Kluczowy w tym wszystkim ma być proces hartowania w specjalnie do tego dostosowanych, zautomatyzowanych piecach, które gwarantują jednorodność i powtarzalność parametrów wytrzymałościowych. Po zakończeniu obróbki cieplnej następuje proces śrutowania korpusów, a następnie toczenie wykańczające.

Następnie napawany jest pierścień wiodący, stanowiący kluczowy dla prawidłowego prowadzenia pocisku w lufie element. W kolejnym etapie korpusy poddawane są procesowi mycia ultradźwiękowego, lakierowania oraz nanoszenia oznaczeń. Każdy egzemplarz przechodzi rygorystyczną kontrolę jakości – od pomiarów wymiarowych po badania powierzchni, twardości, wytrzymałości i struktury materiału. Gdy proces ten zostanie zakończony, korpusy są pakowane, opisywane i wysyłane do kolejnych zakładów Polskiej Grupy Zbrojeniowej, gdzie finalnie staną się pełnowartościowym pociskiem artyleryjskim 155 mm.

defence24.pl


Gruzja była – i pozostaje, chociaż w nieporównanie mniejszym stopniu – najbardziej wieloetnicznym i wielowyznaniowym państwem regionu. W przededniu rozpadu ZSRR liczyła 5,4 mln mieszkańców, w tym 3,8 mln Gruzinów (70,1%; dla porównania: Ormian w Armenii było wówczas 93,3%, a Azerbejdżan w Azerbejdżanie – 82,7%). W sowieckiej Gruzji żyli ponadto Ormianie (437 tys., 8,1%), Rosjanie (341 tys., 6,3%), Azerbejdżanie (308 tys., 5,7%), Osetyjczycy (164 tys., 3,0%), Grecy (100 tys., 1,9%) oraz Abchazowie (96 tys., 1,8% – w przeciwieństwie do Osetyjczyków, którzy zamieszkiwali tereny całej Gruzji, byli oni skoncentrowani w swojej republice autonomicznej).

W 1989 r. Abchazja liczyła 525 tys. mieszkańców (w tym Abchazów – 93,3 tys., 17,8%; Gruzinów – 239,9 tys., 45,7%; Ormian – 76,5 tys., 14,6%; Rosjan – 74,9 tys., 14,3%). W tym samym czasie ludność Osetii Południowej wynosiła 98,5 tys. i składała się głównie z Osetyjczyków (65,2 tys., 66,2%) oraz Gruzinów (28,5 tys., 29%).

W konsekwencji wojen w Osetii Południowej (1991–1992) i Abchazji (1992–1993) oraz wojny rosyjsko-gruzińskiej (2008) oba separatystyczne terytoria opuściło ponad 200 tys. Gruzinów, przenosząc się z reguły na obszary Gruzji kontrolowane przez władze w Tbilisi (emigrację wybrała mniejszość). W parapaństwach pozostała jednak część ludności gruzińskiej. Według trudnych do zweryfikowania tamtejszych statystyk w 2021 r. w Abchazji mieszkało 46,6 tys. Gruzinów (stanowili oni 17,9% ludności), a w Osetii Południowej w 2015 r. – 4 tys. (7,4%). W obydwu przypadkach była to druga co do wielkości grupa narodowościowa po narodach tytularnych. Społeczności tych, podobne jak całej ludności parapaństw, oficjalne gruzińskie statystyki nie obejmują.

