niedziela, 9 listopada 2025



W porządku omawianego państwa cała aktywność polityczna ma de facto charakter wojskowy czy też – patrząc z szerszej perspektywy – organizowana jest przez konflikt (z wrogami wewnętrznymi i/lub zewnętrznymi, zależnie od potrzeby). Wojsko to najwyższy stopień zorganizowania społeczeństwa, a wojna – najważniejszy przejaw jego aktywności. Współczesna Rosja stanowi kontynuację Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w jego postaci ukształtowanej po podboju mongolskim i wchłonięciu przez nie ziem i ludów Wielkiego Stepu. Istnieje jednak coś, co mimo tego dziedzictwa odróżnia jej mieszkańców od Azjatów: Imperium Rosyjskie budowały po części elity europejskie, głównie niemieckie, które szybko upajały się naturą i zakresem władzy, jaką oferowała im absolutystyczna Rosja. Dzięki nim państwo rządzone z Petersburga uzyskało formę, która zewnętrznie przypominała europejską, ale pozostało azjatyckie w treści. Trudno czasem nie mieć wrażenia, że Rosja to mongolska horda z pruskim szlifem.

(...)

Mieszkańcy Sewastopola i górnicy z Doniecka są otwarci i serdeczni do momentu, gdy gość z Polski pozostaje w poetyce doskonale pamiętanego jeszcze wówczas na obszarze posowieckim serialu Czterej pancerni i pies. Kiedy zaś próbuje poruszać jakieś trudne tematy – z historii Rosji i ZSRR oraz wzajemnych relacji z Polską i, szerzej, Zachodem – to mu się bardziej lub mniej dyskretnie i grzecznie sugeruje, by tego nie robił. Trudne tematy nie istnieją, a jeśli były czy są, to nie ma sensu ich rozpamiętywać. „Komu to służy? Tylko naszym wspólnym wrogom!”. Pozostaje być zachwyconym krążownikiem rakietowym „Moskwa”. No, może jeszcze okrętem podwodnym „Ałrosa”, zwłaszcza w zestawieniu z tym złomem „Zaporoże”, co to go Ukraińcy trzymają w „rosyjskim” doku i naprawić nie potrafią.

Były i są na terenach ruskiego miru jednostki, z którymi człowiekowi z Zachodu rozmawia się dobrze i swobodnie, o czym kilka słów dalej. Problemu nie generuje to, że mają inne poglądy i uważają je za jedynie słuszne, lecz ich powiązanie ze specyficznym systemem wartości. Przeciętni Rosjanie najczęściej godzą się z rolą przedmiotów polityki państwa, swoistych trybików w militarystyczno-mocarstwowej machinie, w której życie współobywateli (ale już niekoniecznie ich własne) ma znaczenie mniejsze niż inne narzędzia znajdujące się w dyspozycji imperium.

Najlepiej opisać to za pomocą kolejnego wspomnienia. Sierpień 2000 r., po katastrofie atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Górnik (znów górnik, ale podejście jest typowe nie tylko dla tego zawodu) z Workuty: „No tak, ponad setka chłopaków zginęła [to przykre – AW], ale TAKI OKRĘT żeśmy stracili! [to prawdziwa tragedia – AW]”. „Cywilizacja rosyjska” czy – jak kto woli – ruski mir myśli inaczej, a przez to często podejmuje działania co najmniej trudne do zrozumienia z naszej perspektywy.

Komentarz górnika o katastrofie „Kurska” potwierdza rangę, jaką zwłaszcza w Rosji cieszą się wiadomości dotyczące sfery militarnej. Ich ilość na niemal całym obszarze posowieckim jest ogromna. Likwidacja ZSRR i ogłoszona przez jego ostatniego przywódcę Michaiła Gorbaczowa głasnost (ros. гласность – jawność, otwartość) skutkowały m.in. lawiną ukazujących się publicznie materiałów o byłej armii sowieckiej – wcześniej objętych ściśle strzeżoną tajemnicą – a następnie o formacjach militarnych powstałych na jej gruzach. Wraz z krzepnięciem putinowskiej Rosji ich charakter ulegał stopniowej zmianie, a informacja w coraz większym stopniu stawała się dezinformacją.

Drogą tą podążyła również łukaszenkowska Białoruś. Do lutego 2022 r. swoista głasnost w kwestiach związanych z wojskowością utrzymywała się natomiast na Ukrainie, a i pełnoskalowa wojna nie zdołała jej w pełni zlikwidować. Postęp dezinformacji nie ograniczył jednak ilości słowa drukowanego i materiałów audiowizualnych, przez które trzeba przebrnąć, badając militarne aspekty funkcjonowania byłych republik sowieckich. Systematycznie poszerza ona zaś swoją przestrzeń życiową w internecie, jednak nie zawsze kosztem tradycyjnych nośników. Jeden człowiek nie da rady wszystkiego obejrzeć, przeczytać i wysłuchać. Przed badaczem trudna sztuka wyboru.

Jak zatem ma się sprawa z rosyjskimi źródłami wiedzy mogącej posłużyć do analizowania sektora wojskowego? Czy wszystko, co się w nich pojawia, to nieprawda? Odpowiedź na drugie pytanie jest przecząca. Co więcej, w warstwie stricte informacyjnej Rosjanie prawie zawsze opierają się na faktach. Dezinformują natomiast poprzez odpowiednio dobrane interpretacje i przyjętą narrację. Jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o wynaturzeniach w jednostce wojskowej numer taki i taki, ewentualnie o wykrwawieniu się batalionu w walkach o stację honorowego krwiodawstwa w „Krwiopijsku”, to najprawdopodobniej takie sytuacje miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Zarazem jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o pomyślnym zakończeniu prób z nową rakietą balistyczną i skierowaniu jej do produkcji, ewentualnie o zajęciu kolejnej wsi w Donbasie, najprawdopodobniej takie sytuacje także miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Ogólnie rzecz biorąc, warto być cierpliwym. Natomiast budowany na podstawie takowych (najczęściej kilku pokrewnych) informacji całościowy obraz Sił Zbrojnych FR czy jakiejkolwiek wojny z ich udziałem, co wciąż serwują nam Rosjanie, a od 2022 r. także – przeważnie ku pokrzepieniu serc – Ukraińcy, będzie fałszywy.

