wtorek, 17 października 2017
A jakiego to „konkretnego typu” rodzina jest intencją tego programu?
Imaginarium, jakie stoi za Rodziną 500+, to wyobrażenia i tęsknoty za światem, którego nie ma. Może istniał kiedyś w dwudziestoleciu międzywojennym: w przemyśle Gdynia i COP, w polityce Naczelnik gardzący demokracją liberalną, a w rodzinie posłuszeństwo mylone z porządkiem. A ponieważ wszyscy jesteśmy specjalistami od tego okresu głównie za sprawą fotografii w sepii, nie pamiętamy, że to okres analfabetyzmu na poziomie 33% oraz głodu na przednówku.
Ale za to Wilno i Lwów były polskie. To już raczej niemożliwe, więc może chociaż tradycyjna rodzina?
Historia powtarza się wyłącznie jako farsa, bo sama próba jej powtórzenia sygnalizuje ignorowanie galopującej rzeczywistości. Instytucje, w tym język i prawo, zmieniają się wolniej niż życie społeczne. Jeśli nie czytamy książek wydanych po powstaniu warszawskim, możemy nie zauważyć, że historycznie negatywna relacja między dzietnością a zatrudnieniem oraz wykształceniem kobiet stała się pozytywna w latach 90. Zmieniły się nie tylko czynniki wpływające na liczebność rodziny, ale też jej struktura. Gdy rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek w lutym 2016 roku powiedziała do samotnych rodziców, żeby ustabilizowali swoją sytuację rodzinną i mieli więcej dzieci, zapewne nie wiedziała, że mówi to do 2,17 miliona samotnych matek i 328 tysięcy samotnych ojców – czyli do co piątego gospodarstwa domowego w Polsce. Nie wspomnę już o zróżnicowaniu regionalnym Polski, gdzie w Zachodniopomorskiem 41 procent dzieci rodzi się poza małżeństwem – czyli trzy razy więcej niż w Małopolsce – a różnica między tymi województwami jest większa niż między Hiszpanią a Azerbejdżanem.
krytykapolityczna.pl
Michael Jetter, ekonomista w dziedzinie mediów z Uniwersytetu Zachodniej Australii w Perth od lat bada symbiotyczne relacje między mass mediami i terroryzmem. W ramach badań naukowych, których wyniki zostały niedawno opublikowane, przeanalizował on ponad 61 tys. zamachów terorystycznych z lat 1970-2012 w ponad 200 krajach i porównał je z tym, jak szeroko donosiła o nich „New York Times”. Wnioski naukowców potwierdzają hipotezę, że liczba ataków terrorystycznych jest w ścisłej korelacji z ich intensywną inscenizacją w mediach. Każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym podwyższa liczbę zamachów w następującym po nim tygodniu o około 1,4.
Jetter sprawdził to i twierdzi, że w dniach w których pisano o przejściu orkanu a nie o Al-Kaidzie, w następnym tygodniu było mniej zamachów. Przyczyn tego doszukuje się on w psychologii.
Może chodzić o tzw. efekt Wertera, prowadzący z jednego zamachu terrorystycznego do drugiego. Socjolog David Philips wprowadził to pojęcie w latach 70. opierając się na powieści Goethego "Cierpienia młodego Wertera". Pojęcie to określa związek pomiędzy nagłym wzrostem liczby samobójstw a poprzedzającym go nagłośnieniem w mediach samobójstwa jakiejś znanej osoby. Po publikacji „Cierpień młodego Wertera” już wtedy w XVIII-wiecznym społeczeństwie znalazło się wielu naśladowców bohatera – jak wyjaśnia Benedikt Till, psycholog z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy samobójstwo opisywane jest we wszelkich szczegółach albo kiedy motywy tego czynu, które prawie zawsze podawane są w uproszczonej formie (samobójstwo po rozwodzie albo ze względu na długi), staje się przedmiotem dzikich spekulacji.
– We wszystkim tym kryje się dość duży potencjał identyfikacyjny – podkreśla badający to zjawisko Benedikt Till. Także zdjęcia zrozpaczonych krewnych czy samej ofiary mogą animować naśladowców.
Oczywiście sam taki sensacyjny artykuł u ludzi, którzy nie przeżywają akurat kryzysu, nie doprowadzi do samobójstwa. Ale dla kogoś, kto myślał już o odebraniu sobie życia, doniesienia w mediach mogą przeważyć szalę – podkreśla wiedeński naukowiec.
(...)
Są już pierwsze badania, z których wynika, że dochodzi także do imitowania zamachów terrorystycznych. Czyli kiedy mass media intensywnie informują o atakach terrorystów czy szaleńców efektem są kolejne ataki - podkreśla Till.
Podobnie jak w przypadku samobójstw doniesienia w mediach dla już zradykalizowanych czy do tej pory ambiwalentnych osób mogą być kroplą przepełniającą dzban. Z tego względu amerykańscy naukowcy już sformułowali kodeks etyczny dla dziennikarzy piszących o masowych morderstwach. Niemieccy dziennikarze takiego kodeksu jeszcze nie mają. Amerykańscy naukowcy podkreślają przy tym, że istotne jest nie tylko, jak pisze się o atakach terrorystycznych, lecz także, jak dużo oddaje się im miejsca.
dw.com
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)