czwartek, 30 lipca 2020
Problem z Pegasusem, pomijając psychologiczne oddziaływanie takich terminów jak służby specjalne, polega na tym, że nie jest narzędziem wykorzystywanym powszechnie. Uniemożliwia to jego dokładną analizę, a przez to wyeliminowanie wykorzystywanych luk. Przypomnijmy sobie teraz choćby trojan bankowy Emotet, który siał spustoszenie w pierwszej połowie br. Jako że trafił na ponad 1 mld komputerów, ekstrakcja i dodanie odpowiednich sygnatur do oprogramowania antywirusowego poszły jak po maśle. Został dość szybko rozbrojony. Dzisiaj nawet Gmail wycina załączniki służące do dystrybucji Emoteta. Słychać wprawdzie przebąkiwania o nowych wersjach, ale „na mieście” w tym temacie panuje raczej spokój.
Pegasus nie powstał jako broń masowego rażenia. Jest wykorzystywany wyłącznie przeciwko konkretnym osobom. Świadczy o tym dobitnie fakt, że choć stworzono go w roku 2013, na pierwsze wzmianki w mediach musieliśmy czekać aż trzy lata, a liczba udokumentowanych ataków wciąż jest maksymalnie dwucyfrowa. Przy czym porażająca skuteczność wynika z użycia tzw. luk zero-day, a więc błędów bezpieczeństwa nieznanych ani Google, ani Apple.
Teraz – związek przyczynowy. Gdyby Pegasus został wykorzystany w globalnej kampanii przeciwko milionom obywateli danego kraju, to jego sztuczki zostałyby szybko rozpracowane. Producenci wydaliby stosowne aktualizacje; luki zero-day przestały takowymi być, a sam trojan utraciłby efektywność. Tak właśnie stało się w latach 2016 i 2017, gdy ówczesna wersja Pegasusa wyciekła, a w konsekwencji wydane zostały iOS 9.3.5 oraz poprawka bezpieczeństwa Androida z kwietnia 2017 unieszkodliwiające izraelskiego szkodnika w tamtym momencie.
dobreprogramy.pl
Propaganda musi się odwoływać do podstawowych potrzeb psychologiczno-duchowych i społecznych, które we współczesnym świecie często są niezaspokojone z powodu coraz słabszego wpływu religii, rodziny i tradycyjnych ról kulturowych.
Podstawowe założenie jest takie, że współczesne dziecko mass mediów w wieku od 8 do 80 lat jest ciekawą hybrydą neurotycznej niepewności i solipsystycznej egomanii. Pozbawione korzeni, będące w większym stopniu usłużnym konsumentem niż stanowczym obywatelem, nie ma wrodzonej orientacji społecznej ani silnego poczucia tożsamości i przynależności czy osobistej władzy. Masowe społeczeństwo nie potrafi zaspokoić jego podstawowych potrzeb, dlatego dziecko mass mediów wciąż jest niezadowolone i zawsze czegoś pragnie. To szczególnie dotyczy młodych ludzi, którzy nie umieją wytyczyć sobie długofalowych celów i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Wciąż są oszukiwani, karmieni substytutami i atakowani bodźcami z zewnątrz. To, co jest w zasięgu ich ręki, nie posiada zazwyczaj żadnego wymiaru duchowego. Media zasypują ich słodkościami, które mają im zastąpić solidny posiłek, ale oni tak naprawdę pragną mięsa. Współczesne popularne hasła mówiące o „odnajdywaniu samego siebie” czy „kryzysie tożsamości” prawdopodobnie brzmiałyby absurdalnie dla przedstawicieli tradycyjnych społeczeństw (i pewnie nadal tak brzmią dla imigrantów z mniej rozwiniętych miejsc na świecie i społecznych zaścianków Ameryki). Niektórzy ludzie wciąż wychowują dzieci osobiście: rozmawiają z nimi, opowiadają im historie, przekazują tradycję, uczą różnych umiejętności życiowych i zawodowych, a nie po prostu wpychają w tryby systemów edukacji publicznej i mediów, będących źródłem masowej instytucjonalnej indoktrynacji. Przedstawiciele tradycyjnych społeczeństw wiedzą, kim są, ponieważ ich społeczny kontekst w dużym stopniu ich definiuje, a przynajmniej stanowi solidny fundament ich tożsamości. W dawnych czasach, gdy mężczyzna był stolarzem, to uczył swojego fachu dzieci, a te uczyły swoje dzieci i tak dalej, przez wiele pokoleń. Jednak dziś jest zupełnie inaczej. Dzieci najpierw uczą się w publicznych szkołach do 18. roku życia (lub dłużej), a potem szukają pracy w pobliżu miejsca zamieszkania. Gdy mają już stałą pracę, dołączają do wielkiej, szarej masy podatników i zaczynają rozpaczliwie poszukiwać własnej tożsamości, wartości i swojego miejsca na Ziemi. Kiedy to im się nie uda, stają się klientami państwa — kończą w więzieniu, na zasiłku albo jako bezdomni (którzy również mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa). Dryfują na falach życia. Są samotni w tłumie (to kolejny wyświechtany frazes opisujący sytuację dzisiejszego człowieka). (...)
