środa, 24 lipca 2024



Rosja ma 2-3 razy więcej sprzętu wojskowego od Ukrainy. Od początku wojny podwoiła liczbę czołgów, potroiła liczebność systemów artyleryjskich i zwiększyła liczbę transporterów opancerzonych — z 4,5 tys. do 8,9 tys. Do tego liczba rosyjskich żołnierzy sięgnęła 520 tys., a celem Moskwy jest zwiększyć ją do końca roku do 690 tys. Takie liczby podał gen. Ołeksandr Syrski, naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy.

Nie podał odpowiednich liczb dla ukraińskiej armii. Stwierdził jednak, że rosyjska armia ponosi trzykrotnie wyższe straty od wojska ukraińskiego, a w niektórych regionach są one nawet wyższe. — Mają o wiele więcej zabitych — powiedział Syrski.

Na początku czerwca Władimir Putin powiedział, że nieodwracalne straty Sił Zbrojnych Ukrainy są pięciokrotnie wyższe niż straty rosyjskich sił zbrojnych. Brytyjski wywiad wojskowy ma jednak inne szacunki.

Z jego danych wynika, że maj i czerwiec były jednymi z najbardziej śmiercionośnych miesięcy dla rosyjskiej armii: traciła ona wówczas średnio ponad 1,1 tys. żołnierzy dziennie, co daje liczbę ok. 70 tys. w ciągu dwóch miesięcy. Admirał Tony Radakin, szef brytyjskiego sztabu obrony, stwierdził, że od początku wojny Rosja straciła 550 tys. wojskowych (mowa o zabitych i rannych).

Pod względem uzbrojenia ma jednak znaczną przewagę. Eksperci z brytyjskiego think tanku Royal United Defence Research Institute (RUSI) obliczyli, że od rozpoczęcia wojny udało jej się zwiększyć produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 152 mm ponad pięciokrotnie, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad ponad 15-krotnie, a pocisków manewrujących Ch-101 — najczęściej używanych przez wojsko rosyjskie w Ukrainie — o 7,5 razy.

Mało tego — według różnych szacunków w tym roku Kreml wyprodukuje ok. 1,5 tys. czołgów i 3 tys. innych pojazdów opancerzonych. W 85 proc. nie będą to jednak nowe pojazdy, a odpowiednio odnowione modele wyciągnięte z rosyjskich magazynów.

Mimo tej przewagi rosyjskiej armii udało się osiągnąć jedynie niewielkie taktyczne korzyści — podkreśla Syrski.

(...)

Stwierdził, że z racji tego, iż Rosja ma "przewagę powietrzną" i "bardzo silną" obronę powietrzną, możliwości myśliwców F-16, które wkrótce dotrą do Ukrainy od krajów zachodnich, będą ograniczone. Dlatego też Kijów coraz częściej i coraz bardziej skutecznie wykorzystuje drony. To z ich pomocą ukraińskie siły zaatakowały — zdaniem Syrskiego — ok. 200 obiektów infrastruktury krytycznej na terytorium Rosji, w tym fabryki, składy broni i magazyny ropy naftowej. 

onet.pl


Punktem wyjścia do tych pytań jest paradoksalna konstatacja (znów — całkowicie odwrotna od dominującej w Polsce), że napadając na Ukrainę, Rosja w istocie zademonstrowała, że wybiera Zachód, a nie, że się od Zachodu odwraca.

Widząc paranoiczną wrogość Rosji wobec Zachodu, zakładamy, że Rosja się od nas odwróciła. Tylko pozornie jest to prawdą, a nie półprawdą. W mojej ocenie Rosja napadła na Ukrainę po pierwsze dlatego, że taka była wewnątrzpolityczna potrzeba panującego dzisiaj w Rosji reżimu. Po drugie dlatego, że Rosją rządzą ludzie, którzy emocjonalnie nie pogodzili się z utratą imperium. I wreszcie po trzecie dlatego, że Rosjanie jakkolwiek udają przyjaźń z Chinami, to równocześnie doskonale rozumieją, że z Chińczykami nigdy nie będą w stanie się układać tak jak z Zachodem.

