piątek, 17 października 2025



Niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło komentarza w sprawie nieudzielenia przez polski sąd zgody na ekstradycję Wołodymyra Ż. podejrzanego o dokonanie eksplozji gazociągów Nord Stream. Natomiast minister spraw zagranicznych Johann Wadephul powiedział dziennikarzom podczas pobytu w Ankarze jedynie, że szanuje decyzję polskiego sądu. - Kiedy zapadają decyzje sądowe, zwłaszcza w innych krajach, nie jest zadaniem władzy wykonawczej ingerować w te sprawy - powiedział Wadephul.

Z kolei w Schwerinie, w piątek 17 października, przed komisją śledczą parlamentu krajowego Meklemburgii-Pomorza Przedniego budowy gazociągów bronił były kanclerz Niemiec, a później szef zarządu Nord Stream 2 Gerhard Schröder. Powiedział on, że chodziło o uniezależnienie niemieckiego zaopatrzenia w energię od energii jądrowej i węglowej oraz o pozyskiwanie gazu ziemnego z Rosji "po rozsądnych cenach". Według Gerharda Schrödera nie było powodu, aby odstępować od "sprawdzonej współpracy", którą jego poprzednicy na stanowisku kanclerza Niemiec nawiązali z Rosją w zakresie polityki energetycznej.

Sprzeciwy wobec budowy rurociągu przez Morze Bałtyckie, na przykład ze strony Polski, "nie interesowały mnie" - wyjaśnił polityk SPD. Rurociąg został zaprojektowany w ten sposób, "ponieważ nie chcieliśmy interwencji innych krajów".

Schröder nazwał ówczesną współpracę gospodarczą z Rosją "polityką pokojową" i według niego tak należy ją nazywać również dzisiaj. Schröder uzasadnił również utworzenie przez rząd kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie w 2021 r. fundacji na rzecz ochrony klimatu. Fundacja miała między innymi zabezpieczyć ukończenie budowy gazociągu Nord Stream 2 za pomocą potajemnych transakcji, ponieważ firmy zaangażowane w projekt były rzekomo zagrożone sankcjami ze strony USA. Fundacja otrzymała 20 milionów euro od konsorcjum Nord Stream i według Schrödera "służyła kontynuacji projektu bez obawy przed sankcjami ze strony Stanów Zjednoczonych".

(...)

Poza ogólnymi ocenami dotyczącymi rurociągu i fundacji klimatycznej 81-latek nie udzielił konkretnych odpowiedzi na pytania posłów. Wielokrotnie powtarzał, że nie pamięta. Niektóre pytania określił jako "absurdalne" lub "nieistotne". W pewnym momencie zwrócił się do przewodniczącego komisji Sebastiana Ehlersa z CDU z pytaniem: "Czy może pan położyć kres tym bzdurom?". Inne pytania reinterpretował i próbował odpowiadać na nie z humorem. Zaprzeczył na przykład, jakoby miał wpływ na politykę zagraniczną USA. - Gdyby było na odwrót, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wyglądałaby inaczej - powiedział były kanclerz.

gazeta.pl


Stefan Schocher: W pewnym sensie amerykańsko-europejskie stosunki sprowadzają się do słynnego numeru telefonu, pod który Waszyngton nie może zadzwonić, gdy potrzebuje Europy.

Meaghan Mobbs, jedna z centralnych postaci obozu MAGA [...], zagorzała republikanka, córka specjalnego wysłannika USA ds. Ukrainy, gen. Keitha Kellogga: Tak i nie. Uważam, że w pewnym sensie wykazujemy większą jedność niż wcześniej. Ostatecznie europejscy przywódcy państw i rządów przybyli wspólnie do Waszyngtonu, aby pokazać światu, co się dzieje, gdy Europa i Stany Zjednoczone współpracują. Być może UE jest mozaiką różnych osobowości i państw narodowych. Ale wszyscy połączyli się w niezwykły sposób. Wszyscy swoją obecnością dali wyraz pragnieniu wspólnej polityki. I niezależnie od tego, co ich tam sprowadziło, wynik jest dokładnie tym, do czego powinien dążyć każdy, kto wierzy w relacje transnarodowe lub w wolną, suwerenną Ukrainę.

onet.pl\Die Welt


- Dla tych, którzy nie wiedzą czym jest tradycjonalizm Genona — o czym należy wspomnieć i jaki ma to związek z Duginem?

