środa, 26 lipca 2023


Jednym z rezultatów Kurska była również instytucjonalna transformacja Armii Czerwonej, która początkowo była maczugą, by z czasem stać się – może nie rapierem – ale na pewno kataną. Rosyjscy dowódcy uczyli się koordynowania działań na poziomie teatrów wojennych oraz poruszania się bez nieplanowanych przerw i przystanków typowych dla sowieckich ofensyw przed Kurskiem.

Amerykańskie jeepy przekazane na mocy umowy lend and lease ułatwiały komunikację; amerykańskie dwuipółtonowe ciężarówki pokazały, na czym polega niezawodność w zaopatrzeniu. Współpraca lotnictwa i sił lądowych cały czas się polepszała, podobnie jak celność ognia artyleryjskiego. Do nadrobienia było jednak bardzo dużo, dlatego zachodnie standardy ciągle wydawały się nieosiągalne. Niemniej w 1944 roku armat, katiusz i samolotów szturmowych Ił-2 było wystarczająco dużo, by minimalna wydajność okazała się wystarczająca.

Pod względem technicznym znacząco rozwinęły się przede wszystkim siły pancerne. W kwietniu 1943 roku do służby trafiły T-34 z mocniejszymi działami. Armata kaliber 85 mm na polu bitwy pozwalała im konkurować z panterami i tygrysami, groźnym przeciwnikiem niemieckich maszyn stał się również ciężki czołg IS-2. Opatrzony inicjałami Józefa Stalina czołg był wyposażony w działo kaliber 122 mm, najcięższą armatę czołgową II wojny światowej. Pojawiła się nowa generacja dział szturmowych z armatami kaliber 122 mm i 152 mm, zamontowanymi na kadłubach czołgów. Pierwszy raz użyto ich pod Kurskiem – szybko przylgnęło do nich określenie zwierboj, czyli „łowca zwierząt”. Do 8 maja 1945 roku ich łupem padło wiele tygrysów i panter.

W wielu opracowaniach znaczenie sił zmechanizowanych Armii Czerwonej w latach 1944–1945 przysłania fakt, że pod względem doktrynalnym główną bronią pozostawała jednak piechota. Taktyka połączonych broni, zmasowany ostrzał artyleryjski, bezpośrednie wsparcie lotnicze – wszystkie one wyrastały z potrzeb piechoty. Jeszcze pod koniec 1943 roku tylko mniej więcej trzysta tysięcy z czterech milionów żołnierzy sił lądowych służyło w formacjach mobilnych. Pod względem technologicznym piechota pozostawała daleko w tyle za czołgistami, artylerzystami i lotnikami.

Masowe straty z lat 1941–1943 zmienił również sposób tworzenia jednostek piechoty. Około miliona więźniów gułagów zostało wcielonych do armii. Kurczące się szeregi Rosjan skłaniały do szukania uzupełnień w sowieckiej części Azji i podbitych regionach na zachodzie kraju. Polityczna prawowierność takich rekrutów bywała kwestionowana z powodów rasowych w przypadku Azjatów i z obawy przed faszystowskimi wpływami wśród Ukraińców i Białorusinów. Pewien zrozpaczony kapitan biadał: „Nie wiedzą zupełnie nic o walce, dyscyplinie wojskowej, prawdziwym duchu żołnierskim”. W latach 1944–1945 piechota Armii Czerwonej nie tylko „sprzątała” po czołgach. Pod koniec wojny, zwłaszcza w czasie walk na ulicach Wiednia, Berlina i dziesiątek innych miast Trzeciej Rzeszy, jej żołnierze byli przeciwnikami bardziej zdeterminowanymi i groźniejszymi niż piechurzy brytyjscy czy amerykańscy.

Kolejny przełom wynikający z bitwy pod Kurskiem wiązał się z determinacją. Bodaj od średniowiecza wojny prowadzone na Zachodzie powodowały kształtowanie się kultury przystosowania, niepogarszania spraw bardziej niż to konieczne. Od zasady tej częściej odstępowano, niż jej przestrzegano, lecz wciąż na nowo powracała, nawet w trakcie wojen domowych i powstań, czy to wśród zawodowych żołnierzy, czy naprędce umundurowanych cywilów. Od pierwszych dni operacji „Barbarossa” postępowanie Niemców na froncie i na tyłach otwarcie zaprzeczało owej kulturze przystosowania, nawet na najbardziej podstawowym poziomie. Pod Prochorowką czołgista z Dywizji „Leibstandarte” zauważył, że sowiecki żołnierz walczył dzielnie, ale wzięty do niewoli „trząsł się jak mysz”. Bez cienia ironii ten sam czołgista opisał grupę jeńców, czterdziesto- albo pięćdziesięcioosobową, idącą na tyły pod strażą jednego tylko żołnierza Waffen SS. „Zapytaliśmy go, czy się nie boi. »Bać się?« – odpowiedział pytaniem na pytanie. – »Popatrzcie«. Strażnik powiedział coś po rosyjsku. Dwóch jeńców wypadło z szyku. „Esesman puścił im w brzuch serię z pistoletu maszynowego i zawołał: »No i widzicie, jak bardzo się boję«”.

