środa, 14 lipca 2021


W książce Crude Britannia autorzy James Marriott i Terry Macalister piszą, że po wybuchu drugiej wojny światowej angielsko-holenderski koncern Shell „w praktyce podzielił się na korporację aliancką i korporację Osi”. Stojąca po nazistowskiej stronie odnoga Shella pod nazwą Rhenania-Ossag „natychmiast opowiedziała się za [nazistowskim] rządem, gdy Trzecia Rzesza zaczęła najeżdżać kolejne kraje”.

Albo, jak głosi oficjalna historia koncernu: „Po aneksji Austrii i Czechosłowacji przez Hitlera dyrektorzy zarządzający Grupy autoryzowali przejmowanie tamtejszych oddziałów Shella przez Rhenanię-Ossag”. Taki sam proceder uprawiano na Węgrzech, w Jugosławii i w Grecji po ich opanowaniu przez Rzeszę. W tym samym czasie Shell wspierał również aliantów, produkując paliwo lotnicze dla RAF-u. Wskutek tego, jak piszą autorzy, „pojedynek messerschmitta i spitfire’a nad kanałem La Manche mógł być w całości napędzany paliwem Shella”.

(...)

W maju i czerwcu 1933 roku niemiecka spółka zależna Shella Rhenania-Ossag zwolniła wszystkich członków zarządu, którzy byli Żydami. Na ich miejsca wyznaczono między innymi jednego członka partii nazistowskiej. W oficjalnej historii czytamy: „daleko idące zmiany w zarządzie Rhenanii-Ossag nie mogły zajść bez pełnej zgody Centralnych Biur Shella […] Nic nie wskazuje na to, by brano pod uwagę zasady czy oceny moralne reżimu Hitlera”. Historykom Shella nie udało się ustalić, jaki los spotkał następnie żydowskich członków zarządu.

Siedem lat później, po inwazji Niemiec na Holandię, nad główną siedzibą Shella w Hadze powiewała swastyka.

Marriott i Macalister podkreślają, jak istotna była działalność firmy dla postępów Trzeciej Rzeszy. „Personel Shella współpracował z Reichsbahnem [koleją niemiecką – przyp. red.] w nadzorowaniu transportu ropy z pól naftowych w Rumunii. […] Pracownicy Shella asystowali w dostawach paliwa lotniczego na lotniska Luftwaffe” – piszą autorzy. Pola naftowe Shella w Rumunii dostarczały państwom Osi 3 miliony ton ropy rocznie, a rafinerie Shella przerabiały ją na paliwo napędzające działania wojenne.

We wrześniu 1942 roku wysoko postawiony dyrektor Shella zaproponował wysłanie ponad 100 pracowników do budowy rafinerii za niemiecką linią frontu wgryzającą się w Związek Radziecki. To pokazuje, że Shell miał „równie czynny udział w działaniach wojennych Osi – mówi Marriott – co w kampaniach aliantów”. „Przebieg wojny dla Wielkiej Brytanii mógł być zgoła inny, gdyby Shell wysadził swoje rafinerie w Holandii i Francji oraz zniszczył szyby naftowe w Rumunii” – piszą autorzy.

Po wojnie duża część majątku Shella wykorzystywanego do dostarczania paliwa państwom Osi została „ponownie włączona do firmy matki” – opowiada Marriott. Były to na przykład stacje benzynowe, rafinerie oraz siedziba w Hadze, której gmach pozostaje własnością Shella do dziś.

(...)

Odpowiadając na pytania openDemocracy o rolę firmy w drugiej wojnie światowej, Shell odesłał nas do swojej strony, gdzie można przeczytać: „Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, londyńskie biuro Shella poświęciło się wsparciu działań wojennych, a rafinerie firmy w Stanach Zjednoczonych produkowały paliwo lotnicze dla sił powietrznych aliantów”.

I dalej: „Wszystkie tankowce Shella zostały przejęte przez rząd [brytyjski]. Wielką odwagą wykazali się liczni pracownicy Shella, dzięki którym statki te mogły pływać. Był wśród nich as lotnictwa Douglas Bader, który przed dołączeniem do RAF-u w 1939 roku pracował w wydziale lotnictwa Asiatic Petroleum. Wojna stanowiła również katalizator wynalazczości. Dokonano znacznych postępów w badaniach nad paliwem i innymi chemikaliami, w tym opracowano paliwa dla nowych generacji statków powietrznych, takich jak myśliwiec spitfire”.

krytykapolityczna.pl

Tomasz Pajączek: - W ubiegłym roku w Polsce zmarło ponad 485 tys. osób, najwięcej od 1945 r. To blisko 80 tys. zgonów więcej niż w poprzednich latach. W Unii Europejskiej jest to najgorszy wynik. Gdzie popełniono błędy, że jest tak źle?

Kamil Barczyk, dyrektor szpitala powiatowego w Bolesławcu: Faktycznie, liczba nadmiarowych zgonów jest bardzo wysoka. W głównej mierze jest to efekt pandemii. Myślę, że ok. 60 proc. tych zgonów było związanych z COVID-19.

