niedziela, 6 sierpnia 2023


Według wyliczeń Refinitiv Eikon, cytowanych przez agencję Reutera, realizowane przez Gazprom dostawy gazu ziemnego do Europy w okresie 1 stycznia – 15 lipca br. wyniosły 13,8 mld m3 surowca. W tym samym czasie do odbiorców europejskich trafiło ok. 12,3 mld m3 rosyjskiego gazu skroplonego, który sprzedawany jest przez prywatny koncern Novatek. Różnica pomiędzy wolumenami dostarczanymi przez te dwa podmioty wyniosła więc zaledwie ok. 1,5 mld m3, po raz pierwszy w historii dostaw. Eksport realizowany przez Gazprom dociera do Europy za pośrednictwem dwóch szlaków: przebiegającego przez Morze Czarne gazociągu TurkStream oraz tranzytem przez Ukrainę. Państwowy koncern sprzedaje również niewielkie ilości LNG. Novatek dostarcza zaś gaz skroplony drogą morską, a jego głównymi odbiorcami w Europie są Francja, Hiszpania i Belgia.

Sygnalizowaną przez agencję Reutera dynamikę potwierdzają również dane podawane przez niezależny brukselski think tank Bruegel. Według tej statystyki w I półroczu br. do UE trafiło ok. 9,7 mld m3 LNG z Rosji (spadek o 3% r/r). Eksport realizowany za pośrednictwem rurociągów z FR wyniósł w tym samym okresie ok. 12,6 mld m3, co stanowi niebagatelną redukcję o ok. 75% względem analogicznego okresu w 2022 r.

Rozbieżność pomiędzy przytoczonymi danymi – poza zakresem czasowym oraz rozróżnieniem odbiorców (Europa jako kontynent bądź ściślejsza UE) – wynika także z faktu, że podane przez agencję Reutera wolumeny dotyczą konkretnych eksporterów, zaś Bruegel bierze pod uwagę jedynie formę realizowanego eksportu (gaz rurociągowy i LNG). Rosjanie od 2022 r. zaprzestali regularnej publikacji statystyk dotyczących dostarczanych za granicę surowców energetycznych, co utrudnia oszacowanie realnej wielkości sprzedawanego surowca – przesyłanego zarówno gazociągami, jak i w formie skroplonej.
 
Komentarz

Zrównywanie się wielkości wolumenów rosyjskiego surowca dostarczanego do UE za pośrednictwem rurociągów i w formie LNG bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to skutek drastycznej redukcji dostaw gazociągowych na Zachód będącej w głównej mierze konsekwencją politycznej decyzji Kremla. Miała ona na celu szantażowanie państw unijnych poprzez wywołanie szoku podażowego i wzrostu cen (zabieg ten zakończył się niepowodzeniem, rosyjskie dostawy zostały zastąpione przez nowych importerów, co doprowadziło do stabilizacji cen). Po drugie, w latach 2017–2022 realizujący sprzedaż surowca w formie skroplonej rosyjski koncern Novatek systematycznie zwiększał moc produkcyjną zakładu Jamał LNG, z którego większa część produkcji jest kierowana do Europy. Instalacja wyprodukowała w ub.r. 21 mln ton LNG, tym samym przekraczając swoją moc projektową wynoszącą 17,4 mln ton. Surowiec eksportują także dwa mniejsze zakłady LNG, znajdujące się na rosyjskim wybrzeżu Morza Bałtyckiego (oddane do użytku w latach 2021–2022 Kriogaz-Wysock oraz Portowaja LNG).

W przyszłości prawdopodobne jest osiągnięcie poziomu eksportu rosyjskiego gazu skroplonego do UE przewyższającego wielkość dostaw gazociągowych z FR. Jako niepodlegający unijnym sankcjom import LNG z Rosji ma potencjał wzrostowy. Główny eksporter Novatek zwiększa własne moce produkcyjne, co może pozwolić na większą obecność na europejskim rynku. Obecnie produkcja zakładu Jamał LNG jest obniżona na skutek trwających tam prac, a w 2024 r. koncern ma zamiar oddać do użytku na pełną moc produkcyjną pierwszą linię nowego zakładu Arktyczny LNG 2, która będzie wytwarzać 6,6 mln ton LNG rocznie (prace nad nią zostały w większości ukończone jeszcze przed wycofaniem się z projektu zachodnich partnerów). Z drugiej strony, dostawy gazociągowe z FR do UE będą najprawdopodobniej ulegać dalszemu zmniejszeniu, przede wszystkim wskutek wstrzymania przesyłu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Obecna umowa tranzytowa, zawarta między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem w 2019 r., upływa wraz z końcem 2024 r., a strona ukraińska określiła jej prolongatę jako „mało prawdopodobną”. Utrata tego szlaku pozbawiłaby Gazprom możliwości eksportowania surowca przez Ukrainę już w 2025 r. – wielkość dzisiejszego eksportu z FR na tym kierunku wynosi ok. 12 mld m3 gazu rocznie.

