czwartek, 27 sierpnia 2020
Zaczęło się niewinnie w 1999 r. Nie mogło być inaczej, jeśli zacieśnianiem stosunków z Chinami zajął się niemiecki specjalista od szemranych porozumień – kanclerz Gerhard Schröder. To on zapoczątkował niemal coroczne pielgrzymki niemieckich szefów rządów do Państwa Środka. Sam w ciągu 7 lat urzędowania był tam 6 razy. Opłacało się. Wystarczyło popierać politykę jednych Chin, apelować o zniesienie embarga UE na eksport broni (nałożonego po masakrze na placu Tiananmen), a juany zaczęły zasilać krwiobieg niemieckiej gospodarki.
W mgnieniu oka chiński protekcjonizm jakby przestał obowiązywać przedsiębiorstwa znad Renu. Warunek był jeden – niemieckie koncerny miały wchodzić w spółki joint-venture z wybranymi chińskimi partnerami. No i oczywiście niepisanym elementem porozumienia była rezygnacja z apeli do chińskich władz o demokratyzację.
Zresztą Niemcy znalazły wygodną wymówkę. Przykry obowiązek upominania się o prawa człowieka zastąpił dialog z Chinami o praworządności. W końcu im więcej chińscy aparatczycy nasłuchają się wykładów o dobrodziejstwach płynących z demokracji, tym szybciej porzucą ideały komunistyczne.
(...)
Berlin i Pekin pasowały do siebie idealnie. Z jednej strony industrializujące się Chiny spragnione wszelkich środków, a z drugiej Niemcy – potęga przemysłowa mająca w swojej ofercie know-how i wszelkie urządzenia niezbędne do budowy nowoczesnych fabryk.
Co więcej, gdy Chiny dynamicznie rosły, skokowo erodowała potęga rynków zachodnich. Najpierw USA wpędziły świat w globalny kryzys finansowy, a wkrótce potem strefa euro znalazła się na skraju rozpadu. To wpłynęło na kalkulacje niemieckich polityków. W końcu czymś trzeba było napędzać niemiecki motor rozwoju gospodarczego, czyli wiecznie nienasyconą machinę eksportową. Zwłaszcza że Niemcy nie kwapiły się do pomocy strefie euro za wszelką cenę, lecz stawiały wygórowane warunki państwom Południa, co nie służyło ich szybkiemu powrotowi na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Wybór był więc prosty – kurs na Chiny.
W 2010 r. Berlin zainicjował regularne konsultacje międzyrządowe z Pekinem, przeprowadzane są do dziś. Był nawet gotowy na więcej – w ramach tego dialogu zaczął się dzielić swoimi wizjami rozwoju gospodarki, jak np. doświadczeniami koncepcji Przemysłu 4.0. Chińczycy słuchali z najwyższą uwagą. Ich niepisanym celem było w przyszłości zdominowanie m.in. transportu, zielonych technologii, nowych materiałów i przemysłu medycznego, a więc sektorów, w których Niemcy należały do grona liderów.
Do 2016 r. Niemcy nawet jeśli dostrzegali niepokojące tendencje – jak np. systematyczne wspinanie się chińskich producentów na coraz wyższy poziom technologicznego zaawansowania – to zaklinali rzeczywistość. Może i Chińczycy są w stanie wyprzeć z rynków zagranicznych Włochów i Francuzów, ale my, Niemcy, ze względu na naszą sumienność, pracowitość i inżynierską precyzję zawsze będziemy nad nimi górować – takie oceny można było wyczytać między wierszami analiz niemieckiego biznesu.
Firmy znad Renu narzekały wprawdzie na problem kradzieży własności intelektualnej i tajemnic przemysłowych z fabryk w Chinach, jednak pocieszano się, że chodzi o technologie trzeciego sortu – w końcu najcenniejsze komponenty są produkowane wyłącznie w Niemczech. Taki był sposób myślenia niemieckich polityków, lecz niekoniecznie liderów gospodarki znad Renu. Niemieckie koncerny stawały się na tyle uzależnione od Chin, że zaczęły tam budować swoje centra badań i rozwoju. W końcu trudno tworzyć innowacje z dala od swoich najważniejszych fabryki i w oderwaniu od swoich kluczowych konsumentów.
Wreszcie nadszedł szok 2016 r., gdy chiński smok pokazał, na ile go stać i o co mu tak naprawdę chodzi. Niemcy po raz pierwszy poczuli, że sytuacja zaczyna im się wymykać spod kontroli. Perła w koronie niemieckiego przemysłu, jeden z czołowych producentów robotów przemysłowych świata – firma Kuka – została przejęta przez Chińczyków. W dodatku nie było to wrogie przejęcie. Przeciwnie, dokonało się za zgodą zarządu firmy, ale wbrew bezradnemu rządowi w Berlinie. Niemcy nie byli zachwyceni tym, że ich „partnerstwo” z Chinami staje się coraz bardziej jednostronne. Zwłaszcza że Pekin wykazywał coraz mniejszą gotowość do otwierania przed Niemcami kolejnych sektorów gospodarki.
W Berlinie szybko przypomniano sobie opublikowane w 2015 r. założenia strategii rządu w Pekinie Made in China 2025, w której wprost zapowiedziano użycie wszelkich dostępnych instrumentów w celu zdobycia do 2025 r. dominującej pozycji w najważniejszych sektorach przemysłowych, a więc właściwie zastąpienia Niemiec.
Nie trzeba było długo czekać na kolejne, coraz bardziej bezceremonialne działania Chin. W 2017 r. Pekin przyjął przepisy o cyberbezpieczeństwie, które dawały władzom dostęp do danych przedsiębiorstw aktywnych w Chinach, co Niemcy odczytali jako potencjalne usankcjonowanie szpiegostwa przemysłowego. Z kolei w 2018 r. chiński inwestor Geely, omijając przepisy niemieckiego prawa za pomocą złożonych schematów inżynierii finansowej, nabył 10% udziałów w Daimlerze i stał się największym akcjonariuszem firmy. Już wkrótce może dojść do sytuacji, w której Chińczycy przekroczą razem próg 20% akcji uprawniający ich do wetowania kluczowych decyzji w koncernie. Inna chińska firma BAIC posiada bowiem 5% akcji koncernu i chce zwiększyć swoje udziały.
klubjagiellonski.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)