Jeśli mamy się posługiwać pojęciami z zakresu sztuki wojennej, to na poziomie taktycznym, najniższym, dotyczącym szczegółów, a nie całościowej oceny jakiejś sytuacji, Rosjanie zwykle nie kłamią. Trzeba jednak pamiętać, że ta „prawdomówność” odnosi się wyłącznie do zdarzeń, szczególnie takich, które trudno ukryć lub – zwykle – nie ma potrzeby tego robić. Nie obejmuje ona natomiast sfery deklaracji i opinii, w tamtejszym przekazie z reguły wymieszanej z faktami. Sztandarowy przykład to określanie nowo wprowadzanych do służby typów uzbrojenia mianem „niemający odpowiedników w świecie” (ros. не имеющий аналогов в мире). Wbrew zdaniu niektórych zachodnich analityków zwrot ten nie odnosi się do danych taktyczno-technicznych (które z reguły pozostają niejawne), ale stanowi formę promocji skierowaną na ogół do własnego społeczeństwa.

Dezinformacja pojawia się na szczeblu operacyjnym – gdzie z odpowiednio dobranych prawdziwych wydarzeń tworzy się fałszywy obraz całości – a dominuje na poziomie strategicznym (najwyższym, z innej perspektywy można o nim rzec – politycznym), na którym FR stara się wmówić światu, że jest ofiarą agresji Ukrainy i/lub Zachodu. Na tym ostatnim istnieje jeden wyjątek, w którym rosyjski przekaz zgadza się z rzeczywistością: jeśli Moskwa konsekwentnie powtarza, że coś niesie żywotne zagrożenie dla jej specyficznie rozumianego interesu narodowego, i wręcz wprost grozi interwencją zbrojną, to w sprzyjających jej okolicznościach się na to zdecyduje. Rozumowanie to dotyczy jednak tylko potencjalnego konfliktu konwencjonalnego, czym innym zaś jest w jej retoryce straszak atomowy. Kreml zdaje się mieć świadomość, że użycie broni jądrowej to ostateczność, a w wojnie nuklearnej – przynajmniej na obecnym poziomie rozwoju technologicznego – nie będzie zwycięzców. Zdaje się także przekonany, że analogicznie rozumują pozostałe mocarstwa atomowe. Dzięki temu może mniej lub bardziej oficjalnie straszyć tych, którzy jej nie mają, lecz na straszeniu poprzestaje. Owszem, trudno wykluczyć użycie przez Rosję broni jądrowej, gdyby wrogie armie maszerowały na jej stolicę. Jeszcze trudniej jednak wyobrazić sobie sytuację, w której to nie ona jest agresorem. Warto o tym pamiętać w kontekście oceny potencjalnych przyszłych działań militarnych FR.

Skoro Rosjanie na poziomie taktycznym zasadniczo posługują się faktami, to w czym problem? Otóż w tym, że nigdy nie przedstawiają ich w sposób kompleksowy – w opisie wydarzeń zawsze pomijają istotne elementy. Czytając wywiad z dowódcą brygady zmechanizowanej z Centralnego Okręgu Wojskowego, poza standardową, „ogólnowojskową” laurką dla jednostki poznamy otczestwo (imię ojca) jej szefa, ale często zabraknie informacji o miejscu jej dyslokacji – o numerze, strukturze i liczebności nie wspominając. Nie poznamy liczby dostarczonych czołgów lub samolotów (inna sprawa z okrętami – pod czujnym okiem satelitów trudno je ukryć), a przede wszystkim nie dowiemy się nic o problemach. Co więcej, wszystkie dane zostaną potraktowane niezwykle wybiórczo. Przeczytamy wywiad z przykładowym dowódcą z Jurgi, a kilkunastu jego odpowiedników nigdy nie poznamy, chyba że któryś malowniczo polegnie i dostanie pogrzeb z honorami. Doniesienia o przekazanym uzbrojeniu pojawią się tylko wtedy, gdy dostawy będą zbyt duże, by je ukryć lub – odwrotnie – gdy Moskwa uzna za stosowne je nagłośnić. Dodatkowo wyłowienie ziarenka przydatnej wiedzy wymaga czasami przebrnięcia przez wiele akapitów lub nawet stron tekstowego bagna.

Z przeciwnej strony rosyjskiej infosfery – tej uchodzącej za mniej lub bardziej niezależną od Kremla – funkcjonują źródła prezentujące sprawy niekorzystne dla armii i floty bądź wręcz je dyskredytujące. Tu również nie znajdziemy kompletu informacji. Często owe źródła są jak odbicie oficjalnego przekazu w krzywym zwierciadle, przy czym zbędna zawartość – wspomniane tekstowe bagno – dominuje w prawie każdym zakątku przestrzeni informacyjnej FR. Bywa jednak, że publikowane treści – nadzwyczaj klarowne – mają charakter swoistego wentylu bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy dotykają zagadnień rozgrywających się na styku przeciętnego Rosjanina i machiny wojskowej państwa (vide m.in. zbierający dane o poległych w wojnie na Ukrainie portal Mediazona).

Przeciętny obywatel FR nie czytuje natomiast gazet pokroju „Kommiersanta” czy „The Moscow Times”, skąd o bolączkach krajowej wojskowości dowiaduje się przedstawiciel tamtejszych elit i – nierzadko – zachodni analityk. Podobnie jak poprzednie kategorie źródeł prasa ta też podchodzi do tematu wybiórczo. Jeśli zaś pojawiają – czy raczej pojawiały – się w niej materiały kompleksowe, jak wydawane przez „Kommiersant” raporty Cała armia rosyjska, to zawierały one sporą dawkę dezinformacji. Było to wszak informacyjne wejście z poziomu taktycznego na operacyjny.

Opisując całokształt swojej wojskowości czy odnosząc się do sytuacji ekstraordynaryjnych (roboczo zaliczmy do nich wojnę), Rosjanie tworzą wiele interpretacji i alternatywnych wersji rzeczywistości (naprawdę trudno wymyślić coś ponadto). Manipulując realiami, popełniają jednak błędy, dzięki którym także da się pozyskać ciekawe, a niekiedy decydujące dla odtworzenia przebiegu wydarzeń fakty.

(...)

Czy zbierając wszystkie te rozrzucone po różnych mediach odpryski wiedzy, uda się złożyć całościowy obraz Sił Zbrojnych FR (o ich aktywności nawet nie wspominając)? W dużej mierze tak, lecz pod warunkiem że badacz ma czas i determinację, by sięgnąć dwie lub trzy dekady wstecz. W okresie względnej otwartości mediów w latach 90. XX wieku w Rosji pojawiły się bowiem liczne materiały, które wciąż – mimo upływu lat – mogą służyć jako swego rodzaju szkielet, do którego daje się dopasować nawet najnowsze strzępy danych. Istotną rolę odgrywają tu dokumenty wymiany informacji w ramach traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), wydane chałupniczo w niewielkim nakładzie i oczywiście na przekór przyjętym przez Kreml zobowiązaniom – dziś białe kruki.

