wtorek, 5 maja 2026



W niedzielę 3 maja mieszkańcy Moskwy i Petersburga wraz z okolicznymi obwodami boleśnie odczuli zakłócenia w działaniu internetu. Napływały informacje, że nie funkcjonuje nie tylko internet mobilny, lecz także przewodowy. Stało się to nieco wcześniej niż zapowiadane przez władze wyłączenia sieci w dniach 5, 7 i 9 maja — być może był to jednak swego rodzaju "test generalny". Jeśli tak, to pokazał on jedno: od ataków ukraińskich dronów takie wyłączenia nie chronią.

Właśnie w nocy z 2 na 3 maja ukraińskie siły skutecznie zaatakowały port Primorsk, a także przeprowadziły zmasowany atak w obwodzie moskiewskim. Co z tego jednak wynika? Uderzenie w wolność internetu ma znacznie bardziej przyziemne, finansowe podłoże.

Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo, nieoficjalnie — o pieniądze i kontrolę. A jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze zostaje radio, które działa bez internetu i bez pytań.

Punktem wyjścia była próba "przesadzenia" wszystkich rosyjskich obywateli na rodzimy komunikator Max, należący m.in. do syna wiceszefa administracji prezydenta Rosji Siergieja Kirijenki. Już wcześniej podejmowano próby ożywienia produktów holdingu VK [rosyjskiego serwisu społecznościowego], którym kieruje Władimir Kirijenko:

blokowano zagraniczne serwisy wideo, by promować VK Video,
ograniczano współpracę instytucji państwowych z zagranicznymi usługami pocztowymi na rzecz Mail.ru, prowadzono szeroką kampanię przyciągania blogerów na państwową platformę Dzen.

Innymi słowy — próbowano wszystkiego: i nacisku, i zachęt.

Efekty były jednak mizerne.

Problemy z poszczególnymi usługami nie kierowały użytkowników do VK, lecz raczej do Telegrama. Wtedy właśnie, gdy tylko Roskomnadzor znalazł sposób na blokowanie Telegrama bez poważnych zakłóceń innych usług, rozpoczęto forsowanie państwowego komunikatora Max.

Równocześnie Roskomnadzor zaczął intensywnie zwalczać VPN-y. I choć oficjalnie wciąż zaprzecza się możliwości karania za ich używanie, to już dziś nie wolno ich reklamować, a korzystanie z nich przy innych naruszeniach prawa traktowane jest jako okoliczność obciążającą — podobnie jak alkohol.

Rosyjski rynek reklamy internetowej szacuje się na ok. 1 bln 200 mld rubli (ok. 55 mld zł). Jeśli uda się "wypchnąć" zagraniczne podmioty, większość tych pieniędzy — jeśli nie całość — trafi właśnie do holdingu młodszego Kirijenki. Nie trzeba nawet całkowicie odcinać dostępu do zagranicznych usług: wystarczy, by reklamodawcy przestali tam publikować reklamy.

A ponieważ liczba użytkowników internetu już praktycznie nie rośnie, monopolista może zwiększać dochody poprzez podnoszenie cen i zwiększanie liczby reklam. W praktyce oznaczałoby to, że w rosyjskim "czeburnecie" użytkownicy będą przedzierać się przez gąszcz banerów i wyskakujących okienek, podczas gdy VK będzie bez skrupułów windować stawki.

Pierwotna idea ograniczeń sprowadzała się właśnie do zarabiania pieniędzy. Wskazuje na to choćby fakt, że w ubiegłym roku — mimo napiętego budżetu z powodu wydatków wojennych — Ministerstwo Cyfryzacji znalazło niemal 44 mld rubli (ok. 2 mld zł) na rozwój komunikatora Max.

