Tamtego dnia Stalinowi składano kolejny raport o katastrofach na froncie. Radziecki przywódca stracił na moment panowanie nad sobą. — Zapomniano o moim rozkazie dla Stawki! — ryknął do generała Wasilewskiego. — Napisz nowy o tej samej treści!
Wasilewski wrócił wieczorem. Miał z sobą zarys nowej dyrektywy, opatrzonej numerem 227. Stalin przejrzał, naniósł mnóstwo poprawek i podpisał. W ciągu kolejnych dni rozkaz miał zostać odczytany we wszystkich jednostkach Armii Czerwonej.
— Czas już skończyć wycofywanie się. Ani kroku w tył ! To powinno być teraz nasze główne wezwanie… Panikarze i tchórze mają być tępieni od razu – usłyszeli żołnierze i oficerowie. Wehrmacht po sukcesach w Charkowie i Donbasie parł ku Wołdze i Kaukazowi. Rozkaz wzywał więc Armię Czerwoną i obywateli do zwarcia szyków.
Stalin w ogólności miał rację, mówiąc: — Dalsze cofanie się oznaczałoby zgubę dla nas i naszej ojczyzny.
Zamierzał jednak przeciwdziałać tej "zgubie" w jedyny znany i dobrze przećwiczony sposób: masowym terrorem, wymierzonym we własnych obywateli, by ich zmusić do posłuszeństwa. Rozkaz 227 nie był gromem z jasnego nieba – wynikał z morderczej logiki stalinowskiego systemu.
Jedna część rozkazu 227 była opisowa. Stalin wyjaśniał, że w ciągu ponad roku wojny pod władzą "niemieckich ciemięzców" znalazło się 70 mln obywateli ZSRR, liczne miasta i ośrodki przemysłowe, a w ręce najeźdźcy wpadły miliony ton zboża i stali. To z kolei oznaczało, że radzieckie zasoby się kurczą, a Armia Czerwona – wbrew oczywistemu przekonaniu żołnierzy o terytorialnej potędze kraju – nie ma się już gdzie cofać.
Druga część dyrektywy mówiła właśnie o zakazie wycofywania się w obliczu wroga – również w obliczu np. groźby okrążenia. Oficer, który wydałby taki rozkaz bez odpowiedniej decyzji z góry i akceptacji oficera politycznego, miał być uznawany za zdrajcę i szybko trafiać przed sąd wojenny. Z kolei żołnierz, który chciałby się cofać, mógł zostać błyskawicznie rozstrzelany – i do tego nie był potrzebny nawet pozorny wyrok sądu polowego.
Stalin nakazał też stworzenie przy każdym froncie tzw. batalionów karnych (sztrafbatów). Do takich jednostek mieli być wcielani – po degradacji – żołnierze i oficerowie uznani za tchórzy czy defetystów. Karny batalion miał być regularnie zasilanym rezerwuarem mięsa armatniego: rzucano go na najbardziej niebezpieczny odcinek walk, prosto pod niemiecki ogień. Przeciętny piechur Armii Czerwonej miał niewielkie szanse przeżycia, ale i tak większe niż sztrafnicy.
Drugą częścią tego systemu były tzw. oddziały zaporowe NKWD. Stalin nakazał utworzyć je na zapleczu każdej z armii. Miały one otwierać ogień do żołnierzy, którzy np. uciekaliby z linii wskutek niemieckiego ataku czy po załamaniu własnego natarcia. Czerwonoarmista miał wiedzieć, że o ile w starciu z wrogiem prawdopodobnie zginie (przeciętny czas życia rekruta wynosił kilka tygodni), to w wyniku odwrotu czy ucieczki zginie na pewno.
Stalin, wydając ten brutalny rozkaz, nawiązywał do innej swojej dyrektywy, ogłoszonej znacznie wcześniej – w sierpniu’41. W tamtym przypadku radziecki dyktator wprowadził politykę: "każdy pojmany jest zdrajcą ojczyzny".
Radzieccy żołnierze w pierwszych tygodniach wojny setkami tysięcy trafiali albo w okrążenie, albo do niewoli. Był to skutek kilku czynników – tempo niemieckiej inwazji było w tym czasie rzeczywiście oszałamiające, ale też Armia Czerwona była niezdolna do stawiania zorganizowanego i skutecznego oporu.
o ostatnie wynikało zarówno z osłabienia jej korpusu oficerskiego (wskutek nie tak dawnych stalinowskich czystek), jak i z zaniechań samego Stalina, który do ostatniej chwili wypierał, że Hitler złamie sojusz z 1939 r. i rozpęta wojnę. Radzieckie wojsko w czerwcu i lipcu 1941 r. nieraz w istocie było bezradne, ale najczęściej nie z własnej winy.