W badaniu rosyjskiej wojskowości nadal znajduje zastosowanie „zabytkowa” obecnie metoda zbierania informacji, czyli kontakt ze słowem drukowanym. W papierowych wydaniach gazet i periodyków poruszających problematykę militarną często można wyczytać więcej niż w wersjach elektronicznych. Chodzi o drobiazgi, acz z perspektywy analityka stanowiące ważne puzzle – jak doniesienia w „kronice towarzyskiej”  miesięcznika „Morskoj sbornik” wskazujące na sformowanie z marynarzy Floty Bałtyckiej na potrzeby agresji na Ukrainę 9 Pułku Zmechanizowanego. Wydania papierowe, mimo wojny wciąż przez OSW prenumerowane i docierające do Polski okrężnymi drogami, mają też inną przewagę nad internetowymi – ich zawartość nie ulega zmianie, co w wędrówce labiryntem rosyjskiej dezinformacji odgrywa rolę niebagatelną. Zapoczątkowana aneksją Krymu inwazja nie tylko ostatecznie przechyliła szalę na korzyść sieci, lecz także wysunęła na plan pierwszy wieści pojawiające się w serwisach społecznościowych. Przewodzi im Telegram – wytwór rosyjski, ale z powodzeniem wykorzystywany w działaniach informacyjnych przez obie strony konfliktu, ze strukturami Sił Zbrojnych Ukrainy włącznie. Konsekwencją upowszechnienia elektronicznych źródeł informacji, a zwłaszcza dominacji przekazu telegramowo-iksowego (dawniej twitterowego), jest niestety nadprodukcja doniesień niemających pokrycia w rzeczywistości (należy podkreślić, że za ich puszczeniem w obieg nie zawsze stoi czyjaś zła wola), co w ogromnej większości wyjaśnia się po kilku, najdalej kilkudziesięciu godzinach. Jeśli tylko sytuacja na to pozwala, warto być cierpliwym.

Czy w obliczu problemów z ogromem ukazujących się w Rosji doniesień wiedzy o rosyjskiej wojskowości nie warto poszukać gdzieś indziej? Wszak przy okazji konfliktu zbrojnego na Ukrainie sążniste raporty na temat potencjału militarnego FR wydają Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, o Ukraińcach nie wspominając. Jeśli chcemy badać, a nie wpisywać się w powszechną w przekazie medialnym narrację, w warunkach wojennych ściśle podporządkowaną bieżącej polityce Kijowa i jego partnerów, odpowiedź jest przecząca. Ukraina i państwa NATO, w tym Polska, dysponują źródłami wywiadowczymi, lecz informacji faktycznie z nich pochodzących nie ujawniają. Ukraiński wywiad zdaje się z tego schematu wyłamywać, ale musimy pamiętać, że prowadzenie wojny informacyjnej należy do jego głównych zadań. W tym przypadku trzeba stawiać podobne pytania jak w odniesieniu do źródeł rosyjskich, bo wojna całkiem profesjonalnie dezinformować nauczyła również obrońców. Trafiające do publicznego obiegu wieści o wojskowości agresora – i korzystne, i niekorzystne – prawie zawsze pochodzą z Rosji. I wszyscy z nich korzystają, z Ukraińcami włącznie. Pozyskane w trakcie własnych badań dane dobrze przy tym skonfrontować z pracą innych, gdyż zawsze można przeoczyć coś istotnego.

(...)

Elita moskiewskich ekspertów od wojskowości opowiadała zaś o tym, o czym jej zdaniem gość – nie tylko znad Wisły – chciałby usłyszeć. Do sierpnia 2008 r. powtarzała, że rosyjska armia jest w stanie katastrofalnym. Kolokwialnie mówiąc, ludzie ci wieszali psy na sztabie generalnym, ministrze obrony, a nawet prezydencie. Swobodnie wyjeżdżali na Zachód, gdzie wszystko powtarzali po raz kolejny, wracali do siebie i znów wyjeżdżali. Coś tu nie pasuje – akurat w tak newralgicznej dziedzinie panuje „wolność słowa”, a za wydawałoby się znacznie mniejsze naruszenia „majestatu” armii imperium w 2006 r. zamordowano Annę Politkowską. Sytuacja wyjaśnia się w sierpniu 2008 r., kiedy to zszokowanemu agresją na Gruzję światu główna „europejska” twarz rosyjskiej ekspertyzy wojskowej – Paweł Felgengauer – tłumaczy, że Siły Zbrojne FR podniosły się z kolan i kroczą drogą ku potędze. A z tym katastrofalnym stanem to nie do końca była prawda.

(...)

Mając ku temu merytoryczne podstawy wynikające z możliwie rzetelnej kwerendy źródeł, warto trzymać się swojego zdania, nawet jeśli chwilowo reszta świata kupuje zupełnie odmienną narrację, a jakiś inny ekspert na podstawie własnych (lub prawie własnych) doświadczeń, bijąc się w piersi, przekonuje, że jest jeszcze inaczej. I zachować we wdzięcznej pamięci człowieka z Moskwy, który również nie wpisywał się w narrację, a za to jako jedyny mówił prawdę.

(...)

Doświadczenie uczy owej niezbędnej pokory, ale nawet gdy sprawia już wrażenie naprawdę dużego, i tak od błędów uciec się nie da. Ich przebogatą skarbnicą jest wojna rosyjsko-ukraińska, za której analityczne motto może służyć stare polskie przysłowie „co nagle, to po diable”. Tempo działań, spotęgowane zapotrzebowaniem na informację ze strony przełożonych, nierzadko nie pozwalało ekspertowi wykazać się należytą cierpliwością.

(...)

Wspomnienie z początku 2022 r. Postawiona w OSW w styczniu diagnoza, że armia FR przygotowuje się do uderzenia na Ukrainę, była – jak się później okazało – prawidłowa. Zgromadzone przez przyszłego agresora siły i środki zdawały się jednoznacznie unaoczniać, że Rosja pozazdrościła Stanom Zjednoczonym i planuje swój odpowiednik „Pustynnej Burzy”, czyli operacji w Iraku z 1991 r. Oto Moskwa, dla której Waszyngton pozostawał podstawowym punktem odniesienia, postanowiła wreszcie zrobić coś po amerykańsku!

