czwartek, 14 czerwca 2018


„Jednym z niepokojących aspektów sprawy jest to, że oczywiste boty rozsiewają wysoce zapalne i często ksenofobiczne treści”, napisał Robert Gorwa, członek zespołu badającego propagandę komputerową w dziewięciu krajach, w raporcie Oxford Internet Institute na temat manipulowania przez polityków polskimi użytkownikami sieci. I dodał, że jest to problem o szczególnym znaczeniu, ponieważ tak zmanipulowane treści są obserwowane przez zwyczajnych odbiorców i traktowane jak sygnały tego, czym interesuje się opinia publiczna i co myślą ludzie. Tymczasem w rzeczywistości są one wynikiem propagandy i celowej dezinformacji, bardzo sprawnie rozsiewanej za pomocą Facebooka i Twittera oraz komentarzy zamieszczanych w wielu innych miejscach w sieci – choćby na forach stron informacyjnych.

W naszym kraju, wynika z konkluzji raportu zatytułowanego „Komputerowa propaganda w Polsce”, jest pod tym względem gorzej niż w Wielkiej Brytanii, we Francji i w Niemczech, a podobnie jak w Stanach Zjednoczonych w okresie kampanii prezydenckiej. Co jest porównaniem o tyle istotnym, że we wszystkich tych krajach dostrzeżono wagę problemu i stał się on przedmiotem troski opinii publicznej oraz specjalistów. Powołano komisje parlamentarne do wyjaśnienia skali zjawiska, a na firmy zarządzające platformami społecznościowymi wywierano nacisk, by zapanowały nad sytuacją. We Francji przed ostatnimi wyborami prezydenckimi doprowadziło to do usunięcia z Facebooka 30 tys. fałszywych kont. Był to zapewne jeden z powodów, dla których nad Loarą obroniono się przed falą populizmu.

Nie udało się to w Polsce i zapewne m.in. z tego powodu trafiliśmy pod lupę naukowców z Oksfordu. Gołym okiem było też widać ogromne podobieństwa między komunikacją w sieci, która wspierała wybór Trumpa lub brexit, i tą popierającą PiS oraz Andrzeja Dudę.

„Podczas gdy komentatorzy skłaniają się ku temu, by łączyć te zmiany (chodzi o zmiany w Polsce – przyp. aut.) z szerszym trendem prawicowego populizmu w Europie, ich interesującym aspektem, który pozostaje niedostatecznie zbadany, jest to, jaką rolę odegrał w nich internet oraz media społecznościowe”, napisał Gorwa i postarał się parę spraw wyjaśnić. W tym celu przeprowadził badania jakościowe, na które złożyły się wywiady ze specjalistami. Dotyczyły one głównie Facebooka, gdzie trudniej o analizy statystyczne, a liczba komunikacji ma mniejsze znaczenie. Później uzupełniono je ilościowym badaniem Twittera, które potwierdziło, jak źle jest z polską siecią.

Szczególnie ciekawe okazały się rozmowy z jednym z praktyków manipulowania siecią. „W ciągu ostatnich 10 lat jego firma stworzyła ponad 40 tys. unikalnych tożsamości, każdą z wieloma kontami na różnych platformach społecznościowych i portalach, unikalnymi adresami IP, a nawet własnymi osobowościami, kreując kilkaset tysięcy fałszywych kont, które były wykorzystywane w polskiej polityce oraz wielu wyborach”, relacjonuje Robert Gorwa w raporcie i dokładnie opisuje, co później robi się z takimi kontami. A działa to tak, że każdy pracownik firmy zarządza mniej więcej 15 tożsamościami. Każda z nich ma swój styl, swoją historię i ludzi, na których wpływa. Nie chodzi bowiem o to, by bezpośrednio wpływać na opinię publiczną. Bardziej liczy się wpływanie za pomocą sygnałów popularności (lajków, przychylnych komentarzy) na liderów opinii – blogerów, dziennikarzy, polityków, administratorów popularnych stron, ważnych aktywistów.

„Poprzez infiltrację wpływowych grup na Facebooku, podkładanie komentarzy i bezpośrednie rozpoczynanie dyskusji z tymi liderami opinii dąży się do celu, którym jest przekonanie wybranych osób, że podążający za nimi szczerze wierzą w określony argument, i dostarczenie długoterminowych bodźców pchających w kierunku pewnych strategicznie określonych pozycji”, czytamy w raporcie. Co oznacza mniej więcej tyle, że zadaniem tych ludzi jest pisanie komentarzy, które przekonają osoby mające poglądy inne od wygodnych dla zleceniodawcy, że te są niepopularne, i zniechęcą do zabierania głosu lub skłonią do zmiany poglądów.

