wtorek, 28 kwietnia 2026



Ekspert zwraca uwagę na natychmiastową reakcję giełd towarowych. – W perspektywie ultrakrótkiej (intraday) na rynku ropy Brent doszło do korekty o 2 dolary na baryłkę. Rynki wyceniły informację o wyjściu ZEA z OPEC jako pozytywny sygnał, potencjalnie oddziałujący w stronę zwiększenia podaży i obniżki cen – dodaje analityk.

W dłuższym horyzoncie czasowym sytuacja może przynieść rynkom nowe wyzwania. – W perspektywie średniookresowej decyzja ZEA może oznaczać większą zmienność cen na rynku, gdyż OPEC straci część zdolności do łagodzenia szoków rynkowych. Obecnie Arabia Saudyjska będzie jedynym członkiem OPEC z istotniejszymi wolnymi mocami produkcyjnymi – tłumaczy ekspert.

Pytany o rynek walutowy i szerszy kontekst geopolityczny, specjalista tonuje nastroje. – Reakcja rynków FX (rynki całodobowej wymiany walut przez instytucje - przyp. red.) pozostaje umiarkowana. Pamiętajmy, że – nawet poza OPEC – ZEA pozostaną eksporterem ropy. Warto też odnotować, że napięcia między ZEA a Arabią Saudyjską dotyczące polityki wydobywczej trwają już dłuższy czas – podsumowuje Sebastian A. Roy. /Ekspert z Departamentu Analiz Makroekonomicznych. - red./

Zdaniem Daniela Kosteckiego, głównego analityka rynkowego w polskim oddziale CMC Markets, wyjście Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC i OPEC+ wygląda przede wszystkim na próbę odzyskania swobody wydobycia po latach napięć wokół limitów produkcji. – W tle widać też szerszy spór o wpływy w Zatoce, rosnące ambicje Abu Zabi po rozbudowie mocy wydobywczych oraz zmęczenie modelem, w którym państwo inwestuje miliardy dolarów w nowe moce, a potem nie może ich w pełni wykorzystać – stwierdza w komentarzu dla money.pl.

Najważniejszy powód wydaje się czysto ekonomiczny. ZEA od lat zwiększają moce wydobywcze poprzez Abu Dhabi National Oil Company i chcą dojść do poziomu 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. Problem polega na tym, że porozumienie OPEC+ przez długi czas zmuszało kraj do utrzymywania wydobycia wyraźnie poniżej możliwości technicznych. Reuters i S&P Global już wcześniej wskazywały, że właśnie ZEA należą do tych producentów, którym najbardziej ciąży przymus trzymania dużej rezerwy mocy poza rynkiem – wskazuje ekspert.

Jednocześnie zauważa, że ZEA od lat naciskały na wyższy limit wydobycia, argumentując, że ich realne możliwości są większe niż to, co uznaje grupa. W czerwcu 2024 r. udało się wywalczyć podwyższenie limitu, ale najwyraźniej nie rozwiązało to problemu na trwałe. Trzeci element, na który wskazuje ekspert CMC Markets, to polityka regionalna. – Dzisiejsze doniesienia Reutersa, AP i The National pokazują, że decyzja zapadła bez konsultacji z Arabią Saudyjską. To może wskazywać, że sprawa nie dotyczy już wyłącznie technicznych limitów wydobycia, ale także rosnącej samodzielności Emiratów wobec Rijadu – podkreśla.

W krótkim terminie wpływ na realną podaż może być ograniczony, bo wojna z Iranem i napięcia w Cieśninie Ormuz nadal utrudniają logistykę eksportu z regionu. ZEA same podkreślają, że ewentualne dodatkowe baryłki będą trafiały na rynek stopniowo i w sposób wyważony. To może oznaczać, że sam komunikat ma dziś większe znaczenie polityczne niż podażowe. W średnim terminie konsekwencje mogą być już znacznie większe. Jeśli ZEA odzyskają pełną swobodę wydobycia, mogą próbować szybciej monetyzować rozbudowane moce produkcyjne. To zwiększa ryzyko presji na spadek cen ropy, zwłaszcza jeśli napięcia wojenne osłabną i wróci większa przepustowość eksportowa przez Ormuz – wskazuje Daniel Kostecki.

(...)

Po blisko 60 latach członkostwa, Abu Zabi oficjalnie stawia na pełną suwerenność energetyczną, co de facto kończy erę bezwzględnej dominacji kartelu nad podażą ropy naftowej. Oficjalne stanowisko Ministerstwa Energii ZEA nie pozostawia złudzeń: priorytetem stał się interes narodowy oraz konieczność uelastycznienia polityki produkcyjnej, która do tej pory była ograniczana przez sztywne i często nieadekwatne do potencjału Emiratów kwoty wydobywcze - zwraca z kolei uwagę Dominik Baldowski, analityk rynkowy Finax.

