sobota, 15 czerwca 2024



Nie była Polką urodzona w Szczecinie Katarzyna II – miała niemieckie pochodzenie. Ale już drugą po carycy osobą w państwie rosyjskim okazał się Polak – książę Grzegorz Potempski (Potępski), znany w Rosji jako kniaź Grigorij Potiomkin (tak, tak – to ten od pancernika „Potiomkina” i „potiomkinowskich wiosek”). Katarzyna II 19 kwietnia 1783 roku wydała manifest włączający Krym do Rosji (było to pogwałcenie traktatu pokojowego zawartego z Turcją w 1774 roku w Küczük Kajnardży). Głównym projektodawcą przyłączenia Krymu do Rosji był właśnie Potiomkin. Otrzymał za to od Katarzyny tytuł księcia Taurydzkiego (Krym bowiem nazywano w Rosji Taurydą, od plemienia Taurów zamieszkującego w przeszłości ten półwysep). Zaszczyt ten był wynikiem jego ogromnego zaangażowania w wojnę z Turcją, a zwłaszcza w sprawę oderwania Półwyspu Krymskiego od Turcji. Marzyło mu się tam nawet zupełnie oddzielne księstwo. Po otrzymaniu władzy na Krymie rozpoczął intensywną akcję budowlaną i osadniczą. Założył Jekaterynosław i Odessę. Rozbudował w miastach istniejące twierdze: Bałakławę, Teodozję, Kercz, Jenikale. Był twórcą Floty Czarnomorskiej stacjonującej na Krymie po dziś dzień. W 1784 roku Potiomkin został feldmarszałkiem i prezydentem Kolegium Wojskowego.

(...)

Co prawda z polskim pochodzeniem Potiomkina nie zgadza się profesor Hieronim Grala. Tak do mnie napisał na ten temat: „Ich ród posiada udokumentowaną historię na Rusi Moskiewskiej, chociażby w razriadnych knigach, wcześniejszą od późnej tradycji pochodzenia od Potempskich, zaczerpniętej z polskich herbarzy (gdzie zresztą o żadnych Potiomkinach ni słowa). (…) Sam kniaź Taurydzki, jako potomek „zdrajcy”, bo tego Potiomkina, który dochował wierności przysiędze złożonej królewiczowi polskiemu Władysławowi Wazie jako carowi elektowi, po elekcji Romanowów uszedł do Rzeczypospolitej w kompanii Sałtykowow, Trubeckich itd. i osiadł na Smoleńszczyźnie, był zainteresowany upowszechnianiem takiej legendy. Odwoływanie się do »polskiego« rodowodu zdejmowało z niego zarzut zdrady przodków, a co więcej – pozwalało udawać w Rzeczypospolitej Polaka: to znana praktyka – robili to Streszniewowie, podszywając się pod Strzeszewskich, czy Bułgakowowie – udając Bułhaków, czy Wołyński – udający potomka Koriatowiczów. Pozwalało to również starać się o polski indygenat, by nabywać w Rzeczypospolitej dobra. Niemniej, od dawna wiadomo, iż wszystkie te genealogie są bałamutne”.

Mariusz Świder - Jak budowaliśmy Rosję


Moskwa. Miasto stworzone przez dzielne słowiańskie plemię Wiatyczów, którzy na początku XII wieku przepędzili z tych okolic ludność ugrofińską. Wykopaliska na Kremlu potwierdziły, że najstarsze fortyfikacje w tym miejscu budowane były przez Wiatyczów właśnie – i oni uznawani są za twórców tego miasta.

Czym dla Polaków są księgi Galla Anonima czy kroniki Jana Długosza – tym dla Rosjan są Kroniki Nestora (Powieść minionych lat, tzw. latopisy). Ów kronikarz, mnich klasztoru (ławry) pieczerskiego w Kijowie, wydał je w 1113 roku – opisując szeroko dzieje Rusi. Tworzył je więc w tym samym mniej więcej czasie, kiedy powstawała Moskwa.

Wspomina między innymi o wyżej wymienionym dzielnym plemieniu Wiatyczów. Pozwolę sobie zacytować parę fragmentów: „Byli zaś Radymicze i Wiatycze z rodu Lachów. (…) Było bowiem dwóch braci Lachów: Radym, a drugi Wiatko. I przyszedłszy, siedli: Radym nad rzeką Sożą i od niego przezwali się Radymicze, a Wiatko siadł z rodem swoim nad Oką i od niego przezwali się Wiatycze”. (Wiatko to zrusyfikowana forma staropolskiego imienia Wiącek, czasem przybierającego formę Więcek). Niektórzy rosyjscy historycy starają się bagatelizować powyższe informacje, pisząc, że Nestor pod słowem „Lachy” (Lechici) rozumiał Słowian z zachodniej Rusi. Tymczasem sam Nestor w innym fragmencie swoich Kronik dokładnie określa, kim są Lachowie: „Słowianie (…) siedli nad Wisłą i przezwali się Lachami, a od tych Lachów przezwali się jedni Polanami, drudzy Lachowie – Lutyczami, inni Mazowszanami, inni Pomorzanami”. (Lutycze – czyli Lędzianie. Stąd Ostrów Lednicki, Lednica… Polska po litewsku to Lenkija, po węgiersku to Lengyelország, czyt. Lendzierosag, czyli kraj Lędzian, a po persku i w starotureckim to Lachistan – czyli kraj Lachów. Rusini też nazywali nas Lachami… I każdy z nas zna powiedzenie: „Strachy na Lachy”). Przymiotnik od słowa „Lach” to „lacki”, stąd np. nazwa miejscowości Kosów Lacki. Stąd i nazwa naszego narodu: Polacy, czyli Po-Lachy. Nazwa rejonu Podlasie też nie oznacza, że leży on „pod lasem” – tylko że jest już „pod Lachami” – bo wcześniej wpływy w tym regionie miała Ruś – stąd tyle cerkwi tutaj. A elity polskie z czasem zaczęto nazywać sz-Lachtą (bo z Lachów się wywodziły).

