niedziela, 21 grudnia 2025



Minister energii Arabii Saudyjskiej, książę Abdulaziz bin Salman, ogłosił, że od 2027 r. kwoty wydobycia w ramach OPEC+ będą ustalane na podstawie corocznie aktualizowanego wskaźnika MSC (Maximum Sustainable Capacity), czyli "maksymalnej zdolności produkcyjnej". Ani historyczne znaczenie przemysłu naftowego w każdym konkretnym kraju, ani bezwzględna wielkość bieżącej produkcji, ani żadne względy polityczne nie będą miały znaczenia.

Wskaźnik MSC będzie równy maksymalnej liczbie baryłek, które dany kraj jest w stanie wydobyć w ciągu roku.

Innymi słowy, w OPEC+ prawo do kierowania i wyznaczania kursu sojuszu przysługuje tym uczestnikom, którzy faktycznie inwestują w utrzymanie i zwiększenie swojego potencjału wydobywczego. Kraje, które nie inwestują w ten cel, tracą prawo głosu. Co najważniejsze, oficjalnie umacnia się władza tych, którzy dysponują gotowym, ale niewykorzystanym potencjałem wydobywczym, czyli realną możliwością manipulowania wydobyciem.

Kto więc od 2027 r. będzie kierował stowarzyszeniem państw wydobywających ropę? Kto dysponuje takimi środkami w postaci gotowego do wykorzystania potencjału?

Po pierwsze, Arabia Saudyjska, która posiada co najmniej 60 proc. rezerwowych mocy OPEC+. Wydobywa ona 9,95 baryłek dziennie i dysponuje rezerwowymi mocami gotowych do eksploatacji pól naftowych o wielkości jeszcze 2,2 mln baryłek. W rankingu wpływów za nią plasują się Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie przy średniej dziennej wydajności wynoszącej 3,65 mln baryłek rezerwy wynoszą ok. 0,8 mln. Następny jest Kuwejt z wydajnością 2,65 mln baryłek dziennie i rezerwami wynoszącymi ok. 0,5 mln.

Widzimy, że uczestnicy OPEC+, tacy jak Rosja, Irak, Nigeria, Wenezuela i Libia, nie mogą pochwalić się żadnymi niewykorzystanymi rezerwami zwiększenia wydobycia. Udział w manipulowaniu podażą na światowym rynku ropy naftowej jest dla nich obecnie całkowicie nierealny.

(...)

Saudyjczycy w każdy możliwy sposób podkreślali rolę Rosjan w tym procesie, chociaż nie wniosła ona rzeczywistego wkładu w manipulowanie. Rosyjscy producenci ropy naftowej z obiektywnych powodów nie są w stanie szybko zwiększać lub zmniejszać wydobycia, a Rosja w rzeczywistości wydobywa tyle ropy, ile może, nie przestrzegając zbyt dokładnie kwot OPEC+. Moskwa pozostawała w tym sojuszu jedynie dekoracją, ponieważ pod względem fizycznej produkcji należy do wielkiej "trójki" wraz z Arabią Saudyjską i Stanami Zjednoczonymi.

Teraz Moskwa nie będzie mogła nawet pretendować do pozoru przywództwa w OPEC+. Strategię będą określać Arabowie z Zatoki Perskiej, którzy mają realne możliwości wywierania wpływu na rynek.

W świetle takiego rozwoju sytuacji na rynku ropy naftowej można przypuszczać, że demonstracyjne kroki Arabii Saudyjskiej w kierunku rozszerzenia współpracy z Rosją — takie jak wprowadzenie ruchu bezwizowego — należy uznać za osłodzenie gorzkiej pigułki, którą OPEC+ podała Moskwie.

onet.pl\The Moscow Times


Jeśli spojrzeć na aktualne statystyki Rosstatu (czyli za okres wrzesień–październik), serce się raduje. Średnia pensja w Rosji we wrześniu wyniosła 96 tys.182 rubli (4539 zł). Indeks cen konsumpcyjnych (IPC) w październiku wyniósł zaledwie 4,81 proc., czyli prawie tyle, ile wynosi wartość docelowa określona przez bank centralny (4 proc.). Bezrobocie we wrześniu ukształtowało się na poziomie 2,2 proc. Z tych danych nasuwa się jednoznaczny wniosek — życie rosyjskich obywateli staje się coraz lepsze i radośniejsze!

