W niedzielę 3 maja mieszkańcy Moskwy i Petersburga wraz z okolicznymi obwodami boleśnie odczuli zakłócenia w działaniu internetu. Napływały informacje, że nie funkcjonuje nie tylko internet mobilny, lecz także przewodowy. Stało się to nieco wcześniej niż zapowiadane przez władze wyłączenia sieci w dniach 5, 7 i 9 maja — być może był to jednak swego rodzaju "test generalny". Jeśli tak, to pokazał on jedno: od ataków ukraińskich dronów takie wyłączenia nie chronią.
Właśnie w nocy z 2 na 3 maja ukraińskie siły skutecznie zaatakowały port Primorsk, a także przeprowadziły zmasowany atak w obwodzie moskiewskim. Co z tego jednak wynika? Uderzenie w wolność internetu ma znacznie bardziej przyziemne, finansowe podłoże.
Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo, nieoficjalnie — o pieniądze i kontrolę. A jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze zostaje radio, które działa bez internetu i bez pytań.
Punktem wyjścia była próba "przesadzenia" wszystkich rosyjskich obywateli na rodzimy komunikator Max, należący m.in. do syna wiceszefa administracji prezydenta Rosji Siergieja Kirijenki. Już wcześniej podejmowano próby ożywienia produktów holdingu VK [rosyjskiego serwisu społecznościowego], którym kieruje Władimir Kirijenko:
blokowano zagraniczne serwisy wideo, by promować VK Video,
ograniczano współpracę instytucji państwowych z zagranicznymi usługami pocztowymi na rzecz Mail.ru, prowadzono szeroką kampanię przyciągania blogerów na państwową platformę Dzen.
Innymi słowy — próbowano wszystkiego: i nacisku, i zachęt.
Efekty były jednak mizerne.
Problemy z poszczególnymi usługami nie kierowały użytkowników do VK, lecz raczej do Telegrama. Wtedy właśnie, gdy tylko Roskomnadzor znalazł sposób na blokowanie Telegrama bez poważnych zakłóceń innych usług, rozpoczęto forsowanie państwowego komunikatora Max.
Równocześnie Roskomnadzor zaczął intensywnie zwalczać VPN-y. I choć oficjalnie wciąż zaprzecza się możliwości karania za ich używanie, to już dziś nie wolno ich reklamować, a korzystanie z nich przy innych naruszeniach prawa traktowane jest jako okoliczność obciążającą — podobnie jak alkohol.
Rosyjski rynek reklamy internetowej szacuje się na ok. 1 bln 200 mld rubli (ok. 55 mld zł). Jeśli uda się "wypchnąć" zagraniczne podmioty, większość tych pieniędzy — jeśli nie całość — trafi właśnie do holdingu młodszego Kirijenki. Nie trzeba nawet całkowicie odcinać dostępu do zagranicznych usług: wystarczy, by reklamodawcy przestali tam publikować reklamy.
A ponieważ liczba użytkowników internetu już praktycznie nie rośnie, monopolista może zwiększać dochody poprzez podnoszenie cen i zwiększanie liczby reklam. W praktyce oznaczałoby to, że w rosyjskim "czeburnecie" użytkownicy będą przedzierać się przez gąszcz banerów i wyskakujących okienek, podczas gdy VK będzie bez skrupułów windować stawki.
Pierwotna idea ograniczeń sprowadzała się właśnie do zarabiania pieniędzy. Wskazuje na to choćby fakt, że w ubiegłym roku — mimo napiętego budżetu z powodu wydatków wojennych — Ministerstwo Cyfryzacji znalazło niemal 44 mld rubli (ok. 2 mld zł) na rozwój komunikatora Max.
Trudno powiedzieć, w jaki sposób Siergiej Kirijenko (raczej nie jego syn) przekonywał Władimira Putina do pomysłu skupienia całej rosyjskiej blogosfery w ramach VK. Skala kampanii promującej Max sugeruje, że bez zgody Putina się nie obyło. Być może powoływano się na przykład Chin, może straszono "destrukcyjnymi wpływami" albo zagrożeniem ze strony ukraińskich hakerów. A może chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego. Jedno jest pewne: względy finansowe zostały dziś przyćmione przez znacznie mroczniejsze motywacje.
(...)
Przełom nastąpił prawdopodobnie po zabójstwie Alego Chameneia. Stało się jasne, że żadne blokady nie powstrzymają hakerów — czy to przed dostępem do miejskiego monitoringu (a kamer w Moskwie nie brakuje), czy do innych systemów. Wkrótce potem okazało się, że rosyjskim internetem zaczęła zarządzać Druga Służba FSB — ta sama, która otruła Aleksieja Nawalnego. Wygląda na to, że przedstawiciele struktur siłowych dotarli do Putina i przekonali go, że sam fakt istnienia internetu stanowi zagrożenie.
Efekt jest widoczny: internet można teraz wyłączyć w dowolnym momencie — na polecenie FSB, a nie Roskomnadzoru. Z ideologicznej walki z domieszką interesów finansowych sprawa stała się kwestią osobistego bezpieczeństwa najwyższych władz — a właściwie samego Putina.
Czy jednak służby działają bezinteresownie? Oczywiście, że nie. To nadal gra o pieniądze — tylko stawka jest wyższa.
Kwestia "białych list" nie zniknęła, ale jej realizacja wyhamowała. Powód jest prosty: po co firmy mają inwestować w uzyskanie dostępu, skoro FSB i tak może je odciąć? Podczas wyłączeń nie działa nic — ani zagraniczne usługi, ani platformy VK, ani sam Max. Straty dla akcjonariuszy VK można sobie tylko wyobrazić. Nietrudno też przypuszczać, że trwają intensywne negocjacje między obozem Kirijenki a strukturami siłowymi — i że pada w nich klasyczne: "trzeba się podzielić".
(...)
Obecnie trwa coś w rodzaju starcia dwóch wizji: jednej inspirowanej Chinami, gdzie kontrola internetu służy także kontroli przepływu pieniędzy, i drugiej — przypominającej Koreę Północną, gdzie dostęp do internetu trzeba sobie "zasłużyć". Pierwszej sprzyja rosnące niezadowolenie społeczne i pogarszająca się sytuacja gospodarcza. W kontekście wyborów do Dumy we wrześniu można przypuszczać, że ktoś będzie próbował przekonać Putina, by nie doprowadzał sytuacji do skrajności.
Stąd sprzeczne sygnały: z jednej strony deputowani Jednej Rosji unikają popierania blokad, a Putin mówi, by nie "zapętlać się" w zakazach. Z drugiej — usprawiedliwia je względami bezpieczeństwa. Wygląda na to, że sam waha się między strachem o własne bezpieczeństwo a obawą przed społecznym wybuchem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że służby zdobyły już ogromną władzę.
Jak to się skończy — trudno przewidzieć. Niewykluczone, że do wyborów internet nie trafi całkowicie pod kontrolę FSB, choćby z powodów technicznych. Ale równie mało prawdopodobne jest ograniczenie ich wpływu przed tym terminem. Oznacza to, że kluczowa rozgrywka rozegra się jesienią. A przy tak wysokiej stawce żadna ze stron nie będzie się powstrzymywać.
onet.pl\The Moscow Times