Co z cenami ropy? "Plany zwiększenia wydobycia z obecnych 4 mln do 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. oznaczają, że na rynek trafi znacząca, dodatkowa podaż. W perspektywie długoterminowej, jak słusznie już zauważają analitycy rynkowi, m.in. z UBS, odejście tak kluczowego gracza drastycznie osłabia zdolność OPEC do obrony wysokich cen ropy w okresach globalnego spowolnienia gospodarczego. "Parasol ochronny" kartelu staje się dziurawy, a mechanizm "OPEC Put" – czyli interwencyjne cięcia produkcji w celu ratowania cen – traci swoją dotychczasową skuteczność" - pisze Baldowski dla money.pl.

Arabia Saudyjska pełni rolę nieformalnego lidera kartelu. Rijad dysponuje ogromnymi rezerwami mocy produkcyjnych. Taka sytuacja pozwala Saudyjczykom stabilizować lub stymulować globalne ceny surowca. Decyzje tego państwa o cięciach lub zwiększaniu produkcji nadają ton całej polityce energetycznej grupy. Wpływają one bezpośrednio na nastroje inwestorów na giełdach od Nowego Jorku po Tokio.

Zjednoczone Emiraty Arabskie stanowiły dotychczas drugi kluczowy filar organizacji. Władze tego kraju od dawna pompują kapitał w rozbudowę własnej infrastruktury naftowej. Dodatkowo twardo negocjowały zwiększenie swoich limitów wydobycia. Agencja Reutera podkreśla, że wśród głównych powodów rozłamu znajdują się plany ZEA. Kraj ten chce wdrożyć nowe moce produkcyjne i dostosować swój system do obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Sytuacja wewnątrz kartelu stawała się zresztą coraz bardziej napięta na przestrzeni ostatnich miesięcy, głównie za sprawą eskalacji zbrojnej. Kiedy rynki zaczęły realnie wyceniać ryzyko zablokowania strategicznej cieśniny Ormuz, stało się jasne, że dotychczasowa, sztywna polityka wydobywcza będzie musiała ulec weryfikacji. Znaczna część surowca z powodu obaw logistycznych i nakładanych sankcji zaczęła po prostu zalegać w tankowcach na morzu.

Ten zator uderzył rykoszetem w gospodarki państw regionu. Dobitnie pokazały to wydarzenia z marca, gdy okazało się, że z powodu blokady korytarzy eksportowych Kuwejtowi oraz częściowo samym Emiratom zaczyna brakować miejsca w magazynach. W takich uwarunkowaniach geopolitycznych dla decydentów w Abu Zabi fundamentalne stało się pytanie o to, jak długofalowo zachowają się ceny paliw i ropy po ataku na Iran. Wyjście ze struktur OPEC to w tym kontekście pragmatyczna próba odzyskania całkowitej niezależności w zarządzaniu własnym przemysłem naftowym w czasach potężnej niepewności.

money.pl


WELT: - Czy w Niemczech naprawdę następuje przełom?

/Dyrektor instytutu SIPRI - red./ Karim Haggag: Wydatki wojskowe Niemiec wzrosły w ubiegłym roku o 24 proc., a już w 2024 r. wzrost był na podobnym poziomie. Republika Federalna Niemiec wydaje obecnie 114 mld dol. (około 412 mld zł) na obronność. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2021 r., kiedy było to około 50 mld dol. (180 mld zł według aktualnego kursu). Dekadę temu Niemcy zajmowały jeszcze dziewiąte miejsce wśród państw o najwyższych wydatkach wojskowych na świecie, dziś są na czwartym miejscu — za USA, Chinami i Rosją [Polska w zestawieniu SIPRI jest na 14. miejscu na świecie, z wydatkami rządu 46 mld 800 mln dol., czyli 169 mld zł]. Jednak również w większości innych europejskich państw członkowskich NATO budżety obronne znacznie rosną, podobnie jak w Azji Wschodniej, na przykład w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie.

- Tymczasem Stany Zjednoczone nagle wydają mniej. Dlaczego?

Tak, tam wydatki spadły o 7,5 proc. Przede wszystkim dlatego, że w ubiegłym roku rząd USA nie zatwierdził już pomocy zbrojeniowej dla Ukrainy. Jednak w tym i przyszłym roku znów zapowiadają się znacznie wyższe budżety: na 2026 r. Kongres zatwierdził ponad 1 bln dol. (3 bln 615 mld zł), a na 2027 r. projekt budżetu rządu Trumpa przewiduje nawet 1 bln 500 mld dol. (5 bln 423 mld zł)

(...)

- Jak wygląda sytuacja w zakresie zbrojeń u innych rywali Zachodu?

Rosja znów zwiększyła swoje wydatki na wojsko i wydała 190 mld dol. (686 mld zł), co odpowiada 7,5 proc. PKB i jest to dwukrotnie więcej niż 10 lat temu. Wydatki Chin wzrosły o około 8 proc. do 336 mld dol. (1 bln 214 mld zł). Dla porównania: od 2006 r. Chińska Republika Ludowa zwiększyła swoje wydatki ponad sześciokrotnie. Nawiasem mówiąc, w 1996 r. chiński budżet obronny wynosił jeszcze 14 mld 500 mln dol. (52 mld 416 mln zł według aktualnego kursu).

