piątek, 11 sierpnia 2023


Po ponad pół roku od objęcia przez Unię Europejską rosyjskiego eksportu ropy i produktów ropopochodnych sankcjami sektor naftowy w Rosji zaadaptował się do nowej rzeczywistości. Dzięki znalezieniu nowych rynków zbytu branża zredukowała wydobycie surowca jedynie o 5%, unikając przy tym zmniejszenia jego przetwórstwa. Co więcej, sama sprzedaż ropy oraz produktów naftowych wzrosła.

Uniknięcie drastycznych cięć produkcyjnych to jedynie częściowy sukces. Po pierwsze, obecna struktura rosyjskiego eksportu ropy i produktów ropopochodnych charakteryzuje się niestabilnością i – w zakresie sprzedaży surowca – głęboką zależnością od dwóch odbiorców: Indii i Chin, na które okresowo przypada ok. 80% jej wielkości. Po drugie, ze względu na wprowadzenie przez UE i państwa G7 limitu cenowego (price cap) na rosyjską ropę, część eksportu jest przeceniana, a przewóz surowca – na skutek sankcji – generuje dodatkowe koszty. O ile pozwala to na sprzedaż większej ilości ropy, o tyle jednocześnie zmniejsza dochody budżetowe. Po trzecie, forsowane przez władze Federacji Rosyjskiej (FR) reformy w zakresie opodatkowania sektora nie tylko nie doprowadziły do zwiększenia wpływów budżetowych, lecz także stały się impulsem do dalszego wyprowadzania kapitału z Rosji i osłabienia bodźców inwestycyjnych.

Nie decydując się na cięcia produkcji surowca, władze zdają się nadawać priorytet utrzymaniu stabilnego jej poziomu kosztem dochodów budżetowych. Ich obniżenie świadczy więc o tym, że cele zachodnich sankcji udało się osiągnąć, przy jednoczesnym uniknięciu zaburzeń podażowych na światowych rynkach naftowych. Sytuacja ta może jednak ulec zmianie w drugiej połowie 2023 r., kiedy przewidywany jest globalny deficyt ropy i idący za tym wzrost jej ceny, które przełożą się na rosyjskie dochody ze sprzedaży surowca i paliw.

W wyniku napaści Rosji na Ukrainę w 2022 r. państwa zachodnie podjęły decyzję o wprowadzeniu bezprecedensowych sankcji wobec FR. Uderzyły one m.in. w branżę naftowo-paliwową. Unia Europejska wprowadziła embargo na import rosyjskiej ropy (od 5 grudnia 2022 r.) oraz produktów naftowych (od 5 lutego br.) sprowadzanych z Rosji drogą morską. Podobne zakazy obowiązują także w niektórych państwach spoza UE (m.in. Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii). Unia i USA zakazały również inwestowania w rosyjski sektor energetyczny oraz eksportowania technologii bądź towarów przeznaczonych dla tamtejszych branżowych podmiotów.

Ponadto państwa unijne wraz z G7 i Australią ustanowiły tzw. limit cenowy (price cap) na pochodzące z Rosji ropę (60 dolarów za baryłkę) oraz produkty ropopochodne (100 dolarów za baryłkę lekkich frakcji, takich jak benzyna, zaś 45 dolarów za baryłkę frakcji cięższych, np. mazutu). Zgodnie z tym mechanizmem eksport ww. towarów do krajów trzecich może się odbywać z wykorzystaniem usług firm z państw zachodnich (przewozu, ubezpieczenia, asysty technicznej czy finansowej) tylko wówczas, gdy produkt jest sprzedawany po cenie niższej lub równej tej ustalonej przez limit cenowy. Warto zaznaczyć, że w przypadku ropy ustanowiony limit przewyższa zakładaną przez Centralny Bank Rosji cenę za baryłkę marki Urals (55 dolarów w latach 2023–2025).

Cel wprowadzonych restrykcji to ograniczenie możliwości finansowania przez Moskwę działań wojennych dzięki redukcji jej dochodów z eksportu ropy i produktów ropopochodnych. Ma to się odbywać przy jednoczesnym uniknięciu powodowanych przez sankcje gwałtownych wzrostów cen tych towarów. Obawa dotycząca ewentualnych zaburzeń na rynku bierze się z dużego znaczenia Rosji jako producenta i eksportera zarówno ropy, jak i paliw. W 2022 r. FR ponownie zajęła trzecie miejsce pod względem poziomu wydobycia surowca, ustępując miejsca jedynie Stanom Zjednoczonym oraz Arabii Saudyjskiej. W roku poprzedzającym inwazję na Ukrainę rosyjski eksport ropy oraz produktów ropopochodnych stanowił odpowiednio 13% i 11% światowego rynku. Sektor ten jest kluczowy dla budżetu FR – tylko w 2022 r. tzw. wpływy naftowo-gazowe stanowiły 41,6% całości dochodów (35,8% w 2021 r.), tj. blisko 11,56 bilionów rubli.

Wprowadzenie zachodniego embarga na rosyjskie paliwa i ropę zmusiło Rosję do dostosowania produkcji do nowych realiów. Spadek wydobycia ropy naftowej w FR nie był jednak tak znaczący, jak to przewidywały instytucje międzynarodowe w ub.r. Według szacunków Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) wydobycie ropy w Rosji nie uległo załamaniu (w tekście przyjęto dane podawane przez IEA). Najgłębsza redukcja produkcji miała miejsce w marcu 2022 r., kiedy zanotowano spadek z poziomu 10 mln baryłek dziennie (bbl/d z wyłączeniem kondensat) o ok. 800 tys. bbl/d. W kolejnych miesiącach zaczęła ona rosnąć. Następne poważne obniżenie nastąpiło w 2023 r. – produkcja kurczyła się stopniowo od lutego, ostatecznie osiągnęła w maju i czerwcu poziom 9,45 bbl/d.

Stabilniejszą dynamikę wykazała produkcja wyrobów ropopochodnych, której statystykę do tej pory publikuje Rosyjski Urząd Statystyczny. Według Rosstatu rafinacja dwóch głównych kategorii paliw – benzyny i oleju napędowego – w I półroczu br. prezentowała wyższe poziomy aniżeli w analogicznych okresach w latach 2021–2022. Największy wzrost odnotowała produkcja oleju napędowego – ponad 8% względem ub.r. Wyjątek stanowi wytwórstwo mazutu, które wzrosło, ale jedynie na tle ubiegłorocznej redukcji.

Relatywnie niewielka skala redukcji wydobycia ropy naftowej (ok. 5% przedwojennego poziomu produkcji surowca) była możliwa dzięki udanemu przekierowaniu tych wolumenów, które dotychczas były sprzedawane w UE. Za sprawą znalezienia nowych rynków zbytu również produkcja paliw – diesla i benzyny – nie uległa załamaniu. Co więcej, łączny eksport ropy i produktów ropopochodnych z Rosji zanotował w I półroczu br. wzrost.

W porównaniu z I półroczem w latach 2021–2022 wolumen sprzedanych paliw i surowca zwiększył się w analogicznym okresie 2023 r. do poziomu ok. 7,9 mln bbl/d, z czego większość przypada na surową ropę. W ujęciu miesięcznym widać, że obecnie eksport ten podlega nieustannym zmianom – w kwietniu odnotowano rekordowy wolumen 8,3 mln bbl/d, który następnie spadł o ok. 1 mln bbl/d i osiągnął w czerwcu najniższy poziom od marca 2021 r.

Unijne embargo na rosyjską ropę naftową razem z innymi obostrzeniami zamknęło rynek dla ok. 2,5 mln bbl/d surowca, który trafiał do UE drogą morską. Niezakupiona w Europie ropa została niemal w całości przejęta przez innych klientów, głównie azjatyckich. Szczególnie widoczny jest rosnący udział dwóch z nich, Chin i Indii, które zwielokrotniły import z Rosji – przede wszystkim właśnie ropy – już w 2022 r.