Mariusz Świder - Jak budowaliśmy Rosję


Jak w artykule "Uwagi o istocie siły rosyjskiej" z 1938 roku wskazuje Włodzimierz Bączkowski, jeden z najprzenikliwszych polskich sowietologów, w rosyjskiej kulturze strategicznej wojna definiowana jest o wiele szerzej, niż na ogół przyjmuje się na Zachodzie. Świadoma względnej słabości swojej armii, Rosja zawsze starała się wprowadzać ją do gry dopiero na końcowym etapie długiego procesu przygotowywania gruntu pod agresję dzięki akcjom dywersyjnym i propagandowym.

Poza czynnikiem stricte militarnym ważna jest też zdolność Kremla do militaryzacji życia własnego społeczeństwa i przestawienia gospodarki na tory wojenne (co obecnie obserwujemy), zmuszania obywateli do długotrwałych wyrzeczeń. Podobnie jak w czasach sowieckich, dla Rosjan nie istnieje granica między wojną a pokojem, a pozornie pokojowe sfery działalności, jak sport, nauka czy biznes, stały się kanałami infiltracji zachodnich społeczeństw i establishmentu stworzonymi nymi w celu kształtowania polityki Zachodu w zgodzie z rosyjskimi interesami. Odwrotną stroną tych kalkulacji jest ocena przez Rosję własnych zdolności do ewentualnego zaatakowania NATO: Kreml weźmie pod uwagę nie tylko potencjał militarny Sojuszu, lecz przede wszystkim gotowość zachodnich rządów do jego użycia przeciwko Rosji.

(...)

Podczas gdy na arenie międzynarodowej Rosja prowadzi działania ofensywne przeciwko zachodnim demokracjom z użyciem całego wachlarza środków aktywnych, na arenie wewnątrzkrajowej skupia się na prewencji i obronie, z wykorzystaniem cenzury, indoktrynacji i represji.

Po czterech latach prezydentury Dmitrija Miedwiediewa, która rozbudziła w części elity rządzącej i społeczeństwa nadzieje na trwałą liberalizację systemu politycznego, powrót Władimira Putina na fotel prezydencki w maju 2012 roku zapoczątkował budowę dojrzałego autorytaryzmu, opartego na  rosnących represjach i ideologizacji sfery publicznej. U źródeł decyzji o autorytarnym zwrocie tkwił strach Putina przed utratą władzy i kontroli nad społeczeństwem w wyniku kolorowej rewolucji (potępienie dla ruchów demokratyzacyjnych, rzekomo inspirowanych przez amerykańskie służby specjalne, stało się w kolejnych latach leitmotivem wypowiedzi rosyjskiego przywódcy). Strach ten podsyciły protesty antyputinowskie lat 2011–2012 (największy w Moskwie mógł zebrać do 150 tysięcy osób) oraz – jak się wydaje – lincz na libijskim przywódcy Muammarze Kaddafim w październiku 2011 roku. Ekipa putinowska najwyraźniej doszła do wniosku, że gwarancją utrzymania się u władzy jest wykształcenie w społeczeństwie odporności na zachodni wirus demokracji, praw człowieka i tolerancji dla grup mniejszościowych. Interesy kleptokratycznego, opresyjnego reżimu zostały utożsamione z przetrwaniem rosyjskiej państwowości i narodu.

(...)

Władze Rosji mają poczucie niskiej konkurencyjności kleptokratyczno-autokratycznego modelu rządów z dominującą kontrolą państwa nad gospodarką, wobec gospodarki rynkowej i demokracji liberalnej. Jest ono przykrywane pogardliwą retoryką i wieszczeniem rychłego upadku zachodniej cywilizacji. Przez ponad 30 lat państwowości Kreml nie był w stanie zaoferować Rosjanom atrakcyjnego projektu tożsamości narodowej innego niż z natury agresywny projekt imperialny, napędzany kompleksem niższości i resentymentem wobec Zachodu z powodu przegranej w zimnej wojnie. Mimo że większość Rosjan, jak wynika z niezależnych sondaży, przedkłada przedkłada marzenie o dobrobycie nad ambicje geopolityczne, to jednak przynależność do państwa budzącego strach na świecie stanowi potężny czynnik kompensacyjny dla obywateli pozbawionych zarówno szans na dobrobyt, jak i podmiotowości.

(...)

