czwartek, 23 kwietnia 2026



/Niezmiernie hipotetyczna gdybologia o Iranie - red./

Najważniejsze decyzje w sprawach bezpieczeństwa, wojny czy dyplomacji podejmują "zaprawieni w bojach" dowódcy irańskiej armii. "Modżtaba Chamenei zarządza krajem tak, jakby był szefem rady nadzorczej" — ocenia w rozmowie z "NYT" Abdolreza Dawari, który pełnił funkcję doradcy byłego prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada.

Według rozmówcy dziennika nowy przywódca polega na opinii doradców, decyzje "podejmowane są kolektywnie", a członkami "rady nadzorczej" są generałowie.

"NYT" wskazuje, że nowy przywódca nie kontroluje w pełni sytuacji w kraju. Umocniły się wpływy dowódców wojskowych kosztem duchownych — wskazuje gazeta, opierając się na rozmowach z przedstawicielami obecnych i byłych władz Iranu, armii i osób znających Modżtabę Chameneia.

Na skonsolidowanie wpływów wysokiej rangi dowódców irańskiej armii wpłynęła ich postawa po śmierci Alego Chameneia. To generałowie poparli nowego przywódcę, który w związku z tym "rzadko, jeśli w ogóle, sprzeciwia się ich zdaniu" — czytamy.

PAP


/Niezmiernie hipotetyczna gdybologia o Iranie cz. II - red./

Zgodnie z konstytucją najwyższą władzę w kraju sprawuje rahbar (przywódca) — najwyższy rangą islamski duchowny, obdarzony nieograniczonymi uprawnieniami. Tylko on może podejmować decyzje o charakterze strategicznym. Wyłącznie od niego zależy wynik negocjacji dotyczących wojny i pokoju.

Problem polega na tym, że niedawno wybrany (choć sam fakt wyboru można podać w wątpliwość) Modżtaba Chamenei ani razu nie pokazał się publicznie od dnia, w którym w wyniku ataków izraelskiego lotnictwa zginął jego ojciec, poprzedni rahbar Ali Chamenei.

Niewidzialny przywódca komunikuje się z poddanymi za pomocą krótkich komunikatów, które odczytują spikerzy. Istnieją podstawy, by przypuszczać, że nie jest on po prostu ranny, oszpecony i pozbawiony mowy, ale od dawna przebywa w jakiejś kostnicy, a jego wolę fałszuje pewien "wewnętrzny krąg".

W tym "wewnętrznym kręgu" również nie wszystko jest jasne. Wielu z tych, którym ufał jeszcze ojciec Modżtaby, zostało zlikwidowanych przez Izraelczyków w trakcie działań wojennych, a ci, którzy przeżyli, podzielili się na frakcje (lub, jak to ujmują irańscy analitycy opozycyjni, na bandy).

Jedna z takich frakcji została nazwana przez irańskich komentatorów "frontem niezłomności". Jej trzon stanowiła grupa 40 posłów do parlamentu, wyznających skrajnie radykalne poglądy dżihadystyczne. Liderami tych nieprzejednanych przeciwników wszelkich negocjacji z Amerykanami są takie postacie, jak przedstawiciel rahbara w Najwyższej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Sajid Dżalili oraz poseł Amir Hossein Sabeti. Grupa ta organizuje niemal codzienne wiece i demonstracje w Teheranie, gdzie ich płomiennym przemówieniom towarzyszą okrzyki: "Śmierć zwolennikom kompromisu!".

Drugą frakcję w obecnej najwyższej warstwie władzy stanowią generałowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) na czele z dowódcą Ahmadem Wahidim. W jej skład wchodzą również tacy dowódcy wojskowi, jak Sejed Madżid Musawi, Hossein Tayeb i Mohammad Bagher Zolghadar. Pomimo struktury wojskowej i hierarchii wydaje się, że daleko im do jedności poglądów i decyzji. Część uprawnień została przekazana okręgom wojskowym, a tam dowódcy już niejednokrotnie pokazali, że ignorują centralne wytyczne i mogą, na przykład, wystrzelić rakiety w kierunku celów, które niekoniecznie miały być atakowane.

Przypuszczalnie ta grupa generałów jest jednak w stanie zgodzić się na kompromis z amerykańskimi negocjatorami, na tymczasowe ustępstwo w imię głównego celu — zachowania ustroju państwowego islamskiej republiki w takiej formie, w jakiej stworzył ją ajatollah Chomeini.

Trzecia frakcja zgromadziła się wokół przewodniczącego parlamentu Mohammada Baghear Ghalibafa, który stoi na czele delegacji podczas negocjacji z Amerykanami. Ghalibafa łączą długoletnie relacje robocze z generałami IRGC, ale jednocześnie zajmuje on stanowisko zbliżone do poglądów tzw. reformatorów, czyli czwartej frakcji, gotowej na poważne kompromisy z Zachodem.

Do frakcji "reformatorskiej" lub "liberalnej" Irańczycy zaliczają prezydenta Masuda Pezeszkiana który już wielokrotnie wzywał do podjęcia wszelkich działań w celu zakończenia wojny i ratowania gospodarki narodowej, stojącej na krawędzi katastrofy. Oprócz niego do tej grupy można zaliczyć zwolenników byłego prezydenta Hassana Rouhaniego.

W amerykańskiej administracji stawia się na Ghalibafa. Nie jest wykluczone, że to właśnie jego miał na myśli Trump, mówiąc, że po śmierci Alego Chameneia (i zniknięciu jego następcy) do władzy w Iranie doszedł nowy przywódca, z którym można się dogadać. Ta taktyka odzwierciedla scenariusz wenezuelski, który Trump z powodzeniem zrealizował, czyli reorientację istniejącego systemu politycznego tak, aby służył interesom USA bez zmian w instytucjach władzy — poprzez usunięcie kluczowej postaci i przekupienie pozostałych urzędników.

Właśnie dlatego, pielęgnując relacje z Ghalibafem (m.in. za pośrednictwem swojego długoletniego przyjaciela, pakistańskiego feldmarszałka Asima Munira, który ponadto utrzymuje bliskie stosunki z wiceprezydentem USA J.D.Vance’em), Trump nie chce poprzeć syna ostatniego szacha Iranu, Rezy Pahlawiego. Uosabia on dążenie Irańczyków do zmiany ustroju państwowego, a Waszyngton nie chce angażować się w taką rewolucję.

Irańscy analitycy zaczęli nawet sugerować, że likwidacja najbardziej wpływowych postaci reżimu — takich jak sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Ali Laridżani, minister wywiadu Esmail Chatib i szef wywiadu IRGC Madżid Chademi — była rzekomo operacją mającą na celu utorowanie Ghalibafowi drogi na szczyt władzy. Przewodniczący parlamentu nie ukrywa się w bunkrach, jak inni przedstawiciele irańskiej elity, i nadal mieszka w swojej willi na północy Teheranu.

Oczywiste jest, że układ sił wewnątrz obecnej elity rządzącej w Iranie uniemożliwia scenariusz wenezuelski. 

onet.pl\The Moscow Times