Nowe Delhi zwiększyło import rosyjskiego surowca z niewielkiego poziomu przed lutym 2022 r. do ponad 2 mln bbl/d od kwietnia br., zaś dostawy zarówno ropy, jak i produktów ropopochodnych z FR do ChRL wzrosły średnio o ok. 0,5 mln bbl/d miesięcznie w porównaniu z poziomami sprzed roku. Dominacja tych dwóch odbiorców w strukturze sprzedaży rosyjskiej ropy jest znacząca – w maju br. aż 80% całości eksportu przypadło właśnie na nich, resztę przekierowano do Turcji i innych państw.

W odróżnieniu od ropy naftowej nowa struktura dostaw produktów ropopochodnych jest o wiele bardziej zdywersyfikowana i zmienna. Całościowy wolumen sprzedaży zagranicznej paliw w pierwszym półroczu br. wykazał się lekkim wzrostem i wyniósł o ok. 0,3 bbl/d więcej od zeszłorocznej średniej 2,6 bbl/d.

Przekierowanie dostaw rosyjskich produktów ropopochodnych na inne kierunki odbywa się jednak w sposób bardziej chaotyczny niż w przypadku ropy. Wynika to z trudniejszej specyfiki transportu paliw, a także dużej konkurencji na tym rynku (chociażby ze strony Chin, Indii czy Arabii Saudyjskiej). Rosjanie znacznie zwiększyli eksport do dotychczasowych odbiorców (Turcja, Egipt, ZEA), ale rozpoczęli również sprzedaż na zupełnie nowych kierunkach (kraje Afryki i Ameryki Południowej). Na niektórych z nich poziomy dostaw zmieniają się z miesiąca na miesiąc.

Dzięki nowym kierunkom eksportu ropy i produktów ropopochodnych Rosjanie uniknęli znacznej redukcji wydobycia i produkcji paliw. Należy jednak pamiętać, że obecna sytuacja niesie ze sobą wiele niepewności, mogących rzutować na stabilność eksportu w przyszłości.

Uzależnienie Rosji w sprzedaży ropy od Indii i Chin jest przez te kraje wykorzystywane do uzyskania zniżek bądź preferencyjnych warunków dostaw. Przed 2022 r. eksport tego rosyjskiego surowca był bardziej zdywersyfikowany, trafiał on m.in. do państw europejskich czy Stanów Zjednoczonych. Nabywanie ponad połowy całości sprzedawanej ropy przez odbiorców chińskich i indyjskich uzależnia znaczną część eksportu od wewnętrznej koniunktury zaledwie dwóch rynków, a także niesie ze sobą ryzyko w wypadku wstrzymania importu przez któreś z tych państw. Przekierowanie eksportu surowca w takiej ilości możliwe było też dzięki relatywnie niskim cenom ropy Urals. Na skutek sankcji od grudnia ub.r. do maja br. różnica cen pomiędzy zachodnią marką Brent a Urals osiągnęła rekordowy poziom ponad 30 dolarów za baryłkę (...). Nie wiadomo, czy w razie wzrostu cen – napędzanego przez prognozowany deficyt surowca na globalnym rynku – Chiny i Indie będą nadal zainteresowane importem z Rosji, mając do dyspozycji konkurencyjnych dostawców, których ropa transportowana jest na krótsze dystanse i nie podlega sankcjom.

Równie niejasne pozostają perspektywy utrzymania obecnego poziomu bądź zwiększenia eksportu produktów ropopochodnych. Choć struktura eksportu rosyjskich paliw jest obecnie o wiele bardziej zdywersyfikowana niż w przypadku ropy, to jej fluktuacje świadczą o dość sytuacyjnym i niestabilnym modelu sprzedaży. Ponadto rynki państw afrykańskich są relatywnie małe w porównaniu z unijnymi oraz nie wykazują znacznego potencjału wzrostowego, zaś transport do Ameryki Łacińskiej jest kosztowny. Z drugiej zaś strony eksport rosyjskich produktów ropopochodnych do krajów posiadających znaczące moce rafineryjne – chociażby w Zatoce Perskiej – to pokłosie embarga na nie w UE. Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie sprowadzają tanie paliwa z Rosji, by pokryć zapotrzebowanie krajowe lub w celu reeksportu. Własną produkcję sprzedają zaś na rynkach unijnych, uzyskując wyższą marżę. W długoterminowej perspektywie, w miarę odchodzenia Europy od paliw kopalnych, produkty ropopochodne z państw Zatoki Perskiej będą musiały częściowo wrócić na rynek krajowy bądź konkurować z rosyjską produkcją gdzie indziej.

Zachodnie restrykcje oddziałują również na samą dynamikę cen rosyjskiej ropy, która została mocno przeceniona w momencie wejścia embarga oraz wprowadzenia mechanizmu limitu cenowego. Niska wycena surowca wpływa negatywnie na dochody budżetowe Federacji Rosyjskiej, dlatego też Rosjanie uciekają się do zabiegów zarówno łamiących zachodnie obostrzenia, jak i wprowadzających w błąd opinię publiczną.

Z doniesień branżowych wynika, że cena rosyjskich ropy i produktów ropopochodnych może być umyślnie zaniżana w portach europejskiej części FR, co ma na celu zmieszczenie się poniżej zachodniego progu cenowego. Przyczyną jest wciąż istotna – choć malejąca – pozycja zachodniego kapitału w mechanizmie eksportu surowców pochodzących z Rosji. O ile w marcu 2022 r. zachodnie podmioty (z państw G7, UE oraz Norwegii) transportowały bądź ubezpieczały ponad 80% wywozu rosyjskich paliw i ropy, o tyle w czerwcu br. ten udział wynosił dla ropy i produktów ropopochodnych odpowiednio ok. 55% i 65%. Pomimo znacznego zmniejszenia tej proporcji zachodnie firmy są wciąż niezbędne dla rosyjskiego eksportu – odejście od korzystania z oferowanych przez nie usług mogłoby bowiem zmusić Rosjan do jego obniżenia i idących za tym cięć produkcji.

Istniejąca praktyka polega więc na sprzedaży produktu w rosyjskim porcie po cenie umożliwiającej skorzystanie z zachodnich usług transportowych i ubezpieczeniowych. Wolumeny te są kupowane m.in. przez utworzone po marcu 2022 r. spółki zarejestrowane w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Hongkongu czy Turcji, które następnie odsprzedają je odbiorcom końcowym po wyższej cenie. Wiele wskazuje na to, że są to traderzy powiązani z rosyjskimi spółkami naftowymi, które w ten sposób starają się ominąć sankcje oraz rosyjskie obciążenia podatkowe (niektóre z nich nie ukrywają swojego pochodzenia, jak chociażby szwajcarska spółka córka firmy Łukoil Litasco, która przeniosła część swojej działalności z Genewy na Bliski Wschód). Eksporterzy płacą bowiem podatek i cło od ceny eksportowej, tj. zaniżonej wartości w porcie, zaś dodatkową marżę od sprzedaży właściwemu odbiorcy pobiera spółka pośrednicząca zarejestrowana poza Rosją.

Powszechność tej praktyki widać także w strukturze cenowej surowca. O ile w europejskich portach Rosji cena ropy od grudnia br. balansowała poniżej granicy 60 dolarów za baryłkę, o tyle w dalekowschodnim Koźmino oscylowała ponad tym progiem. Wynika to z faktu, że schemat eksportu surowca z tego portu – skąd trafia on w przeważającej mierze do ChRL – nie musiał dostosowywać się do obostrzeń, szukać nowych przewoźników czy odbiorców. Inna sytuacja miała miejsce w europejskich portach Rosji, gdzie eksporterzy korzystali w większej mierze z usług świadczonych przez zachodnie podmioty. Embargo zmusiło ich do znalezienia nowych nabywców dla wysyłanych stamtąd wolumenów, a także do wydłużenia szlaków transportowych.