Znamienna jest przy tym ambiwalentna postawa rządzących wobec społeczeństwa, stanowiąca mieszankę strachu i pogardy. Mimo propagandowej narracji o organicznej harmonii wartości oraz interesów władzy i poddanych – interesy te postrzegane są przez Kreml jako z natury przeciwstawne. W grze o sumie zerowej im lepiej powodzi się narodowi, tym słabsza czuje się władza. Im bardziej natomiast naród utrzymywany jest w nędzy i terrorze, tym większa bezkarność reżimu. Jak pokazała pierwsza dekada XXI wieku, wzrost dobrobytu prowadzi prędzej czy później do popularności haseł demokratycznych, natomiast putinowska wojenna nekropolityka okazuje się skuteczna dzięki umiejętnemu zarządzaniu biedą i transferami socjalnymi. Jednocześnie jednak nomenklatura zdaje się wierzyć, że naród rosyjski sam z siebie nie może się sprzeciwić władzy, a wszelkie oznaki buntu są nieodmiennie efektem obcych spisków, podjudzania, przekupstwa i werbunku agentów przez zachodnie służby.

W miarę jak utrzymanie się ekipy putinowskiej u władzy generuje coraz wyższe koszty dla państwa i społeczeństwa, Kreml przyjmuje neototalitarny kurs w polityce wewnętrznej. W wymiarze formalnym różni się on od klasycznego, sowieckiego totalitaryzmu: granice państwa pozostają otwarte dla większości społeczeństwa, nie ma masowej monopartii ani oficjalnej ideologii państwowej. Jednocześnie bezprecedensowa skala ingerencji państwa w prywatne życie obywateli (powszechna inwigilacja, faktyczne wyjęcie spod prawa całych grup społecznych, np. „agentów zagranicznych” czy środowisk LGBT+), narzucany przez propagandę państwową kult przywódcy, a także trwający od początku pełnoskalowej wojny swoisty projekt inżynierii społecznej jakościowo  odróżniają aktualny etap putinizmu od jego wcześniejszej, autorytarnej fazy.

(...)

Chodzi przy tym o zaszczepienie Rosjanom nie tyle wiary w określone treści, ile nowych mechanizmów myślenia i działania, sposobów postrzegania świata, które miałyby uodpornić ich na fakty i racjonalną argumentację. Są one w dużej mierze oparte na znanych wzorcach sowieckich, wzbogaconych o arsenał postprawdy i techniki cyfrowego autorytaryzmu. Ilustracją tych ambicji są m.in. apele dobiegające z prokremlowskich środowisk akademickich o rewizję programów edukacyjnych pod kątem ich zgodności z interesami państwa i likwidację rusofobicznych kursów myślenia krytycznego i fact-checkingu, a także zakaz realizacji programów naukowych niezgodnych z „tradycyjnymi wartościami”, propagujących m.in. pacyfizm.

Brakuje przy tym klasycznej ideologii spełniającej kryteria projektów totalitarnych XX wieku, oferującej spójną wizję prawdy o świecie. Celem Kremla jest raczej przebodźcowanie odbiorców silnymi, negatywnymi emocjami emocjami, co wraz z pozbawianiem obywateli poczucia jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość ma sparaliżować wolę oporu i odebrać wiarę w samo istnienie prawdy i możliwość jej poznania. Aroganckie, bezkarne kłamstwo stało się w Rosji atrybutem silnej władzy. Idealne społeczeństwo putinowskie to społeczeństwo zombie, bezwolnie i bezrefleksyjnie poddające się rozkazom przywództwa politycznego. To walka nie tyle o to, czyja opowieść (Kremla czy Zachodu) okaże się lepsza, ile o to, która z nich skuteczniej sparaliżuje wolę oporu oporu. W putinowskiej Rosji trudno udać się na emigrację wewnętrzną – azyl sowieckich dysydentów. 

(...)

Treści, do jakich odwołuje się Kreml w wojnie kognitywnej, wpisują się w paradygmat gry o sumie zerowej. Są one z gruntu konfrontacyjne, wykluczają współistnienie różnych światopoglądów, promując nadrzędną ideę o wyjątkowości Rosji i jej wyższości moralno-cywilizacyjnej, a także o prawie do zapewniania sobie bezpieczeństwa kosztem suwerenności, a nawet istnienia innych narodów.

Po pierwsze, jest to mesjanizm (zarówno w ujęciu historycznym, jak i współczesnym), ukazujący Rosję jako siłę dobra, wiecznie toczącą walkę z absolutnym złem nazizmu, którego nowym wcieleniem ma być de facto demokracja liberalna. Podbudowę stanowi mitologia narosła wokół walki przeciwko nazistowskiej Rzeszy w latach 1941–1945, która – w myśl kremlowskiej polityki wieczności opartej na cyklicznej wizji historii – poniekąd odgrywana jest na nowo w Ukrainie od lutego 2022 roku. Narracja ta jest umacniana przez opowieść o dobrym imperium, toczącym zawsze wyłącznie wojny obronne i dokonującym tylko pokojowych podbojów dzięki atrakcyjności cywilizacji rosyjskiej. 

(...)

Po drugie, propagowana jest natywistyczna idea rzekomego wrodzonego przywiązania narodu rosyjskiego do określonych idei i mechanizmów poznawczych, niezależnych od doświadczenia. De facto sugeruje ona istnienie niemal genetycznej odmienności Rosjan od społeczeństw zachodnich, która ma uzasadniać bezalternatywność tożsamości imperialnej i autokratycznego modelu rządów jako organicznych, naturalnych dla Rosji.

