Jak w artykule "Uwagi o istocie siły rosyjskiej" z 1938 roku wskazuje Włodzimierz Bączkowski, jeden z najprzenikliwszych polskich sowietologów, w rosyjskiej kulturze strategicznej wojna definiowana jest o wiele szerzej, niż na ogół przyjmuje się na Zachodzie. Świadoma względnej słabości swojej armii, Rosja zawsze starała się wprowadzać ją do gry dopiero na końcowym etapie długiego procesu przygotowywania gruntu pod agresję dzięki akcjom dywersyjnym i propagandowym.
Poza czynnikiem stricte militarnym ważna jest też zdolność Kremla do militaryzacji życia własnego społeczeństwa i przestawienia gospodarki na tory wojenne (co obecnie obserwujemy), zmuszania obywateli do długotrwałych wyrzeczeń. Podobnie jak w czasach sowieckich, dla Rosjan nie istnieje granica między wojną a pokojem, a pozornie pokojowe sfery działalności, jak sport, nauka czy biznes, stały się kanałami infiltracji zachodnich społeczeństw i establishmentu stworzonymi nymi w celu kształtowania polityki Zachodu w zgodzie z rosyjskimi interesami. Odwrotną stroną tych kalkulacji jest ocena przez Rosję własnych zdolności do ewentualnego zaatakowania NATO: Kreml weźmie pod uwagę nie tylko potencjał militarny Sojuszu, lecz przede wszystkim gotowość zachodnich rządów do jego użycia przeciwko Rosji.
(...)
Podczas gdy na arenie międzynarodowej Rosja prowadzi działania ofensywne przeciwko zachodnim demokracjom z użyciem całego wachlarza środków aktywnych, na arenie wewnątrzkrajowej skupia się na prewencji i obronie, z wykorzystaniem cenzury, indoktrynacji i represji.
Po czterech latach prezydentury Dmitrija Miedwiediewa, która rozbudziła w części elity rządzącej i społeczeństwa nadzieje na trwałą liberalizację systemu politycznego, powrót Władimira Putina na fotel prezydencki w maju 2012 roku zapoczątkował budowę dojrzałego autorytaryzmu, opartego na rosnących represjach i ideologizacji sfery publicznej. U źródeł decyzji o autorytarnym zwrocie tkwił strach Putina przed utratą władzy i kontroli nad społeczeństwem w wyniku kolorowej rewolucji (potępienie dla ruchów demokratyzacyjnych, rzekomo inspirowanych przez amerykańskie służby specjalne, stało się w kolejnych latach leitmotivem wypowiedzi rosyjskiego przywódcy). Strach ten podsyciły protesty antyputinowskie lat 2011–2012 (największy w Moskwie mógł zebrać do 150 tysięcy osób) oraz – jak się wydaje – lincz na libijskim przywódcy Muammarze Kaddafim w październiku 2011 roku. Ekipa putinowska najwyraźniej doszła do wniosku, że gwarancją utrzymania się u władzy jest wykształcenie w społeczeństwie odporności na zachodni wirus demokracji, praw człowieka i tolerancji dla grup mniejszościowych. Interesy kleptokratycznego, opresyjnego reżimu zostały utożsamione z przetrwaniem rosyjskiej państwowości i narodu.
(...)
Władze Rosji mają poczucie niskiej konkurencyjności kleptokratyczno-autokratycznego modelu rządów z dominującą kontrolą państwa nad gospodarką, wobec gospodarki rynkowej i demokracji liberalnej. Jest ono przykrywane pogardliwą retoryką i wieszczeniem rychłego upadku zachodniej cywilizacji. Przez ponad 30 lat państwowości Kreml nie był w stanie zaoferować Rosjanom atrakcyjnego projektu tożsamości narodowej innego niż z natury agresywny projekt imperialny, napędzany kompleksem niższości i resentymentem wobec Zachodu z powodu przegranej w zimnej wojnie. Mimo że większość Rosjan, jak wynika z niezależnych sondaży, przedkłada przedkłada marzenie o dobrobycie nad ambicje geopolityczne, to jednak przynależność do państwa budzącego strach na świecie stanowi potężny czynnik kompensacyjny dla obywateli pozbawionych zarówno szans na dobrobyt, jak i podmiotowości.
(...)