Traderzy handlujący rosyjskimi ropą i produktami ropopochodnymi stosują także szereg zabiegów mających umożliwić im przewóz surowca poza zasięgiem zachodnich sankcji. Jednym z nich jest stworzenie tzw. floty cieni, a więc tankowców niekorzystających z zachodniej rejestracji oraz ubezpieczeń, na podobieństwo statków transportujących ropę z Iranu czy Wenezueli. Według szacunków S&P Global w marcu br. liczbę takich jednostek ustalono na blisko 450, a dalszy jej wzrost sugerują przytaczane wcześniej wyliczenia świadczące o spadku udziału zachodnich podmiotów we własności statków obsługujących rosyjski eksport. Co więcej, jednostki, które są ubezpieczone przez zachodnie instytucje, a jednocześnie wciąż transportują produkty z Rosji, wykorzystują inne metody dla uniknięcia sankcji – chociażby wyłączanie transponderów bądź wysyłanie za ich pośrednictwem fałszywego sygnału lokalizacji. Rosyjskie paliwa i surowiec są także przeładowywane na otwartym morzu w ramach procederu „burta w burtę” w celu sfałszowania pochodzenia, chociażby poprzez mieszanie ropy z Rosji z innymi markami. Stosowanie podobnych zabiegów zostało rozpoznane jako łamiące sankcje przez Komisję Europejską.

Wpływ wszystkich powyższych działań ukierunkowanych na ominięcie sankcji jest trudny do oszacowania ze względu na ich niejawny charakter. Niemniej należy zauważyć, że wytworzony schemat nie przynosi dodatkowych dochodów do budżetu rosyjskiego, a jego organizacja – szczególnie z powodu dłuższego szlaku transportowego z Europy do nowych odbiorców, wysokich kosztów nielegalnych procederów czy też celowego obniżania ceny w porcie – generuje kolejne obciążenia finansowe. W tej sytuacji należy postrzegać te zabiegi jako przede wszystkim nastawione na uniknięcie spadku produkcji ropy i wyrobów ropopochodnych. Sprzedając większe wolumeny, Rosjanie próbują zrekompensować straty wynikające z niskich cen surowca i paliw, do których przyczyniły się zachodnie sankcje. Jednocześnie wysoki poziom eksportu oddala perspektywę zamykania pól wydobywczych bądź ograniczania produkcji rafineryjnej – takie przestoje generują dodatkowe koszty. Niewykluczone, że pozostawienie rosyjskim firmom możliwości sprzedaży wolumenów niejako kosztem państwowego budżetu stanowi także sposób na ograniczanie negatywnych nastrojów panujących w branży naftowo-paliwowej w Rosji.

Pomimo przyjęcia priorytetu utrzymania wysokiego poziomu eksportu władze rosyjskie podejmują jednocześnie próbę systemowego dostosowania się do obecnych uwarunkowań, reformując system podatkowy dla branży. Sankcje – a szczególnie ich efekt w postaci obniżenia cen rosyjskiej ropy – poskutkowały mocnym obniżeniem dochodów sektora naftowo-gazowego. O ile w I półroczu 2022 r. stanowiły one ok. 45% (6,4 bln rubli) całości wpływów do budżetu federalnego, o tyle w analogicznym okresie br. jest to już blisko 27,5% (3,2 bln rubli, spadek o 47% r/r). Od 2006 r., czyli momentu wyodrębnienia dochodów z ww. sektora w statystyce budżetowej, średnio ich udział wahał się w przedziale 36–51% całości rocznych wpływów.

Próbując przeciwdziałać tej negatywnej dynamice, w kwietniu br. rząd FR wprowadził nowy mechanizm opodatkowania branży naftowej. Wcześniej za podstawę wyliczenia obciążeń podatkowych (przede wszystkim podatku od wydobycia oraz cła eksportowego) służyła referencyjna cena marki Urals. Zachodnie restrykcje doprowadziły jednak do powstania znacznej różnicy cenowej pomiędzy nią a zachodnią marką Brent na niekorzyść tej pierwszej, co odbija się negatywnie na wpływach budżetowych. Od kwietnia podstawę opodatkowania wylicza się, bazując na średniej cenie ropy marki Brent, którą pomniejsza się o ustaloną przez rząd wielkość upustu, o ile rynkowa cena Urals jest od niej niższa. W sierpniu br. zdecydowano się pogłębić reformę, określając ten upust na poziomie 20 dolarów.

Na początku roku władze zapowiedziały także zreformowanie równie istotnego mechanizmu fiskalnego mającego na celu utrzymanie stabilnych cen paliw w Rosji, a mianowicie tzw. dempferu. Polega on na wypłacaniu kompensacji producentom paliw w sytuacjach, gdy cena eksportowa tych produktów jest znacznie wyższa od krajowej – w ten sposób państwo zachęca podmioty paliwowe do prowadzenia aktywnej sprzedaży na rynku FR, zapobiegając wzrostowi krajowych cen bądź wystąpieniu deficytu. I odwrotnie – przy niskich cenach za granicą to koncerny wpłacają do budżetu pieniądze.

Rząd rosyjski zdecydował się na zredukowanie dopłaty dla producentów benzyny i diesla od września br. do końca 2026 r. Stawka kompensacji ma być dwukrotnie niższa, co zdaniem władz zaowocuje większą oszczędnością budżetową. Zasygnalizowanie przez rząd wysokości tej zmiany w kwietniu br. spowodowało długotrwały wzrost cen benzyny na rynku rosyjskim w hurcie (z blisko 50 tys. rubli za tonę do blisko 64 tys. rubli w połowie lipca).

Kreml nie wyklucza także możliwości wdrożenia „ręcznej” kontroli eksportu produktów ropopochodnych, aby uchronić rynek krajowy przed wysokimi cenami bądź wystąpieniem deficytu. W tym celu Ministerstwo Energetyki w maju miało wydać „rekomendację” dla podmiotów rafineryjnych, polecając zwiększenie sprzedaży benzyny i oleju napędowego wewnątrz kraju kosztem eksportu. Interwencja państwa może pójść również dalej – 30 czerwca wicepremier Aleksander Nowak podczas rządowego posiedzenia dotyczącego sytuacji na rynku produktów ropopochodnych polecił wypracowanie wstępnego schematu kwotowania ich eksportu dla podmiotów paliwowych, mogącego przybrać formę listy firm mających zezwolenie na sprzedaż swojej produkcji za granicą.

Do tej pory żadne z powyższych działań nie przyniosły pożądanych przez władze efektów, a więc zwiększenia przychodów budżetowych i zapobiegnięcia negatywnym wpływom sankcji. Co ciekawe, nowa formuła opodatkowania sektora naftowego – orientowanie się na cenę Brent wraz ze „sztywnym” upustem – nie została tak naprawdę zaimplementowana, bowiem globalna cena Urals od kwietnia br. była wyceniona wyżej, niż proponuje to wprowadzona w kwietniu stawka. Sama zaś zapowiedź reformy mechanizmu kompensacyjnego dla producentów paliw oraz ewentualnego wprowadzenia quasi-ręcznego sterowania eksportem doprowadziła natomiast do negatywnych skutków, które już można zaobserwować. Hurtowe ceny benzyny w Rosji wzrosły od kwietnia br. o blisko 20%, osiągając rekordowe wartości, a w Rosji odnotowano wzrost liczby nielegalnych stacji benzynowych.

Przez pierwsze pół roku obowiązywania zachodnie sankcje udowodniły swoją skuteczność co do osiągnięcia założonych celów – zmniejszenia rosyjskich dochodów budżetowych przy jednoczesnym uniknięciu rynkowej destabilizacji oraz wzrostu cen ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Zachodnie embargo oraz limit cenowy skutecznie obniżyły cenę rosyjskiej ropy oraz wygenerowały dodatkowe koszty dla przewozu surowca i paliw. Odbiło się to na dochodach budżetu Rosji, w których udział wpływów z opodatkowania sektora naftowo-gazowego uległ znacznemu zmniejszeniu. Tych spadków dowodzi również systematyczna dewaluacja rubla, świadcząca o zmniejszonym napływie zagranicznej waluty.

Wprowadzane przez władze regulacje mające na celu zwiększenie dochodów z sektora naftowo-gazowego dotychczas nie odwróciły spadkowej tendencji tych wpływów. Co więcej, nowe przepisy nasilają negatywne zjawiska wewnątrz Rosji (nielegalną sprzedaż paliw, wzrost cen). Niwelują także bodziec inwestycyjny oraz zachęcają do ucieczki kapitału za granicę. W długookresowej perspektywie odbije się to na konkurencyjności eksporterów.

