piątek, 1 marca 2024


W dokumentach wywiadowczych widzianych przez tę gazetę szczegółowo opisane zostały plany utworzenia przez rosyjskich agentów “15-tysięcznej straży granicznej” składającej się z członków byłych milicji w Libii, która miałaby sterować przepływem migrantów do Europy.

– Jeśli możesz kontrolować szlaki migracyjne do Europy, jesteś w stanie skutecznie wpływać na wybory, ponieważ możesz ograniczyć lub zalać określony obszar migrantami, aby wpłynąć na opinię publiczną w kluczowym momencie – oceniło w rozmowie z Daily Telegraph źródło z jednej z instytucji odpowiedzialnych za kwestie bezpieczeństwa.

Jak wyjaśniła gazeta, imigracja to kluczowy temat w wyborach powszechnych w licznych krajach europejskich, a brak kontroli nad napływem migrantów przybywających do Wielkiej Brytanii jest postrzegany jako główna słabość brytyjskiego premiera Rishiego Sunaka przed tegorocznymi wyborami do Izby Gmin.

Daily Telegraph zaznaczył, że rosyjskie plany utworzenia libijskiej milicji upadły, gdy płatności, które miały zostać dokonane za pośrednictwem “rosyjsko-libijskiego instytutu kultury” w Moskwie, nigdy nie zostały zrealizowane i nie istnieje żadna wzmianka o takiej instytucji. Jak dodano, wiele innych rosyjskich działań wskazuje na zamiar używania migracji z Afryki jako instrumentu nacisku na Europę.

Dr Siergiej Suchankin, ekspert waszyngtońskiego think tanku Jamestown Foundation, podkreślił, że analitycy zwykle skupiają się na roli rosyjskich prywatnych firm wojskowych, takich jak Grupa Wagnera, we wspieraniu afrykańskich reżimów, a nie na ich wpływie na migrację.

– Szlaki migracyjne są nierozerwalnie związane z miejscami, w których obecna jest Grupa Wagnera i inne rosyjskie organizacje paramilitarne. Różne fale nielegalnych migrantów z Afryki mogą wzrosnąć, ponieważ Rosja planuje utworzenie nowego obiektu wojskowego w Republice Środkowoafrykańskiej. Myślę, że jego pojemność wyniesie około 2 tys. osób, a zatem da to Rosji dodatkową przewagę w zakresie sterowania przepływami migracyjnymi z regionu Afryki Subsaharyjskiej do Libii, a następnie do Unii Europejskiej – oznajmił Suchankin.

belsat.eu/PAP

W latach 2008-2012, jako dziennikarz, związany był z telewizją Polsat. Następnie, do 2016 roku, był dyrektorem ds. marketingu i PR oraz rzecznikiem prasowym Stadionu Wrocław. Jak podkreśla Onet, wówczas prezesem stadionu był Robert Pietryszyn, przyjaciel byłego rzecznika PiS Adama Hofmana. Portal zaznacza, że stanowili oni trzon tzw. układu wrocławskiego, którego częścią miał stać się także Adam Burak. "Biznesowa grupa po dojściu do władzy przez PiS obsadziła państwowe spółki tak gęsto, że zajęło się nią CBA i prokuratura" - przypomina serwis.

"W 2016 roku Pietryszyn zostaje członkiem zarządu PZU, a następnie prezesem Lotosu. Wraz z nim do obu tych spółek trafia Burak. A gdy Pietryszyn traci stołek w gdańskiej rafinerii, po krótkim epizodzie w niesławnej agencji R4S (w grudniu 2020 roku dziennikarze opisali, że korzystała ona z farm trolli w kampaniach dla swoich klientów - red.), Buraka przygarnia Obajtek: najpierw powierzając mu stanowisko szefa marketingu i komunikacji w kierowanej przez siebie wówczas spółce Energa, później w Orlenie, a ostatecznie w lutym 2020 roku, wynosząc go do funkcji członka zarządu największej polskiej spółki" - pisze Onet.

gazeta.pl

Uważa pan, że można już wskazać faworyta w nadchodzących wyborach?

Te listopadowe wybory mogą okazać się mocno nieprzewidywalne. Jedna i druga strona politycznego sporu mają pewne bardzo poważne problemy, co poniekąd pokazują wyniki prawyborów w Michigan. (Michigan to jeden z kluczowych stanów w wyborach prezydenckich. Od 2004 r. zwycięzca wyborów prezydenckich zawsze wygrywa w tym stanie - przyp.red).

Dlaczego?