tygodnikprzeglad.pl

Ostatnią kampanię wyborczą w Stanach Zjednoczonych i pierwszy rok prezydentury Donalda Trumpa da się streścić jako nieistniejącą powieść Thomasa Pynchona. Jej fabuła szłaby tak: wywodzący się z branży nieruchomości krezus z niejasnymi finansami i gwiazdor reality TV startuje w wyścigu do Białego Domu. Za jego plecami staje magnat medialny, podszeptujący idącemu jak burza kandydatowi skandalizujące i mroczne idee. Między nimi a władzą stoi kobieta, pierwsza w historii prezydenckiego wyścigu. W tle kampanii przewijają się rosyjscy hakerzy, neonaziści z alt-right i fałszywe wiadomości o politykach gwałcących dzieci w podziemiach pizzerii. Nieoczekiwanie dla świata i także dla samego siebie gwiazdor aferzysta wygrywa, ale to dopiero początek kłopotów… Blurb na okładce: „Tego gówna nie zmyślisz”. To mantra pierwszego rzecznika Białego Domu, Seana Spicera, która w „Ogniu i furii” Michaela Wolffa pojawia kilka razy. Spicer oczywiście nie ma racji, bo wszystko da się zmyślić. Jego mantra mówi o czymś innym. Chodzi o zdumienie, że to gówno dzieje się naprawdę.

(...)

Bannon to dzisiaj już była szara eminencja Białego Domu, pierwszy w historii amerykańskiej prezydentury człowiek, który piastował funkcję głównego stratega prezydenta (nie mając do tego żadnego politycznego doświadczenia, chociaż przy prezydencie, który sam nie ma doświadczenia w sprawowaniu urzędów publicznych, to akurat nie znaczy zbyt wiele). Kiedyś inwestor, bankier i producent filmowy, Bannon pojawił się w orbicie Trumpa jako medialny baron, głowa konserwatywnego imperium medialnego o nazwie Breitbart, kontrowersyjnego, bo kojarzonego z fałszywymi wiadomościami, ale i niebotycznym zasięgiem, który w 2016 roku pracował przede wszystkim na korzyść Donalda Trumpa.

Według licznych relacji były główny strateg Trumpa to będący na bakier z higieną abnegat. Jego ulubiony strój: bojówki, kilka warstw koszulek i klapki. Jednocześnie to człowiek wielkiej ambicji („Ludzie na lewicy chcą wygrywać Pulitzery, kiedy ja pragnę BYĆ Pulitzerem!” – zanotował Joshua Green, autor jego reporterskiej biografii „Devil’s Bargain”), który wierzy, że ma do odegrania historyczną rolę w historii swojego kraju, a być może i świata. Sam o sobie mówi, że jest politycznym street fighterem, co znać po jego brutalnych zagraniach i agresywnym języku, czego przykładów w „Ogniu i furii” nie brakuje – o Ivance Trump mówi na przykład, że jest „głupią jak cegła” suką.

Zaczytany w biografiach amerykańskich generałów i prezydentów, a do tego zafascynowany chrześcijańskim mistycyzmem, ezoterycznym hinduizmem i pismami francuskiego tradycjonalisty René Guénona, Bannon postrzega prezydenturę Trumpa jako moment dziejowy. To głównie Bannon stoi za tym, co zyskało miano trumpizmu, czegoś na kształt politycznej ideologii Trumpa, będącej mieszanką populizmu, białego nacjonalizmu i izolacjonizmu. To oczywiście rodzaj uproszczenia, bo prezydent nie ma żadnej ideologii. W okresie opisywanym przez Wollfa miotał się między walczącymi na śmierć i życie ośrodkami wpływu, czyli Bannonem i Jarvanką, jak ten pierwszy nazywa Ivankę Trump i jej męża Jareda Kushnera, przywołując skojarzenia z innymi power couples: Jayoncé i rozwiedzioną już Brangeliną.

Bannon zrozumiał też, że Trump nigdy się nie zmieni, media i tak go nie polubią, a to, co mówią o nim liberalni dziennikarze, nie ma żadnego znaczenia dla jego zwolenników, dlatego bardziej opłaca się iść na starcie z mediami niż próbować je ugłaskiwać. Słuchając podszeptów Bannona, Trump zyskał pewność, że może powiedzieć wszystko i ujdzie mu to na sucho. Już nie musiał przepraszać i kajać się przed dziennikarzami jak politycy lat minionych – mógł nazwać każdą krytykę brakiem obiektywizmu i wciąż być dla swoich zwolenników bohaterem. I nawet jeśli świat usłyszy, jak przechwala się molestowaniem seksualnym, nic mu się nie stanie.

dwutygodnik.com

BiznesAlert.pl: Jak rosyjska gospodarka radzi sobie w okresie podwyżki cen ropy naftowej?

