W porządku omawianego państwa cała aktywność polityczna ma de facto charakter wojskowy czy też – patrząc z szerszej perspektywy – organizowana jest przez konflikt (z wrogami wewnętrznymi i/lub zewnętrznymi, zależnie od potrzeby). Wojsko to najwyższy stopień zorganizowania społeczeństwa, a wojna – najważniejszy przejaw jego aktywności. Współczesna Rosja stanowi kontynuację Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w jego postaci ukształtowanej po podboju mongolskim i wchłonięciu przez nie ziem i ludów Wielkiego Stepu. Istnieje jednak coś, co mimo tego dziedzictwa odróżnia jej mieszkańców od Azjatów: Imperium Rosyjskie budowały po części elity europejskie, głównie niemieckie, które szybko upajały się naturą i zakresem władzy, jaką oferowała im absolutystyczna Rosja. Dzięki nim państwo rządzone z Petersburga uzyskało formę, która zewnętrznie przypominała europejską, ale pozostało azjatyckie w treści. Trudno czasem nie mieć wrażenia, że Rosja to mongolska horda z pruskim szlifem.
(...)
Mieszkańcy Sewastopola i górnicy z Doniecka są otwarci i serdeczni do momentu, gdy gość z Polski pozostaje w poetyce doskonale pamiętanego jeszcze wówczas na obszarze posowieckim serialu Czterej pancerni i pies. Kiedy zaś próbuje poruszać jakieś trudne tematy – z historii Rosji i ZSRR oraz wzajemnych relacji z Polską i, szerzej, Zachodem – to mu się bardziej lub mniej dyskretnie i grzecznie sugeruje, by tego nie robił. Trudne tematy nie istnieją, a jeśli były czy są, to nie ma sensu ich rozpamiętywać. „Komu to służy? Tylko naszym wspólnym wrogom!”. Pozostaje być zachwyconym krążownikiem rakietowym „Moskwa”. No, może jeszcze okrętem podwodnym „Ałrosa”, zwłaszcza w zestawieniu z tym złomem „Zaporoże”, co to go Ukraińcy trzymają w „rosyjskim” doku i naprawić nie potrafią.
Były i są na terenach ruskiego miru jednostki, z którymi człowiekowi z Zachodu rozmawia się dobrze i swobodnie, o czym kilka słów dalej. Problemu nie generuje to, że mają inne poglądy i uważają je za jedynie słuszne, lecz ich powiązanie ze specyficznym systemem wartości. Przeciętni Rosjanie najczęściej godzą się z rolą przedmiotów polityki państwa, swoistych trybików w militarystyczno-mocarstwowej machinie, w której życie współobywateli (ale już niekoniecznie ich własne) ma znaczenie mniejsze niż inne narzędzia znajdujące się w dyspozycji imperium.
Najlepiej opisać to za pomocą kolejnego wspomnienia. Sierpień 2000 r., po katastrofie atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Górnik (znów górnik, ale podejście jest typowe nie tylko dla tego zawodu) z Workuty: „No tak, ponad setka chłopaków zginęła [to przykre – AW], ale TAKI OKRĘT żeśmy stracili! [to prawdziwa tragedia – AW]”. „Cywilizacja rosyjska” czy – jak kto woli – ruski mir myśli inaczej, a przez to często podejmuje działania co najmniej trudne do zrozumienia z naszej perspektywy.
Komentarz górnika o katastrofie „Kurska” potwierdza rangę, jaką zwłaszcza w Rosji cieszą się wiadomości dotyczące sfery militarnej. Ich ilość na niemal całym obszarze posowieckim jest ogromna. Likwidacja ZSRR i ogłoszona przez jego ostatniego przywódcę Michaiła Gorbaczowa głasnost (ros. гласность – jawność, otwartość) skutkowały m.in. lawiną ukazujących się publicznie materiałów o byłej armii sowieckiej – wcześniej objętych ściśle strzeżoną tajemnicą – a następnie o formacjach militarnych powstałych na jej gruzach. Wraz z krzepnięciem putinowskiej Rosji ich charakter ulegał stopniowej zmianie, a informacja w coraz większym stopniu stawała się dezinformacją.
Drogą tą podążyła również łukaszenkowska Białoruś. Do lutego 2022 r. swoista głasnost w kwestiach związanych z wojskowością utrzymywała się natomiast na Ukrainie, a i pełnoskalowa wojna nie zdołała jej w pełni zlikwidować. Postęp dezinformacji nie ograniczył jednak ilości słowa drukowanego i materiałów audiowizualnych, przez które trzeba przebrnąć, badając militarne aspekty funkcjonowania byłych republik sowieckich. Systematycznie poszerza ona zaś swoją przestrzeń życiową w internecie, jednak nie zawsze kosztem tradycyjnych nośników. Jeden człowiek nie da rady wszystkiego obejrzeć, przeczytać i wysłuchać. Przed badaczem trudna sztuka wyboru.