Trudno powiedzieć, w jaki sposób Siergiej Kirijenko (raczej nie jego syn) przekonywał Władimira Putina do pomysłu skupienia całej rosyjskiej blogosfery w ramach VK. Skala kampanii promującej Max sugeruje, że bez zgody Putina się nie obyło. Być może powoływano się na przykład Chin, może straszono "destrukcyjnymi wpływami" albo zagrożeniem ze strony ukraińskich hakerów. A może chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego. Jedno jest pewne: względy finansowe zostały dziś przyćmione przez znacznie mroczniejsze motywacje.

(...)

Przełom nastąpił prawdopodobnie po zabójstwie Alego Chameneia. Stało się jasne, że żadne blokady nie powstrzymają hakerów — czy to przed dostępem do miejskiego monitoringu (a kamer w Moskwie nie brakuje), czy do innych systemów. Wkrótce potem okazało się, że rosyjskim internetem zaczęła zarządzać Druga Służba FSB — ta sama, która otruła Aleksieja Nawalnego. Wygląda na to, że przedstawiciele struktur siłowych dotarli do Putina i przekonali go, że sam fakt istnienia internetu stanowi zagrożenie.

Efekt jest widoczny: internet można teraz wyłączyć w dowolnym momencie — na polecenie FSB, a nie Roskomnadzoru. Z ideologicznej walki z domieszką interesów finansowych sprawa stała się kwestią osobistego bezpieczeństwa najwyższych władz — a właściwie samego Putina.

Czy jednak służby działają bezinteresownie? Oczywiście, że nie. To nadal gra o pieniądze — tylko stawka jest wyższa.

Kwestia "białych list" nie zniknęła, ale jej realizacja wyhamowała. Powód jest prosty: po co firmy mają inwestować w uzyskanie dostępu, skoro FSB i tak może je odciąć? Podczas wyłączeń nie działa nic — ani zagraniczne usługi, ani platformy VK, ani sam Max. Straty dla akcjonariuszy VK można sobie tylko wyobrazić. Nietrudno też przypuszczać, że trwają intensywne negocjacje między obozem Kirijenki a strukturami siłowymi — i że pada w nich klasyczne: "trzeba się podzielić".

(...)

Obecnie trwa coś w rodzaju starcia dwóch wizji: jednej inspirowanej Chinami, gdzie kontrola internetu służy także kontroli przepływu pieniędzy, i drugiej — przypominającej Koreę Północną, gdzie dostęp do internetu trzeba sobie "zasłużyć". Pierwszej sprzyja rosnące niezadowolenie społeczne i pogarszająca się sytuacja gospodarcza. W kontekście wyborów do Dumy we wrześniu można przypuszczać, że ktoś będzie próbował przekonać Putina, by nie doprowadzał sytuacji do skrajności.

Stąd sprzeczne sygnały: z jednej strony deputowani Jednej Rosji unikają popierania blokad, a Putin mówi, by nie "zapętlać się" w zakazach. Z drugiej — usprawiedliwia je względami bezpieczeństwa. Wygląda na to, że sam waha się między strachem o własne bezpieczeństwo a obawą przed społecznym wybuchem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że służby zdobyły już ogromną władzę.

Jak to się skończy — trudno przewidzieć. Niewykluczone, że do wyborów internet nie trafi całkowicie pod kontrolę FSB, choćby z powodów technicznych. Ale równie mało prawdopodobne jest ograniczenie ich wpływu przed tym terminem. Oznacza to, że kluczowa rozgrywka rozegra się jesienią. A przy tak wysokiej stawce żadna ze stron nie będzie się powstrzymywać.

onet.pl\The Moscow Times


Ogłoszony przez prezydenta Donalda Trumpa "Projekt Wolność" zakładał koordynację ruchu statków przez cieśninę Ormuz, jednak nie przewidywał zapewnienia im wojskowej eskorty — poinformował wcześniej "Wall Street Journal". Mimo to w operacji brały udział amerykańskie siły zbrojne stacjonujące w regionie.

Specjalna operacja USA trwała zaledwie dwie doby. W tym czasie jedynie dwa statki handlowe pod amerykańską banderą przepłynęły bezpiecznie przez cieśninę Ormuz.

