czwartek, 7 maja 2026



Donald Trump ogłosił w niedzielę w mediach społecznościowych operację "Projekt Wolność" - defensywną misję mającą otworzyć cieśninę Ormuz dla żeglugi handlowej, czym zaskoczył sojuszników z Zatoki Perskiej.

Jak podaje NBC News, Arabia Saudyjska miała potem poinformować USA, że nie zgodzi się na loty z bazy Prince Sultan na południowy wschód od Rijadu ani na przeloty przez swoją przestrzeń powietrzną. Rozmowa Trumpa z księciem Mohammedem bin Salmanem nie przełamała impasu, więc prezydent USA wstrzymał operację.

Amerykańskie wojsko przygotowywało kolejne statki do przejścia przez cieśninę Ormuz, gdy operację nagle przerwano. Wcześniej Dowództwo Centralne USA podało, że dwa statki pod amerykańską banderą przepłynęły już w ramach "Projektu Wolność".

wp.pl


Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w nocy obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 347 ukraińskich dronów. To największa liczba od 25 marca, kiedy raportowano 389 strąceń. Ataki i przechwycenia miały miejsce nad wieloma regionami, m.in. biełgorodzkim, briańskim, wołgogradzkim i w regionie moskiewskim, a także nad Morzem Azowskim, Kaspijskim i Czarnym.

Mer Moskwy Siergiej Sobianin przekazał w swoim kanale, że na stolicę leciało 11 dronów. Niezależny kanał Astra informował o zgłoszeniach wybuchów w Naro-Fomińsku pod stolicą Rosji. Ukraiński kanał Supernova+ podał z kolei, że w mieście celem był wojskowo-logistyczny kompleks Ministerstwa Obrony "Nara". Według gubernatora obwodu briańskiego Aleksandra Bogomaza tamtejsza obrona zestrzeliła 121 dronów. W Briańsku rannych zostało 13 osób, w tym dziecko; uszkodzone są dwa bloki i 40 samochodów.

W regionie twerskim, w mieście Rżew, uszkodzono kilka domów i ewakuowano 350 mieszkańców - poinformował szef obwodu Witalij Korolow. Równolegle Federalna Agencja Lotnicza Rosji w ciągu nocy ogłaszała zamknięcie kilkudziesięciu lotnisk. W samej Moskwie wstrzymano operacje na lotniskach Wnukowo i Domodiedowo. To działania typowe przy zwiększonym zagrożeniu w przestrzeni powietrznej, co potwierdza skalę nocnych alarmów.

wp.pl


Ceny ropy naftowej odnotowały znaczący spadek po informacjach o możliwym porozumieniu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, które miałoby zakończyć trwającą wojnę. (...)

Według analizy The Kobeissi Letter, na godzinę przed publikacją informacji przez serwis Axios, inwestorzy otworzyli krótkie pozycje na rynku ropy o wartości niemal miliarda dolarów. W ciągu 70 minut po ogłoszeniu wiadomości ceny ropy Brent i WTI spadły odpowiednio o 11,9 proc. i 13 proc., co przyniosło zyski rzędu 125 mln dolarów.

— "Dziś o 3:40 czasu wschodniego otwarto niemal 10 tys. kontraktów na spadek notowań ropy, bez pojawienia się wcześniej istotnych wiadomości. To odpowiada wartości nominalnej około 920 mln dolarów, co stanowi wyjątkowo dużą transakcję jak na tę godzinę" — wskazuje The Kobeissi Letter.

Były specjalista ds. analizy ilościowej banku inwestycyjnego JPMorgan, Marko Kolanovic, skomentował te wydarzenia, określając je jako dowód na "oczywiste manipulacje na rynku". Z kolei Eric Nuttall z Ninepoint Partners zauważył, że zmienność na rynku energii może być celowo wywoływana, zachęcając inwestorów do skupienia się na długoterminowych perspektywach.

Warto przypomnieć, że podobne transakcje miały miejsce w przeszłości. Na przykład 7 kwietnia zawarto transakcję wartą 950 mln dol., a tydzień później kolejną o wartości 760 mln dol., tuż przed publikacją wiadomości wpływających na ceny ropy.

businessinsider.com.pl


Ukraińcy zaczynają na dużą skalę atakować dronami cele na dystansie rzędu 20-150 kilometrów za linią frontu. Pozwala na to cała nowa generacja bezzalogowców, które stają się zmorą rosyjskiej logistyki, przeciwlotników, a czasem nawet lotników. To jeden z najważniejszych nowych wojennych trendów.

