piątek, 24 lutego 2023


Jeżeli ofensywa rosyjska na Ukrainę w 2022 roku nie zakończyła się sukcesem to trudno przypuszczać, by stało się to możliwe dwanaście miesięcy później. Rosjanie w międzyczasie doprowadzili bowiem swoją armię do stanu, który technologicznie wcale nie odbiega od czasów Związku Radzieckiego.

Armia ta w porównaniu do sił z 24 lutego 2022 roku jest słabiej wyposażona, gorzej wyszkolona i co najważniejsze, brak w niej jakiejkolwiek motywacji do walki. Trzeba bowiem pamiętać, że rosyjscy żołnierze wchodząc na Ukrainę rok temu nie zdawali sobie często sprawy gdzie są, a dodatkowo mieli w dużej części wpojone, że są drugą armią świata i to co robią - robią dla dobra Ukraińców, którzy dodatkowo czekają na nich z otwartymi ramionami.

Teraz Rosjanie dobrze wiedzą, że idą na wojnę z krajem nastawionych do nich bardzo wrogo, że naprzeciwko nich stoi ukraińska armia, która jest lepsza od tej sprzed dwunastu miesięcy, która ma nowocześniejsze od nich uzbrojenie, jest lepiej wyszkolona i ostrzelana, ma lepsze dowództwo oraz która jest zmotywowana do walki – nie mając po prostu innego wyjścia.

Dodatkowo coraz większa część z nich już wie, że Rosji nie udało się i nie uda osiągnąć praktycznie żadnego celu strategicznego, jakie założono sobie przy rozpoczęciu operacji, a więc ta wojna nie miała po prostu sensu. Kraje zachodnie się bowiem jeszcze bardziej skonsolidowały, NATO nie tylko nie odsunęło się od rosyjskich granic, ale zbliżyło poprzez spodziewane wyjście do NATO Finlandii i Szwecji, a przewaga technologiczna pomiędzy zachodnim, a rosyjskim przemysłem coraz bardziej się pogłębia i jest to proces na lata nieodwracalny.

Rosjanie mają też świadomość, że obecnie nie ma żadnych szans, by Ukraina zeszła z drogi prowadzącej ją do Unii Europejskiej i NATO. Widać to szczególnie w przypadku ukraińskich sił zbrojnych, które sukcesywnie przestawiają się na natowskie standardy, szczególnie jeżeli chodzi o taktykę działania, proces szkolenia, systemy dowodzenia i łączności oraz wykorzystywaną amunicję. Dzięki temu Ukraińcy uzyskali m.in. dostęp do niewyczerpanych jak na razie, natowskich zasobów uzbrojenia, których na pewno nie mieliby pozostając jedynie przy systemach postsowieckich.

Ten przeskok jest szczególnie widoczny w dwóch dziedzinach: artylerii rakietowej i lufowej oraz obronie przeciwpancernej.

Konwencjonalna artyleria rakietowa i pociski balistyczne są tym, czym Federacja Rosyjska od dawna straszyła nie tylko Ukrainę, ale również całą Europę. Rosjanie chwalili się więc swoimi systemami rakiet taktycznych 9K720 „Iskander", zorganizowali w Syrii kilka pokazów możliwości pocisków manewrujących 3M14 systemu „Kalibr", straszyli pociskami hipersonicznymi „Cirkon" i „Kinżał" oraz okresowo prezentowali na poligonach masowe wykorzystanie systemów rakietowych ognia salwowego: BM-21 „Grad", 9A52-4 „Tornado", BM-27 „Uragan" i BM-30 „Smiercz" (np. na sierpnia 2020 roku w czasie pokazu zorganizowanego na poligonie Kapustin Jar dla rosyjskiej generalicji). Wojna w Ukrainie udowodniła jednak coś zupełnie innego.

Nieumiejętny wybór celów przez Rosjan oraz próby atakowania całego ukraińskiego terytorium doprowadziły do sytuacji, w której zasoby nowoczesnych, taktycznych rakiet balistycznych oraz rakiet manewrujących bardzo szybko się skończyły. Federacja Rosyjska musi więc teraz organizować ostrzał okresowo, bardziej dla pokazu niż z myślą o rzeczywistym zniszczeniu woli walki u Ukraińców.

Za niewątpliwy błąd wskazuje się także atakowanie przez Rosjan ukraińskich miast, a nie samego wojska. „Tracono" więc amunicję terroryzując ludność cywilną, ale nie ograniczając zdolności działania ukraińskiej armii i przy okazji, choć niezamierzenie, całkowicie zmieniając postrzeganie tego konfliktu przez kraje zachodnie. Takie podejście nie było jednak spowodowane jedynie brutalnością rosyjskiego wojska, ale również efektem braku odpowiedniego systemu wskazywania celów. Rosjanie nie atakowali więc obiektów wojskowych, ponieważ po prostu tego nie potrafili: nie wiedząc, gdzie one się znajdują lub nie mając dostatecznie precyzyjnego uzbrojenia.

Przeciwieństwem tego byli Ukraińcy. Ich uzbrojenie rakietowe w pierwszym momencie wojny opierało się na systemach wywodzących się jeszcze z czasów sowieckich: np. systemach ognia salwowego BM-30 „Smiercz" (70 egzemplarzy) i BM-21 „Grad" oraz wyrzutniach rakiet balistycznych OTR-21 „Toczka". Zestawy te pomimo wieku i stosunkowo małej liczby, skutecznie atakowały wojska rosyjskie chociaż nie mogły definitywnie wpłynąć na przebieg działań. Przykładem tego jest system „Toczka", który może być odpowiedzialny za zatopienie 24 marca 2022 roku w porcie Berdiańsk dużego okrętu desantowego „Saratow", zniszczenie magazynu paliwa w Ługańsku, atak na rosyjską bazę lotniczą w Millerowie koło Rostowa i uderzenie na zgrupowanie rosyjskich wojsk koło Białej Cerkwi.

Ukraińcy posiadają również swoje własne, nowoczesne rozwiązania jak np., system „Wilcha" z rakietami kalibru 300 mm naprowadzanymi na GPS, jednak w zbyt małej liczbie jak na potrzeby wojny z Rosją. Te środki pomagały w zatrzymaniu rosyjskiej ofensywy, ale nie pozwalały na odzyskiwanie utraconych terenów. Dodatkowo działającym samodzielnie Ukraińcom bardzo szybko groziło wyczerpanie zapasów amunicji.

W tym przypadku szybko pomogła pomoc zagraniczna - w tym z Polski, która dostarczyła do Ukrainy kilkadziesiąt wyrzutni BM-21 „Grad" już wiosną 2022 roku. Prawdziwa zmiana nastąpiła jednak po przekazaniu przez Amerykanów wyrzutni HIMARS na podwoziu kołowym, a później przez kraje zachodnie ich wcześniejszej wersji gąsienicowej: niemieckich MARS II i brytyjskich M270 MLRS . Dostarczona razem z nimi amunicja precyzyjna pozwoliła na praktyczne odcięcie rosyjskich linii dostaw i niszczenie zgrupowań znajdujących się nawet w odległości 90 km.

Do spektakularnych sukcesów ukraińskich artylerzystów rakietowych można zaliczyć chociażby zniszczenie koszar kadyrowców w miejscowości Kairy koło Chersonia w październiku 2022 roku, bazy rosyjskich żołnierzy koło Melitopola 2 stycznia 2023 roku oraz bazy mobików w Makiejewce 3 stycznia 2023 roku (gdzie zginęło ponad 400 Rosjan, a 300 zostało rannych ).

Najważniejszym, bezpośrednim skutkiem umiejętnego wykorzystania HIMARS-ów było jednak odzyskanie przez Ukraińców całego zachodniego brzegu Dniepru z Chersoniem, przy stosunkowo małych stratach. Osiągnięto to poprzez systematycznie niszczenie precyzyjnymi rakietami mostów i przepraw na rzece, dzięki czemu rosyjskie wojska zostały pozbawione stałych dostaw amunicji i paliwa. Rosjanie musieli więc się wycofać i to dodatkowo działając w panice. Scenariusz ten może zostać powtórzony na wschodnim brzegu Dniepru, po przekazaniu przez Amerykanów rakiet o zasięgu większym niż 150 km. Wtedy będzie można bowiem odciąć dostawy z Krymu dla wojsk zgrupowanych w Południowej Ukrainie i wziąć je w okrążeniu po przebiciu się do Morza Azowskiego (np. w kierunku Melitopolu).

Rosyjska przewaga miała być również widoczna w systemach artyleryjskich – w których szczególną rolę przypisywano armatohaubicom 2S19 Msta-S kalibru 152 mm oraz ich następcom 2S35 Koalicja-SW. I nie chodziło to wcale o jakość ale przede wszystkim o ogromną ilość środków ogniowych, jaką miały do dyspozycji rosyjskie wojska.

Później jednak, tracąc ogromne ilości nowszego sprzętu, Rosjanie musieli zacząć sprowadzać także stare systemy ogniowe, takie jak chociażby, stare wyrzutnie „Grad" na podwoziu Ził, ciężkie moździerze 2S4 „Tulipan" kalibru 240 mm oraz samobieżne, ciężkie armaty 2S7M „Małka" kalibru 203 mm. Tak stare systemy okazały się ostatecznie mało celne jednak użyte w dużej ilości tworzyły coś na kształt „walca ogniowego", zmuszającego ukraińskich żołnierzy do wycofywania się z pozycji obronnych.

Podobnie, choć słabiej wyposażona artyleria ukraińska, nie miała szans zmienić tego obrazu walki tym bardziej, że własny przemysł nie miał możliwości zabezpieczenia dostaw zużywanej na masowa skalę amunicji (np. kalibru 152 mm). W pierwszych miesiącach wojny Ukraińcom udało się jednak zatrzymać rosyjską ofensywę, pomimo że mieli do dyspozycji jedynie nie najnowsze systemy artyleryjskie. W przypadku armat holowanych kalibru powyżej 100 mm były to: armaty D-20 kalibru 152 mm (130 egzemplarzy ), 2A36 Hiacynt-B kalibru 152 mm (180 egzemplarzy ), 2A65 Msta-B kalibru 152 mm (180 egzemplarzy) i D-30 kalibru 122 mm (75 egzemplarzy).

