środa, 3 sierpnia 2022


1 sierpnia Centralny Bank Rosji (CBR) zdecydował o przedłużeniu na kolejne pół roku (do 9 marca 2023 r.) ograniczeń dotyczących zakupu zachodnich walut w gotówce. Rosyjscy obywatele mogą wypłacić ze swoich kont lub depozytów walutowych założonych przed 9 marcem 2022 r. jedynie środki o wartości do 10 tys. dolarów – w dolarach lub euro, niezależnie od waluty, w której konto zostało założone. Po wyczerpaniu tego limitu pozostałe fundusze można otrzymać w rublach (po kursie dnia). CBR poinformował, że konta, na których znajduje się nie więcej niż 10 tys. dolarów, stanowią 90% wszystkich rachunków walutowych, nie przekazał jednak przy tym, jaka suma zdeponowana jest na pozostałych 10% rachunków. Ponadto banki mogą sprzedawać obywatelom w gotówce jedynie te zachodnie waluty, które trafiły do ich kas po 9 kwietnia 2022 r. Ograniczenia przedłużono także względem osób prawnych (rezydentów rosyjskich, tj. firm zarejestrowanych w Rosji). Na wydatki delegacyjne mogą one wypłacić w gotówce kwoty o wartości do 5 tys. dolarów – w dolarach, euro, funtach lub jenach.

Jednocześnie w ostatnich tygodniach CBR zdjął większość obostrzeń nałożonych pod koniec lutego br. na obrót zachodnimi walutami w formie elektronicznej. Od końca czerwca obywatele mogą przelewać za granicę ze swoich kont w rosyjskich bankach do 1 mln dolarów miesięcznie (lub podobną wartość w innej walucie zachodniej). Ponadto z rosyjskich firm zdjęto obowiązek wymiany na ruble przychodów eksportowych (wcześniej musieli oni przewalutowywać na wewnętrznym rynku nawet 80% tych przychodów). Eksporterzy (spoza sektora surowcowego) nie są już także zobligowani do repatriacji zarobionych za granicą środków i mogą je przetrzymywać na zagranicznych kontach.

Nadal obowiązują ograniczenia nałożone na nierezydentów. Nie mogą oni m.in. transferować swoich dochodów, zysków lub dywidend uzyskanych w Rosji za granicę ani kupować rosyjskich papierów wartościowych. Nie mają też możliwości zakupu walut zachodnich w gotówce.

1 sierpnia Wielka Brytania złagodziła sankcje, zezwalając podmiotom powiązanym z Rosją na korzystanie z usług ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych w odniesieniu do statków, samolotów i komponentów dla nich w przypadku rejsów między Rosją i państwami trzecimi. Brytyjska spółka Lloyd’s jest największą firmą ubezpieczeniową na świecie.

Rosyjski rząd oszacował spadek produkcji branży metalurgicznej w II kwartale br. na 20%. W przypadku poszczególnych koncernów sytuacja jest znacznie gorsza – produkcja kombinatu w Magnitogorsku zmniejszyła się o 38%, a Siewierstali o 28%. Trend wynika z obniżenia popytu zarówno za granicą w związku z sankcjami, jak i na rynku wewnętrznym. Dodatkowo Kreml, w ramach wsparcia rynku budowlanego, w marcu br. wprowadził regulację cen na metale i wyroby z nich, co dodatkowo ograniczyło rentowność produkcji metalurgicznej. O spadku przychodów o 55% (do ok. 1,2 mld dolarów) w pierwszym półroczu 2022 r. poinformował również największy rosyjski koncern aluminiowy Rusał. W przypadku tego podmiotu zachodnie restrykcje zostały nałożone przede wszystkim na jego głównego właściciela Olega Deripaskę. Ponadto Australia zdecydowała o wstrzymaniu dostaw boksytów dla tego przedsiębiorstwa (surowca do produkcji aluminium).

