piątek, 12 stycznia 2018


„Człowieka sowieckiego” cechuje skłonność do podążania za autorytetem państwa w ocenie rzeczywistości, biorąca się z nieufności i lęku wobec wszystkiego, co obce i nieznane, oraz z przekonania o własnej bezsilności i niemożności wpływu na otaczającą rzeczywistość – stąd już tylko krok do braku poczucia odpowiedzialności za nią. Tłumiona agresja, zrodzona przez chroniczne niezadowolenie z życia, dojmujące poczucie niesprawiedliwości i niemożności samorealizacji oraz zawiść przeradzają się w fascynację siłą i przemocą oraz skłonność do „identyfikacji negatywnej” – poprzez opozycję wobec „wroga” lub „obcego”. Osobowości takiej właściwe jest quasi-plemienne podejście do norm moralności i prawa (to, do czego mają prawo „swoi”, potępiane jest u „obcych”).

Powyższe cechy przekładają się na skłonność do samoizolacji i wiarę w czarno-biały, stereotypowy, konfrontacyjny obraz świata, serwowany przez kremlowską propagandę. „Człowiek sowiecki” cierpi na syndrom imperialny i projektuje na samego siebie dokonania przeszłych pokoleń, co napełnia go poczuciem wyższości wobec innych narodów. Funkcję kompensacyjną pełnić ma w tym kontekście wiara w szczególną, cywilizacyjną tożsamość Rosji, opartą na niedemokratycznym systemie wartości. Władza państwowa staje się dla niego gwarantem porządku i punktem odniesienia dla tożsamości narodowej. Może on doświadczać poczucia własnej wartości jedynie poprzez utożsamienie się z państwem, szczególnie w chwilach próby, mobilizacji całej wspólnoty przeciw wspólnemu wrogowi, co skutkuje podatnością na retorykę militarystyczną. Osobowością o takich cechach łatwo kierować i manipulować, ale też jest ona z natury inercyjna, odporna na zmiany.

"Uzależnieni od konfliktu. Wewnętrzne uwarunkowania antyzachodniej polityki Kremla." OSW 2017

Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.

Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoki rangą menadżer Procter&Gamble mówił mi w 1991 roku, że jego firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy.

Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce.

krytykapolityczna.pl

Według międzynarodowego badania przeprowadzonego przez firmę Aon Hewitt, tylko 25 proc. pracowników na świecie jest bardzo zaangażowana w swoją pracę, a 39 proc. – „średnio”. Pozostali z 5 milionów przebadanych pracowników to osoby słabo zmotywowane, które nie są w stanie wykrzesać z siebie energii ani pomysłów.

W Polsce aż 52 proc. pracowników nie czuje się zaangażowanych w wykonywaną pracę. O największym spadku zaangażowania w pracę od lat mówi badanie Aon Best Employers, przeprowadzone na grupie blisko 72 tysięcy respondentów ze 119 polskich firm. Mimo, że obecnie mamy rekordowo niskie wskaźniki bezrobocia od początku lat 90., jakość wykonywanej pracy pogarsza się. Najbardziej spadło poczucie lojalności pracowników w stosunku do pracodawcy bo aż o 4 p. p. w stosunku do roku poprzedniego – z 59 proc. na 55 proc. O 3 p. p. obniżyły się także pozytywne myślenie i mówienie o firmie, w której pracujemy – z 59 proc. na 56 proc. oraz chęć działania i rozwoju w firmie – z 51 proc. na 48 proc.

Aż 74 proc. respondentów uznało, że ich wynagrodzenie nie jest adekwatne do ich wkładu w wykonywaną pracę.

"Pracownicy przychodząc do nowej firmy mają wysokie poczucie zaangażowania, które wynika z samego faktu rozpoczynania nowego etapu w życiu zawodowym. Niestety po jakimś czasie zaczynają odczuwać brak zainteresowania ze strony przełożonego, czują, że nie są wystarczająco ważni i docenieni w oczach pracodawcy, zarówno w kontekście wynagrodzenia, jak i pozafinansowych aspektów. Nie czują się też częścią sukcesów firmy. Dlatego ich lojalność drastycznie spada i odchodzą, a firma wpada w błędne koło zmagania się z niedoborem pracowników" – wyjaśnia Magdalena Warzybok, Talent Director w Aon Hewitt. - "Mamy też coraz większe oczekiwania, dlatego świadczenia pozafinansowe, takie jak karnety na basen, fitness czy do centrów medycznych nie robią już na nas wrażenia. To już nie benefit od pracodawcy i karta przetargowa w rekrutacji, a podstawowy wymóg kandydatów do pracy" – dodaje.

Problemem jest nie tylko samopoczucie pozbawionych motywacji pracowników, spędzających 8 godzin dziennie w miejscu, które ich nie inspiruje. Ich niezadowolenie przekłada się na tempo wzrostu gospodarki: firmy, w których zaangażowanie pracowników jest małe, często zmieniają zespół, borykają się z większą liczbą urlopów na żądanie i brakiem satysfakcji ze strony klientów. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia: słabo rozwijające się przedsiębiorstwa prowadzą do spadku krajowego dobrobytu, a tym samym do pogorszenia się średniego standardu życia.

forsal.pl