Jest jednak pewien irytujący paradoks, który można zaobserwować w dzisiejszym masowym społeczeństwie. Mimo że człowiek jest tak naprawdę tylko małą kropką w wielkim tłumie, uczy się go, aby uważał się za kogoś wyjątkowego i nietykalnego. Jego głos w wyborach (a więc też jego opinia) ma duże znaczenie dla społeczeństwa, dlatego musi podlegać socjalizacji. Nie jest trudno go do tego przekonać, zwłaszcza jeśli pomogą w tym propagandyści, którzy skupiają się na zaganianiu ludzi do urn wyborczych. Nasz przykładowy człowiek ma opinię na każdy temat — co jest zadziwiające. Oddając swój głos albo wyrażając opinię, sprawia, że inni go słuchają i traktują jako kogoś ważnego (jest to przekonanie podobne do tego, że sam Bóg i wszyscy jego święci wysłuchują uważnie modlitw każdego człowieka). Zgodnie z tym, co mówią popularne poradniki (chętnie kupowane przez ludzi, którzy desperacko potrzebują pomocy i chcą, żeby ktoś pokazał im drogę), masowy indywidualista może być wszystkim, czym tylko zechce. Jednak czy to tak naprawdę nie oznacza, że w rzeczywistości nie jest on nikim szczególnym? Nauczono go myśleć o sobie jako świętej, szczególnej, wyjątkowej jednostce — i podobnie uczyniono z setkami milionów innych ludzi, mniej lub bardziej do niego podobnych. Na tym polega cały paradoks: osoba, która jest wszystkim i ma niezbywalne prawo do pogoni za szczęściem, będąca centrum wszechświata, jednocześnie nie jest niczym więcej jak pracą, którą wykonuje — a może nawet czymś jeszcze mniej.
Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy
Jak do tego doszło? W dość prosty sposób. Do lat 80. XX w. rybacy łowili tyle ryb, ile chcieli. Jednak w części łowisk – w ślad za rosnącym popytem na rybie mięso – zaczęto łowić ich zbyt dużo, rabunkowo. Nawet w Europie, na Morzu Śródziemnym, np. w Grecji, dochodziło do tego, że rybacy wysadzali w wodzie dynamit, by w ten sposób ogłuszyć ryby i ułatwić sobie połów.
Innymi słowy w niektórych miejscach ryb łowiono tak dużo, że ławice nie były w stanie w pełni się odtwarzać i z tego powodu ryb zaczęło najpierw tam ubywać, a potem brakować. I to dlatego np. nad Morzem Śródziemnym ryby przestały być tanie.
Pod koniec lat 80. XX w. pojawił się postulat, by rybołówstwo uregulować, poddać kontroli i ograniczeniom ilość łowionych ryb. W takim stopniu, żeby w łowiskach ich nie ubywało.
W tym celu w 1995 r. państwa członkowskie FAO przyjęły dokument o nazwie Kodeks Postępowania na rzecz Odpowiedzialnego Rybołówstwa. Ów kodeks zawierał zasady i standardy wykorzystywania zasobów ryb i owoców morza – tak, aby te zasoby mogły się odnawiać, aby rybołówstwo uczynić sektorem zrównoważonym i proekologicznym.
Od tego czasu światowe rybołówstwo zaczęło się cywilizować i „ekologizować”, w wielu krajach i regionach wprowadzano limity połowów poszczególnych gatunków ryb. Po to, żeby ich populacje nie kurczyły się. W UE takie regulacje przyjmowano na poziomie unijnym i oznaczały one m.in. ograniczenie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Bo dorszy w Bałtyku było coraz mniej, więc ograniczenia w ich połowach – mimo protestów rybaków – były koniecznością.
Niestety, tylko część krajów przyjęła takie regulacje i limity połowowe, a na dodatek w niektórych z tych państw owe przepisy były nieskuteczne. W rezultacie liczba „przełowionych” akwenów w ostatnich trzech dekadach nadal rosła, przybywało łowisk z malejącą ilością ryb.
Według danych FAO w 1990 r. odsetek łowisk na „zrównoważonym biologicznie poziomie” – czyli tych nie „przełowionych” – wynosił 90 proc., a w 2017 r. już 65,8 proc. Z drugiej strony aż 78,7 proc. złowionych ryb pochodzi z łowisk, gdzie można mówić o rybołówstwie zrównoważonym. Jednak batalia o to, by dzikich ryb nie ubywało, wciąż nie zakończyła się.
Najciekawsze jest to, że najbardziej „przełowione” na świecie akweny to dwa europejskie morza: Śródziemne i Czarne, gdzie liczba „przełowionych łowisk” sięga 62,6 proc., a także południowowschodni Pacyfik (54,5 proc.) i południowozachodni Atlantyk (53,3 proc.). Czyli te akweny, po których byśmy tego się nie spodziewali, może za wyjątkiem wyżej wspomnianej części Atlantyku.
Można by więc powiedzieć, że Europa „przełowiła” dwa ze swych mórz, przez co teraz jest skazana na import ryb z Azji czy Afryki, i to głównie tych hodowlanych.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)