W przypadku systemów samobieżnych były to armaty 2S7 Pion kalibru 203 mm (96 egzemplarzy), ukraińska armatohaubica na podwoziu kołowym kalibru 155 mm 2S22 Bogdana (jeden egzemplarz użyty bojowo m.in. do ostrzeliwania Wyspy Węży), armatohaubice: 2S3 Akacja kalibru 152 mm (256 egzemplarzy), 2S5 Hiacynt-S kalibru 152 mm (18 egzemplarzy), 2S19 Msta-S (59 egzemplarzy) i 2S1 Goździk kalibru 122 mm (292 egzemplarze). Razem było to więc nieco ponad 1200 zestawów ogniowych. Gdy się weźmie pod uwagę fakt, że do 20 lutego 2023 roku Rosjanie utracili ponad 2330 systemów artyleryjskich, to widać że rosyjska przewaga liczebna była w tej dziedzinie ogromna.

Ale znowu sytuację odwróciły dostawy z krajów zewnętrznych – i to wcale nie tylko zachodnich. Szczególnie ważne było przekazanie Ukrainie pierwszych systemów artyleryjskich kalibru 155 mm, które uzupełniły pojedynczą Bogdanę – w tym tak nowoczesnych jak polskie, samobieżne armatohaubice Krab, słowackie Zuzana 2, niemieckie PzH 2000 i francuskie Caesar oraz starsze zestawy gąsienicowe M109A3/A4/A5 przekazane przez Norwegię i Wielką Brytanię (zakupione od Belgii), (i liczne holowane działa M777 - przyp. red.).

Mają one najczęściej zasięg do 40 km, a więc większy niż powszechnie wykorzystywane w Rosji armatohaubice 2S19 Msta-S (o donośności 25-29 km). Oznacza to, że ukraińscy artylerzyście mogli niszczyć rosyjskie zestawy ogniowe spoza zasięgu ich skutecznego ognia, co jest bezlitośnie wykorzystywane. Rosjanie próbowali tę różnicę zniwelować nowym sprzętem, ale nie zdążyli. Szacuje się bowiem, że do wojsk rosyjskich udało się wprowadzić jedynie około 50 zestawów samobieżnych typu 2S33 Msta-SM2, których zasięg zwiększono podobno do 40 km. Nawet połowa tych zestawów została jednak zniszczona lub zdobyta przez Ukraińców, którzy później wprowadzili je do swoich oddziałów. Z kolei najnowsze, rosyjskie rozwiązanie – armatohaubica 2S35 Koalicja-SW jak na razie nie została wprowadzona na uzbrojenie rosyjskiej armii.

Nie udała się też rosyjska próba szerszego wprowadzenia artyleryjskiej amunicji precyzyjnej. Naprowadzane laserowo pociski 2K25 Krasnopol były bowiem wykorzystywane przez Rosjan na Ukrainie bardzo rzadko, pomimo że były one dostarczane na front i później zdobywane przez Ukraińców. Stało się tak pomimo wcześniejszych rosyjskich przekazów o pracach nad ulepszoną wersją Krasnopola, ze zwiększoną donośnością, celnością, siłą rażenia i odpornością na zakłócenia.

W rzeczywistości te zapowiedzi nie przeniosły się na zmianę taktyki działania rosyjskiej artylerii, w której nadal mniej liczy się na celność a więcej - zmasowany ostrzał dużą liczbą pocisków rakietowych. I stało się tak pomimo wcześniejszych doświadczeń z wojny w Syrii (np. w okolicach Daesh i Idlib), gdzie Krasnopol według Rosjan okazał się bardzo skuteczny. Na Ukrainie nie odniósł on jednak sukcesów, które pozwoliłyby zmienić przebieg działań.

Zupełnie inaczej postępują Ukraińcy, którzy mając mniej jednostek ogniowych muszą się bardziej skupić na celności, niż ilości wystrzałów. Jest to zrozumiałe chociażby z tego powodu, że ukraińscy artylerzyści starają się chronić swoje domy i infrastrukturę. W odróżnieniu od Rosjan wiedzą bowiem, że mieszkają tam ludzie, a po wojnie wszystko to będą musieli odbudować.

Robi się to działając według czterech głównych zasad. Po pierwsze Ukraińcy starają się jak najbardziej chronić własne środki ogniowe. Ukraińska artyleria zajmuje więc szybko pozycję, wykonuje zadanie i jak najszybciej ewakuuje się w odległe miejsce. Rosjanie mają więc dużą trudność w prowadzeniu ognia kontrbateryjnego i do skutecznych ataków na ukraińskie armaty i zestawy rakietowe dochodzi obecnie głównie z wykorzystaniem dronów kamikaze – w tym przede wszystkim typu Lancet, które są dodatkowo kierowane z innych dronów.

Po drugie Ukraińcy uzyskali ogromną przewagę nad Rosjanami jeżeli chodzi o rozpoznanie. Potrafią więc niszczyć w bardzo precyzyjnych uderzeniach stanowiska dowodzenia, miejsca dyslokacji rosyjskich żołnierzy, magazyny paliw i amunicji znajdujące się nawet kilkadziesiąt kilometrów od linii styku wojsk. Wpływ na to sam charakter prowadzonych działań, ponieważ w operacji obronnej wiadomo w miarę dokładnie, skąd może nadejść przeciwnik i jakimi drogami się musi przemieszczać. Jednak największe znaczenie ma umiejętne prowadzenie rozpoznania z wykorzystaniem danych sojuszniczych oraz informacji zdobytych przez działania specjalne i przede wszystkim – przez drony powietrzne.

Jest to związane z trzecią zasadą realizowania działań artyleryjskich przez Ukraińców, zakładającą prowadzenie precyzyjnego ognia przede wszystkim do dokładnie rozpoznanych i ulokowanych na mapie obiektów. Jest to możliwe, ponieważ w odróżnieniu od Rosjan Ukraińcy masowo wykorzystują drony w różny sposób pozyskiwane przez ukraińskie siły zbrojne. Dodatkowo są to nowoczesne bezzałogowce z bardzo precyzyjnymi systemami obserwacyjnymi, podczas gdy rosyjskie konstrukcje korzystają np. z komercyjnych aparatów fotograficznych (co udowodniono po rozłożeniu jednego z zestrzelonych dronów „Orłan-10").

W przypadku ukraińskich wojsk nie liczy się jednak tylko jakość, ale również nasycenie wojsk systemami rozpoznania. Ukraińscy żołnierze wspierani darami z krajów zachodnich potrafią obecnie skutecznie korzystać praktycznie ze wszystkiego co lata – w tym komercyjnych, „rekreacyjnych" kwadrokopterów (Rosjanie tez ich używają - przyp. red.). W ten sposób nawet najmniejsze pododdziały mogą otrzymać wsparcie artyleryjskie doprowadzając do niszczenia przeciwnika jeszcze przed dotarciem do linii styku wojsk. Drony potrafią bowiem w czasie rzeczywistym przekazać informacje o pozycjach nawet pojedynczych żołnierzy, a później raportować o skuteczności prowadzenia ognia i wprowadzać poprawki do momentu aż cel zostanie ostatecznie zniszczony.

Po czwarte ukraińskie wojska mają dzięki Amerykanom dostęp do precyzyjnej amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm Excalibur. Zwiększyło to skuteczność zwalczania pojedynczych celów z dokładnością do metra. Automatycznie przełożyło się to na krótszą obecność systemów artyleryjskich na stanowiskach ogniowych zwiększając ich przeżywalność. Mniejsze jest też zużycie luf i przede wszystkim amunicji, co upraszcza jej dostawy, które mogą się odbywać rzadziej.

Po czwarte Ukraińcy uzyskali dostęp do ogromnych zasobów amunicji natowskiej, przede wszystkim bezkolizyjnie przechodząc z kalibru 122 mm i 152 mm na 105 mm i 155 mm. Udało się to zrobić dzięki systemom artyleryjskim przekazanym przez kraje zachodnie, w tym: dużej ilości haubic M777 kalibru 155 mm oraz polowych haubic M119A3 kalibru 105 mm. Oczywiście ich ilość nie mogła dorównać temu czym dysponują Rosjanie. Jednak tą przewagę liczebną udało się zniwelować celnością, szybkością działania, automatyzacją kierowania ogniem oraz niezawodnością.

Pomogły w tym: wyszkolenie i „elastyczność" ukraińskich artylerzystów, którzy bez problemów wykorzystują nawet tak niekompatybilne systemy artyleryjskie, jak przekazane przez Chorwację stare armaty M-46 kalibru 130 mm. Dopóki są one bowiem sprawne i jest do nich dostępna amunicja to będą one wykorzystywane przez Ukraińców przeciwko rosyjskim agresorom.

Sukcesem Ukrainy było również to, że znaleźli dostawców pocisków, których nie można było pozyskać w dużej ilości z krajów natowskich. Przykładowo amunicję kalibru 122 mm (używaną np. w Goździkach) i rakietową kalibru 122 mm (dla systemu BM-21 „Grad") sprowadzano m.in. z Pakistanu.

Największa zmiana jakościowa ukraińskiej armii jest widoczna w przypadku systemów przeciwpancernych. W momencie ataku zdarzały się bowiem przypadki, gdy ukraińskie taktyczne grupy bojowe stawały naprzeciwko rosyjskim wojskom mając do dyspozycji tylko broń strzelecką oraz granatniki ręczne klasy RPG o zasięgu kilkudziesięciu metrów i niewielkiej skuteczności. Na drogach dojazdowych do Kijowa stały też w korkach setki rosyjskich pojazdów i nie były one niszczone w taki sposób, jak kilka miesięcy później.

Ukraińcy ratowali się więc na początku wykorzystując posowieckie rakiety przeciwpancerne 9M111 Fagot jak również krajowej produkcji przeciwpancerne pociski kierowane Stugna-P (i ich eksportową wersję Skif opracowaną wspólnie z Białorusią) o zasięgu 4000 m oraz RK-3 Korsar. Na szczęście rosyjskie czołgi okazały się słabo odporne na tego rodzaju uzbrojenie, a dodatkowo bardzo szybko dostarczono Ukraińcom dużą ilość nowoczesnych rakiet Javelin i NLAW. Są one stosunkowo łatwe w obsłudze, jak również bardzo skuteczne, dzięki możliwości atakowania czołgów z góry, tam gdzie pancerz jest najsłabszy.