Już w pierwszych dniach pełnoskalowej agresji na sąsiada coś zaczęło zgrzytać: w jego terytorium modelowo, jak na poligonie, wjechały batalionowe grupy taktyczne, ale gdzie się podziało spodziewane wcześniej zdobycie panowania w powietrzu? W następnych tygodniach, kiedy natarcie zaczęło tracić impet, pojawiły się kolejne pytania – o zmobilizowanie przez najeźdźców dalszych sił i środków. Przecież zgodnie z powszechnym przewidywaniem analityków wojskowych, a jeśli spojrzymy na zgromadzone siły i środki – także Rosjan, Ukraina powinna zostać pokonana w kilka tygodni! Ówczesny szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA generał Mark Milley twierdził wręcz, że Kijów padnie w trzy dni! Tymczasem obrońcy się nie dali, a wojna trwa dużo, dużo dłużej.

Niewielkim pocieszeniem dla badacza jest to, że nie tylko on niepoprawnie, bo w tym przypadku nazbyt pesymistycznie, przewidział rozwój wypadków. Przede wszystkim koncertowo zbłaźniły się struktury wywiadowcze agresora. Gdyby nie przekonanie, że oto stoimy w obliczu  wyczekiwanej zmiany, kiedy to Rosjanie będą toczyć wojny jak Amerykanie, analityk zajmujący się Siłami Zbrojnymi FR pamiętałby, że Rosja to Rosja, a nie USA. Pamiętałby, że prowadzi ona wojny po swojemu – z pogardą dla przeciwnika, jeśli uznaje go za słabszego. A do Ukrainy żywi wyjątkową pogardę. W rezultacie w początkowej fazie konfliktu zwykle potyka się o własne nogi (wskutek choćby niedocenienia stopnia zaangażowania po stronie ukraińskiej amerykańskiego rozpoznania i służb wywiadowczych), a później bywa różnie, lecz zawsze długo i krwawo. Agresja na Gruzję w sierpniu 2008 r. pozostaje w dziejach rosyjskiej wojskowości ewenementem najpewniej dlatego, że działania zbrojne przerwano po pięciu dniach.

(...)

Badając wojskowość i wojny – tym bardziej na obszarze posowieckim – nigdy nie uda nam się zbudować pełnego obrazu sytuacji. Często nie radzą sobie z tym nawet machiny wywiadów, zatem trudno wymagać tego od pojedynczego analityka. W czasie pokoju wszyscy lepiej lub gorzej starają się chronić wiedzę o swoich siłach zbrojnych, przynajmniej tę newralgiczną, a w trakcie wojny wszyscy kłamią. Takie jest odwieczne prawo konfliktów zbrojnych. Nie oznacza to, że mamy do czynienia wyłącznie z dezinformacją, ale że każda napływająca wiadomość może nie być zgodna z rzeczywistością – częściowo lub w całości.

Andrzej Wilk - Sztukowanie brakujących puzzli, czyli jak badać wojnę - OSW


Dziennik podkreślił, że działania Hegsetha nie mają precedensu w ostatnich dekadach i nie zostały w żaden sposób uzasadnione. Na dodatek według wysokich rangą wojskowych, w wielu przypadkach decyzje były sprzeczne z radami najwyższych dowódców, którzy walczyli wraz z tymi odsuniętymi generałami.

„NYT” ocenił, że całkowita nieprzewidywalność działań Hegsetha, wyłaniająca się z rozmów z 20 obecnymi i byłymi wojskowymi, stworzyła atmosferę niepokoju i nieufności, która zmusiła wyższych rangą oficerów do opowiedzenia się po jednej ze stron, a czasami skłóciła ich między sobą.

Jak twierdzi „NYT”, Hegseth opóźnił lub anulował awanse co najmniej czterech wysokich rangą oficerów, ponieważ wcześniej pracowali oni dla gen. Marka A. Milleya, byłego szefa Połączonych Sztabów, którego prezydent Donald Trump nie znosi i wielokrotnie oskarżał o nielojalność. Według rozmówców gazety, jednym z nich jest gen. James Patrick Work, który miał zostać zastępcą dowódcy Centralnego Dowództwa USA, nadzorującego wojska na Bliskim Wschodzie.

Gen. Work, jeden z najbardziej doświadczonych w boju dowódców armii, odegrał kluczową rolę w zwycięstwie nad Państwem Islamskim (IS) w Mosulu podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Trumpa. W 2018 r. pełnił również funkcję zastępcy gen. Milleya, co mogło, jak twierdzą wysocy rangą oficerowie, skłonić Hegsetha do sceptycznego spojrzenia na niego. Pomimo silnego poparcia ze strony najwyższych dowódców armii, gen. Work pozostaje w stanie zawieszenia, a jego przyszłość jest niepewna.

Inni dowódcy stracili przychylność Hegsetha, gdy zostali zaatakowani na platformach społecznościowych przez prawicowych influencerów lub ponieważ przed laty wyrazili poparcie dla programów promujących różnorodność, równość i inkluzywność. Kontradmirał Milton Sands, dowódca Navy SEALs, który naciskał na zatrudnienie kobiet jako instruktorek w szkoleniach sił specjalnych, został zwolniony przez Hegsetha w sierpniu.

Jak dalej pisze „NYT”, niektórzy dowódcy zostali usunięci ze stanowisk za przedstawianie szczerych ocen sytuacji militarnej. Hegseth miał zrazić się do admirała Alvina Holseya, szefa Południowego Dowództwa Stanów Zjednoczonych, gdy ten zgłosił wątpliwości dotyczące ataków na łodzie na Morzu Karaibskim. Administracja Trumpa twierdzi, nie przedstawiając jasnych dowodów, że łodzie służą do przemytu narkotyków. Holsey w październiku niespodziewanie ogłosił, że ustępuje ze stanowiska, niecały rok po jego objęciu.

Służący od 35 lat w siłach powietrznych gen. Jeffrey Kruse został w sierpniu zmuszony do odejścia ze stanowiska szefa Agencji Wywiadowczej Departamentu Obronny, gdy podała ona w wątpliwość twierdzenie Trumpa, że amerykańskie naloty w czerwcu „zniszczyły” irański program jądrowy.

„NYT” zwraca uwagę, że Hegseth w publicznych wystąpieniach często podkreśla, iż „jedność” jest kluczowym elementem skutecznej armii, ale według rozmówców gazety jego działania tę właśnie jedność w armii osłabiają.