- Oficjalnie w 2020 r. z powodu pandemii zmarło niespełna 30 tys. osób. A co z pozostałymi nadmiarowymi zgonami?

Można to tłumaczyć w różny sposób. Niewydolnością systemu, brakiem dostępu do lekarza, ale też bardzo małą świadomością zdrowotną wśród społeczeństwa i przeolbrzymim strachem wywołanym pandemią. Przyczyn pozostałych nadmiarowych zgonów upatrywałbym jednak głównie w naszej niskiej świadomości zdrowotnej.

Brakuje edukacji zdrowotnej. Mamy olbrzymie problemy z profilaktyką swojego zdrowia, niskie współczynniki zgłaszania się na badania profilaktyczne. Przez ostatni rok było wiele apeli, by nie czekać z badaniami i leczeniem innych chorób na koniec pandemii. Ale ludzie nie zgłaszali się na badania i zwlekali z wizytą u lekarza. Było mnóstwo takich sytuacji. W obawie przed pandemią woleli poczekać niż pójść do lekarza i narazić się na zakażenie koronawirusem.

(...)

- A co jeśli nie skłonimy ludzi do badań?

Jeśli nie skłonimy ludzi do badań, to nic się nie zmieni i w kolejnych latach, również po pandemii, będziemy odnotowywać zgony nadmiarowe, czyli te, których można było uniknąć. Tylko odpowiednio wcześnie wykryta choroba daje duże szanse na wyleczenie. Na zmianę świadomości Polaków w tym zakresie i wyrobienie nawyku badań profilaktycznych musi zostać położony największy nacisk. Profilaktyka - nawet w największej skali - dużo mniej kosztuje niż leczenie najcięższych chorób.

- Czy to już koniec pandemii? Sytuacja jest pod kontrolą i to, co było jeszcze kilka tygodni temu już się nie powtórzy?

Mam nadzieję, że to, co było kilka tygodni temu, już się nie powtórzy. Głównie ze względu na to, że dość intensywnie przebiega proces szczepień, a znaczna część osób przeszła już zakażenie. W dodatku wchodzimy w okres wakacyjny i naturalne jest, że transmisja wirusa spada.

- Dlaczego mówi pan, że to naturalne?

Uwarunkowania wirusa powodują, że jest on podatny na promienie słoneczne, temperaturę i wilgotność, dlatego w najbliższym czasie jego transmisja będzie dużo mniejsza. W kontekście tego, co czeka nas za kilka tygodni, po trzech falach mamy już większe doświadczenie i rozbudowaną infrastrukturę medyczną.

Praktycznie wszystkie szpitale wypracowały sobie ścieżki postępowania w zderzeniu z covidem. Dlatego też mam nadzieję, że nic nas nie zaskoczy. Jesteśmy gotowi na czwartą falę. Myślę, że największym zagrożeniem są dziś kolejne mutacje wirusa oraz zwolnione tempo szczepień. To są dwa ryzyka, od których zależy, jaka będzie siła kolejnej fali. Uważam jednak, że będzie ona łagodniejsza niż trzy poprzednie. Bo to, że czeka nas czwarta fala, jest pewne.

(...)

- Kiedy pan się spodziewa czwartej fali?

Jesienią, po wakacjach. Tak samo, jak w zeszłym roku. Jedyne, co nas będzie odróżniać od sytuacji sprzed roku to szczepienia, których wtedy nie było.

- I ewentualne nowe warianty wirusa.

Tak. W trzeciej fali dominował wariant brytyjski, który był przyczyną jej powstania. Jeżeli będziemy mieć do czynienia z kolejnymi groźnymi wariantami wirusa, to siłą rzeczy będą one powodowały następny wzrost zakażeń.

(...)

- To teraz wróćmy do pierwszego pytania o koniec pandemii.

Absolutnie nie jest to jeszcze koniec pandemii. Jest to jedynie wyciszenie, ale na pewno nie definitywny koniec. Myślę, że jeszcze długo będziemy żyć w okresie, kiedy liczba zakażonych i zgonów będzie odnotowywana, a jesienią rosła.

- Koniec będzie wtedy, gdy przez kilka kolejnych dni nie będziemy mieć ani jednego nowego zakażenia?

Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, to na pewno będzie to olbrzymi sukces i będzie można uznać, że to początek końca pandemii. Ale na transmisję wirusa należy patrzeć globalnie. Nie jesteśmy wyspą, którą możemy odizolować od reszty świata. Dlatego też ciężko będzie w prosty sposób powstrzymać pandemię. Ona będzie trwać nadal.

onet.pl

Jakub Majmurek: - Na fali dyskusji o Polskim Ładzie do debaty publicznej wróciło pojęcie klasy średniej i spór o to, co ono właściwie znaczy. Zanim cię jednak o to zapytam, powiedz, proszę, jak właściwie nauki społeczne rozumieją dziś pojęcie klasy społecznej?

