
Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.
Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoki rangą menadżer Procter&Gamble mówił mi w 1991 roku, że jego firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy.
Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce.
krytykapolityczna.pl