Po trzecie, kremlowskie narracje szerzą kult siły i przemocy jako zjawisk nie tylko naturalnych, lecz również pożądanych, niezbędnych dla obrony narodu przed „kulturowym ludobójstwem”. W tym ujęciu konflikt cywilizacyjny z wrogiem wymaga nie tylko militaryzacji życia publicznego, w tym wychowania młodzieży, ale także utrwalania „tradycyjnych wartości”, które sprowadzają się do afirmacji toksycznej męskości, szowinizmu, mizoginii i homofobii. Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę zaowocowała przesunięciem niegdyś marginalnych treści o wyraźnym zabarwieniu faszystowskim do centrum kreowanego przez władze dyskursu. To m.in. kult działania w opozycji do krytycznej refleksji, kult śmierci na polu walki, agresywny militaryzm, wrogość wobec inności czy idea demodernizacji w imię czystości ideologicznej.

(...)

Każda rosyjska agresja jest obudowana kombinacją zarządzania refleksyjnego oraz dywersji politycznej. To ona wzorcowo przygotowała zawczasu grunt pod napaść na ukraińskiego sąsiada. Już w pierwszej dekadzie XXI wieku Kreml zainwestował w rozwój środowisk środowisk prorosyjskich na Krymie. To z nich, anektując półwysep, wyłonił liderów samozwańczej republiki, jak Siergiej Aksjonow, Rosjanin urodzony w Mołdawii, który znaczną część swojego życia spędził w Ukrainie, a w 2009 roku stanął na czele krymskiego ruchu społeczno-politycznego Jedność Rosyjska. Nieco później, bo w latach 2011–2012, Rosjanie rozpoczęli szkolenie i wyposażanie nielegalnych grup dywersyjnych na półwyspie, które w 2014 roku udzieliły wsparcia zielonym ludzikom. Równolegle z działaniami politycznej dywersji propaganda kremlowska nasiliła kampanię legitymizującą zamiary Rosji. Rosyjskojęzyczne media straszyły banderowcami, derusyfikacją półwyspu, a także przekazaniem baz Floty Czarnomorskiej pod kontrolę NATO.

Operacja okazała się tak skuteczna, że gdy na Krymie pojawiły się zielone ludziki, miejscowa ludność nie reagowała. Dezorientację wspomagał Władimir Putin, który zaprzeczał, jakoby były one częścią sił rosyjskich. Sugerował, że to członkowie lokalnych milicji, a rosyjskie mundury po prostu kupili sobie w sklepie. Dzięki temu Rosjanie dostali czas na zajęcie strategicznych pozycji na półwyspie. Należało działać szybko, metodą faktów dokonanych, żeby zanim Ukraińcy i Zachód się otrząsną, nie można było odwrócić sytuacji. Wymagało to czterech konkretnych ruchów. Krok pierwszy: przejęcie pełnej kontroli nad terytorium. Dwudziestego siódmego marca armia rosyjska zajęła miejscowy parlament, ten zdymisjonował dotychczasowe władze i zainstalował prorosyjski rząd. Krok drugi: „uprzejma prośba do prezydenta Putina”. Dwa dni później nowe władze zwróciły się z oficjalną prośbą do Rosji o  zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa mieszkańcom Krymu. Krok trzeci: fałszywa legitymizacja. Szesnastego marca pod nadzorem sił okupacyjnych przeprowadzono referendum w sprawie zjednoczenia z Rosją. Oficjalnie większość (96%) mieszkańców opowiedziała się „za”, w rzeczywistości frekwencja wynosiła około 30%, a tylko połowa zagłosowała za przyłączeniem do Federacji. Dwa dni później było już po wszystkim, bo prezydent Putin zrobił ostatni, czwarty krok, ekspresowo podpisując traktat wcielający Krym do Federacji. Propagandzie pozostało teraz przekonywać, że zabór Półwyspu Krymskiego jest dokonany i nie będzie nigdy przedmiotem rokowań międzynarodowych.

Po operacji „Krym nasz” przyszedł czas wyrąbać sobie lądowy korytarz łączący Federację z dopiero co anektowanym półwyspem. Ponieważ w rzeczywistości była to ta sama agresja, Moskwa sięgała po te same narzędzia wojny kognitywnej. Na długo przed 2014 rokiem wspierała na wschodzie Ukrainy środowiska separatystyczne. Te jednak bez pomocy z zewnątrz i nadzoru ze strony rosyjskich służb pozostawałyby bez mocy sprawczej. Z tego powodu do Donbasu trafił m.in. Igor Striełkow (Girkin), który najpierw brał udział w aneksji Krymu, a w kwietniu 2014 roku wraz ze swoimi milicjami zajął Słowiańsk w obwodzie donieckim. Agresja już trwała, lecz zgodnie z kanonem wojny kognitywnej należało dezorientować wroga, a więc wysyłać sprzeczne sygnały. W czerwcu 2014 roku, czyli trzy miesiące po aneksji Krymu, Dmitrij Pieskow skierował do Rady Federacji propozycję cofnięcia wydanej 1 marca zgody na użycie sił zbrojnych wobec ukraińskiego sąsiada. Oficjalnie Moskwa sygnalizowała powrót wojsk do baz, podczas gdy realnie szykowała się do wojny. Następnym krokiem była dyskredytacja wroga, a więc separatyści z Donieckiej Republiki Ludowej oskarżyli o użycie broni chemicznej armię ukraińską, która w tamtym czasie prowadziła operacje uwalniania okupowanych miast Donbasu. A jeszcze później, bo na początku lipca, podkręcano napięcie, wysyłając za pośrednictwem „źródła zbliżonego do rosyjskiego MSZ” informację, że Rosja gotowa jest w ciągu 48 godzin wysłać na wschód Ukrainy swoje siły pokojowe. Miało to zniechęcić Kijów do kontynuowania operacji antyterrorystycznej w Donbasie, lecz gdy ten zabieg się nie powiódł, na stół  wyłożono kartę prowokacji.