Według spisu powszechnego z 2024 r. liczba ludności Gruzji wynosi 3,9 mln, choć w rzeczywistości jest ona zapewne o 100–200 tys. niższa. Niezależnie jednak od jej ostatecznej wielkości, w ciągu 35 lat populacja kraju zmniejszyła się o ok. 1,5 mln osób (trzeba przy tym zaznaczyć, że spis nie uwzględnił parapaństw). We wstępnych danych rejestru, opublikowanych pod koniec czerwca 2025 r., nie pojawiły się jeszcze te o składzie etnicznym Gruzji. Ostatnie wiarygodne informacje na ten temat pochodzą z poprzedniego spisu – z 2014 r. Ludność kraju liczyła wówczas 3,7 mln, z czego 86,8% stanowili Gruzini (3,2 mln), a do największych mniejszości zaliczali się Azerbejdżanie (233 tys., 6,3%), Ormianie (168 tys., 4,5%) oraz Rosjanie (26,5 tys., 0,7%).

Powyższe dane pokazują, że choć w ćwierćwieczu 1989–2014 ludność kraju zmalała o ponad 45%, to spadek ten w najmniejszym stopniu dotknął naród tytularny – w tej grupie wyniósł niespełna 19%. Udział Azerbejdżan zmniejszył się o około jedną trzecią, Ormian – o ponad półtora raza, zaś Rosjan – o prawie trzynaście razy (nie licząc parapaństw i późniejszego napływu obywateli FR ukrywających się przed mobilizacją). Przedstawiciele tych narodów migrowali zwykle do swoich historycznych ojczyzn – dotyczy to zwłaszcza Rosjan. Pomimo to Gruzja, a zwłaszcza jej główne miasta – Tbilisi i Batumi, pozostaje wieloetniczna i wielokulturowa (w przeciwieństwie do na przykład Baku).

Na zmiany w składzie narodowościowym Gruzji – i na zapewne nieco mniejszy udział Gruzinów w jej populacji – mogło wpłynąć zniesienie dla obywateli tego kraju krótkoterminowych wiz schengeńskich (2017 r.). Wskazuje na to znaczący wzrost liczebności gruzińskich diaspor w państwach UE (w tym w Polsce) w ostatnich latach.

Zwiększenie populacji kraju w dekadzie 2014–2024 ściśle się wiąże ze współczynnikiem dzietności, który w ostatnich latach oscyluje wokół 2 (w 1989 r. wynosił 2,32, w 2003 r. spadł do 1,55, ale np. w 2016 r. osiągnął wartość 2,23).

Armenia realna i wirtualna

Armenia, która już w 1989 r. była krajem jednolitym narodowościowo, do 2022 r. – kiedy miał miejsce ostatni spis powszechny – stała się w praktyce monoetniczna: odsetek narodu tytularnego wzrósł z 93,3% do aż 98%. Przyczynił się do tego głównie odpływ ludności azerbejdżańskiej (a także kurdyjskiej) w wyniku konfliktu karabaskiego. Szacuje się, że do Azerbejdżanu uciekło ok. 186 tys. osób tej narodowości (według spisu powszechnego z 1979 r. mieszkało ich tam ponad 160 tys. – z tendencją wzrostową z uwagi na duży przyrost naturalny) oraz ok. 18 tys. Kurdów-muzułmanów i ok. 4 tys. Rosjan – łącznie 208 tys. ludzi.

Ponadto do Armenii przeniosła się część spośród 330 tys. Ormian przybyłych z Azerbejdżanu – reszta wyemigrowała do Rosji bądź innych krajów (ci, którzy formalnie pozostali w Azerbejdżanie, zamieszkiwali niekontrolowany przez Baku Górski Karabach). Po likwidacji jesienią 2023 r. górskokarabaskiego parapaństwa cała jego ludność (około 100 tys.) uciekła do Armenii, choć jej część wyjechała następnie do Rosji i na Zachód. Niemniej odsetek Ormian w tym państwie może być obecnie jeszcze wyższy – niezależnie od napływu ok. 110 tys. Rosjan chcących uniknąć mobilizacji.

