Taktyka mająca pogłębić podziały wśród Amerykanów i tak już straumatyzowanych przez pandemię i rekordowe bezrobocie, stanowi część wieloletnich działań rosyjskich władz, które siały zamieszanie przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. Tym razem jednak ataki są o wiele bardziej wyrafinowane i szkodliwe: fejki stały się trudniejsze do wykrycia, więcej krajów prowadzi ukryte działania, mnóstwo amerykańskich grup kopiuje ich metody.
Niektóre z kłamliwych przekazów są dodatkowo wzmacniane przez media głównego nurtu i ważne postaci polityczne, w tym prezydenta Donalda Trumpa. W zeszłym tygodniu na przykład wykorzystał on swój wielki zasięg w mediach społecznościowych, aby twierdzić bez dowodów, że głosowanie korespondencyjne doprowadzi do "najbardziej nierzetelnych i sfałszowanych wyborów w historii".
Starania Doliny Krzemowej, aby położyć tamę nowym formom kłamstwa na razie, według badaczy i niektórych deputowanych, nie przynoszą skutków. A skala wyzwań tylko rośnie.
- W listopadzie będziemy mieli Superpuchar Dezinformacji. Przy okazji wyborów w USA pojawi się każda forma internetowego fałszerstwa – powiedział Graham Brookie, kierujący działem dochodzeń internetowych w think tanku Atlantic Council.
Gniew wobec niezdolności gigantów mediów społecznościowych do wygrania wolnej amerykanki z fejkami powracał podczas przesłuchania przed Kongresem prezesów wielkich firm z branży. Szef Facebooka Mark Zuckerberg próbował odeprzeć skargi, że jego firma zarabia na dezinformacji dotyczącej koronawirusa. Przewodniczący komisji antymonopolowej Izby Reprezentantów David Cicilline z Partii Demokratycznej jako przykład przytoczył to, że Facebookowi zajęło aż pięć godzin usunięcie zamieszczonego przez alt-prawicowy portal Breitbart filmu, w którym wbrew faktom twierdzono, że hydroxychlorochinina to lek na COVID-19. Zanim zniknął, post został obejrzany 20 mln razy i zebrał ponad 100 tys. komentarzy.
(...)
Od czasu wyborów 2016 r. Twitter i Facebook wydały kilkadziesiąt mln dolarów na nowe technologie i personel tropiący fałszywe treści i zapobiegający się ich rozsiewaniu. Stworzyły też przepisy przeciwko politycznym reklamom udającym zwykłe treści, zaktualizowały wewnętrzne reguły postępowania z mową nienawiści i w tym roku usunęły miliony fałszywych, ektremistycznych postów. W lipcu Twitter zbanował tysiące kont powiązanych ze skrajną teorią spiskową Qanon - była to jak dotąd największa akcja, która miała zatrzymać jej rozpowszechnianie.
Google ogłosiło w piątek kolejne przedsięwzięcie: od 1 września będzie spychać na gorsze pozycje w swoim algorytmie te strony, które rozpowszechniają zhakowane materiały oraz reklamodawców biorących udział w skoordynowanych kampaniach dezinformacji. Gdyby te zasady obowiązywały w 2016 r. ogłoszeniodawcy nie mogliby umieszczać zrzutów ekranowych emaili, które rosyjscy hakerzy wykradli ze sztabu Hillary Clinton.
Chociaż należą do najbogatszych firm świata, giganci internetowi nie są w stanie monitorować wszystkiego, co zostaje zamieszczone w ich sieciach. Firmy mają też sprzeczne opinie co do skali problemu oraz metod jego rozwiązania. Daje to siewcom dezinformacji szansę na wynajdowanie luk i słabych punktów w systemach obrony poszczególnych platform.
Momenty szczególnego napięcia w skali kraju takie jak kryzys zdrowotny oraz ruch Black Lives Matter dały sztukmistrzom dezinformacji kolejne pola, na których mogą operować, siejąc podziały.
Problemy w zapobieganiu temu są znaczne: zagraniczne kampanie nacisków ewoluowały, krajowe grupy kopiują ich techniki, sztaby polityków przyswoiły sobie niektóre ich strategie.
(...)
Jak wynika z oświadczeń firm, od października ub. r. Facebook, Twitter i YouTube usunęły co najmniej 10 kampanii skierowanych do odbiorców w USA i Europie, promujących fałszywe informacje, w których uczestniczyły konta powiązane z autorytarnymi krajami takimi jak Rosja, Iran i Chiny.
Ale według Kim rosyjska taktyka w USA ewoluuje szybciej niż platformy społecznościowe są w stanie to wykryć i zlikwidować konta. Tylko Facebook ma 2,6 mld użytkowników, w tym gigantycznym zbiorze szkodliwe podmioty mogą się łatwo ukryć.
W 2016 r. metody IRA były nieskomplikowane. Kupowała np. reklamy na Facebooku, płacąc rublami, produkowała tępe, łatwe do zidentyfikowania fejki albo logotypy polityczne.
Tym razem, jak mówi Kim, konta grupy operują na wyższym poziomie. Stały się lepsze w podszywaniu się pod kandydatów i partie. Tworzenie fałszywych organizacji walczących o jakąś sprawę zastąpiły podszywaniem się pod prawdziwe organizacje. Używają więcej pozornie apolitycznych, czysto komercyjnych kont, żeby poszerzyć zasięg, nie uruchamiając systemów ostrzegania, jakie stosują platformy.
Kreml już zdążył udoskonalić te metody za granicą. W paru europejskich głosowaniach (zwłaszcza wyborach do europarlamentu w ub. r. oraz katalońskim referendum niepodległościowym z 2017 r.) rosyjskie grupy próbowały nowych taktyk dezinformacyjnych obecnie wdrażanych przed listopadowymi wyborami. Twierdzą tak trzej ważni urzędnicy UE i NATO zaangażowani w analizę tych zjawisk.
(...)
Rosja zaczęła też bardziej otwarcie i bez skrępowania używać państwowych mediów, podobnie jak Chiny, których obecność w zachodnich mediach społecznościowych znacznie wzrosła od czasu ubiegłorocznych protestów w Hong Kongu. Zarówno Russia Today jak i chińska telewizja CGTN korzystają z szerokich zasięgów społecznościowych, żeby rozpowszechniać fałszywe wiadomości i jątrzące przekazy.
Wspierane przez Moskwę i Pekin media korzystały z popularności hasztagów związanych z pandemią oraz niedawnymi protestami Black Lives Matter, aby zalać Facebooka, Twittera i YouTube treściami podsycającymi podziały rasowe i polityczne.
Szczególnie agresywne były Chiny. Konta wysokiej rangi urzędników i ambasadorów promowały głównie na Twitterze teorie spiskowe, że USA stworzyły koronawirusa jako tajną broń biologiczną.
onet.pl