Rosyjskie elity są dziś obsesyjnie antyzachodnie, ale widzą też, że z powodu braku reform gospodarczych, kończącej się renty surowcowej i z racji problemów demograficznych, Rosja będzie już jedynie słabnąć. Wbrew temu bowiem, co sądzi się często w Polsce, elity te nie straciły kontaktu z rzeczywistością.

Napadając na Ukrainę, Rosja de facto próbowała zmusić Zachód do uznania jej wczorajszego statusu i ułożyć sobie relacje z Zachodem na swoich warunkach. Moskwa zachowywała się jak chuligan, który próbuje wstąpić do ekskluzywnego klubu, ale zarazem otwiera sobie drzwi do niego kopniakiem. Tyle że za ukraińskimi drzwiami stał Zachód i drzwi uderzyły Moskwę w czoło.

onet.pl


Co pana zdaniem jest fundamentalne w tej palecie pomysłów zawartych w projekcie?

Paradoksalnie to, czego w projekcie nie ma, czyli zwiększenie liczby inspektorów. Nas jest zaledwie około 1500. To zdecydowanie za mało, żeby działać skutecznie. Liczba skarg jest duża, a ich napływ w związku z ochroną sygnalistów będzie jeszcze większy. Potrzebny jest też większy budżet, bez pieniędzy nie będziemy mieli fachowców. Nabory pracowników nie idą tak, jak byśmy oczekiwali. Sama praca jest bardzo obciążająca psychicznie.

Wiem, jak trudno jest wchodzić na zakład pracy. Tam nie witają nas chlebem i solą. Skarżący również miewają pretensje. Nie jest tak, że wszyscy pracownicy oczekują, że damy im umowę o pracę. Ludzie często nie są zainteresowani legalizacją zatrudnienia. Wiele osób się śmieje, że jak wchodzimy na budowę, to ona od razu pustoszeje.

Bo wolą pracować "na czarno"?

Inna jest rzeczywistość dużych miast, a inna reszty Polski. Wiele osób pracuje na czarno z wyboru, bo może dodatkowo korzystać ze świadczeń socjalnych. Mamy mężczyzn niepłacących alimentów, którzy również nie są zainteresowani legalną pracą. Z kolei młode osoby często nie wierzą, że dostaną emeryturę, a do ręki otrzymują od razu odczuwalnie więcej. I powiedzmy sobie szczerze, na te wszystkie zjawiska jest przyzwolenie społeczne. To nie jest tak, że ktoś jest z tego powodu piętnowany. Przeciwnie, często jest uważany za bohatera, bo mniej płaci państwu.

PIP ma szacunki, ile osób może pracować "na czarno"?

Tak naprawdę, to nikt nie wie, ile osób pracuje w szarej strefie gospodarki. Wszelkie dane liczbowe w tym zakresie mają charakter szacunkowy.

No więc jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, poziom zatrudnienia nieformalnego w ciągu ostatnich lat uległ znacznemu obniżeniu - z 880 tys. osób w 2017 r., co stanowiło 5,4 proc. ogółu pracujących, do 324 tys. w 2022 r., tj. 2,0 proc. pracujących.

Te procentowe szacunki pokrywają się z danymi Państwowej Inspekcji Pracy. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę osób, które w toku naszych kontroli uznano w 2023 r. za pracujące nielegalnie (15,7 tys. obywateli Polski oraz 6,6 tys. cudzoziemców) i odniesiemy to do ogólnej liczby osób, których legalność pracy weryfikowano, to otrzymamy podobny wskaźnik.

money.pl


Historia kryzysu mieszkaniowego w Rosji rozpoczyna się wiosną 2020 roku, kiedy władze państwa wprowadzają preferencyjne kredyty hipoteczne dla obywateli kupujących mieszkania w nowych budynkach. W ten sposób chciano wesprzeć rynek nieruchomości i budownictwo, które ucierpiało przez pandemię COVID-19. 