Mimo napływu Ormian z Azerbejdżanu (a w mniejszym stopniu również z Gruzji) liczba ludności całej Armenii systematycznie spada. W latach 1989–2022 zmniejszyła się ona o niemal 400 tys. (ok. 10%): z 3,3 do 2,9 mln. Odpowiadają za to niski przyrost naturalny (od połowy lat 90. współczynnik dzietności utrzymuje się znacznie poniżej 2, a na początku XXI wieku spadł do wartości 1,2) oraz emigracja. Ormianie od wieków osiedlają się w różnych krajach, choć utrzymują przy tym związki z historyczną ojczyzną. Tworzą sieciową „wirtualną Armenię”, która zachowuje wpływ na politykę Erywania. Pomimo że bilans migracyjny pozostaje ujemny, to ruch między Armenią a diasporą odbywa się w obu kierunkach. Po wybuchu wojny domowej w Syrii do tego państwa napłynęła grupa ok. 12 tys. syryjskich Ormian. Osiedlili się oni głównie w Erywaniu, nadając temu miastu nieco bliskowschodni charakter (nie mówili po rosyjsku i często znajdowali zatrudnienie w gastronomii).

Azerbejdżan – kaukaski hegemon

W latach 1989–2019 (w 2019 r. odbył się tam ostatni spis powszechny) liczba ludności Azerbejdżanu zwiększyła się z 7 do 9,9 mln (obecnie wynosi już 10,2 mln), czyli o prawie 3 mln (ponad 40%). Grono przedstawicieli narodu tytularnego poszerzyło się przy tym z 5,8 do 9,4 mln, a jego udział w całej populacji kraju wzrósł z 82,7 do 94,8%. Ten stan rzeczy to rezultat przede wszystkim relatywnie dość wysokiego przyrostu naturalnego, chociaż w tym aspekcie występuje tendencja spadkowa – w ostatnich trzech dekadach współczynnik dzietności oscylował w okolicach 2 (w 1989 r. miał wartość 2,8, a w 2025 r. – 1,96). Dużo mniejszą rolę odegrały ruchy migracyjne w wyniku konfliktu z Armenią, gdyż większość przesiedleńców pochodziła z Górskiego Karabachu i okolicy – pozostawali oni w obrębie jednego państwa (w 1994 r. łączna liczba osób przesiedlonych wynosiła w Azerbejdżanie ok. 750 tys., co stanowiło wtedy ok. 10% ludności kraju). Prowadzone statystyki nie obejmują obserwowanego latem 2025 r. odpływu ludności azerbejdżańskiej z Federacji Rosyjskiej spowodowanego zaostrzeniem się relacji pomiędzy Baku a Moskwą, nie można jednak wykluczyć, że w następnych miesiącach przybierze on bardziej masowe formy.

Obecnie Azerbejdżanie są najliczniejszym narodem Kaukazu Południowego, stanowiąc – nawet po uwzględnieniu gruzińskich parapaństw – ponad połowę ludności regionu. Demograficzny potencjał przekłada się na polityczne ambicje Baku, dążącego do dominacji nad sąsiadami. Wykorzystuje ono w tym celu politykę surowcową (zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego, eksportowanych przez Gruzję i Turcję do państw Europy, w tym członków UE, oraz Bliskiego Wschodu), a także sojusz z Turcją.

osw.waw.pl


- Ile cyfrowych ataków dziennie z Rosji spada na Polskę?

W nocy z 9 na 10 września doszło do największego cyfrowego ataku na polską sferę informacyjną od czasów pełnoskalowej agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę.

- Ile?

200 tys. razy. 200 tys. "dronów informacyjnych" pojawiło się w polskiej przestrzeni informacyjnej. One były multiplikowane i miały milionowe zasięgi. Udało się Rosjanom wprowadzić do polskiego internetu "drony informujące", że tak naprawdę to Ukraina chce nas wciągnąć do wojny, że to jest zemsta Zełenskiego za to, że prezydent Nawrocki zawetował 800 plus dla Ukraińców. Te wszystkie krzywdzące dla Ukrainy historie ułożyły w jeden skrypt narracyjny. I kiedy 10 września rano wstawaliśmy z łóżek, to nie tyle zastanawialiśmy się, co zrobiono z dronami, jak zareagowało Wojsko Polskie i czy sojusz zadziałał, tylko mieliśmy przygotowane historie, które miały wzbudzić panikę i niechęć do Ukraińców. Nasza infosfera okazała się miękkim podbrzuszem. Możemy fizycznie być bardzo silni, gotowi i zwarci, jednak jeżeli w infosferze panuje chaos i panika, to ta siła w niczym nie pomoże.