Jest to ezoteryczna filozofia pochodzenia francuskiego, rozwinięta przede wszystkim przez Rene Genona na początku XX w. Opiera się na przekonaniu o istnieniu czegoś, co Genon nazywał "tradycją pierwotną". Miało być to coś uniwersalnego, co istniało w najwcześniejszych kulturach. Według tradycjonalizmu to coś jest wspólną podstawą dla wszystkich religii i cywilizacji. Dlatego mówi się o "tradycji" — nie w rozumieniu zwykłego konserwatyzmu, ale jako pierwotnego rdzenia, który należy odtworzyć.

Idea ta istnieje od dawna, lecz tradycjonalizm łączy ją z głęboką krytyką współczesności. Skąd ta krytyka? Bo według tradycjonalistów, w okresie między początkami renesansu a Wielką Rewolucją Francuską [lata 1789–1799] z "tradycją" utracono kontakt. W efekcie ludzie coraz bardziej skupili się na sprawach — z punktu widzenia tradycjonalizmu — wtórnych: technologicznym rozwoju, rzekomym ideałom takim jak równość ludzi (co dla tradycjonalistów jest iluzją), demokracja (która w ich oczach nie istnieje w ogóle).

- A Dugin proponuje wersję tradycjonalizmu, w której prawosławie — a konkretnie prawosławie rosyjskie, a nie np. greckie — jest kulturą najbliższą tej "tradycji"?

Dokładnie. To jest kluczowa zmiana, którą wprowadził do teorii tradycjonalizmu. U Genona tradycja mogła być odnaleziona na Wschodzie ("Orient") — dziś nazywanym Bliskim i Dalekim Wschodem — lub w hinduizmie czy islamie. Dugin natomiast, mówiąc o "Wschodzie", ma na myśli cywilizację rosyjską. W jednej ze swoich prac stwierdził, że prawosławie rosyjskie ucieleśnia "tradycję".

(...)

- A skąd bierze się tak wielka rozbieżność w ocenach wpływu Dugina między rosyjskimi a zachodnimi obserwatorami?

To cecha ludzka: jeśli ktoś nas krytykuje, często w pierwszej kolejności szukamy winy w nim, a nie w sobie. Dlatego zachodni dziennikarze często szukają wyjaśnienia, które nie zakłada, że to Zachód popełnił błąd — mówią wtedy: winny jest rosyjski filozof. Choć uważam, że do tanga trzeba dwojga: konflikt wymaga zaangażowania obu stron.

Natomiast rosyjscy dziennikarze nie potrzebują Dugina. Czasem przytaczają jego myśli, by interpretować stanowisko Zachodu. W każdym razie dziś jego idee są tak rozpowszechnione, że trudno stwierdzić, czy ludzie czerpią je bezpośrednio od niego.

- Jeśli chodzi o te "idee", to ma pan na myśli krytykę liberalizmu?

Tak, ale przede wszystkim krytykę nowoczesności, współczesności, a co za tym idzie całej cywilizacji zachodniej. Dugin robi coś takiego: najpierw adaptuje definicję Wschodu i ezoteryki do realiów rosyjskich, a potem włącza perspektywę geopolityczną. Mówi: nowoczesność to Zachód, tradycja to Wschód. To generuje konflikt cywilizacyjny — apokaliptyczny spór między Wschodem i Zachodem.

Jedna z jego najważniejszych idei polega na twierdzeniu, że po rozpadzie Związku Radzieckiego wszyscy myśleli, że będą żyli w zgodzie. Tak się jednak nie stało, bo między Wschodem a Zachodem istnieje nieunikniony konflikt cywilizacyjny.

(...)

- Czego rosyjskie państwo potrzebuje od Dugina i co on sam z tego ma?

Zacznę od niego. Ma z tego platformę i wsparcie. Chwilowo utracił je w 2014 r. po słowach "Ukraińców trzeba zabijać, zabijać i zabijać, mówię to jako profesor". Teraz wrócił do łask i prawdopodobnie ktoś go finansuje. Konferencja Forum Przyszłości 2050 bez wątpienia kosztowała niemało, a zapłacił za nią sam.

A co rosyjskie państwo zdobywa dzięki Duginowi? Przez lata był kontaktem z europejską skrajną prawicą — pomagał finansowo np. [szefowej frakcji parlamentarnej francuskiego skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine] Le Pen. Wpływy Dugina za granicą świetnie wpisują się w tę strategię. Uważam, że nadal tak jest. Dugin to też skuteczny mówca i wygląda na to, że cenią go sobie także ludzie z otoczenia Donalda Trumpa.

(...)

