Drugie wytłumaczenie de facto przyspieszonych wyborów kryje się w sytuacji regionalnej i globalnej, z której Łukaszenka musi zdawać sobie sprawę. Za pomocą ściśle kontrolowanego procesu wyborczego ze spodziewanym wynikiem Łukaszenka chce pokazać, że odzyskał ostatecznie pełną polityczną kontrolę w kraju, a poprzez masowe poparcie odnowił swoją społeczną legitymizację. W ten sposób zamierza raz na zawsze zamknąć rozdział wyznaczony wyborami 2020 roku i przystąpić do negocjacji dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie, które miesiącami zapowiadali Donald Trump i ludzie z jego otoczenia. Co prawda po inauguracji nowego prezydenta USA z dnia na dzień staje się coraz bardziej wątpliwe, czy te negocjacje w ogóle się rozpoczną i przyniosą realne skutki. Jednak to od ruchów Trumpa dotyczących Ukrainy i Rosji zależy także przyszłość Białorusi, jej miejsce w nowym geopolitycznym układzie, a zarazem osobiste losy Łukaszenki i jego rodziny, dlatego chce on w jakiejkolwiek formie być uczestnikiem tych procesów.
Brzmi to jak mrzonka, bo w końcu nie po to Rosja od trzech lat bombarduje Ukrainę, by białoruskiemu satrapie tworzyć warunki wybijania się na niezależnego gracza międzynarodowego. Głębokie uzależnienie od Rosji, które stało się efektem decyzji Łukaszenki podjętych w 2020 roku (czyli przyjęcia pomocy w tłumieniu protestów, by utrzymać się za wszelką cenę u władzy), to dziś największe obciążenie dla Białorusi. Łukaszenka zapewne dobrze rozumie, że kraj, którym rządzi, może zostać razem z Rosją za nową żelazną kurtyną. Podejście Trumpa, oparte nie na wartościach czy prawie, a na twardym interesie i transakcyjnym stosunku do umów międzynarodowych, może z kolei dawać mu nadzieję – jeśli nie na wywikłanie się z tego układu, to przynajmniej na lepsze możliwości balansowania kremlowskiej presji. Jednak bez znaczącego osłabienia Rosji Białoruś nie ma szans na radykalne zmiany swojego statusu. Zbyt wiele decyzji podjętych w ostatnich latach trwale przywiązuje ten kraj do widzimisię Kremla. Po 2020 roku Łukaszenka uzależnił białoruską gospodarkę od rosyjskiej, w tym także od rosyjskiej machiny wojennej. A to oznacza, że ekonomiczny kryzys, w który wchodzi właśnie Rosja, nieuchronnie odbije się na sytuacji gospodarczej Białorusi. W kraju przyspieszyła rusyfikacja, która przejawia się nie tylko w państwowej polityce kulturalnej, ale i w dominacji rosyjskich podmiotów na białoruskim rynku. Jakby tego było mało, Alaksandr Łukaszenka zabiegał o rozmieszczenie rosyjskiej broni jądrowej na Białorusi – najwyraźniej w przekonaniu, że będzie to dla jego reżimu trwała polisa od wojny, np. ataku ze strony Ukrainy lub nawet NATO. Ale rosyjski arsenał atomowy na Białorusi to także trwała rosyjska kontrola nad krajem. Przede wszystkim zaś dyktator z Mińska pozwolił Rosji na korzystanie z białoruskiego terytorium dla celów agresji na Ukrainę, co uczyniło z Białorusi współagresora. Nawet gdyby reżim wypuścił teraz wszystkich więźniów politycznych, to odbudowanie zaufania w relacjach z zachodnimi partnerami brzmi jak misja niemożliwa.
new.org.pl