Natalia Radina, redaktor naczelna białoruskiej strony internetowej Karta'97, uciekła bez dokumentów.
19 grudnia 2010 r. Natalia została aresztowana jak wielu Białorusinów, w dniu wyborów prezydenckich. Pod zarzutem organizowania masowych zamieszek spędziła ponad miesiąc w areszcie KGB, gdzie powiedziano jej, że zostanie zwolniona za 15 lat. Potem zmieniono jej środek zapobiegawczy i wysłano do rodziców w Kobryniu (jej paszport, nawiasem mówiąc, został w KGB).
Natasza nadal redagowała stronę internetową i kilka razy była zabierana przez policję na "rozmowy", gdzie mówiono jej, że jeśli będzie robić tak dalej, to bardzo szybko wróci do więzienia. Kiedy więc Natasza została wezwana do KGB w Mińsku, postanowiła uciec.
Wieczorem 30 marca 2011 r. wsiadła do pociągu do Mińska, ale wysiadła w nocy w Łunińcu, gdzie czekał na nią samochód.
— Jeszcze przez kilka dni spędziłam w Białorusi, zanim wyjechałam do Rosji — opowiada Radina. — Znajomi zawieźli mnie do swojego małego miasteczka. Oczywiście nie miałam telefonu, bo swój zostawiłam w Kobryniu. Nie miałam połączenia z internetem. Przyjaciele zwracali się do mnie fałszywym imieniem, żeby ich dzieci na podwórku lub w szkole przypadkiem nie powiedziały, że przyjechała ich ciocia Natasza.
Przefarbowałam włosy na czerwono, a moje przyjaciółki, które zdążyły wyjechać, zanim po nie przyszli, skutecznie rozpowszechniły w mediach zmyłkę, że jestem w obozie dla uchodźców w Polsce.
Jedna z koleżanek zadzwoniła nawet do moich rodziców z Polski i powiedziała im, że tam jestem i że nic mi nie jest. Wszystko, żeby zmylić ślady. Nawiasem mówiąc, jacyś nieznani mi wolontariusze zapowiedzieli później moją konferencję prasową w Londynie, podając miejsce i czas.
W każdym razie, mam nadzieję, że udało nam się przekonać władze, że zostałam już wywieziona z Białorusi i na granicy z Rosją nie było żadnych zasadzek.
Potem utknęłam w Moskwie na cztery miesiące, aż do czasu, gdy dzięki ONZ wydano mi dokument umożliwiający wyjazd. Tak więc podstawowe zasady bezpieczeństwa, których przestrzegałam i których musi przestrzegać każdy, kto jest w trakcie ucieczki, to:
- Nie zabieraj ze sobą telefonu.
- Nie wchodź na swoje konta w mediach społecznościowych, nawet z komputerów innych osób.
- Nie kontaktuj się z bliskimi.
To ostatnie jest najtrudniejsze, wiem. Z rodzicami nie mogłam rozmawiać przez cztery miesiące. Ale to konieczność. Bo jak ktoś jest poszukiwany, to jego kontakty też są pod kontrolą. Jeśli zadzwonisz do bliskiej osoby z cudzego telefonu, to cię zlokalizują, przynajmniej geograficznie, i stamtąd będzie już im łatwiej. Na czas ucieczki, niestety, trzeba zniknąć z radaru, dosłownie.
Po zniknięciu Nataszy przeszukali mieszkania wszystkich, z którymi miała kontakt, gdy przebywała w areszcie domowym. Dom jej rodziców został wywrócony do góry nogami.
Innych demonstrantów, którzy mieli zakaz wyjazdu, zmuszono do siedzenia na Skypie i dawania o sobie znać co pół godziny.
Gdyby Radina skontaktowała się, czy to z małego miasteczka w Białorusi w pierwszych dniach, czy z Moskwy później, ustalono by zaraz, gdzie jest
Ale po całkowitym zniknięciu i skutecznie podłożonej fałszywce, że Natasza jest w Polsce, służby wywiadowcze uspokoiły się. Natalia opuściła rodzinny Kobryń pod koniec marca, a na Litwę dotarła dopiero pod koniec lipca.
Mieszka teraz w Warszawie i nadal redaguje stronę Karta'97 (od 2018 r. dostęp do niej jest zablokowany zarówno w Białorusi, jak i w Rosji, a w zeszłym roku została uznana za "formację ekstremistyczną") i ma nadzieję, że nowe demokratyczne władze Białorusi wkrótce zwrócą jej paszport.