Znamienna jest przy tym ambiwalentna postawa rządzących wobec społeczeństwa, stanowiąca mieszankę strachu i pogardy. Mimo propagandowej narracji o organicznej harmonii wartości oraz interesów władzy i poddanych – interesy te postrzegane są przez Kreml jako z natury przeciwstawne. W grze o sumie zerowej im lepiej powodzi się narodowi, tym słabsza czuje się władza. Im bardziej natomiast naród utrzymywany jest w nędzy i terrorze, tym większa bezkarność reżimu. Jak pokazała pierwsza dekada XXI wieku, wzrost dobrobytu prowadzi prędzej czy później do popularności haseł demokratycznych, natomiast putinowska wojenna nekropolityka okazuje się skuteczna dzięki umiejętnemu zarządzaniu biedą i transferami socjalnymi. Jednocześnie jednak nomenklatura zdaje się wierzyć, że naród rosyjski sam z siebie nie może się sprzeciwić władzy, a wszelkie oznaki buntu są nieodmiennie efektem obcych spisków, podjudzania, przekupstwa i werbunku agentów przez zachodnie służby.
W miarę jak utrzymanie się ekipy putinowskiej u władzy generuje coraz wyższe koszty dla państwa i społeczeństwa, Kreml przyjmuje neototalitarny kurs w polityce wewnętrznej. W wymiarze formalnym różni się on od klasycznego, sowieckiego totalitaryzmu: granice państwa pozostają otwarte dla większości społeczeństwa, nie ma masowej monopartii ani oficjalnej ideologii państwowej. Jednocześnie bezprecedensowa skala ingerencji państwa w prywatne życie obywateli (powszechna inwigilacja, faktyczne wyjęcie spod prawa całych grup społecznych, np. „agentów zagranicznych” czy środowisk LGBT+), narzucany przez propagandę państwową kult przywódcy, a także trwający od początku pełnoskalowej wojny swoisty projekt inżynierii społecznej jakościowo odróżniają aktualny etap putinizmu od jego wcześniejszej, autorytarnej fazy.
(...)
Chodzi przy tym o zaszczepienie Rosjanom nie tyle wiary w określone treści, ile nowych mechanizmów myślenia i działania, sposobów postrzegania świata, które miałyby uodpornić ich na fakty i racjonalną argumentację. Są one w dużej mierze oparte na znanych wzorcach sowieckich, wzbogaconych o arsenał postprawdy i techniki cyfrowego autorytaryzmu. Ilustracją tych ambicji są m.in. apele dobiegające z prokremlowskich środowisk akademickich o rewizję programów edukacyjnych pod kątem ich zgodności z interesami państwa i likwidację rusofobicznych kursów myślenia krytycznego i fact-checkingu, a także zakaz realizacji programów naukowych niezgodnych z „tradycyjnymi wartościami”, propagujących m.in. pacyfizm.
Brakuje przy tym klasycznej ideologii spełniającej kryteria projektów totalitarnych XX wieku, oferującej spójną wizję prawdy o świecie. Celem Kremla jest raczej przebodźcowanie odbiorców silnymi, negatywnymi emocjami emocjami, co wraz z pozbawianiem obywateli poczucia jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość ma sparaliżować wolę oporu i odebrać wiarę w samo istnienie prawdy i możliwość jej poznania. Aroganckie, bezkarne kłamstwo stało się w Rosji atrybutem silnej władzy. Idealne społeczeństwo putinowskie to społeczeństwo zombie, bezwolnie i bezrefleksyjnie poddające się rozkazom przywództwa politycznego. To walka nie tyle o to, czyja opowieść (Kremla czy Zachodu) okaże się lepsza, ile o to, która z nich skuteczniej sparaliżuje wolę oporu oporu. W putinowskiej Rosji trudno udać się na emigrację wewnętrzną – azyl sowieckich dysydentów.
(...)
Treści, do jakich odwołuje się Kreml w wojnie kognitywnej, wpisują się w paradygmat gry o sumie zerowej. Są one z gruntu konfrontacyjne, wykluczają współistnienie różnych światopoglądów, promując nadrzędną ideę o wyjątkowości Rosji i jej wyższości moralno-cywilizacyjnej, a także o prawie do zapewniania sobie bezpieczeństwa kosztem suwerenności, a nawet istnienia innych narodów.