PAP


W irackich wyborach o 329 miejsc w parlamencie ubiega się rekordowa liczba prawie 8 tys. kandydatów z 69 partii i koalicji wyborczych. Kandydatów mogłoby być jeszcze więcej ale ok. 800 zostało zdyskwalifikowanych przez komisję wyborczą, przeważnie pod zarzutem powiązań z obaloną w 2003 r. partią Baas (jej liderem był Saddam Husajn). Mandaty dzielone są proporcjonalnie w skali prowincji, przy czym najwięcej tj. 71 przypada Bagdadowi, a na drugim miejscu jest Niniwa z 34 mandatami. To w tych dwóch miejscach rozegrają się największe wyborcze bitwy. O ile w Bagdadzie stawką jest ponad 1/5 mandatów o tyle złożoność wyborów w Niniwie związana jest z jej skomplikowaną demografią – choć większość stanowią sunniccy Arabowie, to są również szyici, a znaczną cześć mieszkańców stanowią Kurdowie. Ponadto są również Turkmeni, a trzy specjalne mandaty przysługują chrześcijanom, jazydom i szabakom (łącznie w Iraku mniejszościom religijnym przypada dziewięć mandatów).  

Niemal wszystkie listy mają charakter etnosektariański, ale rywalizacja odbywa się zarówno między grupami etnosektariańskimi jak i wewnątrz nich. Stosunkowo najprostsza jest sytuacja wśród Kurdów, gdzie dominują dwie partie:Partia Demokratyczna Kurdystanuoraz Patriotyczna Unia Kurdystanu. Są one obecnie bardzo skłócone i od roku nie są w stanie dogadać się w sprawie stworzenia rządu Regionu Kurdystanu. Kurdowie zgarną prawdopodobnie ok 60 – 65 mandatów i PDK liczy na co najmniej połowę z nich, co dałoby jej kluczową rolę w tworzeniu rządu. W zamian będzie chciała zdobyć urząd prezydenta Iraku, który dotąd piastowali politycy PUK (stanowisko to należy się Kurdom). Wybór prezydenta jest przy tym najcięższym zadaniem parlamentu, gdyż w przeciwieństwie do premiera (należy się szyitom) i przewodniczącego parlamentu (sunnici), wymagana jest większość 2/3 głosów. Choć realna władza jest w rękach premiera to do jego wyboru nie może dojść przed wyborem prezydenta. Nieoficjalnie mówi się, że PDK będzie chciało nominować na prezydenta Iraku obecnego prezydenta Regionu Kurdystanu Neczirwana Barzaniego (realna władza w Regionie jest w rękach jego kuzyna – premiera Masrura Barzaniego). Jeżeli jednak PUK nie dostanie nic w zamian to oznaczać będzie to dalszy paraliż Regionu Kurdystanu. Już obecnie łatwiej jest wjechać z terenów federalnych do części Kurdystanu kontrolowanej przez PUK, niż poruszać się miedzy tzw. „żółtym Kurdystanem” (PDK) a „zielonym Kurdystanem” (PUK). PUK liczy natomiast na odbudowę swojej pozycji, a w okresie kampanii wyborczej kilku liderów konkurencji trafiło za kratki. W szczególności dotyczy to dotychczasowej trzeciej partii Kurdystanu tj. Ruchu Nowej Generacji, której lider Szaswar Abdulwahid został oskarżony o nieprawidłowości finansowe. Z kolei Lahur Talabani, kuzyn lidera PUK Bafela Talabaniego, został uwięziony po zbrojnej konfrontacji z siłami bezpieczeństwa. 

Obie kurdyjskie partie są obecnie w zupełnie innych sojuszach w Bagdadzie. PUK ma układ z proirańskimi grupami szyickimi, podczas gdy PDK jest przez nie znienawidzona. To jednak wcale nie oznacza, że po wyborach nie dojdzie do odwrócenia się sojuszy, gdyż iracka polityka była już świadkiem wielu cudów. Dla PDK najważniejsze jest wyeliminowanie PUK i zagwarantowanie strumienia pieniędzy z budżetu federalnego, podczas gdy PUK chce utrzymania w swych rękach prezydentury oraz przekierowania pieniędzy z Bagdadu bezpośrednio do rządzonej przez siebie Sulejmani, a nie za pośrednictwem Regionu Kurdystanu. Bafel Talabani jest przy tym na tyle pragmatyczny, że jest w stanie łatwo opuścić blok proirański jeśli otrzyma odpowiednią propozycję od USA. Nie można jednak wykluczyć, że dojdzie do dalszego osłabienia spójności Regionu Kurdystanu, co byłoby w interesie sił proirańskich, gdyż USA planują przerzucenie do Irbilu swoich sił stacjonujących obecnie w Iraku (w połowie 2025 r. było to 2,5 tys.). Zgodnie z umową między USA a Irakiem do września 2025 r. miało nastąpić całkowite wycofanie ich z części federalnej, przy czym część miała być przerzucona do Irbilu. Szyici żądają jednak pełnego wycofania, a USA, choć rozpoczęło je w sierpniu, szybko zmieniło plan i postanowiło utrzymać co najmniej 250 żołnierzy w bazie Al Assad, a resztę nie tyle wycofać co raczej przegrupować do Irbilu i Syrii Północno-Wschodniej (do której aby mieć dostęp potrzebna jest obecność w Kurdystanie). Pretekstem jest walka z ISIS, choć faktycznie odrodzenie tej organizacji w Iraku nie grozi (co innego w Syrii), gdyż ma on dostatecznie silne siły zbrojne. Tyle, że ich lwią cześć stanowi Haszed Szaabi, którego rozwiązania żądają USA, gdyż widzi w niej projekcję wpływów irańskich (w rzeczywistości jest ona raczej sojusznikiem Iranu niż jego instrumentem, a jej liderzy wykazują się również dużym pragmatyzmem, unikając włączenia Iraku w konflikt irańsko-izraelski). Niemniej do likwidacji tej formacji dąży też PDK (PUK już niekoniecznie) oraz większość sunnitów. Szyici natomiast chcą dalszego usankcjonowania jej formalnego charakteru poprzez przyjęcie ustawy o Haszed Szaabi (definiuje ona jej status jako odrębnej formacji z własnym ministerstwem), co USA zablokowały grożąc Irakowi sankcjami. Kwestia przyszłości Haszed Szaabi jest jedną z głównych stawek tych wyborów, przy czym obecnie z budżetu państwa jest wypłacany żołd dla 230 tys. członków tej formacji. Oznacza to, że założenie, iż jedną decyzją można ją rozwiązać jest całkowitą utopią. 