Jak zatem ma się sprawa z rosyjskimi źródłami wiedzy mogącej posłużyć do analizowania sektora wojskowego? Czy wszystko, co się w nich pojawia, to nieprawda? Odpowiedź na drugie pytanie jest przecząca. Co więcej, w warstwie stricte informacyjnej Rosjanie prawie zawsze opierają się na faktach. Dezinformują natomiast poprzez odpowiednio dobrane interpretacje i przyjętą narrację. Jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o wynaturzeniach w jednostce wojskowej numer taki i taki, ewentualnie o wykrwawieniu się batalionu w walkach o stację honorowego krwiodawstwa w „Krwiopijsku”, to najprawdopodobniej takie sytuacje miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Zarazem jeśli w tamtejszych źródłach pojawiają się wieści o pomyślnym zakończeniu prób z nową rakietą balistyczną i skierowaniu jej do produkcji, ewentualnie o zajęciu kolejnej wsi w Donbasie, najprawdopodobniej takie sytuacje także miały miejsce i prędzej lub później się potwierdzą. Ogólnie rzecz biorąc, warto być cierpliwym. Natomiast budowany na podstawie takowych (najczęściej kilku pokrewnych) informacji całościowy obraz Sił Zbrojnych FR czy jakiejkolwiek wojny z ich udziałem, co wciąż serwują nam Rosjanie, a od 2022 r. także – przeważnie ku pokrzepieniu serc – Ukraińcy, będzie fałszywy.
Jeśli mamy się posługiwać pojęciami z zakresu sztuki wojennej, to na poziomie taktycznym, najniższym, dotyczącym szczegółów, a nie całościowej oceny jakiejś sytuacji, Rosjanie zwykle nie kłamią. Trzeba jednak pamiętać, że ta „prawdomówność” odnosi się wyłącznie do zdarzeń, szczególnie takich, które trudno ukryć lub – zwykle – nie ma potrzeby tego robić. Nie obejmuje ona natomiast sfery deklaracji i opinii, w tamtejszym przekazie z reguły wymieszanej z faktami. Sztandarowy przykład to określanie nowo wprowadzanych do służby typów uzbrojenia mianem „niemający odpowiedników w świecie” (ros. не имеющий аналогов в мире). Wbrew zdaniu niektórych zachodnich analityków zwrot ten nie odnosi się do danych taktyczno-technicznych (które z reguły pozostają niejawne), ale stanowi formę promocji skierowaną na ogół do własnego społeczeństwa.
Dezinformacja pojawia się na szczeblu operacyjnym – gdzie z odpowiednio dobranych prawdziwych wydarzeń tworzy się fałszywy obraz całości – a dominuje na poziomie strategicznym (najwyższym, z innej perspektywy można o nim rzec – politycznym), na którym FR stara się wmówić światu, że jest ofiarą agresji Ukrainy i/lub Zachodu. Na tym ostatnim istnieje jeden wyjątek, w którym rosyjski przekaz zgadza się z rzeczywistością: jeśli Moskwa konsekwentnie powtarza, że coś niesie żywotne zagrożenie dla jej specyficznie rozumianego interesu narodowego, i wręcz wprost grozi interwencją zbrojną, to w sprzyjających jej okolicznościach się na to zdecyduje. Rozumowanie to dotyczy jednak tylko potencjalnego konfliktu konwencjonalnego, czym innym zaś jest w jej retoryce straszak atomowy. Kreml zdaje się mieć świadomość, że użycie broni jądrowej to ostateczność, a w wojnie nuklearnej – przynajmniej na obecnym poziomie rozwoju technologicznego – nie będzie zwycięzców. Zdaje się także przekonany, że analogicznie rozumują pozostałe mocarstwa atomowe. Dzięki temu może mniej lub bardziej oficjalnie straszyć tych, którzy jej nie mają, lecz na straszeniu poprzestaje. Owszem, trudno wykluczyć użycie przez Rosję broni jądrowej, gdyby wrogie armie maszerowały na jej stolicę. Jeszcze trudniej jednak wyobrazić sobie sytuację, w której to nie ona jest agresorem. Warto o tym pamiętać w kontekście oceny potencjalnych przyszłych działań militarnych FR.