Donald Trump ogłosił w nocy z wtorku na środę, że projekt zostaje wstrzymany na prośbę Pakistanu i innych państwa, a także w oparciu o "ogromny sukces militarny, jaki został odniesiony podczas kampanii przeciwko Iranowi".

"Poczyniliśmy ogromne postępy w kierunku pełnego i ostatecznego porozumienia z przedstawicielami Iranu, wspólnie uzgodniliśmy, że chociaż blokada pozostanie w pełnej mocy, Projekt Wolność zostanie wstrzymany na krótki czas, aby sprawdzić, czy porozumienie zostanie sfinalizowane i podpisane" — napisał prezydent USA na platformie Truth Social, nie podając dodatkowych wyjaśnień.

onet.pl


Ogłoszona "Operacja Wolność" miała pomóc USA w zapewnieniu tankowcom bezpiecznej trasy przez częściowo zaminowaną cieśninę. Jednak Iran zaatakował tankowce, instalacje naftowe w Emiratach i wystrzelił rakiety w kierunku amerykańskich okrętów wojennych.

Trump opublikował wprawdzie, jak zwykle, pewny siebie post-fotomontaż na platformie Truth Social, że to on ma wszystkie karty w ręku. Jednak w politycznych kuluarach w Waszyngtonie od dawna rozbrzmiewa inne słowo: "Quagmire", czyli bezkresne bagno wojenne. Trump najwyraźniej nie znajduje się w tym konflikcie tam, gdzie chciałby być. Pomimo sukcesów militarnych w dziesiątkowaniu sił zbrojnych Iranu i jego kierownictwa.

(...)

Wygląda na to, że republikanin, którego partii grozi porażka w listopadowych wyborach uzupełniających do Kongresu, chce z całych sił jak najszybciej wycofać się z konfliktu na Bliskim Wschodzie. Prawdopodobnie właśnie dlatego reakcje na nową irańską agresję w poniedziałek były raczej powściągliwe. "Kilka strzałów" — napisał chłodno Trump.

(...)

W każdym razie: żądając, by Iran zrezygnował z programu broni jądrowej, Waszyngton jasno sformułował zarówno najważniejszy powód wojny, jak i główne żądanie wobec Teheranu.

Administracja Trumpa sięga po wszelkie środki, "by zmusić Iran do rezygnacji ze wzbogaconego uranu", mówi Erb. Ogólnie opisuje dylemat Trumpa w następujący sposób. — Chce ogłosić zwycięstwo, ale jednocześnie obawia się upokorzenia — przekonuje analityk.

Jedno z narzędzi nacisku okazuje się jednak skuteczne: równoczesna blokada portów irańskich przez USA, która dławi eksport ropy przez Iran, będący najważniejszym źródłem dochodów walutowych reżimu.

— Amerykańska blokada irańskich portów już działa — mówi analityk Frank Walbaum z platformy handlowej "Naga". — Nie zatrzymała ona wprawdzie całkowicie irańskiego eksportu energii, ale znacznie go utrudniła.