Wprowadzenie tych pocisków do działań odbyło się bardzo szybko m.in. dzięki szkoleniom prowadzonym wcześniej w natowskim ośrodku szkoleniowym w Jaworowie. Formacje lekkie ukraińskich wojsk lądowych uzyskały w ten sposób zupełnie nowe zdolności, będąc w stanie samodzielnie zatrzymać atak rosyjskich pojazdów z dużej odległości i bez początkowego wsparcia artylerii i czołgów.

Bardzo ważną rolę w zwalczaniu pojazdów mają również drony – w tym amunicja krążąca. I znowu Ukraińcy pokazali swoją elastyczność. Nie tylko bowiem umiejętnie korzystają z tak wyrafinowanych, specjalistycznych i dopracowanych systemów jak polski Warmate, ale na masową skalę wykorzystują własne, doraźnie wykonane systemy bezzałogowe zrzucające z nich różnego rodzaju ładunki bojowe, w tym ręczne granaty. Jest to o wiele tańsze rozwiązanie niż przeciwpancerne pociski kierowane, a ponadto zapewnia bezpieczeństwo operatorom, którzy działają w ukryciu i z dużej odległości.

Dodatkowo w ten sposób stworzono bardzo zróżnicowany system przeciwpancerny, w którym dodatkowym elementem jest szerokie i umiejętne stosowanie przez Ukraińców min, w tym tych najnowocześniejszych, przekazanych przez kraje zachodnie. Doświadczenia ukraińskie z tego rodzaju operacji w przyszłości niewątpliwie wpłyną na taktykę innych państw – w tym całego NATO.

Ukraińskie lotnictwo to ten rodzaj sił zbrojnych, który otrzymał stosunkowo niewielkie wsparcie ze strony krajów zachodnich, a pomimo tego nadal zachował zdolność do działania. Statki powietrzne są więc nadal wykorzystywane przez Ukraińców i szacuje się, że jest to średnio dwadzieścia lotów bojowych dziennie. Jest to o tyle ważne, że ukraińskie samoloty pomimo wieku stanowią nadal duże zagrożenie dla sił Federacji Rosyjskiej.

Wynika to nie tylko z lepszego wyszkolenia ukraińskich pilotów i ich odwagi, ale również z uzbrojenia lotniczego, które w międzyczasie przekazano z zachodu. Ukraińcy pozyskali bowiem precyzyjne bomby JDAM oraz co było chyba najważniejsze – również pociski przeciwradarowe AGM-88 HARM (High-speed Anti-Radiation Missile). Rakiety tego typu pozwoliły bowiem na niszczenie rosyjskich radarów, zmniejszając tym samym skuteczność wykorzystywanych przez Rosjan systemów przeciwlotniczych.

W ten sposób ukraińskie MiG-29 miały HARM-ami ogłuszyć baterie opl na Krymie, torując drogę dla innych środków napadu powietrznego, skutecznie atakujących lotniczą bazą w Nowofiedorowce. Co ważne amerykańskie rakiety HARM okazały się skuteczne również w odniesieniu do najnowszych, rosyjskich systemów przeciwlotniczych „Pancyr" oraz S-300 i to z dystansu nawet 100 km.

Nie zmienia to faktu, że brak odpowiedniej ilości samolotów wsparcia zwiększa niewątpliwie straty jednostek wojskowych działających na lądzie i nie pozwala na wywalczenie przewagi w powietrzu. Zmiana sytuacji może nastąpić jedynie po dostarczeniu do Ukrainy nowych samolotów i śmigłowców bojowych. Jak na razie nie ma jednak na to oficjalnej zgody.

Tym co budzi największe zaskoczenie jest niewątpliwie skuteczność ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i niemoc rosyjskich środków opl. W przypadku Rosjan doszło bowiem do faktycznej kompromitacji takich zestawów jak „Tor", „Pancyr", S-300 czy nawet S-400. Nie chodzi tutaj przy tym o skuteczność tych systemów w odniesieniu do statków powietrznych, ze względu na ograniczoną aktywność ukraińskiego lotnictwa, ale o ich zdolność do zwalczania innych środków napadu powietrznego: dronów, rakiet manewrujących i taktycznych – wystrzelonych z wyrzutni HIMARS.

Co ważne Rosjanie okazali się bezsilni nie tylko w odniesieniu do ataku nowoczesnych, amerykańskich rakiet „ziemia-ziemia", ale nawet doraźnie opracowanych przez Ukraińców dronów-kamikaze na bazie startych systemów rozpoznawczych Tu-141 Striż. Jak się kilkakrotnie okazało, takie stare i dobrze widoczne dla radarów bezzałogowce, mogły bez skutecznego przeciwdziałania przelecieć nawet kilkaset kilometrów w głąb Federacji Rosyjskiej i atakować z założenia bardzo dobrze chronione lotniska: w czerwcu 2022 roku koło Kurska oraz w grudniu 2022 roku: w Saratowie, gdzie stacjonowały rosyjskie bombowce strategiczne Tu-95 i pod Riazaniem, gdzie uszkodzono bombowiec Tu-22M3.

Zupełnie inna sytuacja jest w przypadku ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Po pierwsze Rosjanom nie udało się zniszczyć starszych, ex-sowieckich baterii przeciwlotniczych wykorzystywanych przez Ukraińców. Rosyjscy piloci bardzo szybko się o tym przekonali tracąc np. w marcu 2022 roku dwa samoloty wielozadaniowe SU-30SM zestrzelone nad Morzem Czarnym przez baterię S-300 podlegającą Dowództwu Lotniczemu Południe. Baterie te działają zresztą do dzisiaj, m.in. dzięki wsparciu krajów zachodnich – również korzystających z tego rodzaju systemów. Pomogła w tym przede wszystkim Słowacja, która już w kwietniu 2022 roku przyznała się do przekazania Ukrainie swojej jednej baterii S-300PMU.

Po drugie Ukraińcom szybko udało się wprowadzić środki obrony przeciwlotniczej nawet do niewielkich pododdziałów korzystając z dużych dostaw przenośnych, przeciwlotniczych zestawów rakietowych klasy MANPADS. W ten sposób praktycznie wyeliminowano działanie rosyjskiego lotnictwa poza terenami zajętymi przez Rosjan – w tym przede wszystkim śmigłowców. Przy okazji upadł mit nowoczesnego, rosyjskiego lotnictwa, ponieważ dzięki takim zestawom jak Stiger i Piorun strącane są najnowsze statki powietrzne, takie jak Su-34, Su-35, Ka-52 i Mi-28.

Mamy więc dwie różne sytuacje. Ukraińskie lotnictwo ma ograniczoną aktywność z powodu zbyt małej ilości samolotów, podczas gdy rosyjskie przerwało loty bojowe nad Ukrainą z powodu niebezpieczeństwa. Dlatego skuteczność ukraińskiej obrony przeciwlotniczej ocenia się obecnie bardziej przez jej zdolność do zwalczania wysyłanych przez Rosjan rakiet i dronów-kamikaze. I tutaj Ukraińcy wykazują się nawet ponad 90-proentową skutecznością, korzystając z coraz nowszych systemów przeciwlotniczych jak NASAMS i IRIS-T.

Dużym problemem okazało się drony kamikaze Shahed-136, które były wykorzystywane w dużej ilości przeciążając obronę przeciwlotniczą i zmuszając do wykorzystania rakiet kosztujących kilkakrotnie więcej niż sam bezzałogowiec. Ukraińcy próbują sobie z tym jednak radzić tworząc linie obrony z systemów lufowych, które przy odpowiednim nasyceniu są w stanie trafić wolno lecące, irańskie Shahedy.

Jedynym środkiem napadu powietrznego, na który ukraińskie wojsko nie ma jak dotąd skutecznego środka obrony są rakiety atakujące torem balistycznym. Dlatego tak niebezpieczne są stare pociski manewrujące Ch-22, które mogą uderzać w cele pod bardzo dużym kątem i z hipersoniczną prędkością. Tego rodzaju środki napadu powietrznego będą mogły być skutecznie zwalczane dopiero po dostarczeniu przez Zachód takich zestawów przeciwlotniczych jak: SAMP/T oraz Patriot.

Ogromnym zaskoczeniem dla Rosjan była skuteczność ukraińskich sił zbrojnych w odniesieniu do ich okrętowych sił nawodnych. Szok był tym większy, że marynarka wojenna Ukrainy została praktycznie pozbawiona dużych jednostek pływających, szczególnie po dziwnym samozatopieniu w porcie Mikołajów już na początku wojny jedynej ukraińskiej fregaty „Hetman Sahajdaczny".

Ukraińcy wykorzystali tu fakt, że rosyjska Flota Czarnomorska okazała się bezbronna najpierw na ataki nielicznych ukraińskich rakiet przeciwokrętowych Neptun, a później na uderzenia innych pocisków tej klasy dostarczonych przez kraje zachodnie po 24 lutego 2022 roku. O ile bowiem to „Neptuny" stały za zatopieniem krążownika „Moskwa", to dwie rakiety Harpoon posłuży do zatopienia holownika „Wasilij Wiech" – doraźnie uzbrojonego w rakietowy system przeciwlotniczy „Tor". Niebezpieczeństwo dla Rosjan jest tym większe, że w arsenale ukraińskim znalazły się również brytyjskie pociski kierowane Brimstone, także skuteczne przeciwko niewielkim jednostkom pływającym.

Ukraińcy pokazali też, że potrafią działać niesztampowo i jako pierwsi użyli w odniesieniu do okrętów z Rosji bezzałogowe łodzie – kamikaze jak również drony powietrzne. Duże znaczenie miało tu umiejętne wykorzystanie Bayraktarów, które w przypadku krążownika „Moskwa" służyły do wskazywania celów, a w przypadku Wyspy Węży: do skutecznego atakowania niewielkich jednostek pływających. To Bayraktary stoją np. za zatopieniem co najmniej dwóch, szybkich kutrów dywersyjno-szturmowych projektu 03160 typu Raptor, jak również za zatopieniem kutra desantowego projektu 11700 typu „Sierna", pomimo że na jego pokładzie którego znajdował się działający zestaw przeciwlotniczy „Tor".

Wszystko to nie tylko wpłynęło na odsunięcie niebezpieczeństwa przeprowadzenia desantu np. w okolicach Odessy, ale również na faktyczne usunięcie rosyjskich okrętów Floty Czarnomorskiej z całego, zachodniego Morza Czarnego.