Po pierwsze, jest to mesjanizm (zarówno w ujęciu historycznym, jak i współczesnym), ukazujący Rosję jako siłę dobra, wiecznie toczącą walkę z absolutnym złem nazizmu, którego nowym wcieleniem ma być de facto demokracja liberalna. Podbudowę stanowi mitologia narosła wokół walki przeciwko nazistowskiej Rzeszy w latach 1941–1945, która – w myśl kremlowskiej polityki wieczności opartej na cyklicznej wizji historii – poniekąd odgrywana jest na nowo w Ukrainie od lutego 2022 roku. Narracja ta jest umacniana przez opowieść o dobrym imperium, toczącym zawsze wyłącznie wojny obronne i dokonującym tylko pokojowych podbojów dzięki atrakcyjności cywilizacji rosyjskiej.
(...)
Po drugie, propagowana jest natywistyczna idea rzekomego wrodzonego przywiązania narodu rosyjskiego do określonych idei i mechanizmów poznawczych, niezależnych od doświadczenia. De facto sugeruje ona istnienie niemal genetycznej odmienności Rosjan od społeczeństw zachodnich, która ma uzasadniać bezalternatywność tożsamości imperialnej i autokratycznego modelu rządów jako organicznych, naturalnych dla Rosji.
Po trzecie, kremlowskie narracje szerzą kult siły i przemocy jako zjawisk nie tylko naturalnych, lecz również pożądanych, niezbędnych dla obrony narodu przed „kulturowym ludobójstwem”. W tym ujęciu konflikt cywilizacyjny z wrogiem wymaga nie tylko militaryzacji życia publicznego, w tym wychowania młodzieży, ale także utrwalania „tradycyjnych wartości”, które sprowadzają się do afirmacji toksycznej męskości, szowinizmu, mizoginii i homofobii. Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę zaowocowała przesunięciem niegdyś marginalnych treści o wyraźnym zabarwieniu faszystowskim do centrum kreowanego przez władze dyskursu. To m.in. kult działania w opozycji do krytycznej refleksji, kult śmierci na polu walki, agresywny militaryzm, wrogość wobec inności czy idea demodernizacji w imię czystości ideologicznej.
(...)
Każda rosyjska agresja jest obudowana kombinacją zarządzania refleksyjnego oraz dywersji politycznej. To ona wzorcowo przygotowała zawczasu grunt pod napaść na ukraińskiego sąsiada. Już w pierwszej dekadzie XXI wieku Kreml zainwestował w rozwój środowisk środowisk prorosyjskich na Krymie. To z nich, anektując półwysep, wyłonił liderów samozwańczej republiki, jak Siergiej Aksjonow, Rosjanin urodzony w Mołdawii, który znaczną część swojego życia spędził w Ukrainie, a w 2009 roku stanął na czele krymskiego ruchu społeczno-politycznego Jedność Rosyjska. Nieco później, bo w latach 2011–2012, Rosjanie rozpoczęli szkolenie i wyposażanie nielegalnych grup dywersyjnych na półwyspie, które w 2014 roku udzieliły wsparcia zielonym ludzikom. Równolegle z działaniami politycznej dywersji propaganda kremlowska nasiliła kampanię legitymizującą zamiary Rosji. Rosyjskojęzyczne media straszyły banderowcami, derusyfikacją półwyspu, a także przekazaniem baz Floty Czarnomorskiej pod kontrolę NATO.
