środa, 31 grudnia 2025



Prezydent USA Donald Trump zamieścił w środę na swoim profilu w portalu Truth Social link do komentarza redakcyjnego "New York Post" mówiącego, że rzekomy atak na rezydencję Putina w Wałdaju nie miał miejsca i że to Rosja jest przeszkodą do osiągnięcia pokoju.

Trump zamieścił tekst bez żadnych uwag, wklejając tylko tytuł opublikowanego we wtorek komentarza rady redakcyjnej prawicowego tabloidu: "Bzdury Putina o "ataku" pokazują, że to Rosja stoi na drodze do pokoju".

Artykuł, który zamieścił Trump, przytaczał słowa prezydenta po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim na Florydzie mówiące o tym, że koniec wojny jest "bliżej niż kiedykolwiek wcześniej", lecz - jak skomentował "New York Post" - "zamiast tego rosyjski dyktator Władimir Putin wybrał kłamstwa, nienawiść i śmierć". Redakcja należącej do imperium Ruperta Murdocha gazety wytyka Rosji hipokryzję i mówi, że rzekomy atak prawdopodobnie nie miał miejsca i że był tylko pretekstem dla Putina, by odrzucić postępy w rozmowach pokojowych.

"Tak jak na Alasce, Putin odpowiedział na ofertę pokoju napluciem Ameryce w twarz" - skomentował dziennik, zachęcając Trumpa do zaoferowania kija zamiast marchewki, zwiększenia sankcji i dostaw broni dla Ukrainy.

Zamieszczony artykuł jest pierwszą oznaką, że prezydent USA wątpi w rosyjskie twierdzenia na temat ataku na Wałdaj. W swojej pierwszej publicznej wypowiedzi na ten temat sugerował, że wierzy Putinowi i że był "bardzo zły" na Ukrainę, a na sugestię, że Putin mógł kłamać, odparł: "to możliwe, ale prezydent Putin powiedział mi, że tak było".

We wtorek wątpliwości co do rosyjskich twierdzeń sygnalizował ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker, który w wywiadzie dla Fox News powiedział, że "nie jest jasne, czy to się rzeczywiście stało".

- Wydaje mi się, że to byłoby dość niedelikatne, by tak blisko zawarcia pokoju, a Ukraina naprawdę chce go zawrzeć, robić coś, co można uznać za lekkomyślne lub nieprzydatne - powiedział. Ambasador dodał, że sprawa jest badana przez służby wywiadowcze USA i ich sojuszników i czeka na konkluzje tych ustaleń.

PAP


Pod koniec ubiegłego roku statek towarowy Ursa Major, należący do tak zwanej rosyjskiej floty cieni, zatonął w tajemniczych okolicznościach u wybrzeży Kartageny w Hiszpanii. Zginęło dwóch członków załogi, 14 osób zdołało się uratować. Hiszpański dziennik "La Verdad" poinformował, że jednostka przewoziła dwa jądrowe reaktory wodne ciśnieniowe dla Korei Północnej. Początkowo kapitan statku Igor Anisimow mówił, że przewożono jedynie puste kontenery i sprzęt budowlany. Podczas śledztwa zmienił jednak zeznania i powiedział, że transportowano ciężkie włazy do okrętów podwodnych. Analiza zdjęć z dronów ujawniła dwa niezgłoszone niebieskie kontenery na rufie, ważące około 65 ton każdy. "Śledczy uznali, że były to w rzeczywistości pokrywy dwóch reaktorów jądrowych VM-4SG, potencjalnie przeznaczonych dla nowej klasy północnokoreańskich okrętów podwodnych" - donosi hiszpańska gazeta.

Statek należał do firmy Oboronlogistics, która zajmuje się transportem i dostawami rosyjskiego sprzętu wojskowego, powiązanej z rosyjskim resortem obrony. Informowała ona, że na pokładzie były dźwigi portowe i części do lodołamaczy, które miały być zainstalowane w porcie we Władywostoku. Państwowa rosyjska agencja RIA Novosti informowała, że statek wypłynął z Sankt Petersburga 11 grudnia i zmierzał do portu we Władywostoku. Miał tam dotrzeć 22 stycznia. Z kolei oortal Kyiv Post podał na platformie X, że statek najprawdopodobniej transportował dwa 45-tonowe włazy do reaktora jądrowego lodołamacza i dwa dźwigi portowe Liebherr.

gazeta.pl