Wojska rosyjskie, które rozmieszczono wzdłuż granicy jeszcze na potrzeby aneksji Krymu, naruszały ją na lądzie i w powietrzu. (...)

Kilka dni przed inwazją na Donbas, która nastąpiła 24 sierpnia 2014 roku, usypiano czujność swojej ofiary. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow wezwał Radę Bezpieczeństwa ONZ do przyjęcia oświadczenia w sprawie zawieszenia broni w Noworosji na potrzeby udzielenia przez Rosję pomocy humanitarnej. Gdy 26 sierpnia Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała, że dwa dni wcześniej rosyjskie wojska wkroczyły do Donbasu, resort Siergieja Szojgu zaprzeczał, twierdząc, że jego żołnierze przypadkowo przekroczyli granicę podczas patrolu w jej pobliżu. Jednocześnie Moskwa oferowała rozmowy w sprawie zawieszenia broni. Tym samym sięgnęła po klasyczną metodę kontroli kognitywnej znaną jako duszenie wroga w przyjaznym uścisku. Jej celem jest złamanie woli przywódców politycznych oponenta przez łudzenie ich rozwiązaniem problemu drogą pokojową. W  rzeczywistości to pułapka rozprężająca przeciwnika, podczas gdy Rosja zyskuje czas na wzmocnienie. Dokładnie tą samą logiką kieruje się dziś Kreml, sygnalizując gotowość do rozmów z Zachodem w sprawie kapitulacji Ukrainy.

W 2014 roku rząd w Kijowie dał się wciągnąć w pułapkę rozmów z Kremlem. Dwudziestego szóstego sierpnia odbyło się spotkanie prezydenta Petra Poroszenki z Władimirem Putinem przy okazji szczytu Ukrainy, Unii Europejskiej i Unii Celnej (Wspólnota Niepodległych Państw), choć w tym samym czasie separatyści kontynuowali natarcie i następnego dnia sztab Donieckiej Republiki Ludowej ogłosił, że przejął kontrolę nad granicą obwodu donieckiego z Rosją. Już wtedy wiadomo było, gdyż informował o tym wywiad USA, że po stronie separatystów walczy ponad tysiąc rosyjskich żołnierzy. Ostatecznie na początku września członkowie trójstronnej grupy kontaktowej (Ukraina, Rosja oraz przedstawiciele republik separatystycznych) podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na terenie Donbasu. W rzeczywistości rosyjska agresja na wschodzie Ukrainy trwała osiem lat i gdy Kreml nie był w stanie doprowadzić do przełomu, zdecydował się na pełnoskalową inwazję 24 lutego 2022 roku.

(...)

To, że najdogodniejszą chwilą dla operacji zarządzania kognitywnego jest kampania przed zbliżającymi się wyborami, potwierdziło wiele państw, w wybory których ingerował Kreml. W 2018 roku Komisja Spraw Zagranicznych Senatu Stanów Zjednoczonych przyjęła raport, w którym zebrała dowody na mieszanie się Rosji w wybory w – używający terminologii Freedom House badającego stan demokracji na świecie – skonsolidowanych demokracjach, jak USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Włochy, państwa nordyckie i bałtyckie, ale też częściowo skonsolidowanych, jak Ukraina, Gruzja, Czarnogóra, Serbia, Bułgaria i Węgry. Później, w latach 2020–2022, mieszała się w 11 kampanii wyborczych w dziewięciu państwach demokratycznych, a w 17 innych stosowała mniej wyraźne wysiłki – w październiku 2023 roku informował Departament Stanu. Rosjanie stymulowali również referendum w sprawie brexitu Wielkiej Brytanii w 2016 roku i próbowali powtórzyć swój sukces rok później podczas referendum niepodległościowego w Katalonii w Hiszpanii.

(...)

Dzięki treściom dostosowanym do bardzo konkretnych uprzedzeń rosyjskie agencje skutecznie pogłębiały polaryzację. Stymulowały osie konfliktów między policją a ruchem Black Lives Matter; środowiskami antyimigranckimi a zwolennikami reformy polityki imigracyjnej; LGBT+ a skrajną prawicą. Podsycano przy tym nastroje secesjonistyczne, burzliwą dyskusję o zbrodniach na pierwszych narodach, a także o prawie dostępu do broni. Istotą rosyjskich operacji kognitywnych w USA czy w Europie nie jest jednak wspieranie konkretnej frakcji. Moskwie zależy na chaosie i dezorientacji, wspiera więc ekstremę tak prawicową, jak i lewicową, rozsiewa niestabilność, podważa zaufanie społeczne do wyborów, a przy tym sufluje populistyczne i niedemokratyczne recepty.

(...)