Tak też uważa bank centralny w Rosji. Dynamika dochodów rosyjskich gospodarstw domowych w latach 2022-2024 pokazuje, że życie nie tylko staje się lepsze, ale też bardziej sprawiedliwe. Bo oceńcie sami — co dwa lata regulator przeprowadza badanie panelowe tych samych gospodarstw domowych. I oto po trzech latach wojny w Ukrainie realne (z uwzględnieniem inflacji) dochody pieniężne tych gospodarstw domowych wzrosły u 65 proc. badanych gospodarstw.

Co ważniejsze — najbardziej znaczący wzrost (sięgający ponad 50 proc.) odnotowano wśród gospodarstw domowych o niższych dochodach. Spadek dochodów w ujęciu realnym (o ponad 10 proc.) częściej dotyczył zaś gospodarstw zamożniejszych. Czyli biedni stają się bogaci, a bogaci biednieją. Czyż dla zwykłego człowieka nie jest to powód do radości?

(...)

Zacznijmy od Rosstatu. Wynagrodzenia w Rosji rzeczywiście wzrosły, ale Instytut Ekonomiczny Rosyjskiej Akademii Nauk przyjrzał się zmianom udziału wynagrodzeń w PKB i odkrył, że... zmniejszył się on w porównaniu z latami 2016-17. Wtedy wynosił prawie 48 proc., obecnie — 43,9 proc. Owszem, od 2022 r. udział ten wzrósł, ale jest to wzrost regeneracyjny po silnym spadku w latach 2020–2022. Obecnie udział wynagrodzeń w PKB dorównał poziomowi z 2011 r. Mówiąc prościej, zwracają to, czego wcześniej nie wypłacili — ale nie wszystko i nie wszystkim.

Teraz przyjrzyjmy się średniej wysokości wynagrodzenia. 96 tys. 182 rubli (4543 zł) — to dużo czy mało? Oto dane z raportu firmy Nielsen badającej sektor konsumencki — 27 proc. osób o dochodach 90–150 tys. rubli (4251-7085 zł) miesięcznie (a w Moskwie 37 proc. takich rodzin) przyznaje, że robi zakupy w superdyskontach typu Swetofor lub Fix Price. Innymi słowy — średnia pensja wyznacza poziom, przy którym ludzie muszą kupować żywność w sklepach z paletami zamiast półek, a po ubrania "nurkować" w metalowych koszykach.

Kiedyś za "biedny" uważano Auchan, który w porównaniu z tymi sklepami wygląda po prostu jak segment premium. Jeszcze bardziej wymowna jest mapa wydatków Rosjan w poszczególnych regionach — nierówności są absolutnie potworne.

(...)

Przyjrzyjmy się jeszcze raz uważnie sporządzonemu przezeń raportowi. "Spadek dochodów w ujęciu realnym (o ponad 10 proc.) częściej dotyczył zamożnych gospodarstw domowych" — tak można w nim przeczytać. Kto jednak w Rosji jest zamożny? To rodziny o dochodach od 315 tys. rubli (14,9 tys.) miesięcznie. Rozumiecie?

Nie chodzi o naprawdę bogatych — oni nigdy nie wezmą udziału w jakichś badaniach. W rzeczywistości chodzi o klasę średnią. O drobnych przedsiębiorców czy wysoko wykwalifikowanych specjalistów — ale nie o szefów ani menedżerowów najwyższego szczebla, nie mówiąc już o naprawdę bogatych ludziach. To ci pierwsi tak naprawdę odnotowują spadek dochodów. Co więc w rzeczywistości odnotował rosyjski bank centralny? Wygląda na to, że redystrybucję dochodów od średnio wykształconej klasy do najbiedniejszych, najbardziej marginalizowanych warstw społecznych.