Moskwa zdecydowała się nadać większy priorytet utrzymaniu stabilnej produkcji aniżeli wprowadzeniu poważnych cięć produkcyjnych, które mogłyby dać impuls dla wzrostu cen i przychodów z opodatkowania sektora. Niewielka redukcja wydobycia ropy (ok. 5% względem poziomu z początku 2022 r.) oraz zwiększenie średnich poziomów produkcji ropopochodnych i całości eksportu były możliwe przede wszystkim dzięki znalezieniu nowych rynków zbytu oraz zastosowaniu wielu metod obchodzenia sankcji (co widać np. w rozroście tzw. floty cieni).

Wbrew jednak formułowanym przez Kreml groźbom Rosjanie mają dość ograniczony wpływ na globalny rynek – najskuteczniejszym ich narzędziem jest jednostronna redukcja podaży, na co się nie zdecydowano. Bierze się to z faktu, że drastyczne obniżenie produkcji ropy i paliw oznaczałoby wstrzymanie prac na części złóż i w zakładach rafineryjnych, co generuje koszty i rodzi zagrożenia związane z późniejszym wznowieniem produkcji. Pomimo relatywnie niskich cen surowca w I półroczu br. państwo rosyjskie zarabiało na eksporcie – całkowity koszt wydobycia baryłki surowca w FR mieści się w przedziale 15–45 dolarów.

Kolejnym testem na skuteczność zachodnich sankcji – oraz rosyjskiej adaptacji do nich – będzie prognozowane wystąpienie przedłużającego się deficytu surowca na globalnym rynku, które najprawdopodobniej poskutkuje utrzymaniem się średniej ceny rosyjskiej ropy powyżej limitu cenowego (60 dolarów za baryłkę). Dużą niewiadomą pozostaje to, czy wartość eksportowanego wolumenu będzie przez Rosjan dalej zaniżana ze względu na zależność od zachodnich firm ubezpieczeniowych oraz armatorów. Paradoksalnie, wzrost cen surowca z FR obniży również jego konkurencyjność względem innych producentów – to głównie atrakcyjność oferowanych upustów napędzała skokowy wzrost eksportu. Ewentualne obniżenie sprzedaży na skutek większej konkurencji ze strony innych eksporterów może doprowadzić do głębszej redukcji produkcji wewnątrz kraju (zarówno ropy, jak i paliw).

osw.waw.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Zacznijmy od głównej kwestii. Teraz dużo się mówi o tym, że ukraińska kontrofensywa nie była tak skuteczna, jak oczekiwaliśmy. A także, że jest opóźniona. Jak oceniasz tempo i sukcesy armii ukraińskiej na froncie?

Jurij Sak, doradca ministra obrony Ukrainy: Odpowiedź na dynamikę kontrofensywy trzeba zacząć od tego, że nikt bardziej niż Ukraińcy nie chciałby pomyślnie zakończyć wojny. Rozumiemy, że wszyscy na świecie czytają wiadomości o udzieleniu pomocy Ukrainie, ale nie widzą cudownej kontrofensywy, która zmusiłaby Rosję do kapitulacji i zakończenia wojny w ciągu tygodnia. Ludzie się boją, ludzie są zmęczeni. Jesteśmy tego świadomi. Ale jak powiedział nasz prezydent Zełenski: my mamy zmęczenie w oczach, a Rosjanie strach. I to jest kluczowa cecha kontrofensywy.

Zawsze jesteśmy wdzięczni naszym kolegom z Zachodu za ich wsparcie i pomoc, zarówno militarną, jak i finansową. Ale nikt we współczesnym świecie nie prowadził takiej wojny. Uwierz mi: nikt nigdy nie widział, co dzieje się na froncie, nawet na filmach. W Hollywood nie ma takich efektów specjalnych, żeby pokazać cały horror wojny w Ukrainie. Dlatego prosimy naszych partnerów o dwie rzeczy: broń i cierpliwość.

Ale wyjaśnij mi, dlaczego ukraińska kontrofensywa nie może postępować szybciej?

Nie walczymy jak barbarzyńscy Rosjanie i nie rzucamy naszych żołnierzy na śmierć na polach minowych. Liczymy nasz sprzęt. Gdy tylko odkryjemy problem, na przykład zbyt dużą szerokość pól minowych lub trudność rozminowania w danym obszarze, albo bardzo mocną linię obronną wroga, robimy sobie taktyczną pauzę i zastanawiamy się nad sytuacją. Jesteśmy ograniczeni zarówno zasobami ludzkimi, jak i technologicznymi. A nasza wojna jest mądrą wojną.

Kontrofensywa toczy się zarówno na mapie, jak i w głowach. Ukraińcy nadal są zdeterminowani i nastawieni na zwycięstwo. A Rosjanie tracą nawet swój potencjał obronny. W niektórych miejscach przełamaliśmy pierwszą linię obrony, w niektórych posunęliśmy się o kilka kilometrów, a gdzieś o 500 m. Ale kiedy mówimy o 500 m podbitego terenu, musimy zrozumieć, że na każdym metrze znajdowało się pięć min przeciwpancernych i przeciwpiechotnych w kilku warstwach. I idziemy naprzód przez te pola minowe. Ta wojna to nie spacer po parku. To nigdy nie zdarzyło się w historii ludzkości.

Co nie pozwala Siłom Zbrojnym Ukrainy poruszać się szybciej?

Rosjanie specjalnie zaminowują podbite terytoria w taki sposób, że trudno je rozminować. Używają zdalnych systemów. Jeśli chodzi o rozminowywanie, to np. dziś otrzymaliśmy ponad 100 jednostek sprzętu do usuwania min. Ale co to jest 100 jednostek, gdy mamy 900 km frontu, a szerokość zaminowanych miejsc sięga 15-20 km. A te leżą w kilku warstwach.

Jest jeszcze jeden problem. Bardzo często pola są zaminowane w taki sposób, że nie można użyć sprzętu do rozminowywania. Wtedy saperzy pracują w trybie ręcznym. A gdy tylko wojsko wejdzie na pole minowe, nad nimi pojawia się wrogi dron. A to oznacza, że ​​za pięć minut nastąpi ostrzał artyleryjski.

Gdybyśmy byli jak Rosjanie i nie cenili każdego ludzkiego życia, może moglibyśmy działać szybciej. Ale to nie jest nasza metoda. I nie jest jasne, czy w tym przypadku osiągnęlibyśmy inne rezultaty.

A jaka jest obecna ogólna sytuacja na froncie, biorąc pod uwagę całą złożoność działań?

Powiem tak: oczywiście chcielibyśmy, żeby wszystko działo się szybciej. Ale nadal idziemy do przodu, tworzymy nowe warunki do rozwoju, inicjatywa jest po naszej stronie we wszystkich obszarach frontu. Utrzymujemy wroga w bardzo nerwowym stanie. Nie wiedzą, gdzie i kiedy nastąpi kolejny krok Sił Zbrojnych. Rosjanie próbują przejąć inicjatywę w niektórych kierunkach, ale ich działania ofensywne kończą się niepowodzeniem. Posuwamy się powoli, ale konsekwentnie. A wróg traci okupowane terytoria dopiero od roku. I to jest kolejny parametr, na podstawie którego należy ocenić powodzenie ukraińskiej kontrofensywy.

Podsumowując temat ukraińskiej kontrofensywy: zrozummy, że nie chodzi tylko o konkretne zdobyte metry czy kilometry. Nadal istnieje pewna ilość zniszczonej siły roboczej, zniszczonego sprzętu. Na przykład przekroczyliśmy już granicę 5 tys. zniszczonych systemów artyleryjskich wroga. Codziennie atakujemy ich magazyny amunicją z tyłu. Wszystko to jest częścią kontrofensywy.