Sunnici idą do wyborów znacznie bardziej podzieleni. Cztery główne listy to blok Taqadum Mohammada al-Halbusiego, Azm Muthany as-Samaraiego, Sojusz Suwerenności Khamisa al Khanjara i Hasm Thabita al-Abbasiego. Ten ostatni szczególnie mocny jest w Niniwie. Halbusi, który w poprzednich wyborach okazał się najsilniejszy i przejął stanowisko przewodniczącego parlamentu, wszedł wówczas w koalicję z PDK i Muqtadą as-Sadrem. Wydawało się, że ta trójka będzie rozdawać karty, ale wszystko się wywróciło gdy Sadr przegrał, próbując wyeliminować szyicką konkurencję. W nowym rozdaniu, gdzie pierwsze skrzypce grały szyickie partie proirańskie, Sadr wycofał swoich ludzi z parlamentu, a Halbusi został na lodzie i z inicjatywy sunnickiej konkurencji został usunięty ze stanowiska przez Sąd Federalny. Jeśli szanse wyborcze oceniać po liczbie billboardów w irackiej stolicy to Halbusi jest również obecnie faworytem, przy czym ocenia się, iż raczej nie poprze obecnego premiera Mohammada as-Sudaniego na drugą kadencję jako premiera. Jednym z elementów nacisku na niego ze strony obozu proirańskiego jest to, że obóz ten wciąż ma w rękach Sąd Federalny, który może zablokować Halbusiemu drogę do odzyskania pozycji. Obecnie jednak wydaje się, że obóz proirański stawia na As-Samaraiego, natomiast wrogiem nr 1 jest dla niego Khanjar, który jest oskarżany o powiązania z partią Baas.  

Sunnici teoretycznie powinni zdobyć ok. 50-60 mandatów ale mają szansę na znaczne zwiększenie tej liczby kosztem szyitów. Wynika to z podziałów wewnątrzszyickich, a w szczególności bojkotu wyborów ogłoszonego przez Muqtadę as-Sadra. (...) Obecnie jednak wrogiem nr 1 Sadra jest szyicka konkurencja proirańska, a w szczególności Kais al-Chazali, który niegdyś był jego człowiekiem.

Niekoniecznie jednak oznacza to, że Sadr jest antyirański, choć istnieją spekulacje, że mimo ciągłej antyamerykańskiej i antybrytyjskiej retoryki dogadał się z USA i Wielką Brytanią, w czym miał pośredniczyć jego kuzyn Mohammed Jafaar as-Sadr, który od 2019 r. był ambasadorem w Wielkiej Brytanii, a niedawno objął iracką placówkę w Katarze. Zdaniem niektórych irackich ekspertów to właśnie ten polityk miałby być forsowany na premiera przez Sadra po wyborach i to przy wsparciu amerykańsko-brytyjskim. Sadr liczy na to, że niska frekwencja pozbawi jego konkurentów legitymacji wyborczej, a to z kolei da mu możliwość doprowadzenia do wybuchu społecznego (lub groźby jego zorganizowania). W rezultacie przeciwnicy polityczni zostaną zmuszeni do ustąpienia mu pola. Niemniej jeśli tak jest to stawianie na Sadra może okazać się katastrofalne w skutkach ze względu na zmienność jego nastrojów i w konsekwencji – nieprzewidywalność.  

Poza Sadrem wśród szyitów można wyróżnić dwie główne siły: tzw. Ramy Koordynacyjne oraz Koalicję Rozwoju i Odbudowy Sudaniego. Te pierwsze stanową konglomerat kilkunastu proirańskich ugrupowań politycznych, dysponujących przeważnie własnymi milicjami (formalnie stanowiącymi część państwowych sił bezpieczeństwa jako Haszed Szaabi). Choć idą one do wyborów osobno to przewiduje się, że po nich stworzą jeden blok, mający ambicje bycia „najliczniejszym w parlamencie”, co da im formalnie prawo do nominacji premiera. Niemniej wewnątrz tego bloku również trwa intensywna rywalizacja, w szczególności między Kaisem al-Chazalim, będącym duchowym liderem listy Sadikun i milicji Asaib Ahl al Hak oraz Nurim al-Malikim – b. premierem w latach 2006-2014 (wstawionym wówczas na to stanowisko przez USA), stojącym na czele listy „Państwo Prawa”. Ambicje politycznego przywództwa w obocie szyickim ma jednak tez Kataib Hezbollah (najmniej pragmatyczny z sił proirańskich i odpowiedzialny za większość ataków na siły USA), który stworzył partię o nazwie Hoquq. Warto dodać, że Chazali, uznawany przez USA za terrorystę, ma świetne relacje z ambasadorem Rosji w Iraku Elbrusem Kutraszewem, a jego telewizja al-Ahad promuje narrację prorosyjską. Główny człowiek Chazaliego w rządzie, minister szkolnictwa wyższego i badań naukowych Naem al-Aboudi (możliwy kandydat na premiera) niedawno zainaugurował współprace z Rosjanami w zakresie programu nuklearnego (teoretycznie ma on wymiar badań naukowych, ale może być wstępem do uruchomienia irackiego programu nuklearnego przy wsparciu rosyjskim). Warto dodać, że obóz ten ma też dobre relacje z Chinami, które zainwestowały w spółkę Muhandis będącą zapleczem finansowym Haszed Szaabi, a ostatnio obłożoną sankcjami przez USA.  

USA rozszerzyły też sankcje przeciwko grupom wchodzącym w skład tego obozu, a wielu irackich ekspertów obawia się, że w przypadku wyborczego zwycięstwa tego obozu Irak zostanie obłożony sankcjami USA. Również Sadr zrobi wszystko by zablokować premierostwo Malikiego lub jakiegokolwiek człowieka Chazaliego, gdyż obu tych osób nienawidzi. Z drugiej strony USA nie wydają się również wspierać Sudaniego, którego polityka balansowania relacji z USA, Iranem, sunnickimi państwami Zatoki, a także Chinami i Rosją, coraz mniej satysfakcjonuje którąkolwiek ze stron (w szczególności Iran i USA).

Wciąż jednak ma on szanse na zdobycie ok 60 mandatów, co teoretycznie dałoby mu zwycięstwo wyborcze. Teoretycznie, bo jeśli proirańska konkurencja zjednoczy się po wyborach w jeden blok, to przejmie prymat, a Sudani prawdopodobnie utraci szanse na ponowną nominację na premiera. Sudani próbował zyskać wsparcie Sadra, ale bezskutecznie. Warto dodać, że Sadr trzy lata temu blokował jego wybór gdyż uznawał go za marionetkę Malikiego ale Sudani bardzo szybko wybił się na niezależność. Sudani podjął również próbę zyskania wsparcie PDK doprowadzając do rozwiązania sporu w sprawie środków budżetowych dla Regionu Kurdystanu oraz wznowienia transportu ropy rurociągiem z Kurdystanu do Turcji. To wszystko jednak może się okazać niewystarczające, choć kontynuacja jego rządów wydaje się być obecnie najlepszym scenariuszem dla Iraku. 

defence24.pl


Michał Górski, Defence24: Czy słusznie część ekspertów ocenia, że niedawna decyzja Ministerstwa Handlu ChRL – dotycząca wprowadzenia dla zagranicznych podmiotów obowiązku wnioskowania o licencje na obrót produktami wykorzystującymi chińskie metale ziem rzadkich – jest decyzją, którą można uznać za przełomową, mocno pogarszającą pozycję USA w kontekście wojny handlowej z Chinami?