(...)

Obecnie czasy są oczywiście bardziej humanitarne — przeciwników nie rozstrzeliwuje się, nie wysyła się na ulice, aby się zemścić. Po prostu sprawia się, że ich pensje rosną znacznie wolniej od inflacji. Ale znowu: ci, którzy pracują w przemyśle obronnym (lub w produkcji środków inwigilacji obywateli) albo w propagandzie, mają "pełen zestaw" przywilejów. Wysokie pensje, zwolnienie z mobilizacji i cokolwiek tylko zechcą. Najważniejsze, żeby pomogli zapewnić Rosji zwycięstwo nad Ukrainą i nad niezadowolonymi obywatelami. Na nich nie wydaje się więcej pieniędzy — wręcz przeciwnie. Przypomnę — udział wynagrodzeń w PKB spadł w porównaniu z czasami prosperity.

Ze wzbogaconymi "proletariuszami" też jednak nie wszystko jest w porządku. Ponownie zacytuję raport rosyjskiego banku centralnego: "w grupie gospodarstw domowych o najwyższym tempie wzrostu dochodów gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na dobra trwałe, a także wzrósł odsetek gospodarstw domowych z zadłużeniem z tytułu kredytów hipotecznych". Oznacza to, że po otrzymaniu dodatku w wysokości — powiedzmy — 100 tys. rubli (4,7 tys. zł), najbiedniejsze gospodarstwa domowe natychmiast zaciągają kredyty. Kupują za to iPhone'y i samochody, sprzęt AGD, elektronikę i mieszkania.

Oznacza to, że nie tylko wydają swoje obecne dochody, ale liczą też na to, że nie spadną one w przyszłości. Jeśli zaciągnęli kredyt hipoteczny, to wierzą w to, że będą zarabiać mniej więcej tyle samo przez kolejne 20-30 lat.

Trudno winić ludzi za nieprzemyślane zachowanie — niższe warstwy społeczne były przez długi czas pozbawione nie tylko przedmiotów luksusowych, ale także tych zapewniających warunki życia, które miała klasa średnia, w tym mowa o przyzwoitych mieszkaniach. W Rosji istnieje ogromna nierówność w zakresie mieszkalnictwa: 10 proc. najbogatszych Rosjan posiada prawie połowę całego majątku mieszkaniowego (44,6 proc. w 2022 r.). 20 proc. Rosjan o najwyższych dochodach dzierży prawie dwie trzecie majątku mieszkaniowego (62,6 proc.).

I to jeśli liczyć tylko metry kwadratowe, a nie jakość mieszkań i infrastrukturę z nimi związaną. W rezultacie powstaje niebezpieczna sytuacja — w przypadku ochłodzenia rynku pracy i zakończenia działań wojennych ogromna masa osób, które przeszły z całkowitej nędzy do mniej więcej "przyzwoitej" biedy, nie tylko do niej wróci, ale i skończy z długami. Nie bez powodu rosyjski bank centralny tak uporczywie naciskał i naciska na banki, zmuszając je do zmniejszenia liczby udzielanych kredytów i zaostrzenia warunków ich świadczenia.

onet.pl\The Moscow Times


Wydatki federalnego budżetu Rosji na cele wojskowe w okresie styczeń–wrzesień 2025 r. osiągnęły nowy rekord — 11 trylionów 854 bln rubli [ok. 545 mld zł]. To obliczenia oparte na danych Ministerstwa Finansów przeprowadzone przez naukowca niemieckiego Instytutu Problemów Bezpieczeństwa Międzynarodowego, Janisa Kluge.

W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku wydatki na armię i produkcję broni wzrosły o kolejne 30 proc. czyli o 2 tryliony 763 biliony rubli [ok. 127 mld zł].

W stosunku do poziomów z 2023 r. budżet wojskowy Federacji Rosyjskiej urósł o 95 proc. , a w porównaniu z 2022 r. — o 173 proc. W porównaniu z czasami sprzed wojny w 2021 r. wzrost ten wynosi aż 295 proc. , czyli prawie czterokrotnie.