Stalin nie mógł uznać, że to w dużej mierze wynik jego działań – dlatego zareagował represjami. Posłał na śmierć choćby generałów, którzy w momencie niemieckiego ataku dowodzili Frontem Zachodnim. Zarzucono im, po torturach, że są szpiegami, bo nie zarządzili odpowiednio wcześnie alarmu. Tymczasem to Stalin wraz z najbliższym otoczeniem nakazał tym samym generałom "zachowanie spokoju" i "nieuleganie panice" w dniach i godzinach poprzedzających niemiecką ofensywę!
Stalin, odsuwając odpowiedzialność od siebie, mógł tylko brutalnie przekierować ją w dół. Nakazał więc traktować dowódców, żołnierzy i komisarzy, którzy dali się wziąć do niewoli albo po prostu wycofali się pod naporem wroga, jak zdrajców. "Jeśli damy wolność tchórzom i dezerterom, w niedługim czasie doprowadzą oni naszą armię i nasz kraj do upadku" – mówił rozkaz z sierpnia’41.
Żołnierze i oficerowie mieli prędzej ginąć niż oddawać się do niewoli. Jeśli oficer "pozwoliłby" się pojmać, jego rodzina miała zostać aresztowana; gdyby zrobił to szeregowiec, jego rodzina miała stracić kartki na żywność. Jeńców, którzy trafili w niemieckie ręce, najczęściej czekała śmierć z głodu. Z kolei ludzie, którzy jakimś cudem wydostawali się z okrążenia – najczęściej ranni, wygłodzeni i wyczerpani – trafiali tysiącami prosto do łagrów i więzień.
"Dowódcy armii nie mieli innego wyjścia niż stosować wobec swoich podwładnych takie metody, jakie groziłyby im samym w przypadku, gdyby w oczach Stalina nie wywiązali się z powierzonych zadań" – pisze jeden z biografów radzieckiego tyrana.
Przytacza też dane: już między sierpniem a październikiem 1941 r. rozstrzelano (pod zarzutami dezercji, tchórzostwa i symulowania urazów) ponad 20 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Ta liczba obejmuje tylko tych, których osądziły sądy doraźne, a nie tych, których np. własny dowódca zabijał na miejscu, bez choćby pozornego sądu polowego.
Aparat terroru, który Stalin usankcjonował rozkazem 227, był więc wprawiony w ruch już wcześniej. I znów radziecki wódz maskował własne błędy. Frontowe katastrofy, których doświadczyła Armia Czerwona wczesnym latem 1942 r. i które groziły "przepołowieniem" ZSRR, wzięły się m.in. stąd, że Stalin nakazał uderzać na Niemców na Ukrainie, czyli akurat tam, gdzie dysponowali oni najpotężniejszymi siłami.
(...)
Los tych, którzy trafili do batalionów karnych, w sensie statystycznym był niewiele lepszy. "Tchórze i dezerterzy", którzy trafiali do tych jednostek, musieli oddać odznaczenia, jeśli wcześniej jakieś zdobyli, a także odpruć pagony. Domyślnie wszyscy mieli być szeregowymi sztrafnikami, mogli awansować w razie potrzeby tylko na sierżanta.
Ci z nich, którzy przeżyliby od jednego do trzech miesięcy karnej służby, mogli wrócić do macierzystych jednostek. Do sztrafbatów trafiali również więźniowie polityczni, którzy uznali, że lepiej iść na front niż spędzić w łagrze 10-15 lat. Ale "zaszczyt" przeżycia czekał ledwie garstkę z 440 tys. ludzi.
Ruszali do walki bez wyszkolenia, często uzbrojeni słabo lub nieuzbrojeni wcale. Ginęli na otwartej przestrzeni albo podczas rozminowywania. Chodziło najczęściej o to, by wskutek ich naporu Niemcy wystrzeliwali się z amunicji i zdradzali swoje pozycje (skojarzenie tego scenariusza z dzisiejszą rosyjską taktyką w Donbasie jest na miejscu).
— Nawet jeśli z 250 przeżywało 10 — oznaczało to, że ma się szansę – wspominał jeden z nielicznych ocalałych, Władimir Kantowski. Wiedział, co mówi – z jego 240-osobowej jednostki cało uszło tylko dziewięciu ludzi.
onet.pl