- Co zrobić z takim facetem, jak pewien trener z Małopolski, który ma milionowe zasięgi i który kolportuje rosyjską propagandę?

W Polsce połowa użytkowników sieci korzysta z alternatywnych źródeł informacji.

- Alternatywne, czyli niesprawdzone, fejkowe?

Od czasów pandemii wykładniczo wzrasta liczba takich źródeł. Spadek zaufania do mediów, do klasy politycznej spowodował, że otworzyła się brama do tego, aby dzisiaj każdy mógł być tak zwanym dziennikarzem obywatelskim, dziennikarzem internetowym. W 2023 r. Elon Musk powiedział: "wszyscy jesteście mediami". /I to on ma technicznie, rację, monopol nadawców jest nie do utrzymania - red./ A to znaczy, że każde konto może tworzyć swoje newsy. Mamy dzisiaj sytuację, kiedy 30, 40 proc. obywateli w ogóle nie czyta profesjonalnych mediów, bo uważa, że to wrogi system, w którym się tylko kłamie. I możemy oczywiście sobie tłumaczyć, że to są ludzie, którzy się zgubili. Jednak może się okazać, że w ciągu następnych dwóch lat tradycyjne media, które posiadają redakcję, zatrudniają dziennikarzy, biorą odpowiedzialność za słowo, są w mniejszości.

onet.pl


28 lipca 2024 r. w Wenezueli odbyły się wybory prezydenckie, których wyniki zostały sfałszowane. Opozycja już wcześniej oskarżała wenezuelski reżim o sfałszowanie kilku wyborów, ale tym razem oszustwo zostało udowodnione. Późnym wieczorem w dniu wyborów opozycja uzyskała dostęp do 85 proc. oficjalnych protokołów wyborczych i w ciągu niecałych 48 godzin opublikowała wyniki w internecie, aby cały świat mógł je zobaczyć. Kandydat opozycji Edmundo Gonzalez Urrutia wygrał wybory, uzyskując 4 mln głosów, co stanowiło 40 p.p. przewagi nad prezydentem Maduro.

Wydawało się, że Maduro wkrótce straci władzę, ponieważ demokratyczne rządy Zachodu potępiły oficjalne wyniki. Niemniej jednak Rosja, Chiny i Iran, a także prezydenci Kuby, Nikaragui i Hondurasu, czyli członkowie Forum Sao Paulo (SPF), uznali wyniki ogłoszone przez Krajową Radę Wyborczą, kontrolowaną przez prezydenta Maduro.

Inni przywódcy SPF, w tym Lula da Silva z Brazylii, Lopez Obrador z Meksyku i Gustavo Petro z Kolumbii, podjęli działania mające na celu zminimalizowanie upadku prezydenta Maduro, argumentując, że aby zająć stanowisko w sprawie wyborów, należy poczekać na przedstawienie przez radę wyborczą protokołów z głosowania, co nigdy nie nastąpiło. Ten manewr dał reżimowi wenezuelskiemu czas na rozpoczęcie zaciekłych prześladowań swoich przeciwników. Od tego czasu prezydent Maduro pozostaje u władzy, jednak został zdemaskowany jako dyktator stosujący brutalną siłę, za którą stoi poparcie wojska i państwowych sił bezpieczeństwa.

onet.pl


MGŁA WOJNY - Dylemat rosyjskiego Sztabu Generalnego – ofensywa czy mobilizacja?