(...)

Średnio "wojskowa machina" Kremla pochłaniała ponad 1 trylion rubli miesięcznie [ok. 60 mld zł], i ok. 40 mld rubli dziennie [ok. 2 mld zł], co daje ok. 2 mld rubli na godzinę [ok. 87 mln zł].

Ponad połowa (59 proc. ) rosyjskiego budżetu wojskowego jest zaczerniona i tajna. Z danych Kluge wynika, że w trzech kwartałach przez jawne pozycje obronne wydano ponad 4 tryliony rubli [ok. 222 mld zł], a przez pozycje zamknięte — ok. 7 trylionów rubli [ok. 325 mld zł].

W porównaniu z rokiem ubiegłym "cienki" budżet na wojsko zwiększył się o 39 proc., a w porównaniu z okresem sprzed wojny jest pięć razy większy.

Na samą wojnę Kreml kieruje już 44 proc. wszystkich zebranych podatków federalnych oraz 39 proc. całkowitych wydatków państwa. To proporcje niespotykane we współczesnej historii Rosji — oba wskaźniki biją dotychczasowe rekordy i pokazują, jak ogromną część publicznych pieniędzy pochłania dziś wojenny wysiłek. W praktyce oznacza to, że niemal co drugi rubel z podatków trafia na front lub na utrzymanie aparatu militarnego.

Dla porównania: rok wcześniej było to odpowiednio 39 proc. i 36 proc., a w 2021 r. — tylko 18,4 proc. i 19 proc.

Według obliczeń Kluge od początku 2022 r. wojna z Ukrainą kosztowała rosyjskich podatników ponad 42 tryliony rubli (ok. 1.87 biliona PLN), czyli równowartość:
  • 24 rocznych budżetów całego systemu szkolnictwa wyższego w Rosji,
  • 22 lat wydatków federalnych na służbę zdrowia
  • i prawie 80 rocznych budżetów bogatych regionów, takich jak obwód swierdłowski lub kraj krasnodarski.
W projekcie budżetu na 2026 r. rząd zaplanował prawie 13 trylionów rubli [ok. 600 mld zł] na "obronę narodową" oraz kolejne prawie 4 tryliony rubli [ok. 180 mld zł] na "bezpieczeństwo narodowe" — w tym wydatki na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Gwardię Narodową, służby specjalne i system Rosyjskiej Federalnej Służby Więziennej.

Łącznie siłówki otrzymają ok. 17 trylionów rubli (ok. 776 mld zł), czyli 38 proc. całego budżetu. To gigantyczny skok wobec czasów sprzed wojny: w 2021 r. udział wydatków na wojsko i służby wynosił 24 proc., a więc teraz rośnie aż 1,6-krotnie. Innymi słowy, Rosja przeznacza na aparat siłowy większą część budżetu niż kiedykolwiek w ostatnich dekadach, wyraźnie przestawiając państwo na tor permanentnej mobilizacji.

Udział wydatków społecznych skurczy się do 25,1 proc. budżetu (z 38,1 proc. przed wojną), a wydatków na wsparcie krajowej gospodarki — do 10,9 proc. (z 17,6 proc. przed wojną).

(...)

Nawet jeśli rozmowy pokojowe dotyczące wojny w Ukrainie zakończą się powodzeniem, Kreml nie zamierza wyraźnie zmniejszać nakładów na wojsko.

Z sygnałów płynących z otoczenia władzy wynika, że rosyjskie struktury siłowe pozostaną priorytetem, a poziom finansowania armii — mimo ewentualnego wygaszenia działań zbrojnych — nadal będzie utrzymywany na wyjątkowo wysokim poziomie.

— Naboje i drony i tak trzeba będzie produkować, choćby w mniejszej skali. Konfrontacja będzie trwała, armia i wydatki na zbrojenia pozostaną wysokie, bo i Zachód je zwiększa — powiedziało agencji Reutera źródło bliskie rządu.