Komentarz

W ramach przeciwdziałania negatywnym konsekwencjom sankcji finansowych nakładanych przez Zachód rosyjskie władze wprowadzały m.in. liczne ograniczenia walutowe. Polityka ta pozwoliła CBR opanować panikę wśród klientów banków, a także umocnić rubla, jednak jej ceną była utrata wymienialności rosyjskiego pieniądza. Obecnie rozliczenia w rublach możliwe są tylko z zainteresowanymi państwami. Oprócz tego wewnątrz Rosji funkcjonuje równolegle kilka kursów rubla. CBR rekomendował bowiem bankom sprzedaż zachodnich walut rosyjskim importerom i podmiotom spłacającym zobowiązania walutowe po kursie zbliżonym do giełdowego. Cena dolara dla pozostałych klientów powinna być o co najmniej 10 rubli większa. Ponadto banki sprzedające zachodnie waluty w gotówce oferują je po kursie nawet o 20–30 rubli wyższym od giełdowego. Kantory świadczą jedynie usługę skupu walut. Nadal pojawiają się prywatne oferty ich sprzedaży w sieciach społecznościowych – w takich przypadkach cenę ustala się w drodze negocjacji.

Wprowadzone restrykcje walutowe zdołały w pierwszych tygodniach ich obowiązywania stłumić popyt na waluty zagraniczne w Rosji i zapewnić stałą ich podaż na rynku. Wraz ze wzrostem przychodów eksportowych, wynikającym z wysokich cen surowców energetycznych na światowych rynkach, oraz wobec spadku importu (nawet o połowę) z powodu nałożonych sankcji kurs rosyjskiej waluty zaczął jednak dynamicznie się umacniać i jej wartość w ostatnich tygodniach bywała do 30% wyższa niż przed agresją na Ukrainę (za dolara płacono nawet ok. 52 rubli). Mocny pieniądz stał się poważnym problemem dla eksporterów i budżetu państwa w związku z kurczeniem się ich dochodów w przeliczeniu na rosyjską walutę. Mimo starań władz – m.in. sukcesywnego wycofywania się z restrykcji walutowych – rubel udało się osłabić w niewielkim stopniu. W efekcie rząd zapowiedział wprowadzenie w 2023 r. nowej reguły budżetowej, która ma polegać na skupowaniu (zapewne m.in. w juanach) nadwyżek walutowych na rynku. W ten sposób w ostatnich ośmiu latach Kreml gromadził swoje rezerwy.

Ograniczenia na obrót zachodnimi walutami w gotówce CBR wprowadził 9 marca 2022 r. Była to bezpośrednia reakcja na przyjęty przez USA i Unię Europejską zakaz wywozu do Rosji dolarów i euro. W rezultacie, mimo napływu ogromnych dochodów walutowych w postaci elektronicznej z eksportu surowców energetycznych, Rosja cierpi na niedobór dolarów czy euro w gotówce. Według szacunków CBR rosyjscy rezydenci posiadają ok. 85 mld dolarów w gotówce. Pod koniec lutego na bankowych kontach i w depozytach walutowych osób fizycznych znajdowało się ok. 90 mld dolarów, a do czasu wprowadzenia ograniczeń wypłacono z tej sumy ok. 18 mld dolarów. Nie wiadomo natomiast, jaką kwotę podjęto w ostatnich pięciu miesiącach.

Ze względu na ryzyko zablokowania operacji bankowych wskutek sankcji oraz trudności z korzystaniem z zachodnich walut stały się one de facto toksyczne dla Rosji. W efekcie w ostatnich tygodniach banki zaczęły pobierać wysokie opłaty za prowadzenie kont walutowych, a niebawem uzyskają możliwość ujemnego ich oprocentowania. Dodatkowo zagraniczne przelewy walutowe kosztują coraz więcej (ok. 3% wartości transakcji, lecz nie mniej niż 200 dolarów, euro czy funtów), a banki ustalają minimalną wartość dla takiej transakcji. W ten sposób starają się zachęcić obywateli do wymiany swoich wkładów na ruble lub ewentualnie na waluty państw przyjaznych Rosji.

osw.waw.pl

Podczas Letniego Wolnego Uniwersytetu i Obozu Studenckiego w Băile Tuşnad (węg. Tusnádfürdő) w Rumunii 23 lipca premier Węgier Viktor Orbán wygłosił przemówienie, które wywołało szereg kontrowersji w kraju i za granicą. Najwięcej krytyki spadło na niego za wypowiedź dotyczącą imigracji. Premier stwierdził, że w „kotlinie karpackiej” mogą współistnieć narody, lecz jest przeciwny „mieszaniu się ras”, tak jak ma to miejsce w Europie Zachodniej. Słowa te potępiły m.in. węgierskie organizacje żydowskie oraz prezydium Parlamentu Europejskiego (liderzy grup parlamentarnych i przewodniczący).