Dam ci taką analogię. Wyobraźmy sobie, że rosyjska obrona to drzewo. A my jesteśmy jak bobry, które dzień po dniu wyjadają to ze wszystkich stron. I nadejdzie chwila, kiedy to wielkie i silne drzewo upadnie. To jeden z prawdopodobnych scenariuszy. Most został zniszczony, okręt wojenny uszkodzony, tankowiec zatopiony i tak dalej. Kiedy dron leci do Moskwy, to także działania osłabiające wroga moralnie i psychicznie, a także demonstrujące słabość jego obrony przeciwlotniczej. Musimy przestać myśleć o kontrofensywie jak o scenie z serialu "Gra o tron", kiedy dwie armie gromadzą się na polu bitwy i na sygnał trąb rozpoczynają walkę. To nie jest tego rodzaju wojna.

Proszę oszacować, w jakim stopniu Ukraina ma wystarczające zasoby ludzkie i techniczne do prowadzenia działań wojennych?

Zasoby ludzkie są wystarczające. Jeśli chodzi o zasoby technologiczne, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Są rodzaje broni, o które prosimy, bo nie mamy ich wystarczająco dużo. To pociski dalekiego zasięgu Atacms. Ale nasze zdolności ofensywne zostały wzmocnione, gdy Ukraina otrzymała Storm Shadow, Scaip. Teraz pojawia się wiele informacji, że Niemcy wkrótce podejmą decyzję o zaopatrzeniu w Taurusa. Są to pociski dalekiego zasięgu, które dają mamy możliwość niszczenia wrogich magazynów z amunicją, posterunków dowodzenia na tyłach. Potrzebujemy więcej takich pocisków. A jeśli chodzi np. o pociski artyleryjskie, sytuacja jest w zasadzie pod kontrolą. Średnio wystrzeliwujemy około 5-6 tys. pocisków dziennie. Rosjanie 15-29 tys.

Kolejnym ważnym aspektem w tej kwestii jest kontrola w powietrzu wzdłuż linii frontu. Oczywiście Rosjanie mają więcej sił powietrznych. Nasz dialog z partnerami na temat F-16 trwa, ale trochę się pogubił w biurokratycznych korytarzach. W końcu są rzeczy, które mogą dziać się szybciej. Na przykład szkolenie naszych pilotów. Polityczna decyzja o utworzeniu koalicji lotniczej zapadła ponad miesiąc temu. A nasi piloci jeszcze nie rozpoczęli szkolenia. Ale teraz, jeśli Bóg pozwoli, pierwsza grupa powinna rozpocząć treningi w połowie września.

Wiosną złożyliście następujące oświadczenie: "zadaniem Ukrainy i jej partnerów jest zapewnienie zakończenia wojny na terytorium Ukrainy w 2023 r.". Jak myślisz, jak bardzo realistyczne są obecnie takie perspektywy?

Oczywiście stawiamy sobie ambitne cele. Jest to część strategii przetrwania i motywacji. Jeśli jesteś sportowcem i nie stawiasz sobie zadania zdobycia złotego medalu, to nie ma sensu przygotowywać się do igrzysk olimpijskich. Pozostajemy optymistami. A na podstawie obiektywnych czynników bezpośrednich i pośrednich możemy przewidzieć jeden ze scenariuszy — że w wyniku działań na froncie nastąpi przełom.

Przypomnijmy sobie operację wyzwolenia Chersonia. Operacja trwała ponad dwa miesiące. Stopniowo odcinaliśmy logistykę, możliwość dostaw broni, niszczyliśmy ich magazyny. I w końcu stworzyliśmy sytuację, w której Rosjanie nie mieli innego wyjścia, jak się wycofać. Mogli albo odejść, albo utknąć w bardzo ciężkiej i krwawej walce.

Czy realistyczne jest osiągnięcie punktu przed końcem roku, kiedy będzie jasne, że Ukraina wygrała? Powiedziałbym, że jest to realne. Ale z zastrzeżeniem, że to jest wojna i wielu rzeczy nie da się przewidzieć. Postawiliśmy przed sobą następujące zadanie: jak najszybsza deokupacja wszystkich terytoriów.

Powiedział pan, że to optymistyczny scenariusz. A jaki jest pesymistyczny?

Na koniec każdego scenariusza mamy zwycięstwo Ukrainy. Nie ma innej opcji. Ale scenariusz pesymistyczny oznacza dłuższy czas i wyższą cenę. I my i nasi partnerzy zapłacimy tę cenę. To kontynuacja takich ryzyk i zagrożeń jak światowy kryzys żywnościowy, możliwość awarii w elektrowni atomowej i inne. Dłużej będziemy żyć w państwie, w którym jak beczka prochu w każdej chwili może się wydarzyć coś, co zaszkodzi wszystkim, nie tylko Ukrainie.

I jak długo możemy prowadzić tak aktywne działania wojenne? Na jak długo starczy zasobów? Rok, dwa?

A nasz kompleks militarno-przemysłowy się zmienia. Wczoraj padło oświadczenie, że sami wyprodukujemy kaliber 155. Produkujemy kaliber 152. Wiele produkcji zostało przywróconych. Sami produkujemy drony. Produkujemy amunicję. Nasi partnerzy też to robią.

Niestety w tym trybie działania wojenne mogą trwać bardzo długo. Przekształceniu ulega przecież zarówno nasz przemysł zbrojeniowy, jak i przemysł zbrojeniowy naszych sąsiadów i partnerów. I wszyscy rozumieją, że to jest jak boks. Wszyscy liczą na nokaut w trzeciej rundzie. Ale mądry sportowiec trenuje ze zrozumieniem, że może być 12 rund i zwycięstwo na punkty. Musimy więc być gotowi na wszystkie opcje.

Obserwujemy wzrost intensywności ostrzału Krymu. Czy można mówić o przygotowaniach do deokupacji półwyspu w najbliższym czasie?

Pośrednio widać, że Rosjanie rozważają już scenariusz utraty Krymu, np. ewakuują rodziny. Wizualizujemy możliwość wyzwolenia tego terenu, codziennie na to pracujemy. Prawie cały Krym jest pod naszą kontrolą ogniową. Uderzamy w lotniska, magazyny, porty. Ten proces będzie się tylko nasilać.

Wschód Ukrainy jest bardziej ufortyfikowany i zaminowany. Jest więcej grup wojsk rosyjskich. Tam wróg ma dużo prostszą logistykę, bo jest długa granica i łatwe zaopatrzenie. Tak więc jest tam więcej trudności. Nie da się tam zorganizować tak szybkiej blokady, jak na Krymie, która mogłaby uniemożliwić agresorowi prowadzenie działań obronnych. Jego wyzwolenie w teorii i w praktyce wojskowej jest bardziej realistycznym scenariuszem.

Jak ocenia pan ostatnie wydarzenia na Białorusi: groźby Łukaszenki w sprawie wagnerowców, wlatujące na terytorium Polski śmigłowce?

Wszystko, co dzieje się na Białorusi, to działania PR-owe i prowokacje. W Rosji słowo "zwycięstwo" zostało już zapomniane. Na poziomie elit wszyscy już doskonale rozumieją, w jakiej pozycji się znajdują. To tak jak z Hitlerem, kiedy elity zaczęły ewakuować rodziny, złoto i sprzedawać majątek, bo zrozumiały, że historia z Führerem już się kończy.

Ostatnią nadzieją Rosjan jest to, że mogą "zadać nam cierpienie". Chcą przekonać Zachód, że wojna będzie trwała wiecznie. Że Zachód zawsze będzie dostarczał Ukrainie broń, pieniądze i żył z uchodźcami. I tak próbują manipulować, żeby Zachód zaczął wywierać presję na Ukrainę, popychając nas do rozmów pokojowych i kompromisów terytorialnych.

Drugą kartą Rosji jest zastraszanie, że wciągną świat w III wojnę światową. I tu włączają się opowieści o wagnerowcach, broni atomowej i śmigłowcach na terenie Polski. Rosja wciąż ma nadzieję, że uda jej się zastraszyć świat. Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej oczywiste staje się dla wszystkich, że retoryka eskalacji nie działa. Wyobraź sobie, że na ulicy chuligan wyciąga nóż i krzyczy, że kogoś zabije. Na początku to przerażające. Ale biega przez godzinę z tym nożem i nic nie robi. A potem jest po prostu postrzegany jako szaleniec, którego nikt się nie boi. Tak samo jest z Rosjanami.