Skoro Rosjanie na poziomie taktycznym zasadniczo posługują się faktami, to w czym problem? Otóż w tym, że nigdy nie przedstawiają ich w sposób kompleksowy – w opisie wydarzeń zawsze pomijają istotne elementy. Czytając wywiad z dowódcą brygady zmechanizowanej z Centralnego Okręgu Wojskowego, poza standardową, „ogólnowojskową” laurką dla jednostki poznamy otczestwo (imię ojca) jej szefa, ale często zabraknie informacji o miejscu jej dyslokacji – o numerze, strukturze i liczebności nie wspominając. Nie poznamy liczby dostarczonych czołgów lub samolotów (inna sprawa z okrętami – pod czujnym okiem satelitów trudno je ukryć), a przede wszystkim nie dowiemy się nic o problemach. Co więcej, wszystkie dane zostaną potraktowane niezwykle wybiórczo. Przeczytamy wywiad z przykładowym dowódcą z Jurgi, a kilkunastu jego odpowiedników nigdy nie poznamy, chyba że któryś malowniczo polegnie i dostanie pogrzeb z honorami. Doniesienia o przekazanym uzbrojeniu pojawią się tylko wtedy, gdy dostawy będą zbyt duże, by je ukryć lub – odwrotnie – gdy Moskwa uzna za stosowne je nagłośnić. Dodatkowo wyłowienie ziarenka przydatnej wiedzy wymaga czasami przebrnięcia przez wiele akapitów lub nawet stron tekstowego bagna.
Z przeciwnej strony rosyjskiej infosfery – tej uchodzącej za mniej lub bardziej niezależną od Kremla – funkcjonują źródła prezentujące sprawy niekorzystne dla armii i floty bądź wręcz je dyskredytujące. Tu również nie znajdziemy kompletu informacji. Często owe źródła są jak odbicie oficjalnego przekazu w krzywym zwierciadle, przy czym zbędna zawartość – wspomniane tekstowe bagno – dominuje w prawie każdym zakątku przestrzeni informacyjnej FR. Bywa jednak, że publikowane treści – nadzwyczaj klarowne – mają charakter swoistego wentylu bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy dotykają zagadnień rozgrywających się na styku przeciętnego Rosjanina i machiny wojskowej państwa (vide m.in. zbierający dane o poległych w wojnie na Ukrainie portal Mediazona).
Przeciętny obywatel FR nie czytuje natomiast gazet pokroju „Kommiersanta” czy „The Moscow Times”, skąd o bolączkach krajowej wojskowości dowiaduje się przedstawiciel tamtejszych elit i – nierzadko – zachodni analityk. Podobnie jak poprzednie kategorie źródeł prasa ta też podchodzi do tematu wybiórczo. Jeśli zaś pojawiają – czy raczej pojawiały – się w niej materiały kompleksowe, jak wydawane przez „Kommiersant” raporty Cała armia rosyjska, to zawierały one sporą dawkę dezinformacji. Było to wszak informacyjne wejście z poziomu taktycznego na operacyjny.
Opisując całokształt swojej wojskowości czy odnosząc się do sytuacji ekstraordynaryjnych (roboczo zaliczmy do nich wojnę), Rosjanie tworzą wiele interpretacji i alternatywnych wersji rzeczywistości (naprawdę trudno wymyślić coś ponadto). Manipulując realiami, popełniają jednak błędy, dzięki którym także da się pozyskać ciekawe, a niekiedy decydujące dla odtworzenia przebiegu wydarzeń fakty.
(...)
Czy zbierając wszystkie te rozrzucone po różnych mediach odpryski wiedzy, uda się złożyć całościowy obraz Sił Zbrojnych FR (o ich aktywności nawet nie wspominając)? W dużej mierze tak, lecz pod warunkiem że badacz ma czas i determinację, by sięgnąć dwie lub trzy dekady wstecz. W okresie względnej otwartości mediów w latach 90. XX wieku w Rosji pojawiły się bowiem liczne materiały, które wciąż – mimo upływu lat – mogą służyć jako swego rodzaju szkielet, do którego daje się dopasować nawet najnowsze strzępy danych. Istotną rolę odgrywają tu dokumenty wymiany informacji w ramach traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), wydane chałupniczo w niewielkim nakładzie i oczywiście na przekór przyjętym przez Kreml zobowiązaniom – dziś białe kruki.