Zwiększająca się przewaga ukraińska jest szczególnie widoczna w indywidualnym wyposażeniu żołnierzy. W Internecie wprost roi się od zdjęć, w której porównywani są żołnierze obu stron i w większości z tych przypadków to Ukraińcy byli wskazywani jako zwycięzcy. I nie chodzi wcale tylko o jakość wykorzystywanego uzbrojenia i wyposażenia, ale również o jego ilość i nasycenie w jednostkach wojskowych.

Dzięki mobilizacji krajów zachodnich, w tym inicjatywom oddolnym, na Ukrainę masowo zaczęły napływać nowe mundury, hełmy, buty, rękawice, kamizelki kuloodporne i kamizelki taktyczne, gogle a nawet indywidualne pakiety medyczne, o których w wielu państwach można tylko pomarzyć. W przypadku Ukrainy bezpośrednio wpływał to na bezpieczeństwo walczących żołnierzy, którzy byli niewątpliwie lepiej chronieni niż Rosjanie działający również w stalowych hełmach, nieskutecznych kamizelkach kuloodpornych oraz nawet przerobionych kaskach robotniczych.

Widać to było także w długolufowym, indywidualnym uzbrojeniu strzeleckim. I tutaj Ukraina próbowała zabezpieczyć swoje podstawowe potrzeby samodzielnie, poprzez opracowanie i produkcję własnych rozwiązań i zakup wybranych wzorów zachodnich, jednak procesu tego nie udało się zakończyć do 24 lutego 2022 roku. Wtedy jednak na pomoc ruszyły kraje zachodnie, które zaczęły dostarczać potrzebne uzbrojenie i nasycać nim walczące jednostki wojskowe. Sprzyjał temu fakt, że Ukraińcy do perfekcji opanowali proces zabezpieczenia logistycznego własnych żołnierzy, dostarczając amunicję pomimo dużej różnorodności wykorzystywanego sprzętu.

Tak było w np. w przypadku karabinków szturmowych. Ukraińcy powszechnie wykorzystują różne wersje karabinków szturmowych AKM i AK-47, jednak opracowali także własne rozwiązania w tym nowy, bezkolbowy karabinek Wulkan w trzech wersjach: dla kalibrów 5,45 mm i 7,62 mm oraz dla standardowej amunicji NATO kalibru 5,56 mm. W pierwszej kolejności został on dostarczony dla żołnierzy Sił Operacji Specjalnych, a później również do innych jednostek. Rozpoczęto także wprowadzanie licencyjnego karabinka UAR-15.

Ukraińcy nie mieli jednak szans by dokończyć wymianę swojego uzbrojenia strzeleckiego w całości, ale znowu z pomocą przyszły kraje zachodnie w tym Polska sprzedając i przekazując nowocześniejsze rozwiązania. W ukraińskich okopach i służba specjalnych pojawiała się więc broń z całego świata, skuteczna, celna, niezawodna i kompatybilna (dzięki standardowym szynom montażowym) z najnowszy osprzętem celowniczym – w tym termowizyjnym. Są więc zdjęcia ukraińskich żołnierzy i funkcjonariuszy z polskimi Grotami, karabinkami Sig Sauer MCX Virtus i FN SCAR-L.

Podobne przyśpieszenie miało miejsce np. w przypadku wielkokalibrowych karabinów wyborowych (o kalibrze minimum 12.7 mm) przeznaczonych przede wszystkim do niszczenia sprzętu i pojazdów przeciwnika z dużych odległości. Ukraina produkowała własne rozwiązania w firmie Snipex i cztery z nich udało jej się wprowadzić na uzbrojenie: SnipexM100 kalibru 12,7 mm, Snipex T-Rex i Monomakh kalibru 14,5 mm, Snipex Alligator kalibru 12,7 mm i 14,5 mm.

Jednak przy tak rozciągniętym froncie i ilości atakujących Rosjan własne dostawy nie pozwalały na zabezpieczenie wszystkich potrzeb własnych wojsk – szczególnie przy ciągle prowadzonej operacji obronnej. Braki zostały jednak uzupełnione przez dostawy zewnętrzne. Pomogły m.in. Stany Zjednoczone przekazując karabiny Barretta M107A1 kalibru 12,7 mm, Kanada sprzedając karabiny LRT-3 kalibru 12,7 mm (firmy PGW Defense Technologis) oraz Polska dostarczając karabiny wyborowe Tor kalibru 12,7 mm.

Sprzęt snajperski wykorzystywany przez Ukraińców w porównaniu do rosyjskich karabinów okazały się nie tylko celniejsze, ale również miały w większości ponad dwukrotnie większy zasięg celnego ognia. O ile np. kanadyjskie karabiny LRT-3 mają zasięg do 2000 m, to nowy rosyjski karabin WSSK „Wychłop" może celnie strzelać o około 600 m. Ukraińscy strzelcy wyborowi skutecznie więc eliminują swoich odpowiedników, korzystając dodatkowo z o wiele lepszych i szerzej dostępnych urządzeń celowniczych.

Jest to szczególnie widoczne podczas działań nocnych, ze względu na dużą ilość dostarczonych przez kraje zachodnie systemów termowizyjnych. Rejestrowane są nawet przypadki, gdy jeden ukraiński strzelec likwiduje z jednego stanowiska nawet pięciu-siedmiu rosyjskich żołnierzy.

Nowoczesna termowizja i noktowizja stała się w ten sposób kolejnym czynnikiem, który pozwala na zniwelowanie rosyjskiej przewagi liczebnej i to nie tylko w broni wyborowej.

Tym co niewątpliwie zaskoczyło Rosjan była ukraińska taktyka działania: oparta na standardach natowskich, ale adoptowana do posiadanych w danym momencie środków. Taktyka ta zresztą zmienia się systematycznie w miarę przekazywania przez kraje zachodnie coraz to nowych systemów. Kontrofensywa pod Kijowem różniła się więc od kontrofensywy pod Charkowem i od sposobu wyzwalania Chersonia wraz z całym zachodnim brzegiem Dniepru.

Zmiany na lepsze następują także w sposobie prowadzenia operacji obronnych, czego wyraźnym dowodem są straty, jakie ponoszą w tym czasie Rosjanie. O ile bowiem w czasie rosyjskich ataków w pierwszym okresie wojny „pozycyjnej" eliminowano dziennie maksymalnie 400 rosyjskich żołnierzy, to obecnie te bezpowrotne straty zwiększyły się ponad dwukrotnie i niekiedy przekraczają 1000 osób w ciągu jednej doby walk.

Dobrym przykładem takiej skutecznej taktyki ukraińskiej jest obrona Wuhłedaru w lutym 2023 roku. Ukraińcy doskonale wykorzystali tam bowiem warunki terenowe i kilkakrotnie wciągali kolumny nacierających, rosyjskich wojsk w pułapki artyleryjsko- minowe. Rosjanie ponosili wtedy ogromne straty jeszcze przed bezpośrednim starciem z wojskami ukraińskimi, które w ten sposób nie traciły sprzętu i żołnierzy.

Co więcej Ukraińcy nauczyli się błyskawicznie reagować na zmieniającą się sytuację taktyczną adaptując się do niej dzięki nowoczesnym technologiom zachodnim. Przykładem tego może być umiejętne użycie moździerzowej amunicji kasetowej kalibru 120 mm (typu typu M971) pod Bahmutem oraz niemieckich pocisków rakietowych AT2 SCAT-MIN dla systemów rakietowych MARS II, przenoszącym 28 min przeciwpancernych DM1399. Ukraińcy mają dzięki nim możliwość szybkiego zaminowania terenu, który wcześniej nie był przygotowany do obrony, albo został już wytrałowany przez Rosjan.

Tym w czym od samego początku mieli przewagę Ukraińcy nad Rosjanami są systemy łączności i dowodzenia, które po działaniach w 2014 roku zostały uznane za jeden z priorytetów. Dlatego Ukraińcy od pierwszego dnia agresji zachowali zdolność niejawnego przekazywania informacji do poszczególnych jednostek pomimo intensywnych prób zakłócania prowadzonych przez Rosjan.

Jest to najmniej opisana dziedzina działań ukraińskich sił zbrojnych. Nie wiadomo więc (na szczęście), jak realizowane jest dowodzenie poszczególnymi jednostkami ukraińskimi, jest jednak ono na tyle skuteczne, że jak dotąd nie udało się otoczyć żadnego zgrupowania ukraińskiego poza Mariupolem. A wszystko to w czasie działań o bardzo dużej dynamice.

Z kolei rosyjskie wojska pomimo wcześniej deklarowanych osiągnięć miały problemy z utrzymywaniem sieci dowodzenia zarówno z powodu złej organizacji całego systemu, jak i nieodpowiedniej ilości nowoczesnego sprzętu. Doszło wiec do sytuacji, gdy pierwszorzutowe wojska przekazując meldunki z pola walki używały jawnych kanałów łączności, informując przy okazji służby ukraińskie, co się dzieje i gdzie. Rosyjscy żołnierze byli nawet doposażeni w tanie, komercyjne radiotelefony sprzedawane w Internecie przez Chiny.

W ten sposób dużym problemem dla Rosjan stało się np. odłączenie sieci telefonii komórkowej Ukrainy dla numerów z Federacji Rosyjskiej. Nagle bowiem utracono łączność osobistą, co doprowadziło do masowych kradzieży telefonów od ludności cywilnej. Ale i w tym przypadku Ukraińcy dostali dostęp do nieocenionych informacji wywiadowczych, przekazywanych od pojedynczych żołnierzy (np. dotyczących nastrojów w jednostkach).

Zupełnie w innej sytuacji są Ukraińcy, którzy mają możliwość korzystania nawet z systemu satelitarnego Starlink budowanego przez amerykańską firmę SpaceX. Pomimo więc niszczenia infrastruktury naziemnej przez Rosjan, ukraińskie wojska i służby ratownicze mogą korzystać z rozwiązań sieciowych wymieniając się danymi i kierując np. systemami bezzałogowymi. O czymś taki Rosjanie mogą tylko marzyć.