Operacja okazała się tak skuteczna, że gdy na Krymie pojawiły się zielone ludziki, miejscowa ludność nie reagowała. Dezorientację wspomagał Władimir Putin, który zaprzeczał, jakoby były one częścią sił rosyjskich. Sugerował, że to członkowie lokalnych milicji, a rosyjskie mundury po prostu kupili sobie w sklepie. Dzięki temu Rosjanie dostali czas na zajęcie strategicznych pozycji na półwyspie. Należało działać szybko, metodą faktów dokonanych, żeby zanim Ukraińcy i Zachód się otrząsną, nie można było odwrócić sytuacji. Wymagało to czterech konkretnych ruchów. Krok pierwszy: przejęcie pełnej kontroli nad terytorium. Dwudziestego siódmego marca armia rosyjska zajęła miejscowy parlament, ten zdymisjonował dotychczasowe władze i zainstalował prorosyjski rząd. Krok drugi: „uprzejma prośba do prezydenta Putina”. Dwa dni później nowe władze zwróciły się z oficjalną prośbą do Rosji o zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa mieszkańcom Krymu. Krok trzeci: fałszywa legitymizacja. Szesnastego marca pod nadzorem sił okupacyjnych przeprowadzono referendum w sprawie zjednoczenia z Rosją. Oficjalnie większość (96%) mieszkańców opowiedziała się „za”, w rzeczywistości frekwencja wynosiła około 30%, a tylko połowa zagłosowała za przyłączeniem do Federacji. Dwa dni później było już po wszystkim, bo prezydent Putin zrobił ostatni, czwarty krok, ekspresowo podpisując traktat wcielający Krym do Federacji. Propagandzie pozostało teraz przekonywać, że zabór Półwyspu Krymskiego jest dokonany i nie będzie nigdy przedmiotem rokowań międzynarodowych.
Po operacji „Krym nasz” przyszedł czas wyrąbać sobie lądowy korytarz łączący Federację z dopiero co anektowanym półwyspem. Ponieważ w rzeczywistości była to ta sama agresja, Moskwa sięgała po te same narzędzia wojny kognitywnej. Na długo przed 2014 rokiem wspierała na wschodzie Ukrainy środowiska separatystyczne. Te jednak bez pomocy z zewnątrz i nadzoru ze strony rosyjskich służb pozostawałyby bez mocy sprawczej. Z tego powodu do Donbasu trafił m.in. Igor Striełkow (Girkin), który najpierw brał udział w aneksji Krymu, a w kwietniu 2014 roku wraz ze swoimi milicjami zajął Słowiańsk w obwodzie donieckim. Agresja już trwała, lecz zgodnie z kanonem wojny kognitywnej należało dezorientować wroga, a więc wysyłać sprzeczne sygnały. W czerwcu 2014 roku, czyli trzy miesiące po aneksji Krymu, Dmitrij Pieskow skierował do Rady Federacji propozycję cofnięcia wydanej 1 marca zgody na użycie sił zbrojnych wobec ukraińskiego sąsiada. Oficjalnie Moskwa sygnalizowała powrót wojsk do baz, podczas gdy realnie szykowała się do wojny. Następnym krokiem była dyskredytacja wroga, a więc separatyści z Donieckiej Republiki Ludowej oskarżyli o użycie broni chemicznej armię ukraińską, która w tamtym czasie prowadziła operacje uwalniania okupowanych miast Donbasu. A jeszcze później, bo na początku lipca, podkręcano napięcie, wysyłając za pośrednictwem „źródła zbliżonego do rosyjskiego MSZ” informację, że Rosja gotowa jest w ciągu 48 godzin wysłać na wschód Ukrainy swoje siły pokojowe. Miało to zniechęcić Kijów do kontynuowania operacji antyterrorystycznej w Donbasie, lecz gdy ten zabieg się nie powiódł, na stół wyłożono kartę prowokacji.
Wojska rosyjskie, które rozmieszczono wzdłuż granicy jeszcze na potrzeby aneksji Krymu, naruszały ją na lądzie i w powietrzu. (...)
Kilka dni przed inwazją na Donbas, która nastąpiła 24 sierpnia 2014 roku, usypiano czujność swojej ofiary. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow wezwał Radę Bezpieczeństwa ONZ do przyjęcia oświadczenia w sprawie zawieszenia broni w Noworosji na potrzeby udzielenia przez Rosję pomocy humanitarnej. Gdy 26 sierpnia Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała, że dwa dni wcześniej rosyjskie wojska wkroczyły do Donbasu, resort Siergieja Szojgu zaprzeczał, twierdząc, że jego żołnierze przypadkowo przekroczyli granicę podczas patrolu w jej pobliżu. Jednocześnie Moskwa oferowała rozmowy w sprawie zawieszenia broni. Tym samym sięgnęła po klasyczną metodę kontroli kognitywnej znaną jako duszenie wroga w przyjaznym uścisku. Jej celem jest złamanie woli przywódców politycznych oponenta przez łudzenie ich rozwiązaniem problemu drogą pokojową. W rzeczywistości to pułapka rozprężająca przeciwnika, podczas gdy Rosja zyskuje czas na wzmocnienie. Dokładnie tą samą logiką kieruje się dziś Kreml, sygnalizując gotowość do rozmów z Zachodem w sprawie kapitulacji Ukrainy.