- A nie uważa pan, że Dugin to po prostu wygodny eksport soft power ("miękkiej", kulturowej siły wpływu) — fasada "rosyjskiej cywilizacji" dla europejskiej i amerykańskiej skrajnej prawicy — podczas gdy ważniejsi dla tej koncepcji myśliciele pozostają na Zachodzie mniej znani?

Bez wątpienia eurazjatyzm [czyli ideologia rosyjskiej jedności kontynentalnej] istnieje od dawna i nie sprowadza się tylko do Dugina. Ale jego zasługą jest to, że tchnął nowe życie w tę starą część rosyjskiej myśli, dodając do niej elementy Genona. Oprócz tego Dugin, w odróżnieniu od reszty myślicieli mówi po francusku, hiszpańsku, angielsku i portugalsku. W wywiadach prezentuje się świetnie.

- Dlaczego zachodni ultrakonserwatyści popierają Dugina, skoro jego wizja "rosyjskiej" lub "eurazjatyckiej cywilizacji" uznaje za wroga właśnie cywilizację zachodnią?

Jest to ważny paradoks, szczególnie dziś, gdy konflikt między Rosją a Zachodem narasta. Logika ultrakonserwatywnych środowisk zachodnich jest taka: trzeba wrócić do podstaw ich wspólnej ideologii, czyli tradycjonalistycznej krytyki współczesności. Prawicowiec w Stanach Zjednoczonych nie mówi: "Jestem patriotą amerykańskim, więc kocham Putina". Mówi: "Jestem patriotą, cenię tradycję i gardzę nowoczesnością. Kto dziś broni tradycji? Putin!"

- Na początku lat 2000., pisząc o tradycjonalizmie, mówił pan, że tradycjonaliści z perspektywy większości Amerykanów czy Europejczyków wyglądali jak szaleńcy. Myślę, że niewiele się zmieniło.

Rzeczywiście, niewiele.

onet.pl\Meduza


"Sprawa ta ma niezwykle emocjonalny kontekst polityczny. A polityka nie jest domeną sądów, a polityków. Niezależnie od poglądów sądu na ten temat, odcinając się od wszelkich tematów politycznych, kwestie te nie zostały poddane ocenie w tym postępowaniu" - rozpoczął uzasadnianie postanowienia sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie Dariusz Łubowski.

Sędzia Łubowski zaznaczył, że właściwość sądów ogranicza się wyłącznie do oceny aspektów prawnych sprawy. 

- W sprawie należało ocenić, czy opisany w ENA czyn stanowi przestępstwo w rozumieniu prawa polskiego i nie zachodzą okoliczności prawne wyłączające odpowiedzialność karną ściganego - usłyszeli zgromadzeni w sali rozpraw.

Sędzia przypomniał, że czyn, za który ścigany jest Ukrainiec, został dokonany w trakcie trwającej od 2014 roku "krwawej i ludobójczej napaści Rosji na Ukrainę". - Należy przypomnieć, że tylko w latach 2014-2021 poległo kilkanaście tysięcy rosyjskich żołnierzy, zatem wojna nie zaczęła się w 2022 roku - mówił Łubowski.

"A jaka to jest wojna z punktu widzenia Ukrainy?" - postawił pytanie sędzia i kontynuował: - Czy działania militarne mieszczą się w kategorii wojny sprawiedliwej? Sięgnąć należy do fundamentów prawa międzynarodowego i prawa wojny. Przypomnieć trzeba prawną koncepcję wojny sprawiedliwej.

Sędzia Łubowski powoływał się na historyczne opracowania, uznające wojnę za ostateczność, a jej prowadzenie słuszne tylko w obronie obrony ojczyzny i zaprowadzenia pokoju. 

Wszystkie te warunki niewątpliwie spełnia Ukraina w walce z rosyjską agresją i ludobójstwem. Ukraińscy żołnierze i wszyscy działający w ramach Sił Zbrojnych Ukrainy, także sił specjalnych, albo na zlecenie sił specjalnych, nie mogą być uznawani za terrorystów i sabotażystów, albowiem realizując wszelkimi sposobami cel, jakim jest obrona ich ojczyzny, osłabiają wroga. Wysadzenie infrastruktury krytycznej dowolnego państwa w czasie pokoju przez wrogie służby czy grupy terrorystyczne są sabotażem, natomiast tego rodzaju działania podejmowane w czasie wojny, ale wojny sprawiedliwej, obronnej, na infrastrukturze krytycznej agresora, nie są sabotażem, a działaniem militarnym o charakterze dywersji, które w żadnym razem przestępstwami być nie mogą. – powiedział orzekający w tej sprawie sędzia.