Orbán wskazał, że najważniejszymi wyzwaniami w najbliższych latach pozostaną demografia, imigracja i kwestie gender, a dopiero na czwartym miejscu wymienił wojnę rosyjsko-ukraińską. Podkreślił, że takie podejście wynika z odrzucenia przez Zachód oferty rozmów na temat bezpieczeństwa (nieprzyjmowanie Ukrainy do NATO i nierozmieszczanie zachodniej broni na jej terytorium) ze strony Moskwy. Zaznaczył, że to „nie jest nasza wojna”, a Węgry pozostają członkiem NATO, którego Rosja „nigdy nie zaatakuje”. Zaakcentował też, że Ukraina nie wygra tego konfliktu, zaś sankcje są boleśniejsze dla Zachodu niż dla Rosji. Dotychczasową strategię Sojuszu i UE w tej sprawie uznał za porażkę i oznajmił, że Węgry będą dążyć do jej zmiany zgodnie z założeniem, że celem działań należy uczynić nie wygranie wojny, lecz zawarcie pokoju. Jak podkreślił, Unia powinna stanąć „nie po stronie Ukrainy, ale między nią a Rosją”, a rozmowy pokojowe winny toczyć się nie między stronami konfliktu, lecz na linii USA–Rosja. Premier przekonywał, że na inwazji korzystają amerykańskie koncerny energetyczne, które chcą dostarczać surowce do Europy, Węgry nie zamierzają zaś rezygnować z rosyjskiego gazu, a jedynie mieć dostęp do alternatywnych źródeł jego pozyskania.

Orbán wyeksponował wagę współpracy wyszehradzkiej, a obecne problemy na tym polu zrzucił na karb zmiany władzy w Czechach i na Słowacji, które „nie chcą już wchodzić w konflikty z Brukselą”, a także „zawirowań” w stosunkach węgiersko-polskich. Stwierdził również, że interes strategiczny obu tych państw jest zbieżny (trzymanie Rosji „z dala od siebie”, przetrwanie suwerennej i demokratycznej Ukrainy), a różnica dotyczy „odruchu serca”: „my postrzegamy wojnę jako konflikt dwóch narodów słowiańskich, do którego nie chcemy się włączać, a Polacy uważają go za swoją wojnę, którą niemalże sami też toczą”. Biorąc pod uwagę tę rozbieżność, „musimy spróbować zachować najwięcej, jak się da, z przyjaźni węgiersko-polskiej i sojuszu strategicznego na okres po wojnie”.

Trwający kilka dni letni uniwersytet w rumuńskim Siedmiogrodzie to największy, a przy tym odbywający się w swobodnej atmosferze zjazd środowiska Fideszu i przedstawicieli mniejszości węgierskich, z nielicznym udziałem osób spoza krajowego obozu rządzącego, ze strony rumuńskiej i z zagranicy. To tam w 2014 r. Orbán wygłosił jedno ze swoich najgłośniejszych przemówień – o odejściu od demokracji liberalnej. W latach 2020–2021 impreza nie doszła do skutku ze względu na pandemię.

Komentarz

Przemowa była najbardziej rozbudowanym od wyborów wystąpieniem programowo-ideologicznym Orbána. Po raz pierwszy od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę oświadczył on tak dobitnie, że Węgry chcą – pomimo niej i za wszelką cenę – podtrzymać politykę balansowania między Wschodem a Zachodem, w tym współpracę z Moskwą. Państwo próbuje „przeczekać” wojnę i dalej starać się o uzyskanie korzyści od partnerów zarówno zachodnich (środki UE i inwestycje, głównie niemieckie), jak i wschodnich (współpraca energetyczna z Rosją, inwestycyjna i handlowa z Chinami itd.). W dalszym ciągu będzie też gotowe oferować tym ostatnim daleko idące ustępstwa polityczne, m.in. powielać propagandę Kremla czy zabiegać o osłabienie wsparcia dla Kijowa. Rząd Orbána wydaje się opierać swoje kalkulacje na perspektywie zwycięstwa Rosji nad Ukrainą i jej powrotu do kooperacji z Zachodem, a ignorować obecne koszty utraty przez Węgry wiarygodności w oczach partnerów zachodnich.