Zarządzanie refleksyjne nie byłoby tak skuteczne, gdyby nie zostało poprzedzone kampaniami ogłupiania zachodnich społeczeństw. Masowy zasięg zapewniają tu media społecznościowe, coraz częściej X (dawniej Twitter) po przejęciu go przez sympatyzującego z Władimirem Putinem Elonem Muskiem. Narzędziem infekującym są zaś teorie spiskowe. To one okazały się hitem rosyjskiej dezinformacji podczas pandemii COVID-19. Wówczas to prokremlowskie boty wspierały narrację antyszczepionkową, burzyły zaufanie do instytucji instytucji państwowych i propagowały demoniczny obraz liberalno-demokratycznego deep state, czyli spisku globalnych elit żydowsko-masońsko-kupiecko-liberalnych.

(...)

Agnieszka Bryc Maria Domańska - Rosja w okopach wojny kognitywnej


Współcześnie jest niewiele lepiej. Huang słusznie zauważa, że skoro termin „merytokracja” pochodzi od „zasługi” (łac. meritum), to kluczowe jest pytanie: zasługi dla kogo? Ano dla partii komunistycznej i stworzonego przez nią systemu. W jego ramach kompetentni fachowcy, technokraci, mogą awansować tylko do pewnego szczebla, prawdziwą władzę sprawują rzucani z prowincji do prowincji kacykowie, nabierając doświadczenia w administrowaniu kadrami. Oni nie są fachowcami, tylko rządzą specjalistami, którzy często muszą naprawiać ich błędy. Przypomina to jako żywo mechanizm opisany w Cesarzu Ryszarda Kapuścińskiego, gdzie jeden z dworzan mówi, że młodych, ambitnych i kompetentnych zawsze lepiej delegować na stanowiska podległe lojalnym, skorumpowanym i głupim. Cała energia tych pierwszych skupi się na korygowaniu pomyłek i odkręcaniu szkód spowodowanych przez rządzących dyletantów, czasu i chęci na nieprawomyślne działania już im nie starczy.

To też tłumaczy, czemu Chinami rządzi dziś ktoś taki jak Xi Jinping. Personifikacja autokratycznej przeciętności, będący na najlepszej drodze do zepsucia sukcesu transformacji, owoców fenomenalnego skoku cywilizacyjnego Państwa Środka ostatnich czterech dekad. Xi doszedł do władzy, bo okazał się „chińskim Klaudiuszem”. Świetnie opanował miejscową wersję polecania Piotra I: „podwładny w obliczu przełożonego powinien mieć wygląd lichy i durnowaty, aby swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego”. Xi udawał, że „nie chce, ale musi”. Nie odzywał się na żaden temat do tego stopnia, że wielu usłyszało jego głos po raz pierwszy, dopiero gdy został gensekiem. Wykiwał swoich patronów, a gdy doszedł do władzy, to masowo powsadzał do więzień ich ludzi pod zawsze aktualnym hasłem walki z korupcją. Swoimi dwunastoletnimi już rządami dowiódł, że jest idealnym produktem chińskiej odmiany merytokracji: systemu opartego na zasługach wobec partii.

(...)

Wariantem mitu o mędrcach rządzących Chinami jest przekonanie o chińskim długofalowym myśleniu. W tym ujęciu chińscy przywódcy planują sto kroków do przodu, w perspektywie dekad, jeśli nie stuleci. „Mao Zedong powiedział, że za 500 lat Chiny przyjmą alfabet łaciński” – usłyszałem na pewnej polskiej konferencji z ust człowieka, który nawet jednej nazwy poprawnie po chińsku nie potrafił wymówić. „To dla nas niewyobrażalna perspektywa” – dodał, nieświadom faktu, że Mao nic takiego nigdy nie powiedział, a Chiny ze znaków rezygnować nie zamierzają (przewodniczący, owszem, rozważał romanizację, ale od razu, nie po 500 latach, i ostatecznie z pomysłu zrezygnował).

Mit o długoterminowym myśleniu opiera się na pewnych podstawach. Chiny przez stulecia stanowiły, przywołując termin Feliksa Konecznego, cywilizację typu gromadnościowego. Grupa była tam istotniejsza od jednostki, najpierw rodzina, potem klan. Powodowało to przyjmowanie przez jednostki dłuższej perspektywy, wnukowie kończyli dzieło dziadków. Ta tradycja jest wciąż obecna, choć napór indywidualizmu wydaje się coraz mocniejszy. Dowodzi tego chociażby fakt, że w 2013 roku partia ustawowo zobowiązała dzieci do odwiedzania rodziców i opieki nad nimi, bo pokolenie chińskiej transformacji szybko zapomniało o pierwszej cnocie konfucjańskiej, nabożności synowskiej. Drugim solidnym umocowaniem jest gospodarka centralnie planowana, z jej pięciolatkami i narodowymi strategiami rozwoju, co siłą rzeczy wymusza coś więcej niż działania ad hoc.