Ataki na takich dystansach są potocznie nazywane "atakami średniego zasięgu". Pomiędzy z jednej strony masowymi i najczęściej widocznymi na nagraniach frontowymi dronami FPV, które rzadko sięgają na dalej niż 20-30 kilometrów, oraz z drugiej strony dronami uderzeniowymi o charakterze strategicznym, które wlatują na setki, albo i ponad tysiąc kilometrów, uderzając w rafinerie, fabryki i tego rodzaju obiekty.

Pomiędzy nimi jest, albo raczej był, do tej pory słabo zagospodarowany obszar. Obie strony miały narzędzia do ataków na dystansach rzędu kilkudziesięciu albo około 100 kilometrów, ale w bardzo małych ilościach. Teraz Ukraińcy to zmieniają, kładąc duży nacisk na ten średni zasięg. Mówił o tym dwa razy w ostatnich dniach prezydent Wołodymir Zełeński przy okazji rozmów z ministrem obrony Mychajło Fedorowem. Według jego najnowszego komunikatu, w kwietniu tego rodzaju ataków było dwa razy więcej niż w marcu i wartość ta ma szybko rosnąć, bo jest na to kładziony priorytet. Pod koniec kwietnia prezydent mówił też, że w tym roku zostało zamówione już pięć razy więcej odpowiednich dronów niż rok temu.

Liczby bezwzględne nie są znane, ale sądząc po mnogości nagrań, muszą to być setki, jeśli już nie tysiące uderzeń miesięcznie. Ukraińcy od dawna publikowali komplikacje tego rodzaju ataków, ale prowadzonych na niewielką skalę, niemal wyłącznie w wykonaniu dwóch elitarnych jednostek – Prymary i Lazar. Obie mają na koncie wiele rosyjskich systemów przeciwlotniczych i radarowych, w większości upolowanych na Krymie. Pisaliśmy o tym jeszcze w 2025 roku.

To, co się zmienia teraz, to znaczny wzrost intensywności ataków i skierowanie ich nie tylko na rzadkie i bardzo cenne systemy uzbrojenia, ale na nawet najprostsze ciężarówki i samochody dostawcze. To efekt rozwoju technologicznego i wzrostu skali produkcji do stopnia czyniącego odpowiednie bezzałogowce dość tanimi i masowymi, aby móc je używać na takie cele. Pierwsze sygnały o tej zmianie realiów zaczęły napływać od Rosjan jeszcze pod koniec zimy, kiedy ukraińskie drony zaczęły częściej atakować pojazdy z zaopatrzeniem na drogach wokół Doniecka. Około 40-50 kilometrów za linią frontu. Teraz problem miał się rozlać na więcej odcinków, choć głównie w Donbasie i na Zaporożu.

Jak piszą na swoim blogu "Two Marines" amerykański były wojskowy, aktualnie analityk Rob Lee, oraz służący w ukraińskiej piechocie morskiej specjalista od bezzałogowców Dmytro Putiata (lepiej znany jako "Kriegsforsher" na X), pod koniec kwietnia niektóre rosyjskie dywizje zostały zmuszone do ograniczania zużycia paliwa. Na razie o 15-20 procent, ale to i tak duży sukces, osiągnięty przez Ukraińców poprzez ataki na pociągi, cysterny i składy paliwa. Rosyjskie dowództwo miało zakazać jazdy ciężarówkom w konwojach bliżej niż 50 kilometrów od linii frontu. Na większych dystansach muszą mieć dedykowaną osłonę w postaci mobilnych grup przeciwlotniczych. Dodatkowo miał się zacząć proces przenoszenia niektórych składów zaopatrzenia na odległości przekraczające 100 kilometrów, bo dotychczas wiele mniejszych lokowano na dystansach rzędu 60-80 kilometrów.

W początkowej fazie wojny za ataki na takich odległościach odpowiadały głównie amerykańskie systemy HIMARS. Jednak z czasem Rosjanie nauczyli się dość dobrze zagłuszać ich systemy naprowadzania oparte o GPS, a do tego maskować i rozpraszać swoje siły. W połączeniu ze znacznym ograniczeniem dostaw samych rakiet GMLRS używanych przez ten system, ich wpływ na sytuację za frontem znacznie osłabł w porównaniu do lat 2022-23. Potrzeba było alternatyw i Ukraińcy właśnie wydają się być w momencie, kiedy osiągają ponownie "efekt HIMARS", ale teraz przy pomocy bezzałogowców średniego zasięgu, które w znacznej mierze produkują sami i są niezależne od niczyich kaprysów.