Premier podtrzymuje swoją współpracę z europejską skrajną prawicą i radykalną, protrumpowską częścią Partii Republikańskiej w USA, licząc na wzrost znaczenia tych środowisk w efekcie pogłębiania się problemów ekonomicznych Zachodu. Służyły temu m.in. odwoływanie się w przemówieniu do popularnych w tych kręgach teorii spiskowych o „wielkim zastąpieniu” (celowa polityka osiedlania osób ras innych niż biała w państwach zachodnich), wypowiedzi o zabarwieniu rasistowskim czy duży nacisk położony na kwestie gender. Orbán podkreślił przy tym, że liczy na zmianę władzy w Stanach Zjednoczonych w 2024 r. Jego słowa wypychają go jednak coraz bardziej na margines polityczny Zachodu. W zeszłym roku Fidesz opuścił Europejską Partię Ludową i obecnie nie należy do żadnej frakcji w Parlamencie Europejskim, a od 24 lutego pogarszają się także stosunki Budapesztu z partnerami z Europy Środkowej.

Koncentracja na tematach ideologicznych i polityce międzynarodowej wydaje się świadomym zabiegiem mającym na celu zogniskowanie wokół nich debaty publicznej na Węgrzech, zwłaszcza w obliczu pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego. W ostatnich tygodniach rząd wdrożył szereg niepopularnych rozwiązań – m.in. częściowo uwolnił ceny prądu i gazu dla gospodarstw domowych, dotychczas ograniczane administracyjnie i najniższe w UE. Utrzymanie niskich cen energii należało do głównych obietnic Fideszu w kampanii przed wiosennymi wyborami, w trakcie której oskarżał opozycję o plany ich podwyższenia. Wprowadzone w ostatnich tygodniach niekorzystne zmiany podatkowe dotknęły z kolei samozatrudnionych i małe przedsiębiorstwa (na tym tle wybuchły w lipcu kilkudniowe protesty). W obliczu trudnej sytuacji budżetowej prawdopodobnie dojdzie do kolejnych cięć. Węgry zmagają się też z gwałtowną deprecjacją forinta, który w ciągu ostatniego roku tracił na wartości niemal najszybciej spośród walut państw rozwiniętych – po tureckiej lirze i argentyńskim peso. W związku z tym rządzący Fidesz będzie kładł tym większy nacisk na spory ideologiczne toczone z opozycją w kraju i z zachodnią lewicą. Sięganie tak jak w minionych latach po temat zagrożenia imigracją jest jednak dla niego o tyle ryzykowne, że za rosnący napływ mieszkańców Afryki i Bliskiego Wschodu odpowiada również Rosja (m.in. ze względu na problemy wywołane blokadą eksportu ukraińskiego zboża). Stąd przekaz partii – bardziej niż na źródłach imigracji – skupi się zapewne na krytyce zachodniego modelu wielokulturowego.

Tezy Orbána spotkały się z licznymi krytycznymi reakcjami w regionie, zwłaszcza w Czechach, na Słowacji i w Rumunii. W komentarzach dominowały stwierdzenia, że premier Węgier w swojej retoryce przekracza kolejne granice, niebezpiecznie ocierając się o rasizm i ksenofobię charakterystyczne dla przywódców państw autorytarnych. Szczególnie w Czechach pojawiły się wątpliwości, czy kontynuowanie współpracy w V4 z takim partnerem ma jeszcze sens, choć część publicystów apelowała, żeby nie ulegać histerycznym reakcjom.

Zarazem należy zauważyć, że Orbán oprócz kilku kurtuazyjnych nawiązań do siedmiogrodzkich Węgrów unikał komentowania kwestii mniejszościowych, zapewne nie chcąc prowokować wyczulonych na nie władz rumuńskich, a także ukraińskich (np. uchylił się od odpowiedzi na pytanie o przyszłość zakarpackich Węgrów). Minister spraw zagranicznych Rumunii Bogdan Aurescu z zadowoleniem przyjął fakt, że strona węgierska wywiązała się z obietnic i nie wygłaszała podczas festiwalu kontrowersyjnych tez dotyczących relacji z Bukaresztem.

osw.waw.pl

Po kilku miesiącach negocjacji udało się wreszcie odblokować port w Odessie. Pierwszy statek z ukraińskim zbożem wypłynął w poniedziałek. Jest szansa na powrót do rozmów pokojowych z Rosjanami?