W przypadku zakończenia aktywnej fazy walk budżet wojskowy może się zacząć zmniejszać od 2027 r., ale — jak podkreślił rozmówca Reutersa — nie należy się spodziewać powrotu do poziomów sprzed 2022 r.

onet.pl\The Moscow Times


Demonstratywnie lewicowy reżim Chavez-Maduro wygnał z Wenezueli Amerykanów wraz z ich technologiami, kapitałem i doświadczeniem, a generałowie, którzy ogłosili się naftowcami, wraz z baronami narkotykowymi doprowadzili branżę do opłakanego stanu. Stanom Zjednoczonym wenezuelska ropa by nie przeszkadzała — jest jej nie tylko dużo, jest gęsta i lepka i mogłaby pomóc w stabilizacji asortymentu amerykańskich produktów naftowych.

Zapotrzebowanie na ciężkie gatunki surowca, z których uzyskuje się wysoki procent np. oleju napędowego, wynika z faktu, że wydobywana obecnie w USA ropa należy głównie do lekkich gatunków o niskiej zawartości siarki. Amerykanie są zmuszeni importować ciężką ropę z Kanady i innych krajów, w tym państw arabskich.

Wydawałoby się, że kontrola nad ogromnymi zasobami Wenezueli jest wystarczającym powodem do wywierania presji militarnej na wenezuelski reżim, ale sprawa nie jest taka prosta.

Po pierwsze, wydobycie w Wenezueli jest w tak złym stanie, że przywrócenie poprzednich poziomów — a tym bardziej zwiększenie produkcji i eksportu — zajmie wiele lat. Trump po prostu nie zdąży nacieszyć się rzeczywistymi korzyściami handlowymi wynikającymi z przejęcia kontroli, a wizerunek obecnego przywódcy USA pozostaje niemal głównym bodźcem jego działań w polityce zagranicznej.

Ponadto działania wojskowe na terytorium Wenezueli mogą nie tylko się przedłużyć, ale także wywołać opór zwolenników Maduro. Wojna partyzancka w dżungli nie wydaje się najbardziej atrakcyjnym tłem dla ogłoszenia triumfu w Waszyngtonie.

Biorąc pod uwagę te okoliczności, na pierwszy plan w analizie działań administracji USA wobec Wenezueli wysuwa się inny czynnik związany z ropą naftową.

Sądząc po zachowaniu, Trump podejmuje desperacką próbę powstrzymania zapowiadającego się spadku światowych cen ropy. Nie jest to już pierwsza taka próba.

W połowie października cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła poniżej 57 dol. (205 zł). Nie mogło to nie wywołać niepokoju amerykańskich producentów ropy. Aby utrzymać poziom wydobycia na uruchomionych już polach naftowych, wystarczy, że koszty operacyjne wynoszą mniej niż 10-15 dol. (35-53 zł) za baryłkę, by pozostać na plusie. Rozpoczęcie nowych projektów wymaga znacznych nakładów kapitałowych, a banki mogą nie udzielić finansowania, jeśli uznają, że w dającej się przewidzieć przyszłości cena baryłki będzie zbyt niska 45 dol. (161 zł).

Kiedy Trump otrzymał od branży informacje o zbliżającym się zagrożeniu dla firm wydobywczych, zmienił swoją strategię nieszkodzenia reżimowi Putina i po raz pierwszy w całej swojej kadencji ogłosił sankcje wobec Rosnieftu i Łukoilu.

Jednocześnie administracja Białego Domu zainicjowała kampanię w mediach, starając się przekonać świat, że takie sankcje uderzają w 50 proc. rosyjskiego eksportu ropy. Aluzja była oczywista: należy spodziewać się deficytu rynkowego, a tym samym powrotu cen do akceptowalnego dla Amerykanów przedziału.

Efekt okazał się krótkotrwały. Przepływ ropy z Rosji się nie zmniejszył (zamiast dwóch "ukaranych" firm eksportem tych samych ilości zajęli się ich koledzy). Nadwyżka podaży nad popytem nigdzie nie zniknęła, a ceny, które na jakiś czas podskoczyły, powróciły na ścieżkę spadkową.