Przemysław Sadura: Nie ma jednej definicji klasy w nauce, są co najmniej trzy tradycje myślenia o klasach. Pierwsza, wywodząca się od Marksa, klasę traktuje jako stosunek do środków produkcji. Najprościej mówiąc: z jednej strony mamy klasę właścicieli kapitału, z drugiej proletariat zmuszony do sprzedaży swojej pracy na rynku. To ciągle żywa tradycja, choć oczywiście uwzględniająca wszystko to, co zmieniło się od czasów Marksa: np. rozproszony akcjonariat i sprzeczne pozycje klasowe, czy prekaryzację pracy.

Druga tradycja wywodzi się od Maxa Webera. Przez klasy rozumie grupy, które mają podobne szanse na sprzedaż swoich kompetencji na rynku pracy. Kontynuują ją współczesne badania stratyfikacyjne – przy ich pomocy możesz wyznaczyć sobie rozkład zarobków, decyle dochodowe i stwierdzić, że np. ci, którzy zarabiają powyżej mediany, są klasą średnią, a dolny decyl jest podklasą.

Trzecia tradycja wywodzi się od Pierre’a Bourdieu. Ona pokazuje, że klasa społeczna to nie tylko to, jak funkcjonujemy na rynku pracy, ale też to, jak uczestniczymy w życiu. Klasa to coś, co każdy z nas nosi w sobie. Każdy z nas ma habitus klasowy, czyli rodzaj „programu”, który sprawia, że wybieramy raczej wartości, postawy, estetykę klasy, do której przynależymy, a nie jakiejkolwiek innej. To podejście szczególnie dobrze opisywało powojenne zachodnie społeczeństwa ze stabilnymi rynkami pracy – tak do lat 80. XX wieku. Różni teoretycy, jak Luc Boltanski, próbują je przenieść do realiów gospodarek rynkowych zmienionych przez neoliberalną rewolucję.

Każda z tych trzech tradycji inaczej zdefiniowałaby klasę średnią.

(...)

- No właśnie, co właściwie znaczy „klasa średnia”? Jakbyś ją dziś zdefiniował w Polsce?

Nie jest to łatwe pytanie, zwłaszcza dla socjologa. Po ’89 roku na pewno funkcjonujemy w Polsce w ramach tego, co zachodnia socjologia nazywa społeczeństwem klasy średniej. Czyli takim, w którym klasa średnia uważana jest nie tylko za centralną i najważniejszą klasę, ale także obejmującą niemal całe społeczeństwo – wszystko, co mieści się między wykluczonymi a wąskimi elitami. Jest to szczególnie widoczne w Stanach, gdzie prawie każdy powie o sobie, że jest klasą średnią.

W Polsce z kolei zawsze uważaliśmy, że jest tylko jedna klasa. W wyobrażonej wizji historii wszyscy należeli do szlachty. Poza intelektualistami nikt nie utożsamia się w Polsce z chłopami pańszczyźnianymi. W PRL w jakimś sensie wszyscy należeli do klasy robotniczej, to była tak pojemna kategoria, że mieściła się w niej też np. inteligencja pracująca. Teraz, w III RP wszyscy należą do klasy średniej. Nikt o sobie nie powie, że jest proletariuszem, bardzo mało ludzi powie, że należą do klasy wyższej. Klasa średnia to najbezpieczniejsza identyfikacja.

- Klasa średnia nie jest chyba jednak wyłącznie kwestią autoidentyfikacji?

Jakby chcieć do tego podejść nie od strony wyobrażeń, a twardych interesów, to trzeba by zacząć od historii. W Polsce były i są liczne klasy średnie, choć nie było nigdy klasy średniej w takiej formie, w jakiej wyewoluowała ona na Zachodzie – mieszczaństwa, które zajmowało się handlem, potem produkcją, tworzyło administrację publiczną rozwijających się państw narodowych i firm prywatnych, zasilało szeregi wolnych zawodów. Ta grupa była nieobecna przez długie trwanie polskiego feudalizmu. Funkcje mieszczaństwa pełniły w nim inne nacje. Pokazuje to Leder w Prześnionej rewolucji: to dopiero w PRL, po dwóch transpasywnych rewolucjach, okupacji niemieckiej i stalinizmie, pojawiła się pustka społeczna, którą zapełniać zaczęła nowa klasa średnia, zajmując pozycje społeczne, jakie na Zachodzie pełniło mieszczaństwo, a więc urzędników, oficerów, lekarzy itd. Ale to ciągle nie była ta sama klasa średnia, co na Zachodzie.

Gdzieś od lat 60. ci, którzy awansowali w strukturze społecznej, zaczęli zabezpieczać swoje klasowe interesy. Widać to choćby w ograniczaniu dostępu do studiów i awansu przez edukację. Okrzepnięcie klasy średniej osłabiło mobilność społeczną charakterystyczną dla początków Polski Ludowej.

- To z PRL wywodzi się nasza klasa średnia?

Tam tworzy się jej zalążek: wśród ludzi, którzy byli częścią „ludu pracującego”, ale nie do końca – pracowali umysłowo, bardzo wyraźnie przeżywali swoją inność, np. wobec proletariatu fabrycznego, ale też „prywaciarzy” i „badylarzy”. Choć z czasem zaczęli się upodabniać przez wzory konsumpcyjne do tych ostatnich.

krytykapolityczna.pl