Ukraina nie znajduje się w tak kiepskiej sytuacji, żebyśmy musieli wnioskować o negocjacje z Rosją. To im zależy na rokowaniach. Cały kryzys z dostawami ukraińskiego zboża został wywołany przez Rosję po to, by mieć temat do komunikacji z Zachodem. Chcą wpływać poprzez to na Zachód, grożąc kryzysem migracyjnym, buntami i nową arabską wiosną. Weszliśmy w to, bo nie chcemy, by Europa, Bliski Wschód i kraje Afryki były szantażowane. Co więcej, nie chcemy, by doszło do głodu w najbiedniejszych regionach świata. Poza tym to element naszej polityki zagranicznej w Afryce.

A dlaczego zgodziła się na to Rosja?

Bo liczą na złagodzenie sankcji Zachodu. Co więcej, pozorują gest dobrej woli, bo chcą zacząć proces negocjacyjny. Nie radzą sobie wojskowo, więc dążą do zawarcia jakichś układów na wzór porozumień mińskich. Liczą na to, że przekonają Europę i USA, by zmusiły Ukrainę do zawarcia takich porozumień. Pilnie potrzebują zawieszenia broni, by przegrupować jednostki i się zregenerować. My zaangażowaliśmy siły, które dotychczas nie były wykorzystywane, a oni mają wymęczonych żołnierzy.

Sugeruje pan, że Putin ugrzązł w wojnie i nie ma planów na najbliższe tygodnie?

Może i ma plany, ale nie są one realistyczne, tak jak zajęcie Odessy czy Charkowa. Mówią, że wszystkie zadania zostaną wykonane, ale nie jest jasne, co mają na myśli. Nasz wywiad, a także zachodnie ośrodki analityczne mówią, że Rosjanie już miesiąc temu osięgnęli szczyt swoich możliwości w tej wojnie, a teraz są na wykończeniu.

A jeżeli Putin ogłosi powszechną mobilizację w Rosji?

Rosja nie wytrzyma tego gospodarczo, socjalnie i politycznie. System mobilizacyjny obowiązujący w Związku Radzieckim został zrujnowany. Nowego nie utworzono. To bardzo skomplikowany mechanizm, który tworzy się latami. Tego nie robi się w ciągu kilku miesięcy czy roku. Nie będą mieli czym uzbroić takiej liczby żołnierzy, a według sondaży co najmniej połowa Rosjan nie popiera kontynuacji tej wojny. Mobilizacja zniszczy obowiązującą w Rosji umowę społeczną. Polega ona na tym, że przeciętny Rosjanin leży na kanapie, przełącza kanały telewizyjne, patrzy, jak walczą inni, i podziwia ich zwycięstwa. A w przypadku mobilizacji musiałby zejść z kanapy i iść na wojnę. Kreml nie wie, jaką to wywoła reakcję społeczeństwa. A przecież pamięta, jak sto lat temu to właśnie zmobilizowani ludzie obalili cara. Mieli jechać na front i rzucać się pod niemieckie karabiny. Woleli obrócić broń przeciwko carowi i Rosja to doskonale pamięta.

To co pozostaje w takim razie Putinowi? Anektować okupowane już tereny i oznajmić Rosjanom, że odniósł zwycięstwo nad Dnieprem?

Liczą na to, że rozbiją nas, gdy się zderzymy ze sobą, i chcą uniemożliwić ukraińską kontrofensywę. Chcą przekonać nas i naszych zachodnich partnerów, że Ukraina nie jest zdolna do ofensywy. Szykują Ukrainie los podzielonej na dwie części Korei. A czy dokonają formalnie aneksji, nie jest ważne, to kwestie techniczne. Chcą zamrozić wojnę, zgromadzić siły i uderzyć ponownie za dwa, może za trzy lata.

Zamrożenie tego konfliktu raczej nie leży w interesach Ukrainy?

To nie jest dla nas rozwiązanie. Bo nie będziemy mogli normalnie żyć i budować. Wpadniemy w wyścig zbrojeń i wszystkie pieniądze będziemy musieli wydawać nie na odbudowę Ukrainy, lecz na przygotowanie do kolejnego etapu wojny. Poza tym nie wiemy, jak będą się zachowywać państwa Zachodu, gdyby do takiego zamrożenia doszło. W ukraińskim społeczeństwie istnieje konsensus co do tego, że powinniśmy zwyciężyć w tej wojnie i wypchnąć Rosję z terytorium naszego kraju.