Donald Trump wygrał w Michigan, ale prawie 30 proc. republikańskich wyborców zagłosowało na Nikki Haley. Podobnie jak w Karolinie Południowej, gdzie było to aż 40 proc. W innych stanach podobnie. To pokazuje, że jest 1/3 lub więcej wyborców republikańskich, lub niezależnych, ale skłonnych głosować w republikańskich prawyborach, którzy nie są zachwyceni osobą Donalda Trumpa.

W Karolinie Południowej zapytano wyborców Haley, czy będą skłonni zagłosować na Trumpa, jeśli wygra prawybory. Prawie 60 proc. odpowiedziało, że nie. To oznacza bardzo poważny problem. Wyzwaniem dla Trumpa będzie przyciągnięcie nie tylko swoich najbardziej zaangażowanych wyborców, ale tych niezdecydowanych, mniej przekonanych i tych, którzy nie są zadowoleni z Joe Bidena i byliby skłonni szukać alternatywy. Tu Trump ma problem, bo nawet ci zwyczajni wyborcy partii republikańskiej chętniej widzieliby innego kandydata.

A co z Bidenem?

On ma poniekąd podobny problem. W Michigan kilkanaście proc. głosujących zamiast nazwiska Joe Bidena, na karcie do głosowania zaznaczyło opcję "uncommitted" (bezstronny), by pokazać, że wielu demokratów w tym stanie domaga się zmiany podejścia Bidena do Izraela. To pokazuje, że jest znaczny potencjał głosów, które Joe Bidenowi trudno będzie pozyskać.

Niepokojąca wiadomość dla Bidena to fakt, że nie zagłosowali na niego wyborcy o pochodzeniu arabskim. To wyborcy, którzy w 2020 roku głosowali na Bidena, a teraz traktują jego politykę wobec konfliktu w Gazie jako zdradę ich interesów. Pytanie, co zrobią w wyborach generalnych. Można założyć, że trudno byłoby im przejść do obozu Donalda Trumpa, którego podejście wobec Izraela jest jeszcze bardziej wspierające.

Czyli może wybiorą "mniejsze zło".

Rozmawiałem ostatnio z młodymi osobami, które protestowały przeciwko tej amerykańskiej polityce wobec Izraela i oni mówią, że w ogóle nie zagłosują w wyborach prezydenckich. Zagłosują w wyborach lokalnych, stanowych, gdzie można szukać politycznej zmiany, a w wyborach prezydenckich nie ma dla nich kandydata. To może zaważyć na wyniku całych wyborów. Michigan to jeden z tzw. swing states, więc rozstrzygniecie zapada tam wielkością kilkudziesięciu tysięcy głosów, a tych wyborców o pochodzeniu arabskim jest około 200 tys.

Może po prostu Amerykanie mają dość obu kandydatów?

Faktycznie jest to dla Amerykanów do pewnego stopnia wybór negatywny tzn. pomiędzy tym, którego kandydata bardziej nie chcą poprzeć. Sondaże pokazują, że około 70 proc. wyborców nie jest zachwyconych, że po raz kolejny starcie prezydenckie odbędzie się między tymi dwoma politykami. Nikt nie pała jakimś wielkim entuzjazmem. Amerykanie wspominają te czasy, gdy z entuzjazmem wybierali Obamę. Oczywiście jest jakaś część zaangażowanego elektoratu, która idzie do tych wyborów. Pewnie jest ich więcej po stronie Trumpa, bo on zawsze budził większe emocje. Jednak jest całe mnóstwo Amerykanów, którzy zastanawiają się, co powinni zrobić. Widać duże zniechęcenie. Po demokratycznej stronie to zaangażowanie wyborców było większe po ostatnich rządach Trumpa. Wtedy wiedzieli, że jest pilna potrzeba odsunięcia go od władzy. Dlatego to, jak rozstrzygną się te wybory, zależy od tego kto, lepiej zmobilizuje swoją stronę.

Do tej pory takie zagrywki lepiej wychodziły Trumpowi.

Trump nie jest tradycyjnym politykiem. Jest showmanem, jego wiece przypominają niemal koncert gwiazdy rocka. Energia na tych spotkaniach jest podobna do tego, co przeżywamy na wydarzeniach z kategorii show biznesu. To jest tego rodzaju postać, która przyciąga do siebie swoich fanów. To bardziej ludowa twarz partii republikańskiej.

Co to znaczy?