Wojna w Ukrainie wyraźnie pokazała, jak Rosja jest zacofana w dziedzinie dronów. Jest to o tyle niezrozumiałe, że rosyjskie wojska miały możliwość zapoznania się z systemami bezzałogowymi, a dodatkowo wiedziały jak zachowuje się ich sprzęt w starciu z takimi bezzałogowcami, jak Bayraktar TB2 czy drony kamikaze. Znali bowiem straty, jakie poniosły ich systemy przeciwlotnicze wykorzystywane przez Armeńczyków w starciu z Azerami w Górskim Karabachu.

Pomimo tego władze rosyjskie całkowicie zignorowały zagrożenie i nie wprowadziły na szeroką skalę systemów bezzałogowych, zupełnie odwrotnie od Ukraińców. I nie ma tu znaczenia, że Rosjanie chwalili się więc użyciem dronów bojowych Inchodiec (Orion), Forpost i Lastoczka do bezpośredniego zwalczania celów naziemnych w czasie ćwiczeń Zapad-2021. Ostatecznie to jednak ukraińskie Bayraktary TB2 niszczyły czołgi i pojazdy Rosjan w pierwszych miesiącach wojny. To Ukraińcy również za pomocą doraźnie przerobionych kwadrokopterów polują na rosyjskich żołnierze, zrzucając na nich granaty i „chałupniczo" wykonane bomby. A Rosja zaczęła tak naprawdę odpowiednio wykorzystywać drony, dopiero gdy udało się je kupić w Iranie (Rosjanie szeroko wykorzystują drony komercyjne, drony rozpoznawcze rodziny Orlan-10 i amunicję krążącą Lancet - przyp. red.).

defence24.pl

Michał Bruszewski: Jak Pan scharakteryzuje rosyjskie wojska inwazyjne po roku walk? Co o nich wiemy?

Gen. broni rez. dr Bogusław Samol: Jeżeli zebralibyśmy dane sprzed 24 lutego 2022 roku z ośrodków analitycznych z całego świata – okazałoby się, że rosyjska armia jest bardzo dobrze zorganizowana, nowoczesna, dobrze kierowana. Ekscytowano się, że formowanie batalionowych grup taktycznych będzie świetnym narzędziem do realizacji strategii. Okazało się, że zupełnie nie.

Panie Generale, wszyscy pamiętamy ówczesny klimat analiz o rzekomo „drugiej armii świata". Wyszła kompromitacja?

Zupełnie zanikła rosyjska sztuka operacyjna. To pokazała wojna. Dobrze zorganizowane państwo trzyma się zasad sztuki wojennej. Każdy poziom jest ważny: strategiczny, operacyjny i taktyczny. Jak Moskwa planowała przeprowadzić operację bez uwzględniania sztuki operacyjnej, tego nie wiemy. Zwłaszcza przy masowości wojska wydaję się to absolutnym abecadłem, które Władimir Putin i jego dowódcy na szczęście zlekceważyli.

Wielu ekspertów wyobrażało sobie inaczej współczesną wojnę, rosyjscy wojskowi także ulegli temu złudzeniu?

Nie da się porównać obecnej wojny na Ukrainie do konfliktów zbrojnych w Afganistanie czy Iraku, do walk na Bliskim Wschodzie. Widocznie rosyjscy politycy studiowali te konflikty i próbowali to przełożyć na Ukrainę, ale tak się nie da. Wojna na Ukrainie to konwencjonalne starcie lądowe. W XXI w. wielu ekspertów wojskowych – także w Polsce – skupiało się na działaniach taktycznych. Rozmawiano tylko o taktyce. A co ze strategią? Co ze sztuką operacyjną?

Kto u Rosjan dowodził na froncie?

To dobre pytanie. Tworząc batalionowe grupy taktyczne u Rosjan zanikło zupełnie dowództwo na poziomie brygady i dywizji. To spowodowało duże straty wśród wysokiej kadry dowódczej Rosji, gdzie ginęli dowódcy armii albo ich zastępcy. Dlaczego? Oni kierowali często bezpośrednio działaniami batalionowych grup taktycznych. Pominięto szczeble dowodzenia brygady i dywizji. Przyznam, że sam w to nie dowierzałem. Dochodziło do takich absurdów, że dowódca brygady  dowodził jedną grupą, a jego zastępca – drugą. Co ciekawe, u Rosjan, dowódca batalionu, który szkolił swoje oddziały w czasie „pokoju", na czas wojny stawał się zastępcą dowódcy batalionowej grupy bojowej. Cieszmy się, że takie błędy Rosjanie popełnili.

Jak wyszkoleni są Rosjanie? Byli nieprzygotowani do wojny, którą wywołali?

Moskwa przygotowała inwazję w taki sposób, że jednostki szkolące się na poligonach i czekające u granic Ukrainy były nieukompletowane. Nasi ukraińscy wojskowi koledzy, którzy przyjeżdżali do Polski opowiadali nam, że Rosjanie mieli niepełne załogi w czołgach i BMP. Brzmi to jak absurd, ale Rosjanie szli na wojnę ze strukturę niewojenną, niedokompletowaną na okres walk. Postawili wszystko na efekt zaskoczenia, co jak wiemy, się nie powiodło.

Rosjanie lubią strategiczne absurdy?

Cel polityczny Rosji był jasny, był to podbój całej Ukrainy. W ramach tego Rosjanie chcieli zająć Kijów oraz inne miasta. Rosjan zaskoczyło to, że Zachód wspierał i wspiera dostawami broni walczącą Ukrainę. Rosjanie zgromadzili wzdłuż ukraińskich granic masę wojska, na pięciu kierunkach operacyjnych. To kolejny rosyjski absurd, bo tam nie było nikogo kto koordynowałby pięć uderzeń naraz. Spójrzmy na historię – III Rzesza atakując Polskę we wrześniu 1939 roku uderzyła na dwóch głównych kierunkach operacyjnych natarcia tj. z południa (Słowacja, Czechy) i z północy (Prusy), a i tak Niemcy mieli problemy z koordynacją ataku. Rosjanie postanowili naraz koordynować pięć kierunków operacyjnych. W tym miejscu powstaje pytanie, jaki poziom dowodzenia koordynował działania takiej liczby kierunków operacyjnych, aby osiągnąć zakładany cel strategiczny?

W czym jeszcze Rosjanie ponieśli fiasko?

Próba złamania morale społeczeństwa ukraińskiego. Rosjanie zlekceważyli Ukraińców, nie spodziewali się takiej skali oporu.

Panie Generale, wspomniał Pan, że u Rosjan na bakier ze strategią. A taktyka?

Rosyjska taktyka polega obecnie na masowym użyciu żołnierzy. Uzyskiwanie przewagi ilościowej, nie jakościowej. I takim przykładem ostatnim jest Bachmut, gdzie Rosjanie zgromadzili dużo wojska by otworzyć sobie drogę do Dniepru. Wcześniej był Siewierodonieck oraz inne miasta, które chcieli podobnie zdobywać. Skąd to się bierze? Na pewno, podkreślam to kolejny raz, lekceważeniem sztuki operacyjnej i słabnącą siłą uderzeniową z powodu poniesionych strat w stanach osobowych i sprzęcie wojskowym. Myślę, że to jest jeden z wielu powodów.

Tak jak w przedwojennych analizach zachwycano się siłą rosyjską armii tak wychwalano rosyjskich dowódców, przykładem było powoływanie się na przykład na „doktrynę Gierasimowa". Rosyjscy dowódcy przedstawiają niski poziom wojennego rzemiosła?

Z pewnością są wykształceni, ale zlekceważyli konieczność koordynacji działań operacyjnych z poziomu strategicznego. Zobaczmy, po roku wojny, Rosjanie skupiają się na jednym kierunku operacyjnym – na opanowaniu Donbasu, zdobyciu Bachmutu i dojściu do rzeki Dniepr. Szykują także siły, które zgromadzili w wyniku zeszłorocznej mobilizacji. Nimi chcą ukompletować bojowe jednostki. Obecne rosyjskie uderzenia możemy nazwać „pełzającym walcem'', który prawdopodobnie ma przygotować warunki do kolejnego rosyjskiego uderzenia jednostkami, które odtwarzają zdolności operacyjne w głębi Rosji. Przygotowują się w ten sposób do działań ofensywnych, bo takie działania na pewno nastąpią.

A są w stanie? Rosjanie stracili dużo broni i sprzętu. Rosyjska armia może odtworzyć tak ogromne straty?

Niestety tak. Już w zeszłym roku Putin wydał dekret, że rosyjski przemysł zbrojeniowy ma pracować na trzy zmiany. Rosjanie wracają do starych nawyków, odtworzenia przewagi ilościowej. Obawiam się, że Moskwa wyciągnęła wnioski z wojny i obecnie będzie kompletowała jednostki. Do działań zbrojnych będą już wysyłali jednostki na etacie wojennym. Jeżeli dywizja na czas wojny ma się rozwinąć do 16 tysięcy żołnierzy, tak będzie. Być może będzie mniej sprzętu i ludzi, a liczba załóg jest zależna od posiadanego sprzętu. Nie sądzę, że Rosjanie powtórzą błąd nieukompletowania załóg, kompanii, plutonów. Z relacji jeńców rosyjskich to wynika, ponieważ informują oni ile jest osób w kompanii i jakie straty poniosła. Są to bardzo wysokie straty, obecnie rosyjskie kompanie tracą nawet 4/5 stanu osobowego. Luki są uzupełniane przez rezerwistów.

Jak Pan Generał ocenia tzw. mobików, czyli zmobilizowanych rezerwistów? Putin mobilizacji nie odwołał. W minionym roku podano oficjalną informację, że z ok. 300 tys. powołanych „mobików" połowę rzucono na front. Reszta jest szkolona jako odwody na terytorium Rosji? Mobilizacja jest dużym zagrożeniem?

To zależy od celów politycznych Kremla. Jeżeli ograniczyli sobie cele tylko do zajęcia Donbasu, to na taki teatr działań to duża liczba wojska.

A wyszkolenie?

Ci rzucani na front są szkoleni naprędce, niedoszkoleni,  ale nie da się ukryć, że trwają szkolenia na poligonach w Rosji, więc u części ten potencjał jest podnoszony, bo mogą przejść nawet cały cykl szkolenia. Następnie szkoleni są w zgraniu - od batalionów do dywizji, z dowództwem. Myślę, że Rosjanie odrabiając lekcję z wojny szkolą swoje oddziały, na końcu, na poziomie armii, z głównym dowództwem. Wiedzą, że bez tego synchronizacja działań operacyjnych będzie leżeć. 