onet.pl\BILD


Z początkiem maja uderzenia rosyjskich dronów, dotychczas prowadzone głównie w porze nocnej, nabrały charakteru całodobowego, a liczba użytych bezzałogowców wzrosła. Przyczyniło się to do zmian w komunikatach ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP), które zaczęły się ukazywać dwukrotnie w ciągu dnia. Ponadto, począwszy od 2 maja, nie wyszczególnia się w nich liczby dronów uderzeniowych („szahedów”) w ogólnej puli użytych przez Rosjan bezzałogowców. Od wieczora 28 kwietnia do rana 5 maja mieli oni wykorzystać łącznie 2295 dronów uderzeniowych bądź ich imitatorów, a obrońcy zneutralizować 2044. Oznacza to, że w obiekty na terenie Ukrainy mogło uderzyć ponad 250 „szahedów” (DSP podaje na ogół niższą liczbę trafień, jednak w ostatnich dniach nie przedstawiło pełnych statystyk w tym zakresie). Agresor miał także wykorzystać 22 rakiety, z których obrońcy zadeklarowali zestrzelenie pięciu lub sześciu. Po raz kolejny dał o sobie znać niedobór środków umożliwiających skuteczne zwalczanie pocisków balistycznych Iskander-M, czyli systemów Patriot i rakiet do nich. Z 17 Iskanderów tylko jeden udało się zestrzelić bądź zakłócić jego lot (informacje w tej kwestii nie są jednoznaczne). 1 maja prezydent Zełenski zapowiedział wzmocnienie obrony powietrznej Dniepru i Odessy, ale wymienił w tym kontekście jedynie dodatkowe załogi oraz radary i systemy walki radioelektronicznej.

Ukraińskie drony uderzyły w kolejne obiekty rosyjskiej infrastruktury paliwowej. W Permie uszkodzone zostały instalacje pompowni ropy Transniefti i rafineria Łukoil-Piermnieftieorgsintiez (odpowiednio 29 i 30 kwietnia). 29 kwietnia zaatakowano rafinerię Orsknieftieorgsintiez w Orsku w obwodzie orenburskim, a jeden z lecących w jej kierunku bezzałogowców spadł w Kazachstanie. Tego samego dnia w rejonie Tuapse dron nawodny trafił w zbiornikowiec „Marquise” pod banderą Kamerunu, a 1 maja po raz kolejny zaatakowany został tamtejszy terminal przeładunkowy, gdzie znów wybuchł pożar (poprzedni, będący skutkiem ataku z 28 kwietnia, ugaszono po dwóch dobach). Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) poinformowała ponadto, że trafiona została rafineria w Tuapse. 3 maja ponownie zaatakowano także terminal Transniefti w Primorsku, gdzie doszło do pożarów.

Prezydent Zełenski zakomunikował, że w Primorsku trafione zostały korweta rakietowa typu Karakurt przenosząca pociski manewrujące Kalibr, jednostka patrolowa oraz zbiornikowiec, a w Noworosyjsku – dwa zbiornikowce, co miało być efektem wspólnej operacji SBU, wywiadu wojskowego (HUR), Sił Systemów Bezzałogowych i Sił Operacji Specjalnych. Doniesienia ukraińskiego przywódcy nie znalazły dotąd żadnego potwierdzenia. 5 maja trafienia odnotowano w Kiriszy​​​​​​​ w obwodzie leningradzkim (celem była najprawdopodobniej tamtejsza rafineria) oraz w Czeboksarach w Czuwaszji (ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo miał uderzyć w rejonie zakładów WNIIR-Progress).

4 maja spadający ukraiński dron uderzył w wieżowiec w Moskwie, ok. 6 km od Kremla, co stanowiło spektakularny efekt trwających od początku tego miesiąca zmasowanych ataków na rosyjską stolicę. Był to pierwszy od marca 2025 r. przypadek, że bezzałogowiec przedarł się przez obronę powietrzną na obrzeżach Moskwy i spadł dopiero na terenie miasta. Od lata 2023 r., kiedy to ukraińskie drony kilkukrotnie trafiły w budynki na terenie stolicy Rosji, najeźdźcom udało się zbudować wokół niej stosunkowo szczelną osłonę. Zgodnie z danymi rosyjskimi w dniach 1–4 maja Ukraińcy wykorzystali do ataków na terytorium FR i na obszary okupowane (z wyłączeniem strefy frontowej) ponad 2 tys. dronów. Rekordową ich liczbę – co najmniej 740 (tyle ukraińskich bezzałogowców miało zostać unieszkodliwionych według resortu obrony FR) – mieli użyć 3 maja, zaś 2 i 4 maja po ok. 500. Przyjmując za wiarygodne podawane przez obie strony dane o liczbie użytych przez przeciwnika środków napadu powietrznego, oznaczałoby to, że ukraińskie ataki na cele w Rosji są znacznie mniej efektywne od rosyjskich uderzeń na Ukrainę. Należy przy tym podkreślić, że ukraińska obrona powietrzna funkcjonuje w warunkach niedoboru środków rażenia, głównie rakiet do systemów Patriot.

osw.waw.pl


Sondaż przeprowadzony przez bezpartyjną organizację Generation Lab, udostępniony na wyłączność serwisowi POLITICO, stanowi dla Republikanów wyraźny sygnał ostrzegawczy.