(...)

Program dotowanych hipotek został skonstruowany w taki sposób, że banki zawierały z Rosjanami umowy na kredyty oprocentowane na 6%, podczas gdy państwo dopłacało różnicę do referencyjnej stopy procentowej. W momencie wprowadzenia programu wynosiła ona ok. 8%.

Wolumen pożyczek hipotecznych nie wzrósł przez to od razu. Licznik zaczął kręcić się na zwiększonych obrotach dopiero po 22 lutego 2022 roku. Po wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie sankcje zaciskają się coraz szczelniejszym kordonem dookoła rosyjskiej gospodarki: rubel traci na wartości, następuje tąpnięcie na giełdzie, rośnie inflacja, obce waluty znikają z kantorów. Rosjanie nie mają gdzie lokować swoich oszczędności i zwracają się w kierunku rynku nieruchomości. Jednocześnie w tym samym czasie Bank Rosji zaczyna podnosić stopy procentowe.

Z ok. 2% dopłacanych przez państwo do kredytów hipotecznych Rosjan po dwóch latach od ataku na Kijów zrobiło się 10%, bo referencyjna stopa procentowa wzrosła do 16%. Banki udzielają pożyczek na 16-20%, obywatele płacą 6%, a Kreml pokrywa różnicę i otrzymuje coraz wyższe rachunki. Ministerstwo Finansów Rosji wydało już na dopłaty ok. pół biliona rubli (ok. 22,5 mld zł).

(...)

Z szacunków Moskiewskiego Instytutu Ekonomii Miast wynika, że w latach 2020-2023 ceny mieszkań w największych rosyjskich miastach wzrosły średnio o 172%. Według danych Sberbanku ceny za metr kwadratowy na rynku pierwotnym w całej Rosji wzrosły w tym czasie o 104%, a na rynku wtórnym o 72%. Według oficjalnych danych skumulowana inflacja w Rosji sięgnęła przez ten okres ok. 30%. 

Sytuacja nie wygląda lepiej na rynku wynajmu. Według rosyjskiej firmy z branży nieruchomości "Etazhi" w 2023 roku koszt wynajmu mieszkania z jedną sypialną wzrósł w Rosji średnio o 31%. Największy wzrost cen dotknął regiony w środkowej Rosji i na Syberii. Za małe mieszkanie w standardzie ZSRR mieszkańcy Krasnojarska płacili w zeszłym roku 47,9% więcej niż w 2022 roku. W Czelabińsku stawki poszły w górę o 46,3%, a w Wołgogradzie o 38,9%.

Według "The Economist" prezes rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina zaczęła naciskać na władze, żeby ograniczyć lub zakończyć dotacje. W rezultacie jej działań w grudniu 2023 roku państwo zwiększyło minimalną kaucję klasyfikującą do otrzymania dopłat z 20% do 30%. Na początku lipca 2024 roku Kreml zawiesił program dotyczący mieszkań w nowych blokach. Pozostały jedynie dopłaty do kredytów w niektórych regionach. 

(...)

W 2023 roku rosyjscy deweloperzy zbudowali nowe mieszkania o łącznej powierzchni 110 mln metrów kwadratowych, podczas gdy średnia z wcześniejszych lat wynosiła ok. 59 mln metrów kwadratowych. Według "Izwiestii" brak stymulacji popytu ze strony rządu doprowadzi do bankructwa wielu z nich. Brak dopłat uderzy też w interesy banków. Według rosyjskich analityków, na których powołuje się "The Economist", liczba nowych hipotek może spaść o około 50% w drugiej połowie roku.

bankier.pl