Sędzia Łubowski powiedział wprost: jeżeli to Ukraina i jej siły specjalne zorganizowały wysadzenie Nord Stream, to jej działania nie były bezprawne. 

- Przeciwnie, były uzasadnione, racjonalne i sprawiedliwe. Działanie w ramach wojny sprawiedliwej należy uznać za kontratyp wyłączający odpowiedzialność karną. Ściganemu przysługuje tzw. immunitet funkjonalny, który przysługuje w związku z działaniem w imieniu państwa ukraińskiego i nie ustaje wraz z zakończeniem funkcji. Czyn ten, ze względu na swój urzędowy charakter, przypisany może być jedynie państwu ukraińskiemu, na rzecz którego działał - dodał sędzia.

Sąd uznał, że jeśli to rzeczywiście Ukraina była organizatorem tego aktu dywersji, to wyłącznie państwo ukraińskie, a nie Wołodymyr Ż., może ponosić odpowiedzialność za to zdarzenie.

W ocenie Łubowskiego, gazociągi Nord Stream 1 i 2 należy uznać za infrastrukturę krytyczną wroga Ukrainy - Rosji. 

- W konsekwencji zniszczenie tych rosyjskich gazociągów i pozbawienia miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz, miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji. Pośrednio państwo niemieckie, kupując gaz z Rosji i transferując miliardy euro w czasie już pełnoskalowej agresji militarnej i znanych już przed tym zdarzeniem, także stronie niemieckiej, aktów ludobójstwa dokonanych przez Rosję na ukraińskiej ludności cywilnej, państwo niemieckie współfinansowało tę agresję. Zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy - powiedział sędzia Dariusz Łubowski.

Dodał, że oba gazociągi są własnością państwa wrogiego Ukrainie, czyli Rosji. W ocenie sędziego Łubowskiego, poważne wątpliwości budzi również sam niemiecki wniosek - gdyż prawo Niemiec ściśle wskazuje na to, jakie przestępstwa mogą być ścigane i gdzie miałyby być popełnione. W większości niemiecki kodeks karny może być stosowany do czynów popełnionych jedynie na terytorium Niemiec lub na niemieckich statkach wodnych, co w tym przypadku nie miało miejsca, bo zdarzenie działo się na wodach międzynarodowych.

"Niezależnie od tego, kto dokonał wysadzenia gazociągów Nord Stream 1 i 2, to o ile działał w ramach sprawiedliwej wojny obronnej na rzecz Ukrainy, nie popełnił przestępstwa. Państwo niemieckie nie ma juryscykcji do ścigania jakiejkolwiek osoby fizycznej za spowodowanie eksplozji rurociągów i nie miało podstaw do użycia prawa UE, wydając Europejski Nakaz Aresztowania" - podsumował sędzia Dariusz Łubowski.

niezalezna.pl


W ubiegłym miesiącu akredytowani dziennikarze, którzy pracowali na co dzień w Pentagonie, otrzymali notatkę od szefostwa departamentu zawierającą nowe wytyczne na temat dostępu do informacji. Przedstawiciele mediów mieli czas do środy, 15 października, na podpisanie się pod tą nową polityką. W przeciwnym razie zostaliby wydaleni z Pentagonu. Gdy wybiła godzina 16 tego dnia, dziennikarze z różnych redakcji solidarnie opuścili budynek. Można było ich zobaczyć, jak wychodzili z Pentagonu, wynosząc pudła z dokumentami, książki, osobiste przedmioty, a nawet krzesła czy kserokopiarki. - To jest smutne, ale jestem naprawdę dumna z korpusu prasowego, który się zjednoczył - powiedziała Associated Press Nancy Youssef, reporterka "The Atlantic", która w Pentagonie pracowała od 2007 roku. Na stosowanie się do nowych wytycznych nie zgodziły się czołowe redakcje, takie jak "The New York Times", "The Washington Post", CNN, BBC czy Reuters. Także kilka prawicowych stacji i gazet, w tym Fox News, "Washington Times" i Newsmax, oświadczyło, że ich reporterzy nie podpiszą się pod nową polityką. 