Wynika z niego, że młodzi Amerykanie planują w listopadzie zagłosować na Demokratów w proporcji 52 proc. do 19 proc. W podziale na partie dane wskazują, że Partia Republikańska ma poważny problem z bazą wyborczą: zaledwie 58 proc. młodych wyborów Republikanów twierdzi, że zagłosuje na tę partię, a prawie jedna trzecia wybiera opcję "ani jedna, ani druga" lub "nie będę głosować". Dla porównania, 85 proc. młodych Demokratów zamierza udać się do urn, aby oddać głos na swoją partię.

Podobnie jak w 2024 r., głębokie niezadowolenie ze stanu gospodarki napędza gniew wobec partii rządzącej. Obecnie 81 proc. młodych Amerykanów ocenia warunki gospodarcze w USA jako złe lub fatalne — w tym 68 proc. Republikanów. Im młodsza grupa wiekowa, tym mniejszy optymizm.

Respondenci obarczają winą głównie prezydenta Donalda Trumpa — 41 proc. osób, które negatywnie oceniają gospodarkę, wskazuje jego jako głównego winowajcę, a 9 proc. wybiera republikańskich kongresmanów. Nie chodzi jednak tylko o Partię Republikańską: kolejne 31 proc. wskazuje na chciwość korporacji i dużych przedsiębiorstw. Zaledwie 6 proc. obwinia Joe Bidena lub demokratycznych kongresmenów.

Pod wieloma względami wyniki sondaży wydają się stanowić lustrzane odbicie trudności, z jakimi borykali się Demokraci w cyklu wyborczym 2024 r., gdy badania wskazywały, że wyborcy nie odczuwali na własnej skórze pozytywnego obrazu gospodarki przedstawianego przez administrację Bidena.

(...)

Partia Republikańska stawia czoła negatywnym nastrojom dotyczącym sytuacji gospodarczej, przekonując wyborców, że to właśnie ona naprawia bałagan pozostawiony przez Demokratów. Zgodnie ze strategią Trumpa na 2024 r. Republikanie podwoili wysiłki na TikToku i w innych mediach społecznościowych, gdzie docierają do młodych ludzi tam, gdzie oni przebywają. Partia doszła do wniosku, że skuteczne są zarówno bezpośrednie przemowy kandydatów do wyborców, jak i proamerykańskie treści, które mogą w naturalny sposób stać się viralowe — na przykład misja Artemis II czy obchody 250-lecia USA.

— Po latach gwałtownie rosnących kosztów i niepewności gospodarczej pod rządami Joego Bidena i Demokratów, w połączeniu z alienującą, oderwaną od rzeczywistości retoryką lewicy, młodzi Amerykanie mają dość pustych obietnic — powiedziała rzeczniczka prasowa RNC [Krajowy Komitet Partii Republikańskiej] Kiersten Pels. — Chcą realnych rezultatów, a Republikanie przemawiają do nich bezpośrednio, w sposób, który znajduje oddźwięk — dodała.

onet.pl\Politico


Osobno w raporcie opisano konflikt wewnątrz bloków siłowych po zabójstwie przez ukraińskie służby specjalne w grudniu 2025 r. generała Faniła Sarwarowa. Pełnił on funkcję szefa departamentu przygotowania operacyjnego Sztabu Generalnego rosyjskiej armii.