W badaniu rosyjskiej wojskowości nadal znajduje zastosowanie „zabytkowa” obecnie metoda zbierania informacji, czyli kontakt ze słowem drukowanym. W papierowych wydaniach gazet i periodyków poruszających problematykę militarną często można wyczytać więcej niż w wersjach elektronicznych. Chodzi o drobiazgi, acz z perspektywy analityka stanowiące ważne puzzle – jak doniesienia w „kronice towarzyskiej” miesięcznika „Morskoj sbornik” wskazujące na sformowanie z marynarzy Floty Bałtyckiej na potrzeby agresji na Ukrainę 9 Pułku Zmechanizowanego. Wydania papierowe, mimo wojny wciąż przez OSW prenumerowane i docierające do Polski okrężnymi drogami, mają też inną przewagę nad internetowymi – ich zawartość nie ulega zmianie, co w wędrówce labiryntem rosyjskiej dezinformacji odgrywa rolę niebagatelną. Zapoczątkowana aneksją Krymu inwazja nie tylko ostatecznie przechyliła szalę na korzyść sieci, lecz także wysunęła na plan pierwszy wieści pojawiające się w serwisach społecznościowych. Przewodzi im Telegram – wytwór rosyjski, ale z powodzeniem wykorzystywany w działaniach informacyjnych przez obie strony konfliktu, ze strukturami Sił Zbrojnych Ukrainy włącznie. Konsekwencją upowszechnienia elektronicznych źródeł informacji, a zwłaszcza dominacji przekazu telegramowo-iksowego (dawniej twitterowego), jest niestety nadprodukcja doniesień niemających pokrycia w rzeczywistości (należy podkreślić, że za ich puszczeniem w obieg nie zawsze stoi czyjaś zła wola), co w ogromnej większości wyjaśnia się po kilku, najdalej kilkudziesięciu godzinach. Jeśli tylko sytuacja na to pozwala, warto być cierpliwym.
Czy w obliczu problemów z ogromem ukazujących się w Rosji doniesień wiedzy o rosyjskiej wojskowości nie warto poszukać gdzieś indziej? Wszak przy okazji konfliktu zbrojnego na Ukrainie sążniste raporty na temat potencjału militarnego FR wydają Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, o Ukraińcach nie wspominając. Jeśli chcemy badać, a nie wpisywać się w powszechną w przekazie medialnym narrację, w warunkach wojennych ściśle podporządkowaną bieżącej polityce Kijowa i jego partnerów, odpowiedź jest przecząca. Ukraina i państwa NATO, w tym Polska, dysponują źródłami wywiadowczymi, lecz informacji faktycznie z nich pochodzących nie ujawniają. Ukraiński wywiad zdaje się z tego schematu wyłamywać, ale musimy pamiętać, że prowadzenie wojny informacyjnej należy do jego głównych zadań. W tym przypadku trzeba stawiać podobne pytania jak w odniesieniu do źródeł rosyjskich, bo wojna całkiem profesjonalnie dezinformować nauczyła również obrońców. Trafiające do publicznego obiegu wieści o wojskowości agresora – i korzystne, i niekorzystne – prawie zawsze pochodzą z Rosji. I wszyscy z nich korzystają, z Ukraińcami włącznie. Pozyskane w trakcie własnych badań dane dobrze przy tym skonfrontować z pracą innych, gdyż zawsze można przeoczyć coś istotnego.
(...)
Elita moskiewskich ekspertów od wojskowości opowiadała zaś o tym, o czym jej zdaniem gość – nie tylko znad Wisły – chciałby usłyszeć. Do sierpnia 2008 r. powtarzała, że rosyjska armia jest w stanie katastrofalnym. Kolokwialnie mówiąc, ludzie ci wieszali psy na sztabie generalnym, ministrze obrony, a nawet prezydencie. Swobodnie wyjeżdżali na Zachód, gdzie wszystko powtarzali po raz kolejny, wracali do siebie i znów wyjeżdżali. Coś tu nie pasuje – akurat w tak newralgicznej dziedzinie panuje „wolność słowa”, a za wydawałoby się znacznie mniejsze naruszenia „majestatu” armii imperium w 2006 r. zamordowano Annę Politkowską. Sytuacja wyjaśnia się w sierpniu 2008 r., kiedy to zszokowanemu agresją na Gruzję światu główna „europejska” twarz rosyjskiej ekspertyzy wojskowej – Paweł Felgengauer – tłumaczy, że Siły Zbrojne FR podniosły się z kolan i kroczą drogą ku potędze. A z tym katastrofalnym stanem to nie do końca była prawda.
(...)