Czy naprawdę nie ma rozmów o rozmowach pokojowych?

Na poziomie oficjalnym oczywiście ich nie ma. Myślę, że na Zachodzie są tacy, którzy by tego chcieli. Ale ten temat nie jest poruszany na głos.

Już dziś poruszyliśmy temat dronów uderzających w domy w Moskwie. Pytam więc: kto to robi, jakie są cele ataków i czy są jakieś rezultaty?

Ogólnie mogę odpowiedzieć na to pytanie, cytując naszego prezydenta: "wojna wraca tam, skąd się wzięła". Jeśli Rosjanie myśleli, że mogą spokojnie niszczyć Ukraińców oraz nasze miasta i jednocześnie pić wódkę na kanapie, to tak nie jest.

Ale w tej sprawie chcę powiedzieć trzy rzeczy. Po pierwsze, nie jesteśmy Rosjanami i nasze działania nie będą szkodzić cywilom. Po drugie, nigdy nie uchylamy się od zobowiązań wobec naszych zachodnich partnerów i nie używamy otrzymanej broni do działań wojskowych poza suwerennym terytorium Ukrainy. I po trzecie, nie mamy planów podboju Rosji.

Dlatego wszystkie nasze działania militarne traktujemy wyłącznie przez pryzmat konieczności deokupacji naszych terytoriów. Mamy prawo do samoobrony zgodnie z kartą ONZ, zgodnie ze wszystkimi boskimi i ludzkimi prawami, mamy prawo osłabiać wroga w dostępny nam sposób.

onet.pl

Jeszcze niecałe dziesięć lat temu relacje na linii Moskwa–Nowe Delhi mogły być opisywane przez tak rosyjskich, jak i indyjskich analityków jako politycznie bezproblemowe. Żadne inne mocarstwo nie było dla Rosji równie komfortowym partnerem jak Indie. Pierwsze rysy na stosunkach pomiędzy oboma państwami zaczęły pojawiać się w połowie drugiej dekady XXI wieku, co wynikało z rosnącej potęgi Chin (z którymi Indie są skonfliktowane), narastającej asertywności polityki zagranicznej Pekinu, a także zacieśniania więzi rosyjsko-chińskich i postępującego zbliżenia między Indiami a Stanami Zjednoczonymi.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że pełnowymiarowa wojna, jaką rozpoczęła FR przeciwko Ukrainie, przyczyniła się do dalszego wzmocnienia relacji na linii Moskwa–Nowe Delhi. Jednakże, wbrew oficjalnej retoryce, podstawy rosyjsko-indyjskiego „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego” koroduje kilka czynników i jego erozja będzie postępować.

Kultywowanie bliskich powiązań z Indiami należało do głównych celów azjatyckiej polityki Władimira Putina. Podczas pierwszej oficjalnej wizyty w tym kraju, jesienią 2000 r. – niecałe pół roku po objęciu urzędu prezydenta – podpisał on z tamtejszym premierem deklarację o strategicznym partnerstwie. Najważniejszym jego elementem miały być coroczne spotkania na szczycie, odbywające się na przemian w obu państwach. Coroczny rytm tych wizyt udało się utrzymać do 2021 r. włącznie. W 2010 r. – w ramach ogłoszonego wówczas przez Moskwę „zwrotu na Wschód” – relacje z Nowym Delhi podniesiono oficjalnie do rangi „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego”.

Z perspektywy Kremla rozwijanie owego „strategicznego partnerstwa” z Indiami było częścią podważania pozycji Stanów Zjednoczonych, które rosyjskie elity postrzegały jako aktora nie tylko nadmiernie silnego, lecz także próbującego wykorzystać swoją przewagę do wpływania na procesy polityczne w samej Rosji. Politykę tę Moskwa realizowała pod szyldem wspierania rzekomo „naturalnej” i „obiektywnej” ewolucji systemu międzynarodowego ku tzw. ładowi wielobiegunowemu. Kreml szukał partnerów, którym również nie podobała się dominująca rola USA w pozimnowojennym systemie międzynarodowym i którzy gotowi byli wspierać się wzajemnie w kontestowaniu amerykańskiej potęgi. W wyobrażeniach rosyjskich elit relacje z Indiami miały też służyć równoważeniu pozycji Chin, których wzrost dostrzeżono i doceniono w Moskwie już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Putin kontynuował kurs oparty na tych założeniach, choć ograniczył „wielobiegunowościową” retorykę i – przynajmniej do 2007 r. – odżegnywał się od intencji rewizjonistycznych.

W Indiach rosyjska oferta tak rozumianego partnerstwa strategicznego znalazła podatny grunt. Silna bowiem była tam pamięć o poparciu, jakiego ZSRR udzielał temu państwu w obliczu zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej presji. Indie miały swoje spory ze Stanami Zjednoczonymi oraz ambicje mocarstwowe – w wymiarze tak regionalnym, jak i globalnym. Podstawę strategicznego partnerstwa Moskwy i Nowego Delhi stanowiły więc wspólna niechęć do zbyt silnej pozycji Waszyngtonu, dążenie do posiadania jak największej swobody w odniesieniu do mniejszych sąsiadów i w polityce wewnętrznej oraz antyzachodnie resentymenty. Dlatego też koncepcja wielobiegunowego ładu była atrakcyjna dla Indii. Ponadto dla obu stron ich wzajemne stosunki miały także służyć jako przeciwwaga dla rosnącej potęgi Chin. W Moskwie panowało w związku z tym przekonanie o pełnej zbieżności międzynarodowych interesów jej i Nowego Delhi.

Słabym punktem tego partnerstwa strategicznego była niewielka współpraca gospodarcza. Chociaż obroty handlowe w okresie 2009–2012 wzrosły z 7,5 do 11 mld dolarów, to w latach 2013 i 2014 spadły do odpowiednio 10,1 i 9,5 mld dolarów. Stanowiło to zaledwie 1,2% handlu zagranicznego Rosji i nie sięgało nawet 1% indyjskiego. Równie niski był poziom wzajemnych inwestycji: w latach 2000–2015 indyjskie inwestycje w Rosji wyniosły 8 mld dolarów, a rosyjskie w Indiach – 4 mld dolarów. Gros indyjskich przypadał na sektor energetyczny (4,5 mld dolarów). Największe poczynił państwowy koncern paliwowy OVL: w 2001 r. zakupił 20% udziałów w projekcie Sachalin-1, a w 2008 r. nabył za 2,6 mld dolarów spółkę Imperial Energy eksploatująca złoża w zachodniej Syberii. Głównym filarem rosyjsko-indyjskiego partnerstwa była i jest kooperacja wojskowo-techniczna.

Do fundamentów rosyjsko-indyjskiego partnerstwa strategicznego należała – oprócz pozytywnej tradycji relacji sowiecko-indyjskich – zbieżność celów międzynarodowych. Z czasem pamięć o tych pierwszych powoli się jednak zacierała, a ewolucja sytuacji międzynarodowej popychała elity obu państw w odmiennych kierunkach. Zmiany, zwłaszcza te zachodzące po kryzysie gospodarczym 2008–2009, zaczęły wpływać na zachowanie i pozycję ważnych aktorów międzynarodowych oraz kontekst relacji rosyjsko-indyjskich. Za najistotniejszą należy uznać wzrost potęgi i asertywności Chin przy względnym osłabieniu Stanów Zjednoczonych. Zbiegło się to z rosnącymi napięciami pomiędzy Rosją i Zachodem, którym towarzyszyło dalsze zacieśnianie więzi między Pekinem i Moskwą. Ich „strategiczne partnerstwo” zaczęło przekształcać się w antyamerykański quasi-sojusz, w którym Rosja powoli stawała się „młodszym” partnerem ChRL.