Wzrost dostaw rosyjskiego LNG do UE stanowi potencjalne zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego UE. Chodzi zwłaszcza o sytuację, gdyby – tak jak w przypadku przesyłu gazociągowego – Rosjanie zdecydowali się na nagłą redukcję eksportu w newralgicznym okresie (np. podczas zapełniania magazynów krótko przed sezonem grzewczym), chcąc w ten sposób wywołać kolejny szok podażowy. Dalszy wzrost importu pochodzącego z Rosji gazu skroplonego wzmocniłby także europejską zależność od tego kierunku – w I kwartale br. rosyjski LNG stanowił 7% całości importu surowca w UE. Utrzymanie się zaś dotychczasowego tempa dostaw LNG przez całe II półrocze br. poskutkuje dostarczeniem do odbiorców unijnych wolumenu o wielkości ok. 20 mld m3, co odpowiadałoby przepustowości jednej nitki Nord Streamu 1 (projektowa moc przesyłowa całego połączenia wynosiła 55 mld m3 rocznie). Fakt realizowania dostaw przez Novatek – prywatny koncern – stanowi jedynie pozorną różnicę względem Gazpromu. Podmiot jest bowiem powiązany z władzami Rosji dzięki bliskiej znajomości założyciela i jednego z udziałowców firmy Giennadija Timczenki z prezydentem FR Władimirem Putinem. Sprzedaż LNG stanowi więc źródło wpływów finansowych dla rosyjskiej elity.

osw.waw.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Miesiąc temu mówiliśmy o tym, że ukraińskie siły zbrojne znajdują się w pierwszej fazie kontrofensywy, która polega na rozpoznaniu i sondowaniu obrony przeciwnika. Czy możemy teraz powiedzieć, że rozpoczęła się druga faza ukraińskiej kontrofensywy?

Oleg Żdanow: Rzeczywiście, możemy stwierdzić, że ukraińskie siły obronne przeszły do drugiej fazy działań kontrofensywnych. Polega ona na utworzeniu przyczółka do dalszego przełamywania obrony przeciwnika. Celem tej fazy jest dotarcie do głównej linii obrony wroga na froncie o długości 100 km lub więcej. Musimy zbliżyć się do pozycji wojsk nieprzyjaciela na tak szerokim odcinku frontu. A potem będziemy dalej naciskać w poszukiwaniu miejsca, w którym ich obrona zostanie przełamana. Dotarliśmy już do linii obrony w trzech miejscach.

Ostatnio otrzymujemy głównie wiadomości z sektora Zaporoża, gdzie intensywność walk wyraźnie wzrosła. Czy można powiedzieć, że ten obszar stał się głównym celem ataku?

Intensywność walk jest naprawdę bardzo wysoka. Obszar ten obejmuje zarówno Berdiańsk, jak i Melitopol. To jest front zaporoski. W niektórych rejonach mamy już do czynienia z pierwszymi okopami tak zwanej "linii Surowikina" — głównej linii obrony wojsk rosyjskich. Ale to nie wystarczy. Nie zaczynamy jej przełamywać, ponieważ za tą linią wróg może manewrować rezerwami, przerzucać sprzęt i personel. Musimy dotrzeć do tej linii na szerokim odcinku frontu i jednocześnie zacząć wywierać presję.

Dalsze bitwy pokażą, gdzie jest najsłabszy punkt, który przełamiemy. A gdy tylko nastąpi ten przełom, zaczną wkraczać główne siły ukraińskich sił zbrojnych, których jeszcze nie rozmieściliśmy. I wtedy powiemy, że Siły Zbrojne Ukrainy przełamały linię frontu wroga i będziemy mogli dokładnie powiedzieć, jak będzie wyglądał kierunek głównego ataku. Te procesy mogą potrwać cały sierpień. Następnie rozpocznie się trzecia faza — penetracja obrony przeciwnika i jej zniszczenie.

Dzisiaj przeczytałam analizę, według której taktyka ukraińskich sił zbrojnych uległa zmianie i teraz nie atakują one aktywnie, ale starają się wyczerpać wroga. Czy mógłby Pan powiedzieć nam więcej o taktyce stosowanej obecnie przez ukraińskie siły zbrojne?

Obecnie prowadzimy taką samą operację jak na prawym brzegu obwodu chersońskiego. Tylko na znacznie większą skalę. Ale podczas operacji chersońskiej nie wywieraliśmy presji na wroga wzdłuż linii frontu, ale raczej go wyczerpaliśmy. Teraz aktywnie atakujemy i jednocześnie niszczymy logistykę wroga, uderzając w jego tylne pozycje aż do wybrzeża. Tracą amunicję, paliwo i smary oraz personel. Są coraz bardziej wyczerpani.

Zostaliśmy zmuszeni do zmiany taktyki. W pierwszych tygodniach kontrofensywy napotkaliśmy bardzo silny opór wroga i bardzo starannie skonstruowaną linię obrony. Dlatego musieliśmy porzucić taktykę atakowania dużymi grupami, batalionami i kompaniami, ponieważ ponieśliśmy straty. Przegrupowaliśmy się więc i przeszliśmy na taktykę ofensywy manewrowej. Jest to działanie małych grup szturmowych wspieranych przez pojazdy opancerzone. Oznacza to, że to nie pojazdy opancerzone przechodzą do ofensywy przy wsparciu piechoty.