- Podczas gdy reżimy autorytarne zbroiły się, zachodnie demokracje po zakończeniu zimnej wojny polegały na ochronie Stanów Zjednoczonych i zaniedbały własną obronę. Dotyczyło to w szczególności Niemiec. Czy to nie jest dobra wiadomość, że Republika Federalna Niemiec i inne kraje zachodnie budzą się teraz i same przejmują kontrolę nad swoją obroną?

Z jednej strony można z zadowoleniem przyjąć fakt, że kraje te po dziesięcioleciach zbyt małych inwestycji podejmują teraz działania zaradcze. Jednocześnie należy jednak wziąć pod uwagę kontekst. Wzrost ten następuje w czasach nasilających się konfliktów międzypaństwowych. Ponadto kraje demokratyczne w Europie i Azji Wschodniej nabywają przede wszystkim systemy ofensywne, takie jak broń precyzyjna dalekiego zasięgu, co powoduje dalsze zacieranie się granicy między wymiarem konwencjonalnym a jądrowym. Działa to destabilizująco. Do tego dochodzi fakt, że obecnie praktycznie nie ma ustalonych kanałów komunikacji między wrogimi blokami.

- W jakim sensie?

Siłą napędową obecnej militaryzacji jest chęć odstraszania. Europa chce odstraszyć Rosję, a Japonia i Korea Południowa Chiny. Jednak więcej broni nie prowadzi automatycznie do większej sił odstraszania. Odstraszanie opiera się na drugim filarze: przewidywalności. Oznacza to niezawodną komunikację i zrozumienie czerwonych linii (drugiej strony). Obejmuje to również tworzenie środków budujących zaufanie, aby zapobiec wymknięciu się kryzysów spod kontroli.

- Tak jak podczas zimnej wojny?

W Europie rzeczywiście możemy nawiązać do zimnej wojny. Sytuacja militarno-geograficzna jest tu stosunkowo przejrzysta, charakteryzują je linie kontaktu między NATO a Rosją. Azja Wschodnia jest znacznie bardziej złożona: to obszar morski z kilkoma mocarstwami atomowymi — Chinami, USA, Koreą Północną, Indiami, Pakistanem i Rosją. Jednocześnie brakuje tam w dużej mierze tradycji działań budujących zaufanie, które znaliśmy w Europie. Jednak ani w Europie, ani w Azji nie chodzi obecnie o wspólny porządek pokojowy, do którego dążyło wiele krajów w dekadach po 1990 r., ale o skromniejszy, ale kluczowy cel: stabilizację stosunków między przeciwnikami.

- Obietnica ochrony ze strony USA zawsze była również instrumentem kontroli zbrojeń jądrowych. Kto jest chroniony, nie musi się sam uzbrajać. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych za rządów Trumpa sprawia, że coraz więcej państw rozważa posiadanie własnej broni jądrowej: Polska, Korea Południowa, a nawet Japonia i Niemcy.

Tak, kraje te biorą pod uwagę różne opcje. W Japonii rozważa się złagodzenie ograniczeń dotyczących rozmieszczenia broni jądrowej, czyli wprowadzenie formy udziału w systemie odstraszania jądrowego, znanej nam z Niemiec.

- W sytuacji, w której wspólne użycie broni jądrowej już nam nie wystarcza, prezydent Francji Emmanuel Macron zaproponował model "rozszerzonego odstraszania" jako uzupełnienie amerykańskiej tarczy ochronnej.

Kluczowe pytanie brzmi: czy samo wspólne użycie broni jądrowej wystarczy, aby zmniejszyć poczucie niepewności państw nieposiadających własnej broni jądrowej? To pozostaje kwestią otwartą. Do tego dochodzi fakt, że klasyczna kontrola zbrojeń między USA a Rosją zawiodła. Między USA a Chinami taki system nigdy nie istniał. Rozbudowa strategicznej broni jądrowej jest więc obecnie praktycznie nieograniczona. To, jak nowe porozumienia nuklearne między USA a ich sojusznikami będą oddziaływać na ewentualny wyścig zbrojeń, jest procesem bardzo dynamicznym i złożonym.

- Procesem, w którym w gruncie rzeczy zawsze chodzi jednak o zaufanie do mocarstwa zapewniającego ochronę.

Dokładnie. W centrum uwagi znajduje się utajony brak zaufania do Stanów Zjednoczonych — pytanie, czy w razie zagrożenia rzeczywiście zagwarantują one rozszerzone odstraszanie. Wracamy tym samym do kluczowej kwestii: nie chodzi tylko o zdolności wojskowe, ale o przewidywalność i niezawodność.

onet.pl\Die Welt