To jednak nie implikuje od razu wielkiej strategii rozpisanej na stulecia. Chińskiej Republice Ludowej w ostatnim trzydziestoleciu udało się wiele długofalowych projektów, chociażby największa na świecie sieć szybkich kolei, podobnie jak imponująca liczba autostrad, mostów i lotnisk. Z drugiej strony były też spektakularne porażki wynikłe z braku przewidzenia konsekwencji. Chaotyczna, nieplanowana urbanizacja doprowadziła do wielkich, pustych osiedli w chińskich metropoliach: całe rzędy trzydziestopiętrowych blokowisk stoją niezamieszkałe, chociażby na przedmieściach Zhengzhou, Kaifengu czy Datongu, bo opłaciło się je zbudować (deweloperka nakręca PKB), ale już nie zasiedlić. Z infrastrukturą też wyszło różnie, większość chińskich lotnisk przynosi straty. Budowa wielkich szkodliwych tam, jak chociażby Sanmenxia, budzi wątpliwości natury ekonomicznej, o destrukcji ekologicznej nie wspominając. Właśnie zanieczyszczenie środowiska jest jednych z dwóch koronnych argumentów przeciwko rzekomej długofalowości chińskiego planowania. Gdyby przywódcy ChRL przewidzieli, jak bardzo zniszczą przyrodę swoimi działaniami, to inaczej by zaplanowali transformację. A tak, jak kiedyś usłyszałem w Azji Środkowej, „to co przez 30 lat zepsuli, przez następne 100 będą odrabiać”. Już to robią – poziom skażenia gleb, wody i powietrza uczynił z chińskich przywódców niemalże ekologów. Drugim symbolem przestrzelenia się w planowaniu jest polityka jednego dziecka. Doprowadziła do starzejącego się społeczeństwa, niedoboru rąk na rynku pracy, znacznej nierównowagi liczebności między mężczyznami a kobietami, zaś długofalowo – do wyzwania demograficznego. Przed jej wprowadzeniem Chiny miały za dużo ludności; teraz mają za mało (a w kwietniu 2023 roku straciły miano najludniejszego państwa na rzecz Indii). Złotego środka jak nie było, tak nie ma.

(...)

Gdy chińscy przywódcy zaczęli w 1978 roku transformację ustrojową, która doprowadziła do gigantycznego skoku cywilizacyjnego, nie wiedzieli, że właśnie zaczynają coś podobnego do budowy Wielkiego Kanału [najdłuższego na świecie kanału transportowego, liczącego niemal 1780 kilometrów długości – przyp. red.]. Chen Yun, „drugi po bogu”, czyli Deng Xiaopingu, ukuł wyrażenie „przechodzić przez rzekę, czując kamienie pod stopami” (mo zhe shi tou  guo he), czyli rozważnie, krok po kroku, czasem robiąc zwrot w bok, a czasem się wycofując, pokonywać rwący nurt. Stało się ono mottem całej transformacji i jest bardzo wymowne. To nie był wielki plan, tylko działania ad hoc, modyfikacja na bieżąco, zakończona oszałamiającym sukcesem, który zaskoczył samych inicjatorów. Dopiero post factum dopisano do niego wielkie myślenie długofalowe, które pompowało legitymizację Chin, partii i jej przywódców. Przykładowo fascynacja Zachodu Deng Xiaopingiem zainspirowała Chińczyków do „grania” tą postacią. W latach 1978–1992 Deng nie rządził jednoosobowo, raczej wpływał niż dyktował, musiał mieć baczenie na opinie partyjnej starszyzny, której nieraz ustępował. Końcowy sukces zawdzięczał zaś talentom i wizji reformatorów jak Hu Yaobang czy Zhao Ziyang, których to Deng obu w końcu poświęcił politycznie. Sukces chińskich reform miał wielu ojców, ale skoro na Zachodzie widziano tylko Denga, to po czasie Chińczycy przedstawili go jako nadzwyczajnie wybitnego przywódcę, twórcę sukcesu „otwarcia Chin”.

Współczesnym przykładem przypisywania chińskim projektom długofalowego znaczenia jest inicjatywa Pasa i Szlaku, w Polsce częściej znana jako Nowy Jedwabny Szlak (NJSz). Promowana przez internetowych influencerów mało obeznanych z Chinami, za to wkładających do chińskich pomysłów własne idee, długo była postrzegana nad Wisłą jako wielka strategia zdominowania świata, „odwrócenia skutków odkryć geograficznych”, które wyciągnęły Zachód na pozycję światowego lidera. 

Na początku NJSz było słowo. Ściślej: hasło, slogan, „marketing chińskich inwestycji zagranicznych”. Modny i chwytliwy, przywodzący na myśl romantyzm Jedwabnego Szlaku, o wiele lepszy niż poprzedni program chińskich inwestycji zagranicznych o porywającej nazwie „wyjście na zewnątrz” (zou chu qu). W szerszym ujęciu chodziło o stworzenie więzi transportowych, handlowych, inwestycyjnych i kapitałowych, pozwalające najpierw Azji Środkowej, a potem innym obszarom Globalnego Południa rozwijać się zależnie od Chin, z korzyścią dla tych ostatnich. Tyle że ten program był, jak to ujęła rumuńska  sinolożka Andreea Brînză, „pomysłem, nie strategią”, na bieżąco zresztą aktualizowanym.

To inicjatywa przewodniczącego Xi, więc musiał być sukces. I był. By go osiągnąć, retrospektywnie włączono do NJSz projekty zrealizowane wcześniej, jak port Gwadar w Pakistanie. Niemal każdy chiński pomysł zaczęto przedstawiać jako część inicjatywy Pasa i Szlaku, nawet jak dotyczył Chile, Arktyki, cybernetyki, kosmosu czy zdrowia. Doszło to tego, że zatarła się granica między chińską polityką zagraniczną a Nowym Jedwabnym Szlakiem. Inicjatywa Xi pożarła chińską dyplomację, tak jak samowładca zjadł komunistyczne państwo.