W rosyjskich źródłach pojawia się coraz częściej narracja wskazująca na strategiczny dylemat, przed którym staje Sztab Generalny Federacji Rosyjskiej. Według ujawnionych informacji, jeżeli do końca 2025 roku obrona Sił Zbrojnych Ukrainy nie zostanie przełamana, Kreml będzie zmuszony podjąć decyzję o zmianie dotychczasowej strategii.

Główne ustalenia rosyjskich ocen

Cel operacyjny: kluczowym wskaźnikiem uznaje się przełamanie ukraińskich linii w Donbasie na głębokość co najmniej 50 km.

Czas: jeżeli nie zostanie to osiągnięte w ciągu najbliższych miesięcy, dalsza ofensywa w obecnym kształcie będzie niewykonalna.

Problemy operacyjne: masowe użycie przez Ukrainę dronów FPV uniemożliwia klasyczne natarcia pancerno-zmechanizowane, batalionowe przełamania przestały być możliwe, taktyka małych grup szturmowych jest wyczerpująca i kosztowna.

Ograniczenia personalne: rekrutacja kontraktowa nie daje wzrostu liczebności wojsk, bieżące nabory wystarczają jedynie na pokrywanie strat.

Dylemat strategiczny

Rosyjskie dowództwo rozważa dwie opcje:

Kontynuacja ofensywy w oparciu o obecne siły – co w praktyce oznacza przejście do wojny pozycyjnej, bez realnych zdobyczy terenowych.

Nowa fala mobilizacji – zapewniająca rezerwy konieczne do wznowienia działań zaczepnych, ale generująca ryzyko polityczne i społeczne.

Nieskuteczność ataków rakietowych

Mimo wielokrotnych apeli o „wykrwawienie tyłów” Ukrainy, rosyjskie ataki rakietowe i dronowe nie osiągnęły efektu systemowego. Infrastruktura logistyczna i energetyczna Ukrainy ponosi straty punktowe, ale kraj utrzymuje zdolność do zaopatrywania frontu i prowadzenia obrony.

Rosyjska presja na NATO

W miarę jak rośnie świadomość ograniczeń na froncie ukraińskim, Rosja intensyfikuje działania destabilizacyjne wobec państw NATO na wschodniej flance. 

Oczekiwanie działanie FR

Eskalacja działań hybrydowych na granicach z Polską i państwami bałtyckimi (migranci, prowokacje, sabotaż).

Demonstracje wojskowe – rozmieszczanie systemów rakietowych, manewry przygraniczne, loty bombowców strategicznych)

Narracja propagandowa – mająca przekonać Zachód, że dalsze wspieranie Ukrainy grozi bezpośrednią konfrontacją z Rosją.

Tego rodzaju presja ma podwójny cel 

Odciążyć front ukraiński poprzez osłabienie determinacji NATO oraz przygotować rosyjską opinię publiczną na potencjalną mobilizację, przedstawiając ją jako konieczną w obliczu „narastającego zagrożenia ze strony Sojuszu”.

Wnioski

Rosyjskie źródła same przyznają, że czas gra na korzyść Ukrainy – im dłużej linie frontu pozostają stabilne, tym trudniej Moskwie uzasadniać kosztowną wojnę społeczeństwu i mobilizować nowe siły. Jeśli do końca roku nie dojdzie do przełomu operacyjnego, rosyjskie dowództwo stanie przed koniecznością:

albo politycznie ryzykownej mobilizacji,

albo akceptacji wojny pozycyjnej i impasu strategicznego.

W tym kontekście eskalacja napięcia na wschodniej granicy NATO jawi się jako element kompensacyjny: Moskwa nie osiąga celów operacyjnych i strategicznych w Donbasie, więc próbuje równolegle podnieść koszt polityczny i wojskowy wsparcia Zachodu dla Kijowa.