To kiedy ruszy wielka kontrofensywa na południu, którą zapowiadał prezydent Zełenski?

Trudno powiedzieć, bo Rosjanie przerzucili tam teraz trzy swoje armie. Wszystkie ich siły desantowe są dzisiaj właśnie tam. Przerzucili najważniejsze siły z Donbasu, pozostawiając jedynie armie tak zwanych DRL i ŁRL (samozwańcze republiki Doniecka i Ługańska – red.), najemników Wagnera i dwa lub trzy rosyjskie bataliony. Dajemy im tam popalić, nigdzie nie mogą się przesunąć. Bo najważniejsze siły zgromadziły się na południu. A wojska desantowe nie nadają się do obrony, są przeznaczone do ofensywy. Zakładam więc, że za kilka dni mogą spróbować uderzyć np. na Mikołajów, spróbować okrążyć miasto. To będzie szaleństwem i rozgromimy ich, ale oni myślą inaczej.

Panuje przekonanie, zwłaszcza w europejskich mediach, że Ukraina otrzymała już wystarczająco ciężkiej broni z Zachodu i że nie tylko powstrzymuje Rosjan, ale i przechodzi do kontrofensywy. A my, mieszkańcy Unii Europejskiej, będziemy to obserwować i czekać, aż skończy się wojna. Czy to nie jest zbyt naiwny obraz sytuacji?

Zachodniej broni wciąż bardzo brakuje. Prowadzimy wielką kontynentalną wojnę, linia frontu to 1300 km. A ponad 2600 km musimy zabezpieczać. To bardzo skomplikowane. Mamy zachodnią broń, ale potrzebujemy jej więcej. I z tym jest problem. Co prawda delikatnie przesunęliśmy się do przodu na kierunku zaporoskim, dlatego tam przerzucają siły. Ale dla pełnowartościowej i efektownej ofensywy brakuje nam ciężkiego sprzętu. Co prawda Polska przekazała nam ogromną ilość czołgów, dobrze się sprawują. Trzeba jednak rozumieć, że to nie lokalna wojna, to duży kontynentalny konflikt, największa wojna od 1945 r. I z taką ilością broni z tym sobie nie poradzimy.

A gdyby każdy kraj zachodniej Europy wpierał Ukrainę z taką determinacją jak Polska?

Gdyby wspierały Ukrainę tak jak Polska, bylibyśmy już we Władywostoku. Ale nie każdy kraj ma możliwości i nie każdy kraj ma taką chęć pomocy Ukrainie. Jest wspólna solidarność, coś przekazują, ale Europa rozbrajała się od 1991 r. i wiele krajów nie ma po prostu wystarczającej ilości broni. Muszą ją wyprodukować.

Tymczasem Rosja stawia na rakiety manewrujące, którymi od początku wojny bombarduje ukraińskie miasta. Jak z nimi radzi sobie Kijów?

Po to jest obrona przeciwlotnicza. Dużo tych rakiet zestrzeliliśmy. Raz jest lepiej, a raz jest gorzej. Jesteśmy ogromnym państwem i obejmujemy obroną przeciwlotniczą milionowe miasta oraz bazy wojskowe. Obrony przeciwlotniczej jednak brakuje. Według naszych szacunków Rosjanie zużyli już 70 proc. pocisków, ale wciąż sporo ich mają. Widzimy też, że wykorzystują rakiety S-300 i S-400 do celów naziemnych, co jest bardzo kosztownym przedsięwzięciem, bo są oen przeznaczone do celów powietrznych. Bombardują nimi Mikołajów i Charków.

Amerykańskie wyrzutnie HIMARS pomogły Ukrainie?

Bardzo pomogły, bo w ciągu zaledwie pierwszych dwóch tygodni zniszczyliśmy ponad 50 magazynów z amunicją i sprzętem wojskowym. Przedtem dziennie wystrzeliwali około 45 tys. pocisków, teraz około 15 tys. To zasługa HIMARS. A przecież Rosjanie przeprowadzali ofensywę tylko dzięki temu, że mieli przewagę w artylerii. Zmieniliśmy zasady gry. Muszą przesuwać magazyny i centra logistyczne w głąb okupowanych terenów, a to ich znacząco spowalnia. Jak dostaniemy jeszcze więcej tych wyrzutni, to sytuacja jeszcze bardziej zmieni się na naszą korzyść.

rp.pl