W 2014 roku rząd w Kijowie dał się wciągnąć w pułapkę rozmów z Kremlem. Dwudziestego szóstego sierpnia odbyło się spotkanie prezydenta Petra Poroszenki z Władimirem Putinem przy okazji szczytu Ukrainy, Unii Europejskiej i Unii Celnej (Wspólnota Niepodległych Państw), choć w tym samym czasie separatyści kontynuowali natarcie i następnego dnia sztab Donieckiej Republiki Ludowej ogłosił, że przejął kontrolę nad granicą obwodu donieckiego z Rosją. Już wtedy wiadomo było, gdyż informował o tym wywiad USA, że po stronie separatystów walczy ponad tysiąc rosyjskich żołnierzy. Ostatecznie na początku września członkowie trójstronnej grupy kontaktowej (Ukraina, Rosja oraz przedstawiciele republik separatystycznych) podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na terenie Donbasu. W rzeczywistości rosyjska agresja na wschodzie Ukrainy trwała osiem lat i gdy Kreml nie był w stanie doprowadzić do przełomu, zdecydował się na pełnoskalową inwazję 24 lutego 2022 roku.
(...)
To, że najdogodniejszą chwilą dla operacji zarządzania kognitywnego jest kampania przed zbliżającymi się wyborami, potwierdziło wiele państw, w wybory których ingerował Kreml. W 2018 roku Komisja Spraw Zagranicznych Senatu Stanów Zjednoczonych przyjęła raport, w którym zebrała dowody na mieszanie się Rosji w wybory w – używający terminologii Freedom House badającego stan demokracji na świecie – skonsolidowanych demokracjach, jak USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Włochy, państwa nordyckie i bałtyckie, ale też częściowo skonsolidowanych, jak Ukraina, Gruzja, Czarnogóra, Serbia, Bułgaria i Węgry. Później, w latach 2020–2022, mieszała się w 11 kampanii wyborczych w dziewięciu państwach demokratycznych, a w 17 innych stosowała mniej wyraźne wysiłki – w październiku 2023 roku informował Departament Stanu. Rosjanie stymulowali również referendum w sprawie brexitu Wielkiej Brytanii w 2016 roku i próbowali powtórzyć swój sukces rok później podczas referendum niepodległościowego w Katalonii w Hiszpanii.
(...)
Dzięki treściom dostosowanym do bardzo konkretnych uprzedzeń rosyjskie agencje skutecznie pogłębiały polaryzację. Stymulowały osie konfliktów między policją a ruchem Black Lives Matter; środowiskami antyimigranckimi a zwolennikami reformy polityki imigracyjnej; LGBT+ a skrajną prawicą. Podsycano przy tym nastroje secesjonistyczne, burzliwą dyskusję o zbrodniach na pierwszych narodach, a także o prawie dostępu do broni. Istotą rosyjskich operacji kognitywnych w USA czy w Europie nie jest jednak wspieranie konkretnej frakcji. Moskwie zależy na chaosie i dezorientacji, wspiera więc ekstremę tak prawicową, jak i lewicową, rozsiewa niestabilność, podważa zaufanie społeczne do wyborów, a przy tym sufluje populistyczne i niedemokratyczne recepty.
(...)
Zarządzanie refleksyjne nie byłoby tak skuteczne, gdyby nie zostało poprzedzone kampaniami ogłupiania zachodnich społeczeństw. Masowy zasięg zapewniają tu media społecznościowe, coraz częściej X (dawniej Twitter) po przejęciu go przez sympatyzującego z Władimirem Putinem Elonem Muskiem. Narzędziem infekującym są zaś teorie spiskowe. To one okazały się hitem rosyjskiej dezinformacji podczas pandemii COVID-19. Wówczas to prokremlowskie boty wspierały narrację antyszczepionkową, burzyły zaufanie do instytucji instytucji państwowych i propagowały demoniczny obraz liberalno-demokratycznego deep state, czyli spisku globalnych elit żydowsko-masońsko-kupiecko-liberalnych.
(...)
Agnieszka Bryc Maria Domańska - Rosja w okopach wojny kognitywnej