Nowe zasady obowiązujące dziennikarzy wskazują, że wszystkie informacje Pentagonu "muszą zostać zatwierdzone do publicznego udostępnienia przez odpowiedniego urzędnika upoważniającego przed ich udostępnieniem, nawet jeśli nie są tajne". Informacje określone jako tajne podlegają jeszcze surowszym ograniczeniom. Według Associated Press oznacza to w praktyce, że dziennikarze relacjonujący sprawy dotyczące Departamentu Wojny zostaliby wydaleni, jeśli upubliczniliby informacje niezatwierdzone przez Pete'a Hegsetha. - Żądanie od niezależnych dziennikarzy podporządkowania się tego typu ograniczeniom stoi w jawnej sprzeczności z konstytucyjną ochroną wolnej prasy w demokracji i stanowi ciągłą próbę ograniczania prawa społeczeństwa do zrozumienia działań rządu - ocenił Charles Stadlander, rzecznik prasowy "The New York Times". Do tej pory dziennikarze i tak mieli ograniczenia w poruszaniu się po Pentagonie. Nie mieli dostępu do niektórych miejsc oraz informacji niejawnych.

Donald Trump pytany o konflikt między dziennikarzami a szefostwem Pentagonu poparł nowe zasady wprowadzone przez departament. - Prasa jest nieuczciwa - powiedział. Stwierdził następnie, że zmiany były konieczne, ponieważ Hegseth "uważa prasę za bardzo uciążliwą". Dodał, że jego samego "trochę niepokoi", gdy dziennikarze chodzą za wojskowymi i zadają im pytania, ponieważ może to mieć "tragiczne skutki". Sam Hegseth nazwał wówczas nową politykę "zdrowym rozsądkiem", która ma uniemożliwić reporterom "wałęsanie się" po Pentagonie. Warto zaznaczyć, że Pete Hegseth przez wiele lat był dziennikarzem i do 2024 roku prowadził program w Fox News. Wcześniej głos w sprawie zabrał główny rzecznik departamentu. "Nasza polityka jest jasna: nakłanianie żołnierzy DOW (Departamentu Wojny - red.) i cywilów do popełniania przestępstw jest surowo zabronione" - napisał Sean Parnell w mediach społecznościowych. Zaznaczył, że nie wymaga się od dziennikarzy zgody na wprowadzenie nowej polityki, a jedynie potwierdzenia, że ją rozumieją.

gazeta.pl


Prezydent USA Donald Trump powiedział, że Stany Zjednoczone potrzebują pocisków Tomahawk na własne potrzeby i nie mogą uszczuplić ich zapasów. Zasugerował, że nie sprzeda ich Ukrainie i dodał, że może to też nie być odpowiedni moment na wprowadzenie sankcji.

Trump odpowiedział w ten sposób na pytanie, czy rozmawiał na temat sprzedaży pocisków Ukrainie podczas czwartkowej rozmowy z Władimirem Putinem.

- Cóż, trochę o tym rozmawialiśmy. Nie powiedziałem zbyt wiele, ale powiem ci teraz, że Stany Zjednoczone również potrzebują Tomahawków. Mamy ich dużo, ale ich potrzebujemy. To znaczy, nie możemy uszczuplić ich zasobów dla naszego kraju. Więc wiesz, są bardzo ważne, są bardzo potężne, są bardzo dokładne, są bardzo dobre, ale my też ich potrzebujemy, więc nie wiem, co możemy z tym zrobić - powiedział.

We wtorek podczas spotkania z przywódcą Argentyny Javierem Mileiem Trump zapewniał, że USA mają "mnóstwo" Tomahawków.

Trump powiadomił też w czwartek, że zapytał Putina, czy przeszkadzałoby mu, gdyby przekazał kilka tysięcy Tomahawków jego przeciwnikom. - Nie spodobała mu się ta idea - stwierdził z sarkazmem.

Powiedział też, że podczas piątkowego spotkania z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenski powiadomi go o przebiegu rozmowy z Putinem.

Według zapowiedzi sprzedaż tych amerykańskich pocisków manewrujących ma być tematem piątkowej rozmowy Trumpa z Zełenskim. Ukraiński przywódca, który już przybył do Waszyngtonu, ocenił, że Moskwa zechciała wznowić dialog z USA, gdy tylko usłyszała o rakietach Tomahawk dla Kijowa.

Prezydent USA poinformował też, że spotka się w Budapeszcie z przywódcą Rosji Władimirem Putinem najpewniej w ciągu dwóch tygodni. Podkreślił, że gospodarzem spotkania będzie premier Węgier Viktor Orban.

Zaznaczył, że sekretarz stanu Marco Rubio ma spotkać się wkrótce też ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem. - Mają wkrótce ustalić czas i miejsce spotkania. Może już to ustalili. Już ze sobą rozmawiali - przekazał Trump.

Prezydent USA stwierdził również, że "może to nie być odpowiedni moment" na wprowadzenie sankcji przeciwko Rosji, mimo że lider Republikanów w Senacie John Thune wyraził gotowość do procedowania ustawy o nowych restrykcjach.

PAP