Paulina Uznańska, OSW: Tak, to decyzja przełomowa. Po raz pierwszy Pekin sięga po narzędzie o charakterze eksterytorialnym w sektorze metali ziem rzadkich: dotyczą one produktów zawierających choćby śladowe ilości chińskich metali ziem rzadkich lub powstałych z użyciem chińskich technologii. W praktyce oznacza to, że jeśli na przykład japońska firma zainwestowałaby w fabrykę baterii w Europie, używając w niej chińskich metali ziem rzadkich, Pekin miałby podstawę prawną do ingerencji w tę inwestycję.

Ta konstrukcja prawna przypomina amerykańską Foreign Direct Product Rule, czyli mechanizm, który USA wypracowały już w 1959 r. i stosowały wcześniej wobec Chin kilkukrotnie, np. wobec Huawei, a potem przy ograniczeniach dot. zaawansowanych półprzewodników i sprzętu do ich produkcji. Innymi słowy, narzędzie, które dotąd było domeną Waszyngtonu w obszarze technologicznym i które ChRL zaciekle krytykowała, Pekin sam zaczął wykorzystywać w domenie surowcowej.

Skutki dla pozycji USA w rywalizacji gospodarczej z Chinami są istotne z kilku powodów. Po pierwsze, uznaniowość mechanizmu licencji pozwala Chinom kalibrować presję sektorowo i geograficznie, co przekłada się na niepewność biznesową i zakłócenia dostaw. Przykładowo po wprowadzeniu „pierwszej tury” ograniczeń eksportowych w kwietniu br. liczba wniosków licencyjnych rozpatrywanych pozytywnie miała być wyższa w przypadku firm europejskich niż amerykańskich. Po drugie, wzrasta wachlarz narzędzi ChRL w zakresie szpiegostwa przemysłowego. System licencji eksportowych umożliwia bowiem pozyskiwanie wrażliwych danych handlowych od zagranicznych przedsiębiorstw: od szczegółów technicznych, przez zdjęcia zakładów produkcyjnych, po informacje o odbiorcach końcowych. Długofalowo decyzja Pekinu przyspieszy dywersyfikację i budowę alternatywnych źródeł przez USA, ale w horyzoncie najbliższych kwartałów wzmacnia przewagę przetargową Pekinu i może prowadzić do zakłóceń w łańcuchach dostaw.

(...)

Decyzja Chin rzeczywiście może znacząco opóźnić rozwój potencjału militarnego NATO? Na jakie zdolności (sprzęt) może wpływać ta decyzja?

W chińskich dokumentach wykonawczych wskazano wprost, że jeśli ostatecznym odbiorcą są podmioty zbrojeniowe, licencje eksportowe na metale ziem rzadkich oraz wytwarzane z nich magnesy trwałe nie będą wydawane. Uzasadnieniem jest „bezpieczeństwo narodowe” i „zobowiązania międzynarodowe w zakresie nierozprzestrzeniania broni”, code facto kieruje środek przeciwko zachodniemu sektorowi obronnemu.

To nie jest zaskoczenie: już w 2010 r. Chiny użyły „dźwigni” metali ziem rzadkich nieformalnie wobec Japonii, ograniczając eksport do tego państwa po tym, jak zaostrzył się spór terytorialny o wyspy Senkaku/Diaoyu. Były to wówczas ograniczenia nieformalne, powoływano się na kwestie środowiskowe. Od 2021 r. funkcjonuje w ChRL ustawa o ograniczeniach eksportowych oraz regulacje administracyjne, które nadają tym instrumentom solidną podstawę prawną. Od 2023 r. Pekin stopniowo rozszerzał i uszczegóławiał reżim kontroli, wpisując do niego kolejne surowce, jak m.in. gal, german, antymon, grafit i wolfram. Kierunek działań ChRL był zatem czytelny.

Skala realnego wpływu na potencjał NATO zależy od przygotowania przemysłu do scenariusza odcięcia od chińskich metali ziem rzadkich: poziomu zapasów, liczby dostawców spoza Chin, tempa rozwoju alternatywnych technologii i łańcuchów dostaw. Zgodnie z decyzjami Kongresu USA od 1 stycznia 2027 r. w systemach uzbrojenia zamawianych przez Pentagon nie powinny być stosowane komponenty zawierające metale ziem rzadkich lub magnesy pochodzenia chińskiego. Nowy chiński reżim licencyjny wymusi jednak korekty harmonogramów i przyspieszenie kwalifikacji łańcuchów dostaw spoza Chin. To będzie jednak trudniejsze, bo ograniczony zostaje również transfer know-how między Chinami a Zachodem. O ile od 2023 r. obowiązywał już zakaz eksportu wybranych technologii przetwórstwa metali ziem rzadkich, o tyle obecny reżim kontroli rozszerza wymogi licencyjne Ministerstwa Handlu ChRL, także na współpracę i świadczenie usług przez chińskich specjalistów dla podmiotów zagranicznych. W praktyce każda forma kontaktu zawodowego (konsultacje, szkolenia, wsparcie techniczne) ma wymagać uzyskania licencji, a w tym obszarze Chiny mają przewagę nie tylko surowcową, lecz także technologiczną i kompetencyjną.

defence24.pl


Groźba znalezienia się pod amerykańskimi sankcjami wtórnymi (nakładanymi na podmioty nadal prowadzące interesy z objętymi sankcjami firmami lub państwami) wprawiła w ruch proces derusyfikacji rafinerii w Europie. Jak domino kolejne kraje wdrażają procedury, które mają zupełnie wyrugować wciąż jeszcze posiadane przez Rosjan udziały w zakładach położonych w Europie. Czasu jest niewiele, ponieważ amerykańska administracja próg zapadalności obostrzeń ustaliła na 21 listopada.