Marek Menkiszak: Pozostaje ona zależna od modelu surowcowego, eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. Potrzebuje inwestycji zagranicznych. Rosja wyszła z recesji i weszła w stagnację. Jest wyraźnie lepiej, bo nie ma spadku PKB. Według pierwszej oceny w zeszłym roku zanotowano wzrost 1,5 procent. Warto jednak podkreślić, że jest to poniżej oczekiwań, które zakładały wzrost na poziomie 2,1 procenta. Jest pewien zawód władz rosyjskich. Kwartalne wskaźniki pokazują, że po pierwszym entuzjazmie z drugiego kwartału, kiedy wzrost PKB wyniósł 2,5 procenta, nastąpiło wyraźne spowolnienie. Produkcja przemysłowa zanotowała 1 procent wzrostu. To słabo. Owo tempo potwierdza przewidywania niezależnych analityków rosyjskich, którzy twierdzili, że problemem rosyjskiej gospodarki będzie brak zrównoważonego, dynamicznego wzrostu gospodarczego. Rysuje się perspektywa stagnacji: wzrostu 0-2 procent PKB rocznie, co przy kiepskim klimacie inwestycyjnym i małym napływie kapitału zagranicznego nie daje szans na dynamiczny rozwój ekonomiczny, który pozwoli Rosji poprawić pozycję międzynarodową. Jednakże taki wzrost wystarczy, aby zapewnić stabilność finansową i utrzymać poziom wskaźników społeczno-gospodarczych. Gospodarka rosyjska może utrzymywać się na tym poziomie przez długie lata.

I przejść spokojnie przez wybory…

…dokładnie. Priorytetem Kremla jest utrzymanie stabilności politycznej. Głównym zagrożeniem dla tego jest pauperyzacja społeczeństwa na tyle duża, aby przełożyła się na stabilność. Jeżeli spojrzeć na wskaźniki socjalne, to czwarty rok z rzędu spadają dochody Rosjan. W 2016 roku sięgał on prawie 6 procent, a w 2017 roku było to 1,7 procent. Wciąż nie został przezwyciężony negatywny trend spadkowy dochodów realnych. Około 40 procent rosyjskiego społeczeństwa nie starcza pieniędzy na niektóre podstawowe wydatki, jak ubranie i jedzenie. Topnieją ich oszczędności. Ponad dwie trzecie Rosjan nie ma żadnych. Do tego dochodzi problem, że dotyka to głównie emerytów, których problemów nie rekompensuje indeksacja emerytur przy rosnących cenach żywności i lekarstw. Widać, że rząd zdaje sobie z tego sprawę. W kampanii wyborczej ten temat będzie ważny. Władza podejmie jakieś działania, albo będzie próbowała sprawić wrażenie, że to robi.

Jaką rolę odegra tutaj przemysł militarny i energetyczny?

Te dwa sektory są w Rosji kluczowe. Dochody naftowo-gazowe to za zeszły rok około 190 mld dolarów. Połowa to eksport ropy, 30 procent – produktów naftowych i dopiero 20 procent – eksport gazu. To więcej, niż w 2016 roku, bo wtedy te dochody wynosiły 150 mld dolarów ale dużo mniej od rekordowego 2013 roku – kiedy Rosja zarobiła na eksporcie surowców energetycznych prawie 350 mld dolarów. Ten obecny wzrost cieszy Rosję, bo średnioroczna cena ropy naftowej marki Urals wzrosła z 42 dolarów w 2016 roku do 53 dolarów w 2017 roku. Ceny miesięczne zwiększyły się jeszcze bardziej. To pomaga budżetowi i redukuje jego deficyt. Rosja stara się przy tym oszczędzać. Wyliczenia budżetowe są konserwatywne i zakładają dochody liczone według, średniej ceny ropy na poziomie 40 dolarów.

Obecnie jest to prawie 70 dolarów.

Tak. Kolejny element to kompleks przemysłu zbrojeniowego. Trudno to rozdzielić, bo są zakłady pracujące jednocześnie dla sektora cywilnego i wojskowego. Poza tym jedna czwarta budżetu federalnego jest utajniona. Faktem jest, że wydatki zbrojeniowe Rosji, które systematycznie rosły nawet mimo kryzysu, mają funkcję nie tylko czysto militarną i geopolityczną, czyli budowę wizerunku mocarstwa i odstraszanie przeciwników, ale także funkcję socjalną. To sektor, w który pompowane są duże pieniądze także po to, aby utrzymać stabilność społeczną w Rosji. Te kilkanaście milionów ludzi zatrudnionych w tym sektorze, to – wraz z rodzinami – istotna część społeczeństwa.

biznesalert.pl