Trudno precyzyjnie wyliczyć, jakie to ukraińskie drony są używane w tej nowej kampanii i jakie dokładnie mają możliwości. Pojawiło się ich wiele na przestrzeni minionego roku, a informacje na ich temat są bardzo skąpe. Większość jest nominalnie ukraińska, choć najczęściej z istotnym wkładem zagranicznych producentów i projektantów. Jednym z najstarszych jest Khaki-20, który używa głównie wspomniana jednostka Prymary. Pierwsze przypadki to jeszcze 2024 rok. Kluczowy element, czyli system naprowadzania, ma być oparty o amerykański system łączności satelitarnej Starlink, umożliwiający działanie na odległościach przekraczających 100 kilometrów od linii frontu. To one mają być odpowiedzialne za wiele ataków na cenne rosyjskie radary, systemy przeciwlotnicze czy wyrzutnie rakiet na Krymie. Skala ich produkcji i użycia z jakiegoś powodu pozostaje jednak ograniczona.

Aktualnie znacznie większy wpływ mają nowsze i powstające w większych ilościach drony takie jak ukraińskie Buława, RAM-2X, FP-2 czy Khmarynka, oraz amerykański Hornet. Ich cechą wspólną jest to, że są maszynami skrzydlatymi, co daje znacznie większy zasięg lotu niż w przypadku frontowych dronów ze śmigłami. Większość ma głowice bojowe ważące po kilka kilogramów, co sprawia, że nadają się najlepiej na cele nieopancerzone lub lekko opancerzone. Wyróżnia się tutaj jedynie FP-2, który jest modyfikacją starszych FP-1 używanych do ataków strategicznych. Skrócono jego zasięg do rejonu 150 km, w zamian znacznie zwiększając głowicę do jakoby 100 kilogramów. To już istotna siła rażenia, zdolna zburzyć budynek czy spowodować poważne szkody w na przykład składzie paliw.

Niejasna jest kwestia naprowadzania tych wszystkich dronów, co jest kluczowym elementem umożliwiającym ich skuteczne użycie na średnich dystansach. Jak wynika ze zdjęć publikowanych przez Rosjan, wykonanych przez ich bezzałogowce przechwytujące, praktycznie każdy z wymienionych dronów może mieć wariant z systemem Starlink.

Niektóre jednak go nie mają i muszą być naprowadzane przy pomocy klasycznych łączy radiowych, choć najpewniej z pomocą innych bezzałogowców służących za latające stacje transmisyjne. W przypadku amerykańskiego Horneta, stworzonego przez dużo inwestującą w drony dla Ukrainy firmę Swift Beat byłego szefa Google Erica Schmidta, mowa o jakiejś formie naprowadzania końcowego przy pomocy AI. Maszyna ma być zdolna samodzielnie rozpoznawać cele na wyznaczonym obszarze i je automatycznie atakować. Do tego nawigować poprzez rozpoznawanie terenu i porównywanie go z mapami zapisanymi w pamięci. Czyni ją to właściwie niewrażliwą na systemy walki elektronicznej, przez co jest przez Rosjan traktowana jako szczególnie groźna i nazywana "Marsjanin-2". Dodatkowo według ich ocen Hornet ma być produkowany starannie, ale z dość tanich i prostych podzespołów, co czynią go podatnym na naprawdę masową produkcję.

Niezależnie od tego "jak", to jest ewidentne, że Ukraińcy zaczęli odnosić spore sukcesy w atakach na średnim dystansie. Przyjęte przez nich rozwiązania muszą działać. Rosyjscy komentatorzy lamentują, że Ukraińcy w tej kategorii wyraźnie skoczyli naprzód, choć to rosyjskie wojsko jako pierwsze używało skutecznie dronów skrzydlatych o zasięgu rzędu kilkudziesięciu kilometrów w postaci kolejnych wersji Lancetów. Skala ich użycia pozostaje jednak niezmiennie ograniczona, zwłaszcza w porównaniu do eksplozji skali użycia innych bezzałogowców uderzeniowych. Skala użycia nowej generacji ukraińskich maszyn ma natomiast gwałtownie rosnąć.

Skuteczne ataki na bliskie zaplecze frontu mają natomiast ogromne znaczenie dla tego, co się dzieje w strefie bezpośrednich walk. Bez działającej logistyki każda armia staje się masą głodnych, zdemoralizowanych i niemających czym walczyć ludzi. Do tej pory jej funkcjonowanie na dystansach przekraczających 20-30 kilometry było ogólnie bezpieczne. Nie licząc okazyjnych ataków na wykryte składy zaopatrzenia czy punkty przeładunkowe. Jeśli teraz nawet pojedyncza ciężarówka jadąca gdzieś 100 kilometrów za linią frontu staje się potencjalnym celem, to sytuacja logistyki znacząco się skomplikuje. Nie zatrzyma to rosyjskiego wojska z dnia na dzień w miejscu, ale będzie dodatkowym obciążeniem dla całego systemu, który i tak już jest na granicy wydajności.

gazeta.pl