Trump odkrył nowe segmenty wyborców partii republikańskiej. W 2012 roku, gdy partia republikańska mierzyła się z porażką Mitta Romneya, zastanawiano się, co powinni zrobić Republiaknie, by jeszcze kiedyś wygrać wybory, nie wiedzieli, jak kierować komunikację. Wtedy przyszedł Trump i pokazał kierunek, którego nikt się nie spodziewał. Okazał się ludową twarzą Partii Republikańskiej. Dotarł do białych, mniej wykształconych, gorzej zarabiających Amerykanów, mających poczucie wykluczenia z życia politycznego, mających poczucie, że Republikanie są partią bogatych, a dla nich nie ma nigdzie miejsca. Trump stał się dla nich magnesem, wydał im się bliski.

Poczuli się zauważeni.

To paradoksalne, bo to bogacz, który lata samolotem z pozłacanymi klamkami, ale w jakimś sensie wydał im się człowiekiem, z którym można usiąść przy piwie i pogadać. Mogli zrozumieć, co do nich mówi.

Kto jeszcze popiera Trumpa?

W ostatnim czasie rośnie poparcie Trumpa wśród wyborców czarnoskórych, latynoskich. Pokazał, że partia republikańska może być atrakcyjna dla tego elektoratu poprzez swój konserwatyzm, przywiązanie do amerykańskiego snu. W ten sposób udało mu się zbudować nową koalicję wyborców. Ten proces wciąż trwa.

To, co przesądziło, że Trump zdobył sobie uwagę Amerykanów, że zdobył takie wyniki wyborcze, to fakt, że on przemodelowuje partię republikańską pod siebie. Coraz więcej postaci na czołowych stanowiskach to jego lojaliści. To pokazuje ogromną siłę stojącą za nim i fakt, że potrafi on pokierować elektoratem.

Kto stoi teraz za Trumpem?

Otoczenie Trumpa wygląda inaczej niż w 2016 roku, gdy wchodził na salony jako outsider. Wielu miało przekonanie, że Trump jest tymczasowym błędem w systemie, który minie i partia wróci na stare tory. Teraz nikt takich wątpliwości mieć nie może. Każdy, kto chce robić karierę, podczepia się teraz pod Trumpa i szuka jego poparcia. Ludzie, którzy krytykowali go, teraz chcą występować z nim na wiecach. Taką woltę zrobił m.in. Tim Scott, który przez jakiś czas kandydował w prawyborach w partii republikańskiej. Teraz Trump wychwala go jako tego, kto reklamuje go lepiej niż samego siebie. Scott przełyka tę gorzką pigułkę, licząc na stanowisko w administracji. Otoczenie Trumpa będzie spójne, lojalne i przekonane, że wyznacza kierunki w partii.

Po ostatnich wypowiedziach Trumpa na temat NATO pojawiły się spekulacje, że właśnie tak może wyglądać jego polityka zagraniczna. Powinniśmy się tego obawiać?

Retoryka Trumpa wobec NATO jest spójna. Ta wypowiedź faktycznie była bardziej radykalna, bo to był taki Trump, mówiący poza skryptem, który przygotowali mu doradcy. Jednak to nadal wpisuje się w jego retorykę, która prezentuje sojusz w ramach NATO jako rodzaj transakcji. W jego ocenie skoro USA zapewniają bezpieczeństwo, to Europa ma płacić. Jeśli nie płacą, albo płacą niewystarczająco, to mają dług wobec Ameryki i trzeba ich zmusić, by zaczęli ten dług spłacać. To wygląda jako próba wywierania wpływu na Sojuszników, ale oczywiście mająca konsekwencje. Pytanie, czy on będzie w stanie te groźby zrealizować po ewentualnej wygranej. Myślę, że ciężko będzie mu wprowadzić tego typu radykalne postulaty bez współpracy w Kongresie, gdzie ta inicjatywa może zostać zablokowana.

A lojalne otoczenie Trumpa pójdzie za nim w ogień?

Do pewnego stopnia tak będzie, bo administracja wie, że to kierunek, w którym zmienia się partia republikańska. Jednak pocieszające są tutaj dwa fakty. W 2020 roku, gdy Trump mówił o sfałszowanych wyborach, szukał urzędników na lokalnych szczeblach, którzy mieli mu pomóc w udowodnieniu tego faktu. Wówczas większość osób mu się oparła, nawet Mike Pence. Politycy wiedzą, że Trump nie jest wieczny. Mają świadomość, że ktoś może ich rozliczać z pewnych działań. Nawet jeśli Trump wygra te wybory, to w następnych nie wystartuje, a oni będą mierzyć się z konsekwencjami. To istotny hamulec.

Amerykanie nie chcą chaosu w swoim państwie i na różnych szczeblach władzy. Drugim hamulcem będzie kalkulacja wyborcza. Jeżeli dany polityk przyczyni się do większego chaosu, to jego przyszłość polityczna może być wątpliwa. Myślę, że to może do pewnego stopnia uspokajać.

gazeta.pl