(...)
Z Białorusi można też wyjechać przez małe przejścia graniczne. Oczywiście nie z telefonem i z inną kartą SIM. Bo jeśli osoba jest już poszukiwana, to jedynym wyjściem jest nielegalne przekroczenie granicy.
Latem 2021 r. granicę białorusko-litewską nielegalnie przekroczył Andriej Szarendo, aktywista "Europejskiej Białorusi". Rodzina Szarendo pochodzi z Brześcia, on i jego żona Polina są tam znani i szanowani. Mają dwoje dzieci. Polinę Szarendo-Panasiuk aresztowali 3 stycznia 2021 r. W tym czasie Andriej przebywał w areszcie z zarzutami administracyjnymi (w sumie odsiedział ponad dwa miesiące z doliczonymi jeszcze 15 dniami).
Polina została skazana na dwa lata więzienia — z artykułów o "znieważenie Łukaszenki", "znieważenie przedstawiciela władzy" i "przemoc wobec milicjanta" (przemoc wyrażała się w tym, że Polina, która była w domu z czteroletnim synem, zerwała kominiarkę jednemu z oficerów, którzy wtargnęli do środka). Potem dodano jej kolejny rok za nieposłuszeństwo wobec administracji więzienia, a teraz czeka ją trzeci proces.
Kiedy Polina przebywała już w areszcie, przeciwko Andriejowi została wszczęta sprawa karna z dwóch artykułów: "znieważanie Łukaszenki" i "wzywanie do działań mających na celu wyrządzenie szkody Republice Białoruś". Został on umieszczony w areszcie domowym.
Polina z aresztu śledczego przekazała mężowi, za pośrednictwem adwokata, prośbę o ucieczkę i zabranie dzieci. Gdyby oboje pojechali do kolonii karnej, dzieci mogłyby zostać zabrane do domu dziecka.
Proces Andrieja Szarendo został wyznaczony na 28 czerwca 2021 r. Nie stawił się jednak w sądzie i został wpisany na listę poszukiwanych. A 2 lipca skontaktował się z Litwy.
— Uciekłem kilka dni przed rozprawą — mówi Andriej. — Musiałem nielegalnie przekroczyć granicę, co wymaga przygotowania. Przez tydzień mieszkałem u znajomych w jednym z przygranicznych miasteczek. W nocy 2 lipca przeszedłem dziesięć kilometrów.
— Miałem nowy telefon, z nową kartą SIM, zarejestrowaną na kogoś innego. To zresztą też jest niebezpieczne: mogą odebrać sygnał i zorientować się, że w strefie przygranicznej ktoś jest.
— Ale dzięki kryzysowi migracyjnemu w strefie przygranicznej jest sporo spontanicznych obozów i większość ludzi ma telefony, więc sam sygnał był w tej sytuacji mniej niebezpieczny. Swoją drogą, odkąd pojawiły się tłumy migrantów, to granicę litewską Białorusini kontrolowali gorzej niż zwykle. Tak więc migranci są dla uciekinierów jak najbardziej przydatni.
— Była ze mną jeszcze jedna działaczka, która musiała pilnie uciekać. Szliśmy do przejścia w nocy przez las, w strugach deszczu. I jakieś 300 metrów od miejsca, gdzie mieliśmy przekroczyć granicę, wpadliśmy na obóz migrantów. Byli z nimi strażnicy graniczni.
— Nad obozem rozciągnięty był wojskowy namiot. Więc po prostu pobiegliśmy. Najpierw wpadliśmy w bagno, ale potem znaleźliśmy się na terytorium Litwy i poddaliśmy się strażnikom granicznym.
— Przy okazji, tuż za nami, jak się później okazało, przez granicę przeszła duża grupa migrantów. I kiedy ukrywałem się w przygranicznym miasteczku, znajomi stamtąd opowiadali mi, jak migranci byli przywożeni na granicę autobusami. Ponieważ szliśmy pieszo, potrzebowałem telefonu tylko do nawigacji, żeby dojść do granicy na piechotę. Ale jeśli ktoś cię prowadzi, jeśli jest wiarygodny przewodnik, to lepiej nie brać ze sobą telefonu.
onet.pl