Rosyjscy żołnierze wywodzili się ze społeczeństwa i kultury, gdzie znoszenie i zadawanie bólu było na porządku dziennym. Ćwierć wieku sowieckich rządów zinstytucjonalizowało i uwiarygodniło tę mentalność, doprowadzając ją do pewnego wyrafinowania. 10 lipca samobieżne działo przeciwpancerne Dywizji „Leibstandarte” zniknęło w lesie. Jego czteroosobowa załoga została pojmana. Rosjanie kazali każdemu Niemcowi powiedzieć, ile ma lat. Najmłodszego oszczędzili, a pozostałych trzech zastrzelili.

Często wskazuje się, że po Kursku brutalność obu stron uległa zmianie i stała się powszechna. Z sowieckiej perspektywy wojna była – jak ujął to Stalin – „sprawiedliwą i patriotyczną wojną wyzwoleńczą”. Niezależnie od złożonych początków konfliktu nie pytano, kto kogo zaatakował 22 czerwca 1941 roku, podobnie jak nie można było przypisać Amerykanom ataku na japońską flotę w porcie 7 grudnia 1941 roku. Narrację samoobrony wzmacniały opowieści o niemieckim barbarzyństwie. W Armii Czerwonej znali je wszyscy, powtarzano je podczas posiedzeń politycznych, na stronach gazet i w audycjach radiowych; zachęcano do zapamiętywania zauważonych aktów okrucieństwa i odpłacania za nie. Tym, którzy potrzebowali namacalnych dowodów, dostarczały ich Ukraina i Białoruś – zdewastowane w stopniu zaskakującym nawet dla tych, którzy przeżyli wielki głód. Przepustki i urlopy należały do rzadkości. Jeżeli ktoś trafił na front, to już tam zostawał. Listy dochodziły od przypadku do przypadku, a wspomnienia blakły. Horyzonty i oczekiwania sowieckich żołnierzy kurczyły się w miarę trwania wojny. Im bliżej granic Trzeciej Rzeszy była Armia Czerwona, tym wyraźniejszy stawał się charakterystyczny dla jej żołnierzy mem. Jego podstawę stanowiła wściekłość na Niemców, którzy zaatakowali i ograbili Związek Sowiecki, choć ich poziom życia był nieporównanie wyższy. Jego matrycą było poczucie niczym nieskrępowanego triumfu. „To było cudowne życie – wspominał pewien porucznik – […] łupy, wódka, brandy, dziewczyny na każdym kroku”. Zakres owego poczucia triumfu był szeroki. Cywil czy żołnierz, Niemiec czy robotnik zmuszony do pracy – nie miało to w zasadzie znaczenia. Gwałty, pobicia, zabójstwa, deportacje nie były przypadkowe. Stanowiły ostateczną, powszechną i bezpośrednią manifestację wojny totalnej.

Niemcy także przeszli transformację pod względem moralności i zachowania. Od 1941 roku w kulturze frontowej wykształciło się połączenie oportunizmu z obojętnością, zakorzenione we wzorcu twardości. Twardość to nie okrucieństwo czy fanatyzm. Najlepiej rozumieć ją jako inteligencję nastawioną na cel, który trzeba osiągnąć, i to niezależnie od kosztów. To nastawienie umysłu, dzięki któremu mógł zaistnieć przede wszystkim brutalny oportunizm, będący trwałym aspektem wojny.

Po Kursku, gdy rozpoczął się wielki odwrót, twardość, opisywana wcześniej jako centralny element kultury frontowej Wehrmachtu, legła u podstaw szerzej pojmowanej misji o charakterze moralnym i wojskowym. Niemieccy żołnierze uważali, że bronią zachodniej cywilizacji, niemieckiego narodu, a nie tylko własnych domów przed – jak ujął to Hoth w jednej ze swych notatek – „azjatyckim sposobem myślenia i prymitywnymi instynktami”, rozniecanymi i wzmacnianymi przez żydowsko-bolszewickich intelektualistów. Na Zachodzie przeciwnicy nazistowskiego reżimu mogli mówić o porzuceniu walki i otwarciu frontu. Na Wschodzie walka toczyła się do ostatnich dni, a nierzadko również po oficjalnym zakończeniu wojny.

Wojna przybiera dwie podstawowe formy. Jedna to zestawianie mocnych i słabych stron w decydujących momentach. Druga to próba sił i woli, walka na wyczerpanie. Bitwa pod Kurskiem była dla frontu wschodniego punktem przełomowym, po którym nie było już odwrotu.

Dennis E. Showalter - Pancerz i krew