Podczas spotkania na Kremlu szef Sztabu Generalnego Walerij Gierasimow ostro skrytykował szefa FSB Aleksandra Bortnikowa za niezdolność do ochrony wojskowych. Bortnikow w odpowiedzi powołał się na brak zasobów i ludzi. Po tym spotkaniu Putin zlecił przedstawienie konkretnych rozwiązań, rozszerzył uprawnienia Federalnej Służby Ochrony i objął wzmocnioną ochroną kolejnych dziesięciu wysokich rangą generałów.

Według raportu wzmocniona została również ochrona samego Putina. W domach pracowników z najbliższego otoczenia Putina zainstalowano dodatkowe systemy monitoringu. Personelowi rezydencji Putina (kucharzom, ochroniarzom i fotografom) zabroniono korzystania z transportu publicznego oraz używania telefonów z dostępem do internetu. Goście rosyjskiego prezydenta są teraz sprawdzani dwukrotnie.

Ochrona Putina znacznie ograniczyła również liczbę miejsc, które prezydent regularnie odwiedza. Według danych europejskiego wywiadu on i jego rodzina przestali odwiedzać rezydencje pod Moskwą i w mieście Wałdaj. W 2026 r. Putin nie odwiedzał obiektów wojskowych, choć wcześniej robił to regularnie. Od początku wojny na Ukrainie Putin spędza po kilka tygodni w dobrze zabezpieczonych bunkrach.

onet.pl\The Moscow Times


Amerykański przywódca we wtorek 5 maja został zapytany, czy w obliczu wysokiej inflacji w Iranie i pogłębiającego się tam kryzysu gospodarczego pozwoli na upadek irańskiego systemu ekonomicznego. - Tak myślę, bo sprawiamy, że upada. Mam nadzieję, że upadnie. Wiesz dlaczego? Bo chcę wygrać - powiedział Trump. Jak ocenił, taki koniec wojny byłby lepszy niż "pójście tam i zabijanie ludzi". Zdaniem polityka z powodów kłopotów finansowych i sankcji USA reżim w Teheranie nie jest w stanie płacić swoim żołnierzom, a rzeczywista inflacja w Iranie sięga 150 proc.

Trump ocenił przy tym, że koszt gospodarczy wojny dla USA jest do tej pory znacznie niższy, niż oczekiwał. Jak powiedział, spodziewał się, że ceny ropy naftowej, obecnie oscylujące w granicach 100-110 dolarów za baryłkę, osiągną poziom 200, a nawet 300 dolarów. - A to bardzo mała cena /!!! - red./ za pozbycie się broni jądrowej z rąk ludzi, którzy są naprawdę chorzy - dodał.

Prezydent USA zapewnił, że Iran chce zawarcia porozumienia, lecz przyznał, że irytuje go to, że irańscy negocjatorzy co innego mówią prywatnie, a co innego publicznie. - Nie lubię, że mówią do mnie z ogromnym szacunkiem, a później idą do telewizji i mówią "nie rozmawialiśmy z prezydentem" - powiedział republikanin i ocenił, że są to "gierki" Iranu.

Prezydent zapowiedział też, że będzie rozmawiał o wojnie z Iranem w przyszłym tygodniu w Chinach, gdzie spotka się z przywódcą ChRL Xi Jinpingiem. Podkreślił, że Xi "z szacunkiem" i "miło" zachowuje się wobec Stanów Zjednoczonych w obliczu wojny, mimo że Pekin otrzymuje większość dostaw ropy naftowej z regionu Zatoki Perskiej. - Nie rzucają nam wyzwania. (...) Jest bardzo miły - powiedział Trump. Dodał, że zaproponował Chinom, by kierowały swoje tankowce do Stanów Zjednoczonych i kupowały amerykańską ropę.

Prezydent USA wcześniej ostrzegał Chiny, by nie wysyłały broni Iranowi. Potem przyznał, że Pekin pomaga Iranowi, lecz nie na taką skalę, na jaką by mógł.

PAP