Presja na Wenezuelę była drugą próbą ratowania amerykańskiego przemysłu naftowego przed perspektywą niedofinansowania z powodu niskich cen. Najważniejsze znaczenie miało ogłoszenie całkowitego embarga na eksport ropy z tego kraju, a nie demonstracja siły militarnej u jego wybrzeży.

Reakcja rynku nie była jednak taka, jakiej można było oczekiwać w Stanach Zjednoczonych. Po ogłoszeniu przez Trumpa, że wszystkie płynące do Wenezueli tankowce zostaną zatrzymane, cena baryłki rzeczywiście wzrosła od razu o ponad 2 proc. Można jednak przypuszczać, że taki skok, podobnie jak w przypadku sankcji wobec dwóch rosyjskich firm, będzie stosunkowo krótkotrwały. Nawet jeśli eksport z Wenezueli rzeczywiście zostanie wstrzymany, nadwyżka podaży nigdzie nie zniknie.

(...)

Najwyraźniej Trump będzie musiał poszukać innych środków nacisku, aby pomóc OPEC w stabilizacji cen.

Michaił Krutichin

oney.pl\The Moscow Times


W pierwszych 11 miesiącach tego roku nadwyżka Chin w wymianie towarowej sięgnęła 1,08 bln USD. To o ponad 22 proc. więcej niż w takim samym okresie poprzedniego roku i o niemal 9 proc. więcej niż w całym 2024 r., który dotychczas był pod tym względem rekordowy. To również więcej, niż wyniesie w tym roku PKB Polski, czyli – w uproszczeniu – całkowita wartość finalnych towarów i usług wytworzonych nad Wisłą.

Puchnąca nadwyżka handlowa Chin to następstwo tego, że tamtejszy eksport rośnie w szybkim tempie pomimo drastycznego wzrostu ceł w USA, podczas gdy import maleje. W tym roku, do końca listopada, chińscy producenci sprzedali za granicą towary o wartości (w dolarach) o 5,4 proc. większej niż w takim samym okresie poprzedniego roku. W tym czasie wartość chińskiego importu zmalała o 0,6 proc. rok do roku, choć w ostatnich miesiącach zaczęła powoli rosnąć.

Powyższe dane, opublikowane niedawno przez chińską administrację celną, świadczą o tym, że tamtejsi producenci byli w stanie przekierować sprzedaż z USA na inne rynki. Bezpośredni eksport towarów do Stanów Zjednoczonych, gdzie efektywna stawka celna (czyli średnia stawka ważona strukturą importu) na chińskie produkty sięga 40 proc., czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, w pierwszych 11 miesiącach 2025 r. zmalał o 19 proc. rok do roku. W tym czasie eksport do Unii Europejskiej wzrósł o ponad 8 proc., a do państw ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) o około 12 proc.

(...)

"Próbuję Chińczykom tłumaczyć, że ich nadwyżka handlowa jest nie do utrzymania na dłuższą metę, ponieważ oznacza, że Chiny zabijają swoich własnych klientów w ten sposób, że już niemal nic od nas nie kupują" – mówił Macron w wywiadzie dla "Les Echos".

Wypowiedź francuskiego prezydenta dobrze oddaje istotę problemu. Zagrożeniem dla Europy nie jest szybki wzrost chińskiego eksportu, tylko to, że nie towarzyszy mu wzrost popytu w Chinach. Inaczej mówiąc, nadwyżka handlowa jest nie tyle przejawem siły chińskiej gospodarki, co jej słabości, którą zarazić może inne części globu. Tamtejsi producenci podbijają zagraniczne rynki nie dlatego, że są nadzwyczaj konkurencyjni, tylko dlatego, że ich towarów nie chcą krajowi nabywcy. I to pomimo obniżek cen, które utrzymują się już od ponad trzech lat (wskaźnik cen produkcji sprzedanej chińskiego przemysłu w listopadzie był o 8 proc. niższy niż w tym samym miesiącu 2022 r.).