Nowe Delhi zareagowało na wzrost siły i agresywności Chin odwrotnie niż Moskwa – zamiast strategii „przyłączania się do silniejszego” (bandwagoning) wybrało politykę balansowania, nawiązując strategiczną (w tym wojskową) współpracę z USA i ich azjatyckimi sojusznikami. Zinstytucjonalizowała się ona w 2017 r. pod postacią Czterostronnego Dialogu Bezpieczeństwa (tzw. Quad).

Wprowadzona przez Indie dywersyfikacja importu broni silnie uderzyła w rosyjskie interesy. Konsekwencją był powolny, ale stały spadek udziału FR w dostawach uzbrojenia nad Ganges. W latach 2012–2016 wynosił on 68%, a w roku 2022 obniżył się do 59%.

Ze strony indyjskiej pojawiły się pretensje dotyczące jakości dostarczanej przez Rosję produkcji przemysłu obronnego, serwisowania dostarczonego sprzętu oraz opóźnień w dostawach części zapasowych. Ponadto Indie zaczęły wysuwać postulat fundamentalnej zmiany charakteru współpracy wojskowo-technicznej – przejścia do wspólnego projektowania i koprodukcji połączonej z transferem wysokich technologii.

Na skutek przesunięć w relacjach i układzie sił w czworoboku Chiny–Stany Zjednoczone–Rosja–Indie między Moskwą i Nowym Delhi po raz pierwszy pojawiły się istotne rozbieżności. Ta pierwsza postrzegała zacieśniającą się współpracę Indii i USA jako sprzeczną z jej interesami, tym bardziej że towarzyszyło temu opisane wyżej osłabienie rosyjskiej pozycji na indyjskim rynku broni. Kremlowska dyplomacja, ostro atakując amerykańskie inicjatywy w regionach Azji i Pacyfiku, przedstawiała zbliżenie na linii Nowe Delhi–Waszyngton w kategoriach „wciągania” Indii przez Amerykanów do antychińskiej koalicji, a tym samym traktowała je jak bierny obiekt amerykańskiej polityki. Szczególnie toksycznie na wzajemne stosunki oddziałuje odrzucenie przez Moskwę koncepcji Indo-Pacyfiku (rozwijania współpracy pomiędzy Indiami, Stanami Zjednoczonymi, Japonią i Australią), która „dla indyjskich elit politycznych jest jednym z filarów polityki zagranicznej i przedmiotem uzasadnionej dumy”. Z kolei Nowe Delhi negatywnie odnosiło się do chińskiego projektu Pasa i Szlaku (One Belt, One Road, OBOR) oraz do zgody Rosji na jego „sprzężenie” z Euroazjatycką Unią Gospodarczą (EUG). Indie widziały w OBOR zawoalowany neoimperialny projekt Pekinu służący budowaniu przezeń hegemonii na kontynencie eurazjatyckim i obawiały się, że „sprzężenie” OBOR z EUG będzie prowadziło do coraz wyraźniejszego dominowania Rosji przez ChRL.

Kolejną kwestią zakłócającą relacje indyjsko-rosyjskie stało się zainicjowane przez Moskwę „odmrożenie”, a następnie rozbudowa jej relacji z Pakistanem, uważanym przez Nowe Delhi za egzystencjalne zagrożenie. Co więcej, Islamabad to klient Pekinu, więc wspomaganie go przez Rosję wygląda z perspektywy Indii na wspieranie nie tyle Pakistanu, co Chin przeciwko Nowemu Delhi. W jego ocenie wszystko to „podcina tradycyjnie głębokie geopolityczne wzajemne zrozumienie [Rosji] z Indiami w regionie”.

Opisane powyżej problemy już w 2017 r. skłaniały analityków z obu krajów do wysunięcia postulatu o konieczności „resetu” stosunków bilateralnych. W raporcie przygotowanym wówczas pod auspicjami rosyjskiego państwowego think tanku indyjski ekspert wskazywał na potrzebę „zrewidowania relacji indyjsko-rosyjskich na nowej, zorientowanej na perspektywę podstawie”. Rosyjski „kurator” projektu (generał rezerwy Służby Wywiadu Zagranicznego Wiaczesław Trubnikow) stwierdził zaś, że „istniejący model współdziałania w dużym stopniu wyczerpał się”, w związku czym należy go „wyprowadzić na nowy poziom, w pełnej mierze odpowiadający realiom światowej polityki XXI wieku”.

Strona indyjska co najmniej dwukrotnie próbowała zintensyfikować relacje gospodarcze z Rosją. W tym celu premier Narendra Modi osobiście wziął udział w dwóch flagowych rosyjskich imprezach ekonomicznych w 2016 i 2019 r. Przyniosło to pewne rezultaty. Firmy znad Gangesu zwiększyły swój udział w rosyjskim sektorze energetycznym, nabywając udziały w złożach Wankor i Taas-Jurjach, co podniosło wartość własnych inwestycji do 16 mld dolarów. Z kolei państwowa spółka Rosnieft’ kupiła w 2017 r. za 12,9 mld dolarów 49% udziałów w indyjskiej firmie energetycznej Essar Oil Ltd. i stała się akcjonariuszem drugiej największej rafinerii w tym kraju. W konsekwencji suma wzajemnych inwestycji przekroczyła 30 mld dolarów.

Wzrosły także obroty handlowe – ponownie osiągnęły one poziom 11,2 mld dolarów w 2019 r. i doszły do 13,6 mld w 2021 r. (1,7% obrotów handlowych FR). Wymiana gospodarcza pozostawała jednak niska, zwłaszcza w porównaniu z rosyjsko-chińską, która w 2021 r. przekroczyła 140 mld dolarów (prawie 17% obrotów FR). Nie uległ też zmianie dotychczasowy model ekonomiczny stosunków indyjsko-rosyjskich, polegający na realizacji przez państwowe koncerny projektów uzgodnionych na szczeblu międzyrządowym. Istotną zmianę w reżimie handlowym zapowiedziało natomiast rozpoczęcie w 2015 r. konsultacji na temat ewentualnego zawarcia porozumienia o wolnym handlu między Indiami a EUG, czego jednak nie udało się dotychczas zrealizować.

Pewne sukcesy odnotowano również w sferze współpracy wojskowej. W 2019 r. uruchomiono w Indiach wspólną produkcję automatów Kałasznikowa, a w 2018 r. zawarto kontrakt na dostawę systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Ten ostatni miał także wymowę symboliczną, ponieważ wcześniej Rosja podobne systemy sprzedała Chinom. Ponadto w grudniu 2021 r. podpisano nowy 10-letni program współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2030 i powołano mechanizm konsultacji polityczno-strategicznych w formie corocznych spotkań ministrów spraw zagranicznych i obrony. Zapowiedziano też porozumienie, które umożliwiałoby wzajemne korzystanie z baz i infrastruktury logistycznej. Wydawać się więc mogło, że wysiłki Nowego Delhi zmierzające do tego, aby poprzez rozszerzanie współpracy z Moskwą zahamować jej zbliżenie z Pekinem, przyniosły przynajmniej częściowe efekty.

Przy powierzchownym spojrzeniu można odnieść wrażenie, że zmasowany atak zbrojny Rosji na Ukrainę potwierdził lub nawet umocnił rosyjsko-indyjskie „szczególnie uprzywilejowane partnerstwo strategiczne”. Przy bliższej analizie widać jednak, że podlega ono dalszej erozji. Moskwa i Nowe Delhi znajdują się na rozbieżnych trajektoriach w odniesieniu do głównej osi „porządkującej” konfigurację sił na arenie międzynarodowej, jaką jest rywalizacja Pekinu i Waszyngtonu. Wojna Rosji z Ukrainą i jej ostra konfrontacja z Zachodem powodują dalsze zacieśnienie rosyjsko-chińskiego quasi-sojuszu, a zarazem zwiększają jego asymetrię na korzyść ChRL. Indie odwrotnie: intensyfikują relacje z USA, a ich napięcia z Pekinem nie słabną. Sugerowane przez niektórych rosyjskich ekspertów wykorzystanie przez FR stosunków z Indiami do zatrzymywania procesu formowania się bipolarnego – amerykańsko-chińskiego – systemu międzynarodowego i budowania ładu policentrycznego (co pozostaje oficjalnym celem rosyjskiej polityki zagranicznej) nie ma szans na realizację.