Mając ku temu merytoryczne podstawy wynikające z możliwie rzetelnej kwerendy źródeł, warto trzymać się swojego zdania, nawet jeśli chwilowo reszta świata kupuje zupełnie odmienną narrację, a jakiś inny ekspert na podstawie własnych (lub prawie własnych) doświadczeń, bijąc się w piersi, przekonuje, że jest jeszcze inaczej. I zachować we wdzięcznej pamięci człowieka z Moskwy, który również nie wpisywał się w narrację, a za to jako jedyny mówił prawdę.
(...)
Doświadczenie uczy owej niezbędnej pokory, ale nawet gdy sprawia już wrażenie naprawdę dużego, i tak od błędów uciec się nie da. Ich przebogatą skarbnicą jest wojna rosyjsko-ukraińska, za której analityczne motto może służyć stare polskie przysłowie „co nagle, to po diable”. Tempo działań, spotęgowane zapotrzebowaniem na informację ze strony przełożonych, nierzadko nie pozwalało ekspertowi wykazać się należytą cierpliwością.
(...)
Wspomnienie z początku 2022 r. Postawiona w OSW w styczniu diagnoza, że armia FR przygotowuje się do uderzenia na Ukrainę, była – jak się później okazało – prawidłowa. Zgromadzone przez przyszłego agresora siły i środki zdawały się jednoznacznie unaoczniać, że Rosja pozazdrościła Stanom Zjednoczonym i planuje swój odpowiednik „Pustynnej Burzy”, czyli operacji w Iraku z 1991 r. Oto Moskwa, dla której Waszyngton pozostawał podstawowym punktem odniesienia, postanowiła wreszcie zrobić coś po amerykańsku!
Już w pierwszych dniach pełnoskalowej agresji na sąsiada coś zaczęło zgrzytać: w jego terytorium modelowo, jak na poligonie, wjechały batalionowe grupy taktyczne, ale gdzie się podziało spodziewane wcześniej zdobycie panowania w powietrzu? W następnych tygodniach, kiedy natarcie zaczęło tracić impet, pojawiły się kolejne pytania – o zmobilizowanie przez najeźdźców dalszych sił i środków. Przecież zgodnie z powszechnym przewidywaniem analityków wojskowych, a jeśli spojrzymy na zgromadzone siły i środki – także Rosjan, Ukraina powinna zostać pokonana w kilka tygodni! Ówczesny szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA generał Mark Milley twierdził wręcz, że Kijów padnie w trzy dni! Tymczasem obrońcy się nie dali, a wojna trwa dużo, dużo dłużej.
Niewielkim pocieszeniem dla badacza jest to, że nie tylko on niepoprawnie, bo w tym przypadku nazbyt pesymistycznie, przewidział rozwój wypadków. Przede wszystkim koncertowo zbłaźniły się struktury wywiadowcze agresora. Gdyby nie przekonanie, że oto stoimy w obliczu wyczekiwanej zmiany, kiedy to Rosjanie będą toczyć wojny jak Amerykanie, analityk zajmujący się Siłami Zbrojnymi FR pamiętałby, że Rosja to Rosja, a nie USA. Pamiętałby, że prowadzi ona wojny po swojemu – z pogardą dla przeciwnika, jeśli uznaje go za słabszego. A do Ukrainy żywi wyjątkową pogardę. W rezultacie w początkowej fazie konfliktu zwykle potyka się o własne nogi (wskutek choćby niedocenienia stopnia zaangażowania po stronie ukraińskiej amerykańskiego rozpoznania i służb wywiadowczych), a później bywa różnie, lecz zawsze długo i krwawo. Agresja na Gruzję w sierpniu 2008 r. pozostaje w dziejach rosyjskiej wojskowości ewenementem najpewniej dlatego, że działania zbrojne przerwano po pięciu dniach.
(...)
Badając wojskowość i wojny – tym bardziej na obszarze posowieckim – nigdy nie uda nam się zbudować pełnego obrazu sytuacji. Często nie radzą sobie z tym nawet machiny wywiadów, zatem trudno wymagać tego od pojedynczego analityka. W czasie pokoju wszyscy lepiej lub gorzej starają się chronić wiedzę o swoich siłach zbrojnych, przynajmniej tę newralgiczną, a w trakcie wojny wszyscy kłamią. Takie jest odwieczne prawo konfliktów zbrojnych. Nie oznacza to, że mamy do czynienia wyłącznie z dezinformacją, ale że każda napływająca wiadomość może nie być zgodna z rzeczywistością – częściowo lub w całości.
Andrzej Wilk - Sztukowanie brakujących puzzli, czyli jak badać wojnę - OSW