Zjawisko to doskonale widać właśnie w branży motoryzacyjnej, istotnej dla Europy. W pierwszych 11 miesiącach roku eksport samochodów z Chin zwiększył się o niemal 17 proc. rok do roku, podczas gdy import aut tąpnął o ponad 38 proc. Mimo to, jak wskazują ekonomiści z banku ING, chińscy producenci samochodów wykorzystują moce produkcyjne w niespełna 75 proc. Niektóre inne gałęzie przemysłu są w nawet gorszym położeniu.

Niski poziom wykorzystania mocy wytwórczych oznacza, że nawet dalszy ekspresowy wzrost eksportu, o który – choćby z powodów politycznych - będzie coraz trudniej, nie sprawi, że chińskie fabryki będą działały na pełnych obrotach. Nie będą więc skłonne do inwestycji, zwiększania zatrudnienia i podwyżek płac. To zaś jest konieczne, aby wyrwać chińską gospodarkę z błędnego koła, w którym się znalazła przede wszystkim w wyniku załamania na rynku nieruchomości.

Sprzedaż mieszkań w Państwie Środka od szczytu sprzed kilku lat zmalała już o ponad połowę. Za tym poszły ich ceny, co podkopało finanse gospodarstw domowych, szczególnie tych, które kupiły nieruchomość na kredyt. Konsekwencją są słabe nastroje konsumentów i stagnacja ich popytu. W listopadzie sprzedaż detaliczna w Chinach wzrosła o zaledwie 1,3 proc. rok do roku, najmniej we współczesnej historii, pomijając okres pandemii COVID19. Załamanie na rynku nieruchomości ciągnie też w dół inwestycje, i to nie tylko w budynki. W ostatnich miesiącach maleć zaczęły również nakłady brutto na środki trwałe w przemyśle oraz w sektorze publicznym. To m.in. konsekwencja problemów tych gałęzi przemysłu, które zaopatrywały budownictwo.

(...)

– Nadeszła pora, aby Pekin zdał sobie sprawę z tego, że olbrzymia nadwyżka w handlu towarami jest nie do utrzymania. Powinien pozwolić na stopniowe, ale konsekwentne umocnienie swojej waluty na przestrzeni około pięciu lat, aby podbić chiński import i dać oddech konkurentom z Europy, USA i innych państw – napisał w niedawnej analizie James Kynge, analityk z think-tanku Chatham House. – Jeśli to nie nastąpi, na Zachodzie narastały będą protekcjonistyczne nastroje, co poskutkuje wzrostem ceł i innych barier handlowych tamujących napływ chińskich towarów – dodał. Podobne głosy słychać też w samych Chinach, co sprawia, że wielu ekonomistów w prognozach na przyszły rok uwzględnia pakiet stymulacyjny w Państwie Środka.

To sugeruje, że UE nie musi spieszyć się z otwieraniem nowego frontu wojny handlowej zapoczątkowanej przez Trumpa. Są też inne powody, aby chińską nadwyżką handlową póki co nadmiernie się nie przejmować.

Przede wszystkim dane dotyczące wymiany handlowej Chin, jak wiele innych tamtejszych statystyk, nie są w pełni przejrzyste. Nadwyżka w handlu towarami, która według administracji celnej już w 2024 r. była bliska 1 bln USD, według Banku Światowego wynosiła niespełna 800 mld USD. To gigantyczna kwota, ale Chiny są gigantyczną gospodarką. Taka nadwyżka odpowiadała około 2,9 proc. PKB Chin. Większe nadwyżki, relatywnie do wielkości gospodarki, mają niektóre państwa UE, choćby Niemcy. Saldo wymiany zagranicznej Chin jest zaś jeszcze mniejsze, jeśli uwzględnić też usługi. W handlu usługami Państwo Środka konsekwentnie ma bowiem głęboki deficyt. W ubiegłym roku, według danych Banku Światowego, przekraczał on 220 mld USD.

money.pl