NJSz stał się więc wszystkim i niczym. Na pewno jednak nigdy nie był wielką strategią zdobycia świata przez kapitał, inwestycje, handel i długi. Gdyby tak było, to Pekin by się trzymał planu, tymczasem przez dekadę istnienia Pasa i Szlaku wielokrotnie improwizował i aż nazbyt często okazywało się, że
górę brały interesy prywatne, grupowe czy frakcyjne.

Ten świat też zresztą tak średnio Chińczycy Pasem i Szlakiem zdobywają. Decoupling, czyli gospodarczy rozwód USA z Chinami (rozdzielanie wzajemnej współzależności ekonomicznej), rosnący sinosceptycyzm na Zachodzie, COVID-19, wojna Rosji z Ukrainą i postępująca deglobalizacja znacząco pogorszyły klimat dla NJSz i szerzej dla całej Chińskiej Republiki Ludowej. Pekin zareagował, wyciszając propagandę wokół inicjatywy, zmniejszając jej wymiar, urealniając ją i skupiając się na konkretnych regionach, jak na przykład Azja Południowo-Wschodnia czy Róg Afryki. Tylko dawni entuzjaści Pasa i Szlaku, co widzieli w nim odwrócenie skutków wypraw geograficznych, zostali z nim jak Himilsbach z angielskim. Czy raczej z chińskim.

Pas i Szlak nie jest jedynym przykładem braku długofalowej strategii. Wspomniana wyżej Brînză w artykule o wszystko mówiącym tytule "Nie, Chiny nie planują dekadami do przodu w dyplomacji" pokazuje, jak egoizm, chciwość i sinocentryzm często gubią Chiny. Najlepszym przykładem działań  krótkofalowych jest przejęcie lankijskiego portu Hambantota na 99 lat. Owszem, Sri Lanka była po uszy w długach wobec Chin, ale lichwiarskie zagarnięcie portu, przypominające jako żywo działania Brytyjczyków wobec Hongkongu w XIX wieku, przeraziło pół Azji i odarło je ze złudzeń co do intencji Chin. Indie, zirytowane wchodzeniem Chin na ich podwórko w Azji Południowej (Pekin ogłosił, że „Ocean Indyjski to nie jest ocean Indii” i zdominował gospodarczo wszystkich sąsiadów New Delhi), bezlitośnie to wykorzystały. Hindusi ukuli termin „dyplomacja pułapki długów” odnośnie do chińskiej polityki wobec niewypłacalnych wierzycieli. Zrobił on niesamowitą furorę, stając się symbolem chińskiego neokolonializmu. Wyrządził znacznie więcej szkód Pekinowi niż te niespłacone długi Sri Lanki.

Innym przykładem chińskiej niemożności wzniesienia się ponad tymczasowość była histeryczna reakcja na budowę amerykańskiego systemu antyrakietowego THAAD w Korei Południowej. W odpowiedzi Pekin wprowadził półoficjalne sankcje na Seul, karząc firmę Lotte, na której ziemi zbudowano THAAD, kasując   chińskie wycieczki na półwysep i łamiąc serca chińskich nastolatków odwołaniem koncertów k-popowych w Państwie Środka. Na niewiele się to zdało, Koreańczycy presję wytrzymali, za to utwierdzili się w przekonaniu, że Amerykanie na tle Chińczyków to jednak mniejsze zło. Dziś są znacznie bardziej zdystansowani wobec ChRL i bliżsi USA niż dekadę temu.

Najsłynniejszym przykładem chińskiego strzelania sobie w stopę była polityczna kastracja Hongkongu dokonana na raty w 2020 roku (ustawa o bezpieczeństwie, traktująca nawet wypowiedzi jak popełnienie czterech najgorszych zbrodni: „secesji”, „działalności wywrotowej”, „terroryzmu” i „współpracy z podmiotami zagranicznymi”, karane więzieniem, a w skrajnych wypadkach nawet dożywociem) i 2021 (zmiana prawa wyborczego, zmniejszająca pulę bezpośrednio wyłanianych miejsc do Rady Ustawodawczej, hongkońskiego „sejmiku”, z 35 do 20; resztę, czyli pozostałych 70 członków Rady w ten czy inny sposób wyłaniają władze; ponadto każdy kandydat na członka Rady musi uzyskać akceptację bezpieki), w odpowiedzi na masowe protesty mieszkańców miasta. Pekin je przeczekał, ale potem, rezygnując z dotychczasowej, cierpliwej polityki zakulisowego schińszczenia dawnej kolonii brytyjskiej, anulował jej autonomię. Nic tak nie oddaliło perspektywy pokojowej (re)unifikacji z Tajwanem – celu numer jeden Pekinu – jak skasowanie względnej samorządności „Pachnącego portu”. Było to też faktyczne złamanie obietnicy: Pekin obiecał tolerować autonomię Hongkongu przez czterdzieści dziewięć lat, a nie wytrzymał nawet połowy z tego okresu, usuwając ją po dwudziestu trzech. Słabo jak na myślenie dekadami do przodu.

Michał Lubina - Protokoły mędrców Pekinu