Na pierwszy rzut oka po 24 lutego 2022 r. rosyjsko-indyjskie partnerstwo zadziałało bez zarzutu. Nowe Delhi nie potępiło i nie krytykuje wprost agresji na Ukrainę, nie przyłączyło się do zachodniej izolacji dyplomatycznej Moskwy, a także sześciokrotnie wstrzymało się od głosu na forum ONZ (Rada Bezpieczeństwa, Zgromadzenie Ogólne), gdy na agendzie stanęły krytyczne wobec Moskwy rezolucje. Co najistotniejsze dla FR, odmówiło też przyłączenia się do zachodnich sankcji ekonomicznych, a nawet podpisało się pod sprzeciwiającymi się im rezolucjami przyjętymi przez BRICS i Szanghajską Organizacją Współpracy. Również w G-20 Indie dążyły do tego, aby sprawa rosyjskiej inwazji została wyłączona z porządku obrad.

Najbardziej spektakularnym skutkiem wojny był ogromny wzrost rosyjsko-indyjskich obrotów handlowych. W okresie od kwietnia 2022 r. do kwietnia 2023 r. zwiększyły się one 2,5-krotnie, osiągając wartość prawie 50 mld dolarów. Wydawałoby się, że w ten sposób spełniły się postulaty obu stron, aby stworzyć solidne ekonomiczne podstawy wzajemnych relacji. Ten wzrost obrotów był jednak konsekwencją ponad czterokrotnego wzrostu eksportu rosyjskich surowców i półproduktów (przede wszystkim ropy naftowej, oleju napędowego, ale także węgla, nawozów sztucznych i metali) do wartości 46,3 mld dolarów. Udział rosyjskiej ropy w indyjskim imporcie wzrósł z 0,2% przed lutym 2022 r. do 45% w czerwcu 2023 r., osiągając poziom ok. 2,2 mln baryłek na dobę. Jednocześnie rosyjski import z Indii spadł o 12% i wyniósł niecałe 3 mld dolarów. Nie uległa więc zmianie struktura handlu, a wzrost obrotów był konsekwencją doraźnego wykorzystania przez Nowe Delhi korzystnej koniunktury cenowej, a zwłaszcza tego, że zachodnie restrykcje zmusiły Rosję do sprzedaży ropy ze znacznym upustem.

Paradoksalnie znaczący proficyt, który pojawił się w handlu FR z Indiami, stał się poważnym problemem dla obu stron. Chcąc uniknąć amerykańskich sankcji, zgodziły się one na opłacanie indyjskiego importu w niewymienialnych rupiach. W rezultacie rosyjskie firmy zakumulowały na rachunkach bankowych w Indiach rupie stanowiące równowartość ok. 40 mld dolarów i jak dotąd nie udało się uzgodnić mechanizmu ich wymiany na inne waluty. Nowe Delhi chciałoby, aby środki te zostały zainwestowane w kraju, na co z kolei nie godzi się strona rosyjska. Warto też zwrócić uwagę, że zainicjowane jeszcze w 2017 r. rozmowy na temat porozumienia o wolnym handlu w praktyce zawieszono. Nawet zwiększony import ropy Indie traktują jako zjawisko przejściowe, o czym świadczy brak inwestycji w rozwijanie możliwości przeróbki rosyjskiego surowca.

Ten stan rzeczy stoi w rażącym kontraście z rozwojem relacji ekonomicznych Indii ze Stanami Zjednoczonymi, których motorem jest prywatny biznes. Przynoszą one stronie indyjskiej coraz więcej amerykańskich inwestycji i obejmują pogłębioną współpracę w dziedzinie wysokich technologii. Ten przyszłościowy i strategiczny charakter więzi ekonomicznych Nowego Delhi z Waszyngtonem został potwierdzony i wzmocniony podczas ostatniej wizyty premiera Modiego w USA na początku lipca br.

Wojna odbiła się negatywnie na indyjsko-rosyjskiej współpracy wojskowej. Przede wszystkim pojawiły się opóźnienia w dostarczaniu komponentów i części zapasowych z FR. Najbardziej spektakularnym przejawem trudności spowodowanych konfliktem jest opóźnienie dostawy dwóch ostatnich (z pięciu zakontraktowanych) dywizjonów systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Indie zamroziły także rozmowy o kontrakcie na rosyjskie helikoptery. Co więcej, nie doszło do zapowiedzianego w grudniu 2021 r. zawarcia umowy o współpracy logistycznej. Nie została też notyfikowana sygnowana w tym samym czasie umowa o współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2031. Odwołane (formalnie „przełożone” na 2023 r.) zostały również coroczne wspólne manewry wojskowe „Indra”, które w 2022 r. miały się odbyć w obwodzie królewieckim.

Mimo że Nowe Delhi nie przyłączyło się do zachodniej polityki izolacji dyplomatycznej Moskwy, to intensywność kontaktów między nimi uległa wyraźnemu zmniejszeniu. Przede wszystkim doszło do bezprecedensowej przerwy w cyklu corocznych wizyt na szczeblu przywódców. W 2022 r. premier Modi bez podania przyczyn nie przyjechał do Rosji i wszystko wskazuje, że nie dojdzie do tego także w tym roku. Nie ma też żadnych oznak, aby prezydent Putin wybierał się osobiście na organizowany przez Indie we wrześniu szczyt G-20. Po 24 lutego 2022 r. obaj politycy spotkali się tylko raz, przy okazji szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Samarkandzie we wrześniu 2022 r., przy czym Modi pośrednio publicznie skrytykował politykę Kremla, oświadczając, że w dzisiejszej erze wojna nie jest właściwym narzędziem polityki. W 2022 r. nie przeprowadzono również zainicjowanych rok wcześniej konsultacji ministrów obrony i spraw zagranicznych (2+2). Pogłębiła się także atrofia trilogu Rosja–Chiny–Indie, który według opinii indyjskiego eksperta „zwiądł”. Pojawiły się też poważne różnice pomiędzy Moskwą i Pekinem a Nowym Delhi wewnątrz formatu BRICS: pierwsze dwie stolice dążą do rozszerzenia tego klubu, pragnąc przekształcić go w antyzachodnią platformę, co napotyka opór dyplomacji indyjskiej.

Wojna Rosji z Ukrainą tylko pogłębiła zarysowujące się już wcześniej problemy w relacjach rosyjsko-indyjskich. Ich fundamentalną przyczyną jest to, że priorytet Nowego Delhi i Moskwy stanowi zacieśnienie więzi odpowiednio z Waszyngtonem i Pekinem. W obu stolicach ten wybór priorytetowego partnera jest postrzegany w kategoriach egzystencjalnych. Zaostrzanie się strukturalnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej prowadzi więc do trudności w stosunkach rosyjsko-indyjskich.

Dla Moskwy zachowanie jak najlepszych i najbliższych relacji z Indiami to oczywisty imperatyw w sytuacji jej ostrego konfliktu z Zachodem i pogłębiającego się uzależnienia od chińskiego quasi-sojusznika. Nic jednak nie wskazuje na to, aby Kreml potrafił podjąć jakieś kroki, które powstrzymałyby proces ich powolnej erozji, a agresja na Ukrainę jeszcze ograniczyła jego możliwości i swobodę działania w tym zakresie. Z kolei Nowe Delhi próbuje, co zrozumiałe, jak najdłużej utrzymać sytuację, w której zacieśniając swoje strategiczne powiązania z Waszyngtonem, będzie mogło osiągać rozmaite profity z neutralności w konflikcie FR ze Stanami Zjednoczonymi. Wydaje się jednak, że narastająca polaryzacja systemu międzynarodowego oraz coraz bardziej ograniczone możliwości zaspokajania przez Rosję rosnących potrzeb Indii (wysokie technologie, inwestycje, kooperacja przemysłowa) będą nieuchronnie prowadzić do dalszej erozji stosunków między nimi.

osw.waw.pl