To piechota w małych grupach atakuje przy wsparciu pojazdów opancerzonych i artylerii. A te małe grupy, dzięki swojej mobilności i zwrotności, mogą zadać wrogowi maksymalne obrażenia. To jest dziś główna taktyka. Posunęliśmy się naprzód w rejonach Wuhłedar, Robotyn, Verbove i Bachmut. Wróg ponosi ogromne straty, mimo że jest w defensywie, a my w ofensywie. To kompleksowe podejście.

A dlaczego nie można było rozpocząć kontrofensywy na zasadzie wyzwolenia obwodu charkowskiego, skoro Siły Zbrojne Ukrainy bardzo szybko pozbywały się ogromnych obszarów?

To było działanie wymuszone. Po pierwsze, nie otrzymaliśmy wystarczającej ilości sprzętu i broni, aby zrównać się z wrogiem i działać klasycznymi metodami. Teraz naruszamy klasyczne zasady wojny: atakujemy większą liczbę mniejszą liczbą. Chociaż, zgodnie z zasadami prowadzenia wojny, ofensywa powinna mieć co najmniej trzykrotną przewagę strony atakującej. Parytet mamy tylko w artylerii, a osiąga się go dzięki skuteczności jej użycia, a nie liczebności. Po drugie, w Charkowie zadziałał czynnik zaskoczenia, którego teraz nie ma. Wtedy bardzo szybko przełamaliśmy obronę wroga, w małych grupach przeniknęliśmy w głąb jego terytorium i wywołaliśmy chaos i panikę, co doprowadziło do szybkiej deokupacji tak dużych obszarów. Teraz to już tak nie zadziała. Po trzecie, wróg bardzo dobrze się okopał i zbudował silną linię obrony.

Ale taktyka ukraińskich sił zbrojnych działa. Według Sztabu Generalnego wróg traci do batalionu zabitych każdego dnia. A brytyjski wywiad dodaje, że Rosjanie tracą taką samą liczbę rannych. To co najmniej. Tak więc wróg traci co najmniej 1000 osób każdego dnia.

Jeśli powiemy, że druga faza potrwa do jesieni, to jak długo w sumie może potrwać ukraińska kontrofensywa?

Myślę, że potrwa do końca tego roku. Mogą być przerwy na przegrupowanie wojsk. Ale mam nadzieję, że będziemy mieli wystarczające siły i środki do prowadzenia działań ofensywnych przez cały 2023 r.

Głównym celem kontrofensywy jest dotarcie do wybrzeża Morza Azowskiego. Kiedy to zrobimy, kontrofensywę będzie można uznać za udaną. Jeśli nasz piechur umyje ręce w Morzu Azowskim, będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy główny cel ofensywy. Ale nawet jeśli dotrzemy do linii Melitopola i nie będziemy mieli dość sił, by ruszyć dalej, to i tak ofensywa zostanie uznana za udaną. W końcu nasza artyleria będzie w stanie przejąć kontrolę ogniową nad korytarzem lądowym na Krym. A to jest logistyka przeciwnika.

(...)

Niedawno helikoptery z Białorusi przekroczyły polską granicę. Wcześniej pojawiły się informacje, że 5 tys. wagnerowców jest już na Białorusi. W jaką grę gra Łukaszenko?

Powiedziałbym, że jest rozgrywany. I to nawet nie przez Putina, ale przez ludzi, którzy za plecami Putina próbują zmusić Zachód do rozpoczęcia negocjacji. Grupa Wagnera została przeniesiona z terytorium Federacji Rosyjskiej, aby jej nie zniszczyć. Została zabrana poza zasięg ludzi i służb specjalnych, które są w 100 proc. lojalne wobec Putina.

A wszystkie te wydarzenia — przylot helikoptera, przemieszczenie Grupy Wagnera — to prowokacje ze strony otoczenia Putina. Dla nich najważniejsze jest zorganizowanie negocjacji. Ten proces przypomina rok 1945, kiedy niemieccy generałowie zaczęli negocjować z amerykańskimi generałami, ignorując Hitlera i omawiając jego los podczas tych rozmów.

Czyli, Pana zdaniem, to wszystko nie stanowi realnego zagrożenia?

Cóż, będą prowokacje na granicy. Ale będą to prowokacje dla samych prowokacji. I będą próbowali zmusić Polskę, kraje bałtyckie, każdy kraj NATO do agresywnej odpowiedzi. Jeśli Zachód zareaguje wystarczająco agresywnie, na przykład otwierając ogień do takiego śmigłowca, Rosja oskarży NATO o agresywne działania i zaproponuje rozmowy pokojowe. W tym kontekście NATO usiądzie do stołu. Tego właśnie chcą. Ale nikt tam nie zamierza atakować Warszawy czy Rzeszowa.

onet.pl