Wspomniał Pan o zajęciu Donbasu przez Rosjan. Co jeszcze szykują?

Uważam, że jeśli Rosjanom z użyciem obecnych sił będących w styczności z ukraińskimi wojskami uda się opanować zakładane cele – kontrola obwodu donieckiego i ługańskiego, część zaporoskiego, to wtedy wprowadzając wojska z głębi Rosji starać się będą opanować północno-wschodnią Ukrainę oraz rozbić ostatecznie wojska ukraińskie na wschodzie.

Jakie rezerwy ma Rosja?

Rosjanie mają duże zasoby demograficzne i przemysłowe. Mogą odtwarzać straty w ludziach i w jednostkach sprzętowych – czołgach, transporterach opancerzonych, artylerii. Praktycznie przemysł rosyjski jest nienaruszony. Nie zgadzam się z opiniami, że rosyjski przemysł padł, bo brak zachodnich komponentów blokuje produkcję. Sprzęt rosyjski w większości opiera się na technologiach z Rosji, postradzieckiej technice. A technologie z Zachodu tylko uzupełniały tę produkcję. Będą używać masowo tego sprzętu, uzyskując przewagę. Rosjanie potrzebują czasu aby poprzez dostarczanie nowego uzbrojenia z fabryk i zakładów remontowych odtworzyć siłę uderzeniową rosyjskiej armii. Ukraińcy potrzebują nowoczesnego sprzętu, aby tę przewagę niwelować. Od Chersonia do Bachmutu linia frontu ciągnie się na 1500 km. Aby tego obronić potrzeba co najmniej tysiąca czołgów.

A rezerwy ludzkie po stronie Ukrainy?

Ukraińcy mają obecnie pod bronią 750 tys. ludzi na terytorium całego kraju. Oznacza to, że Rosjanie muszą zebrać siły ok. 1 miliona żołnierzy, aby uzyskać przewagę w skali całej wojny. O to będzie trudno. Pomimo tego, że mają możliwości demograficzne to w grę wchodzi czas. Dlatego skupiają się na wschodniej Ukrainie, gdzie łatwiej im uzyskać przewagę.

Kto jest obecnie w korzystniejszym położeniu na froncie?

Straty sprzętowe Rosjan są jednak dotkliwe, ponieważ – może nie ostatecznie – ale w końcu zatrzymały rosyjskie natarcie. Na linii frontu ciągnącej się na 3 tys. kilometrów zostali powstrzymani, ale na jednym kierunku operacyjnym np. na kierunku bachmuckim „walcem", mimo wszystko przesuwają front. Od zdobycia Siewierodoniecka Rosjanie przesunęli swoje pozycje 70 km na zachód. Nie można mówić o ich klęsce. Ale rezultat nie jest zadowalający dla Moskwy. Wysokie straty wśród Rosjan spowolniły działania wojsk inwazyjnych. Zmusiło to Rosjan do skrócenia linii frontu, co z kolei wykorzystują Ukraińcy do koncentracji sił na wybranych odcinkach frontu stopując Rosjan.  Problem w tym, że ciągłe ryzyko ataku z kierunku białoruskiego powoduje, że Ukraińcy muszą trzymać znaczne siły na północy, siły którymi mogliby pobić Rosjan na wschodzie. Podsumowując, zadanie wysokich strat Rosjanom umożliwia przetrwanie ukraińskiej obrony.

Rosjanie nadążają z uzupełnianiem luk w broni pancernej?

Niemiecki przemysł obronny może produkować jeden czołg na tydzień, czyli 50 czołgów w skali roku. Podejrzewam, że u Rosjan możliwości produkcji jednostek są znacznie wyższe. Co ciekawe, w okresie drugiej wojny światowej tyle czołgów produkowano w dobę. Nie wiemy dokładnie ile czołgów mogą wyprodukować Rosjanie, ale aby nasycić armię pancerną potrzeba 1600 czołgów, a to zajmuje dużo czasu, nawet przy masowej produkcji. Takie możliwości Rosjanie posiadają, nie znamy czasu produkcji. Nie można też mówić, że rosyjskie straty w broni pancernej wykluczają ich z wojny. Przed wojną mieli dysponować liczbą 4200 czołgów, nawet jeżeli stracili ich ponad 2000 to wciąż posiadają znaczną ich liczbę. Trzeba pamiętać, że latem ubiegłego roku Rosjanie rozpoczęli seryjną produkcję uzbrojenia, amunicji i rakiet i innego sprzętu wojskowego.  Jednocześnie rozpoczęła się produkcja wojenna.

Chciałem zapytać o implikacje polityczne w Rosji dotyczące skali strat osobowych na froncie. W Afganistanie ZSRR straciło ok. 15 tysięcy żołnierzy w 10 lat. Po roku, na Ukrainie, Rosjanie stracili ok. 200 tys. zabitych i rannych. Afganistan dla ZSRR był przysłowiowym gwoździem do politycznej trumny. Analogicznie, o wiele wyższe straty będą miały wpływ Pana zdaniem na tąpnięcia polityczne na Kremlu?

W mojej opinii nie. W Afganistanie walczono z partyzantką, więc nie da się porównać tych dwóch „frontów". Tutaj jest konwencjonalna wojna lądowa, na dużą skalę. Co prawda wielu ekspertów twierdziło, że wojny przyszłości będą już tylko w cyberprzestrzeni, ale tak nie jest.

W historii Rosji bywały okresy wojen domowych. Pod koniec I wojny światowej w rosyjskiej armii wybuchał bunt, bolszewicy obalili cara. Masowe straty nie mają wpływu na władzę w Rosji?

Niestety nie. Zamordystyczny system władzy w Rosji do tego nie dopuszcza. Nie można porównywać stanu Federacji Rosyjskiej do carskiej Rosji. Bolszewicy uzyskali poparcie robotników i chłopów z powodu głodu i obiecano im świetlaną przyszłość po zniszczeniu kapitalizmu i burżuazji. Takimi hasłami i nienawiścią karmiono ówczesne rosyjskie społeczeństwo. Wojna ich wówczas wyczerpała. Obecnie Rosja jest drugim producentem zbóż na świecie, więc gospodarczo wojna Rosji nie wykańcza. Ponadto zagarniają bogate, żyzne, tereny Ukrainy. Pod koniec I wojny światowej wybuchła rewolucja ideologiczna, dzisiaj to Rosjanom dostarcza rządowa telewizja i media. Rosjanie są karmieni propagandą, że NATO ich otacza, że Zachód chce im zagarnąć ziemię, Rosjanie niestety w to, w dużej mierze, wierzą.

Dziękuję za rozmowę

defence24.pl

- Daliśmy się zwieść. Nie tylko ja, do czego muszę się przyznać, ale również wielu znacznie lepiej znających temat kolegów. Kupiliśmy wizję zmodernizowanej rosyjskiej armii, a ona tak naprawdę pozostała głęboko upośledzona. Nie dostrzegaliśmy tego, jednocześnie trzymaliśmy się przekonania o upośledzeniu ukraińskiego wojska i opieraliśmy się na jego mało imponujących osiągnięciach w latach 2014/15 - stwierdza pułkownik rezerwy Piotr Lewandowski.

Rok temu o rosyjskiej armii mówiono i pisano zupełnie inaczej niż dzisiaj. Na przykład tak na naszych łamach, na podstawie opinii uznanych specjalistów od tematu sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Miały, owszem, mieć braki i słabości, ale generalnie być gruntownie zmodernizowane, uzawodowione, przyzwoicie wyszkolone i stanowiące poważne zagrożenie. Nie tylko Ukraina miała paść pod jej ciosami w ciągu dni, góra tygodni. Przez lata osoby o poważnych tytułach głosiły w Polsce teorie, że rosyjskim czołgom dotarcie do Warszawy zajmie kilka dni.

- Jednak w praktyce wyszło na światło dzienne to, jak bardzo ułomne jest rosyjskie wojsko. To znaczy wiele liczb i danych się zgadzało. Owszem, mieli tyle i tyle czołgów, zmodernizowanych do takiego a takiego standardu. Czołgów naprawdę przyzwoitych. Były te wszystkie nowoczesne rakiety i sprzęt do walki radioelektronicznej. Jednak zabrakło zdolności koncepcyjnych do ich użycia. To, jak to w końcu zrobiono, to jest bez mała skandaliczne - stwierdza płk Lewandowski. Jako podstawowe obszary, które zdecydowały o szokująco niskiej skuteczności rosyjskiego wojska, wymienia planowanie, dowodzenie i wyszkolenie. Takie czynniki trudno obiektywnie zbadać w czasie pokoju. Nie to, co liczbę przykładowych czołgów i średnicę ich lufy.

- Trudno ocenia się zdolności koncepcyjne, czyli umiejętności do użycia broni i szerzej wojska. Dobrze pamiętam artykuły w rosyjskiej wojskowej prasie specjalistycznej sprzed wojny. Autorzy tam bardzo celnie diagnozowali problemy, które ujawniły się choćby w trakcie wojny z Gruzją w 2008 roku, i przedstawiali mądre rozwiązania. Myśleliśmy, że skoro tak otwarcie o tym piszą, to te rozwiązania w mniejszym lub większym stopniu wprowadzają. No i okazało się, że niespecjalnie - stwierdza były wojskowy.

W jego ocenie Rosjanie mieli ambicję stworzyć nowoczesne siły zbrojne na wzór zachodni. Adekwatne do XXI wieku. Próbowali. - No i trochę niechcący stworzyli wojsko dwóch prędkości, dostosowane bardziej do operacji ekspedycyjnych, o niższej intensywności niż aktualnie trwająca wojna w Ukrainie - opisuje płk Lewandowski. Na jednej szali były brygady elitarne, w znacznej części złożone z żołnierzy zawodowych, dobrze wyszkolone i wyposażone (na przykład wojsk powietrznodesantowych). - I przez ich pryzmat postrzegaliśmy rosyjskie wojsko - stwierdza były wojskowy. Na drugiej szali było jednak gorzej. Kiedy Rosjanie około dekady temu zdali sobie sprawę, że przesadzili w jedną stronę i będą potrzebować też masowego wojska, zaczęli tworzyć nowe pułki i dywizje. Tam już nie było tak różowo, ale tego nie dostrzegaliśmy, a przynajmniej nie w należytym stopniu. Brakowało ludzi, sprzętu i umiejętności.