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj


USA zaczęły wstrzymywać sprzedaż wybranych systemów uzbrojenia, w tym Patriotów, europejskim sojusznikom, powołując się na niewielką podaż tych systemów i konieczność priorytetowego traktowania potrzeb amerykańskich sił zbrojnych - podał magazyn Atlantic.

Jak przekazała gazeta, pierwszy sygnał zmiany pojawił się, gdy Dania przygotowywała się do podjęcia decyzji o zakupie systemów obrony powietrznej. Amerykańscy i francuscy negocjatorzy tygodniami promowali swoje oferty, po czym Pentagon niespodziewanie wycofał się z rozmów. Ostatecznie Dania podpisała w ostatnich dniach umowę o wartości 9,1 mld USD z francusko-włoskim konsorcjum.

Według urzędników w Waszyngtonie wiceszef Pentagonu Elbridge Colby w rozmowie z Departamentem Stanu wyraził sprzeciw wobec sprzedaży systemów obrony powietrznej Patriot Danii, argumentując, że ich dostępność jest ograniczona i powinny być zarezerwowane dla potrzeb amerykańskich.

Pentagon wskazał systemy uzbrojenia, których dostępność jest mała, i przygotowuje się do zablokowania zamówień na te systemy z Europy - podała gazeta, powołując się na byłych i obecnych przedstawicieli administracji USA. Jak dodała, na razie nie jest jasne, jak długo ma potrwać wstrzymanie zamówień, ilu systemów uzbrojenia dotyczy ani czy ich lista z czasem może zostać rozszerzona. Przewidziano kilka wyjątków.

Według magazynu "ostatnie rozmowy dotyczące wstrzymania sprzedaży uzbrojenia nie dotyczą broni wysyłanej bezpośrednio do Ukrainy, która jest objęta odrębnym programem".

Gromadzenie cennych systemów w kraju, przy znacznym ograniczeniu ich eksportu, to podejście bliskie poglądom Colby’ego, który twierdzi, że USA powinny koncentrować swoje zasoby obronne w ramach przygotowań do potencjalnego konfliktu z Chinami. Wpisuje się to też w zmianę priorytetów obronnych w ramach strategii "Ameryka przede wszystkim" obecnej administracji USA.

Systemy Patriot, nieposiadające europejskiego odpowiednika, są kluczowe dla przechwytywania pocisków i cieszą się dużym zainteresowaniem państw NATO oraz broniącej się przed rosyjską agresją Ukrainy. Jak podał Atlantic, powołując się na źródła w resorcie obrony, obecnie USA dysponują jedynie około jedną czwartą liczby Patriotów potrzebnej do realizacji planów operacyjnych Pentagonu.

Dla państw NATO wstrzymanie sprzedaży ma wymiar zarówno praktyczny, jak i polityczny - podkreśla Atlantic. Kraje europejskie, które przekazały Ukrainie znaczne ilości własnego uzbrojenia, chcą teraz je pilnie zastąpić.

- Naciskamy na Europejczyków, aby wysyłali sprzęt na Ukrainę, a następnie odmawiamy im narzędzi do odbudowania własnej obrony - zauważył cytowany przez Atlantic emerytowany pułkownik piechoty morskiej Mark Cancian.

Polityka ta może mieć również konsekwencje gospodarcze dla Waszyngtonu. Ograniczenie eksportu grozi spadkiem dochodów amerykańskich firm zbrojeniowych, co może wpłynąć na zatrudnienie i zahamować innowacje. Jednocześnie otwiera to nowe możliwości europejskim producentom, czego przykładem jest wybór Danii.

Analitycy ostrzegają, że zmieniająca się polityka może oznaczać odejście od wieloletniej praktyki USA, w ramach której sprzedaż amerykańskiej broni służyła nie tylko celom gospodarczym, ale była też fundamentem strategicznych relacji z sojusznikami.

PAP