22 października USA nałożyły sankcje na największe rosyjskie koncerny naftowe Rosnieft i Łukoil oraz ich 34 spółki zależne. Te dwie rosyjskie firmy odpowiadają za połowę eksportu surowca z kraju, co przekłada się na eksport 2,2 mln baryłek ropy dziennie. Po dodaniu do tego objętych sankcjami przez poprzednią administrację USA firm Surgutnieftiegaz i Gazprom Nieft amerykańskim sankcjom podlegać będzie już 70 proc. rosyjskiej ropy.

Siła rażenia sankcji okazała się większa, niż początkowo zakładano. Kolejni importerzy, nawet Indii czy Chin, zadeklarowali ograniczenie zakupu rosyjskiej ropy naftowej.

Wdrożenie sankcji wobec Serbskiego Przemysłu Naftowego (NIS), największej firmy naftowej w Serbii, było odkładane sześciokrotnie od momentu ich ogłoszenia w styczniu 2025 roku. Ostatecznie jednak 9 października sankcje weszły w życie.

NIS znalazł się na liście firm zagrożonych sankcjami wtórnymi USA, gdyż większość jego udziałów należała do rosyjskich Gazpromu i Gazprom Nieft. Władze w Belgradzie liczyły, że uda im się uniknąć sankcji po drobnych zmianach w akcjonariacie, tak jak to miało miejsce w 2022 roku (w zamian NIS musiał zrezygnować z przetwarzania rosyjskiej ropy w wyniku embarga UE na jej dostawy drogą morską).

Tym razem jednak USA pozostały nieugięte. Mógł to być również efekt zniecierpliwienia Donalda Trumpa postawą Władimira Putina. Serbski koncern był dotąd kluczowym elementem rosyjskich wpływów na Bałkanach, z którego Moskwa nie zamierzała zrezygnować. Jak przypomina Marta Szpala, analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich w swoim ostatnim komentarzu, Rosja wykorzystywała uzależnienie Serbii od rosyjskiego importu, aby powstrzymać ją przed podejmowaniem działań szkodzących interesom Kremla.

22 września Gazprom był zmuszony sprzedać swoje udziały w NIS również rosyjskiej Intelligence, której jednak amerykańskie sankcje miały nie dotyczyć.

Rosyjskie firmy naftowe posiadają udziały w co najmniej 10 rafineriach w Europie. Część z nich, jak choćby niemieckie zakłady, znajdują się pod zarządem komisarycznym. W innych toczy się proces ustawowego wymuszenia sprzedaży rosyjskich pakietów akcji.

Jedną z głośnych likwidacji rosyjskich udziałów była odsprzedaż całego pakietu akcji Łukoilu w rafinerii ISAB S.r.l. w miejscowości Priolo na Sycylii spółce G.O.I. Energy w maju 2023 r.

Najnowszy przykład dotyczy ważnej rafinerii w Bułgarii. Od 6 listopada władze w Sofii przygotowują się do przejęcia zakładu należącego w większości do Łukoilu w Burgas, jedynej w kraju, po tym jak rosyjski koncern został objęty amerykańskimi sankcjami.

Także niemieckie władze rozważają nacjonalizację aktywów spółki Rosnieft, które obecnie znajdują się pod ich zarządem powierniczym. Chodzi przede wszystkim o rafinerię PCK w Schwedt, (...).

Do tej pory Berlin unikał pełnej nacjonalizacji lokalnych aktywów Rosnieftu, obawiając się konieczności wypłaty odszkodowania Rosji.

Jednak to niejedyna niemiecka rafineria, w której udziały mają rosyjskie firmy. W MiRo Karlsruhe Rosnieft wciąż utrzymał 24 proc. udziałów, a w zakładach Bayernoil Vohburg/Neustadt blisko 29 proc.

Problem rosyjskich wpływów jest również w rafineriach Zeeland Refinery (Vlissingen) w Niderlandach, gdzie akcjonariat dzieli Łukoil (45 proc.) z JV i TotalEnergies (55 proc.). Z kolei w rumuńskiej Petrotel-ŁUKOIL w Ploiesti właśnie toczy się proces wymuszonej sprzedaży aktywów Łukoilu, ale właściciel wciąż pozostaje rosyjski.

Rosjanie mają również udziały w Rafinerija Nafte Brod zlokalizowanej w miejscowości Bosanski Brod w Bośni i Hercegowinie. Tamtejszy zakład kontrolowany jest przez rosyjski Zarubezhneft/Neftegazinko. Co istotne, na liście sankcyjnej ("SDN List") znajduje się nie tylko spółka Zarubezhneft, ale wpisany został na nią jej prezes Sergei Kudryashov. Choć Neftegazinko nie figuruje bezpośrednio na czarnych listach, to jest wymieniana jako spółka córka Zarubezhneft. Narażona jest również na sankcje wtórne poprzez współpracę z objętymi sankcjami podmiotami. Do tej pory jednak nie ma informacji, aby zapadły decyzje o sprzedaży, choć BiH poparła politykę sankcji UE wobec Rosji i Białorusi.

Proces rugowania Rosjan z rafinerii jednak wyraźnie przyśpiesza. - To z jednej strony szansa na faktyczną derusyfikację, do której przymuszają nas USA, z drugiej - dość krótki czas na reakcję może stwarzać potencjalne zagrożenia - ocenia w rozmowie z money.pl Tymon Pastucha, analityk PISM.

Jak zaznacza, aktywa Łukoilu i Rosnieftu dla części krajów są aktywami strategicznymi.

- Konieczność ich sprzedaży do 21 listopada może być problematyczne. Mówimy o rafineriach Łukoilu w Bułgarii i Rumunii, Holandii i Rosnieftu w Niemczech. W Serbii już ten problem zaistniał - zaznacza. 

Jak jednak podkreśla, wyrzucenie Rosjan z Europy to strategicznie ważne zadnie, a działania Waszyngtonu dały nowy impuls do przeprowadzenia tego procesu. - Jest jednak druga strona amerykańskich sankcji - zauważa Tymon Pastucha. - One rykoszetem uderzają w Europę Środkową - dodaje.

- Zatrzymanie funkcjonowania może odbić się na bezpieczeństwie paliwowym, dostawach diesla - przypomina. Dodaje jednak, że nie jest to sytuacja bez wyjścia. - Problem aktywów w Europie jest jednak do rozwiązania. Wszystko zależy od elastyczności Trumpa i determinacji poszczególnych państw - wyjaśnia Pastucha.

Przykłady już są. Berlin wynegocjował z Trumpem ustępstwa, aby kupić sobie czas. Waszyngton wydał zgodę na zwolnienie niemieckiego oddziału Rosnieftu z amerykańskich sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego do końca kwietnia 2026 roku.

money.pl