- Zgodnie z radziecką, a teraz rosyjską doktryną na wojnę rusza się po mobilizacji, która zapewni dość ludzi do obsadzenia wspomnianych pułków, dywizji i całego zaplecza logistycznego. No ale jak wiemy, Kreml poszedł nie na wojnę, ale operację specjalną. Mobilizacji nie było. Wszystko wbrew własnym podstawowym zasadom - tłumaczy pułkownik. Ten wątek przewija się w wielu wypowiedziach ukraińskich wojskowych, którzy do ostatniej chwili nie wierzyli w wojnę. Bo to, co robili Rosjanie, przeczyło logice i ich własnym zasadom prowadzenia wojny. Kiedy już jednak do inwazji doszło, Ukraińcy nie wiedzieli, że to ma być operacja specjalna i Rosjanie znaleźli się na prawdziwej wojnie. I tu dały znać o sobie rosyjskie upośledzenia, czyli po pierwsze jakość ich kadr oficerskich odpowiedzialnych za planowanie oraz dowodzenie.

- Rosjanie dokonali w tym zakresie samoupośledzenia. Lata, właściwie dekady selekcji negatywnej. Jak to w systemie autorytarnym. Ludzi myślących samodzielnie, zdolnych do działania kreatywnego, nieszablonowego się wykreśla albo spycha na margines. Ideałem niezmiennie jest BMW, czyli bierny, mierny, ale wierny. Taki jest najbardziej pożądany przez system rosyjski oficer - mówi płk Lewandowski. Przytakiwać, nie stwarzać problemów, pomagać budować wygodną iluzję. - W praktyce na przykładzie ćwiczeń polega to na tym, że jak coś działa i nam wychodzi, to powtarzamy. Jak coś jest trudne, stwarza problemy i niesie ryzyko porażki, to zostawiamy w spokoju. No a jak wiadomo, wszystko, co nowe i innowacyjne, zalicza się do tej drugiej kategorii - opisuje oficer. Efekt taki, że szkolenie większości rosyjskich oddziałów było jakości radzieckiego paździerzu i polegało na odfajkowaniu tego, co zawsze, zrobieniu kilku zdjęć i napisaniu raportu o pomyślnym wykonaniu zadania szkoleniowego.

- Tego rodzaju kadra nie jest w stanie być elastyczna. Szybko reagować na zmieniające się realia. Kiedy więc zostali wysłani na "operację specjalną", a trafili na wojnę, to kompletnie nie byli w stanie się przystosować - mówi pułkownik. Efektem były katastrofalne straty w pierwszej fazie wojny, które przetrąciły kręgosłup rosyjskiej przedwojennej armii. - Nie można przy tym powiedzieć, że cała rosyjska kadra oficerska to BMW. Rosja miała sporo dobrych oficerów. Miała, bo w znacznej części polegli w tej pierwszej fazie wojny - opisuje były wojskowy. Jeżeli dobry oficer widział, co się dzieje i chciał elastycznie przystosować się do rzeczywistości, aby wypełnić postawione zadania i uniknąć zbędnych strat, musiał niemal rzucić się w wir walki. Pojechać na czoło, gdzie był narażony na wysokie ryzyko. Dlaczego? Łączność.

- Upośledzenie rosyjskiej łączności jest już czymś legendarnym. Przyzwoity i nowy sprzęt do komunikacji dostały głównie wspomniane elitarne brygady. Miał on jednak działać z wykorzystaniem w istotnym stopniu cywilnej sieci łączności, którą Rosjanie sami zniszczyli w rejonie walk. Pierwszy problem. Inne oddziały miały i mają głównie starszy radziecki sprzęt. Jego jakość to drugi problem. Na to nakłada się trzeci, czyli rosyjskie WRE - mówi pułkownik. WRE to wspomniane wojska walki radioelektronicznej. Przed wojną uznawane za jeden z najsilniejszych atutów rosyjskiego wojska. Bardzo rozbudowane i dysponujące nowoczesnym sprzętem. I jak to WRE zaczynało działać, to zagłuszało nie tylko łączność Ukraińców, lecz także, a może przede wszystkim, łączność własnych oddziałów. - Na to nakładał się problem kolejny, czyli brak wyszkolenia i dyscypliny w prowadzeniu łączności. To tak jak podczas jakiegoś programu w telewizji czy radio kilku gości naraz zacznie mówić przez siebie. No trudno zrozumieć, o co chodzi. U Rosjan to było nagminne, przez co dowódcy mieli poważne problemy w dowodzeniu i musieli osobiście jechać na przód - opisuje były wojskowy. - Wyszkolenie żołnierzy tak, aby w sposób zdyscyplinowany i opanowany prowadzili łączność w warunkach stresu wywołanego walką, jest bardzo trudne. Sami wiemy to dobrze z praktyki wyniesionej z misji w Afganistanie i Iraku - dodaje.

Dodatkowo Rosjanom nie udało się stworzyć dobrej kadry podoficerów, którzy byliby w stanie zapewnić pewną dozę elastyczności, oraz umożliwić oficerom spokojniejsze dowodzenie z tyłu. W zachodnich wojskach do podoficerów, którzy są spoiwem pomiędzy masą żołnierzy a wąską grupą oficerów, przykłada się dużą wagę. Amerykanie wręcz często podkreślają, że ich zdaniem to jeden z kluczowych elementów dobrego wojska. Rosjanie przed wojną też dużo o tym mówili, ale w praktyce wyszło, jak wyszło. - Dochodzi do tego element taki, że wielu żołnierzy zawodowych po zorientowaniu się, co się dzieje, składało wnioski o odejście ze służby. Ponieważ nie ogłoszono wojny, to prawo im na to pozwalało. Zdarzało się tak, że w takiej zawodowej brygadzie liczącej nominalnie około trzech i pół tysiąca ludzi w praktyce do Ukrainy trafiało dwa tysiące. Jednak na potrzeby planów dalej była to pełnoprawna brygada i przydzielano jej adekwatne zadania, których nie była jednak w stanie realizować - opisuje były wojskowy.

Rosjanie nie są jednak kompletnie niezdolni do reagowania na zmieniającą rzeczywistość. - Mniej więcej po pół roku wrócili do radzieckich koncepcji prowadzenia wojny. Czyli przede wszystkim masa ludzi i sprzętu. Przy czym to nie jest tak, że to jakaś unikalna metoda rodem z ZSRR. Amerykanie też zdają sobie sprawę ze znaczenia masy na wojnie. Wojska lądowe USA są naprawdę duże. Rosjanie starają się teraz do tego wrócić. Na szczęście to już nie te czasy. Brakuje im możliwości ZSRR - mówi płk Lewandowski. Dodatkowo rosyjska doktryna, w znacznej mierze odziedziczona po ZSRR, zakładała rozwinięcie mobilizacyjne w oparciu o istniejące w czasie pokoju oddziały, których szkielet tworzyli zawodowi żołnierze. - Jak już zaczęli na jesieni tę mobilizację, to się okazało, że rekrutów nie ma właściwie kto szkolić ani kto nimi dowodzić. Ci, którzy mieli to robić, dawno zginęli lub zostali ranni - opisuje były wojskowy.

Pułkownik zaznacza jednak, że Rosjanie z czasem popełniają coraz mniej błędów. - Ukraińcy na początku mistrzowsko je wykorzystywali, praktycznie wszystkie. Teraz już nie mają tylu okazji, co widać po wyrównaniu się stosunku strat. To brutalna wojna na wyniszczenie - stwierdza były wojskowy. Obie strony prowadzą wojnę w stylu XX wieku, bo nie mogą w stylu wieku XXI. - Rosjanom brakuje zdolności koncepcyjnych i trochę technologicznych. Ich taktyka na polu walki jest wprost jak z tak zwanej czerwonej książeczki, czyli podręczników radzieckich z lat 70. Zdali sobie sprawę, że nie są w stanie prowadzić wojny na modłę zachodnią. Ukraińcom do tego samego brakuje przede wszystkim środków - stwierdza oficer. - Dlatego też byłbym ostrożny z wyciąganiem wniosków z tego konfliktu i przeszczepianiem ich na nasz grunt. Ta wojna jest unikalna, jak właściwie każda - dodaje.

Pułkownik podkreśla też, że pomimo wszystko nie należy Rosjan lekceważyć. - Sami Ukraińcy są tego świadomi. Propaganda i to, co widzimy w internecie, to jedno. Jednak tak naprawdę tam nikt przeciwnika nie lekceważy. Jest traktowany śmiertelnie poważnie od najniższego do najwyższego szczebla - stwierdza były wojskowy. - Na szczęście nasze i Ukraińców ta wojna dobitnie pokazuje prawdziwość stwierdzenia, że wojsko jest obrazem swojego państwa. Patologie społeczeństwa i systemu władzy w wojsku skupiają się jak w soczewce. W tak zamkniętym środowisku są tylko potęgowane i wzmacniane. Jak na przykład w PRL-u w latach 80. był problem pijaństwa, to w wojsku to była plaga. Dzisiejsza Rosja jest, jaka jest. Rosyjskie wojsko nie będzie więc inne - podsumowuje płk Lewandowski.

gazeta.pl

24 lutego, w rocznicę rosyjskiego ataku na Ukrainę, MSZ Chińskiej Republiki Ludowej przedstawiło dwunastopunktowe „Stanowisko Chin w sprawie politycznego rozwiązania kryzysu na Ukrainie”. W dokumencie Pekin wzywa do: uszanowania suwerenności i integralności państw; uznania doktryny niepodzielnego bezpieczeństwa i odrzucenia „mentalności bloków militarnych”; zaprzestania działań wojennych i podsycania konfliktu; wznowienia rozmów pokojowych; rozwiązania kryzysu humanitarnego; ochrony ludności cywilnej i jeńców wojennych; utrzymania bezpieczeństwa elektrowni atomowych; powstrzymania się od użycia broni jądrowej; ułatwienia eksportu zboża; zaprzestania stosowania jednostronnych sankcji; utrzymania stabilności łańcuchów produkcji i dostaw; wsparcia odbudowy po zakończeniu konfliktu.

W ramach przygotowań politycznych do przedstawienia chińskich postulatów Wang Yi, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh), odbył w dniach 14–22 lutego br. podróż do Europy. Odwiedził Francję, Włochy oraz wziął udział w Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, po czym odwiedził Węgry i następnie poleciał do Moskwy. We Francji spotkał się z prezydentem Emmanuelem Macronem, a we Włoszech został przyjęty przez ministra spraw zagranicznych Antonio Tajaniego i prezydenta Sergia Mattarelle. Na marginesie Konferencji w Monachium doszło do szeregu spotkań m.in. z minister spraw zagranicznych Annaleną Baerbock i kanclerzem Olafem Scholzem z Niemiec, wysokim przedstawicielem do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa UE Josepem Borrellem czy ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułebą. Miało też miejsce nieformalne spotkanie z amerykańskim sekretarzem stanu Antony Blinkenem. 21 lutego MSZ ChRL opublikował również koncepcję Globalnej Inicjatywy Bezpieczeństwa, którą zainicjował przewodniczący ChRL Xi Jinping w 2022 roku.

W reakcji na zapowiedzi przedstawienia planu pokojowego przez władze w Pekinie prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że Ukraina ma własną propozycję rozwiązania konfliktu, tzw. 10-punktową formułę pokojową, która powinna być podstawą negocjacji. Pozytywnie ocenił on jednak „rozpoczęcie przez Chiny rozmów na temat Ukrainy” i wyraził nadzieję na spotkanie z władzami w Pekinie, aby przekonać je do opowiedzenia się za ukraińską propozycją pokojową. Przestrzegł zarazem, że potencjalny sojusz Chin i Rosji oznaczałby rozpoczęcie wojny światowej. Krytycznie na temat chińskich postulatów wypowiedział się przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych w Radzie Najwyższej i członek rządzącej partii Sługa Narodu Ołeksandr Mereżko. Określ ją „zbiorem pustych haseł” będących „propagandową prowokacją”.

Na kilka dni przed ogłoszeniem chińskiego stanowiska, sekretarz stanu USA Antony Blinken ogłosił, że USA posiadają dowody na zaawansowane chińsko-rosyjskie negocjacje o dostawach broni do Rosji. 23 lutego br. w niemieckim tygodniku „Der Spiegel” pojawiły się informacje o negocjacjach w sprawie zakupu przez Rosję dronów bojowych z jednej z chińskich firm. Kijów dotychczas nie skomentował doniesień medialnych o pomocy wojskowej, którą Pekin miałby udzielić Moskwie.

Komentarz

Chińskie postulaty, wbrew spekulacjom medialnym, trudno uznać za realny i wiarygodny plan pokojowy. W komunikacie Pekinu jest zawarta fundamentalna sprzeczność między odwołaniem się do Karty Narodów Zjednoczonych oraz zasadą nienaruszalności integralności terytorialnej i suwerenności państw, a promowaną w dokumencie - jak i w ramach Globalnej Inicjatywy Bezpieczeństwa – tzw. zasady niepodzielności bezpieczeństwa. Oddaje ona de facto mocarstwom regionalnym, jak ChRL czy Rosja, prawo weta w kwestiach dołączania do sojuszy militarnych oraz gospodarczych mniejszych i średnich państw. Pekin nie zaoferował też mediacji pomiędzy Rosją i Ukrainą, nie proponuje żadnego harmonogramu działań i nie wypowiada się na temat wycofania wojsk rosyjskich z terenów okupowanych. Jedynie ogólnikowo wzywa do jak najszybszego zawieszenia broni i wznowienia rozmów pokojowych. Nie wskazuje też adresata większości postulatów, co stwarza wrażenie, że za wojnę w równy sposób odpowiadają obydwie strony. Pekin wciąż także nie nazywa rosyjskiej agresji na Ukrainę „wojną”. W całym dokumencie używa jedynie określenia „kryzys”. Można wnioskować, że przedstawione stanowisko ma realizować szereg interesów politycznych Pekinu, ale żadnym z nich nie jest praktyczne rozwiązanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego.

Chińska inicjatywa wydaje się nastawiona na rozbicie spójności Zachodu i to nie tylko w kontekście wojny na Ukrainę, lecz także szerzej – wobec pogłębiającej się rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Promując chińskie stanowisko ws. Ukrainy w czasie ostatniej podróży do Europy, Wang Yi wielokrotnie nawoływał europejskich rozmówców do wzmocnienia „europejskiej autonomii strategicznej”, rozumianej przez ChRL jako odchodzenie UE od bliskiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Wizyty we Francji i Włoszech są kontynuacją działań podjętych w czasie szczytu G20 na Bali w listopadzie 2022 r., kiedy to prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Włoch Giorgia Meloni zapowiedzieli złożenie wizyt w Chinach w najbliższych miesiącach. Przywódca Xi Jinping umiejętnie wykorzystał wówczas panujące na Zachodzie nadzieje na pokój, a także własny sprzeciw wobec użycia broni atomowej na Ukrainie, do odzyskania częściowego odbudowania relacji z Zachodem (zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój). Rzecznik niemieckiego rządu z aprobatą odniósł się do podjęcia inicjatywy przez Chiny i wyraźnego odrzucenia gróźb użycia broni jądrowej. Wskazał jednak, że w chińskim stanowisku ws. Ukrainy zabrakło ważnych elementów, takich jak wycofanie rosyjskich wojsk oraz zamiaru omówienia planu bezpośrednio z Kijowem. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock poszła jeszcze o krok dalej, wzywając Chiny do przedstawienia planu pokojowego uregulowania konfliktu na forum Narodów Zjednoczonych. Wskazała, że „najprostszą drogą dla Chin byłoby uznanie prawa do samoobrony, a przede wszystkim wyraźne danie Rosji do zrozumienia, że zakaz użycia siły obowiązuje wszystkie państwa na świecie”. Takie stanowisko Niemiec jest de facto podważeniem wiarygodności obecnej formuły chińskiego planu.

Chińskie postulaty są też pośrednio zawoalowanym, politycznym wsparciem dla Moskwy. ChRL wezwała w nich do zniesienia „jednostronnych sankcji” czyli tych, które nie są nałożone na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ (gdzie Rosja ma prawo weta). Wezwanie do „nie podsycania” konfliktu można odczytać też jako postulat wstrzymania dostaw broni dla Ukrainy, do czego wielokrotnie wcześniej wzywał Pekin. Politycznie dokument – nie wymieniając z nazwy NATO – powtarza tezy rosyjskiej propagandy, mówiące, że to rozszerzenie Sojuszu leży u podstaw konfliktu na Ukrainie. W tym kontekście krytykuje również „budowanie regionalnego bezpieczeństwa poprzez wzmacnianie i poszerzanie bloków militarnych”. Można się także spodziewać, że porażkę chińskiej „inicjatywy pokojowej” Pekin wykorzysta do ataków propagandowych na Stany Zjednoczone i ich sojuszników, oskarżając Zachód o podżeganie do wojny i czerpanie korzyści z konfliktu.

Pekin wykorzystuje swoją propozycję także do realizacji interesów politycznych wobec Globalnego Południa. Poruszenie kwestii dostaw zboża czy łańcuchów dostaw, ale także sankcji odwołuje się do problemów wielu państw rozwijających się, na których reprezentanta kreuje się Pekin. Odwołania do Karty Narodów Zjednoczonych, która ma fundamentalne znaczenia dla wielu państw postkolonialnych, ma stwarzać pozory, że Chiny stają na straży istniejącego porządku międzynarodowego. Przedstawiony dokument jest też próbą pokazania państwom Globalnego Południa praktycznego zastosowania Inicjatywy Globalnego Bezpieczeństwa, która w zamiarach Pekinu ma się stać podstawą nowej architektury międzynarodowej i zastąpić w przyszłości pozimnowojenny porządek międzynarodowy zbudowany przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników. Te plany wymagają jednak poparcia i udziału bloku państw rozwijających się.

Oficjalnie strona ukraińska z dystansem odniosła się do postulatów przedstawionych przez władze w Pekinie, sam Zełenski zachowuje również dużą ostrożność w odniesieniu do relacji z Chinami. Należy zakładać, że Kijów może starać się wciągać Pekin w rozmowy pokojowe, licząc na ewentualnie mitygujący efekt takich rozmów na wrogie działania Moskwy, a także na powstrzymanie chińskiej decyzji o dostawach broni dla Rosji. Chińska propozycja, zapowiedziana tuż przed nadzwyczajną sesją Zgromadzenia Ogólnego ONZ, organizowaną w przeddzień rocznicy rosyjskiej inwazji, została odebrana jako próba zdezawuowania ukraińskiego projektu rezolucji potępiającej rosyjską agresję. Zdecydowane poparcie dla tego dokumentu (141 głosów za) miało dla Kijowa kluczowe znaczenie jako wyraz międzynarodowego wsparcia dla zakończenia konfliktu na ukraińskich warunkach.

Władze w Kijowie od początku inwazji bezskutecznie starają się przekonać Pekin do większego zaangażowania na rzecz rozwiązania konfliktu. Wiosną ub.r. złożono Chinom propozycję podjęcia się roli jednego z państw gwarantujących bezpieczeństwo Ukrainy w zamian za jej rezygnację ze starań o członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim, jednak pozostała ona bez odpowiedzi. Prezydent Zełenski i jego współpracownicy wielokrotnie, choć bezskutecznie, próbowali doprowadzić do spotkania z Xi Jinpingiem oraz wpływać na władze chińskie, wskazując na odpowiedzialność Chin za pokój na świecie wynikającą ze statusu globalnego supermocarstwa i członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jednocześnie na poziomie parlamentarnym Kijów od kilku miesięcy pogłębia i formalizuje relacje z Tajwanem, co spotyka się ze sprzeciwem Pekinu. W sierpniu ub.r. powołano w Radzie Najwyższej międzyfrakcyjną grupę parlamentarną „Na rzecz wsparcia przyjaźni oraz handlowo-ekonomicznej, kulturalnej i humanitarnej współpracy z Tajwanem” pod przewodnictwem Mereżki. Krytyka chińskiego planu pokojowego przez niego ma na celu zniechęcenie Pekinu do zacieśnienia współpracy z Rosją i niedopuszczenie do powstania platformy rozmów pokojowych moderowanej przez światowe mocarstwo de facto wspierające agresywną politykę Kremla.

osw.waw.pl

Siły rosyjskie poczyniły nieznaczne postępy na północny zachód od Bachmutu, a także w północnej, wschodniej i południowej części miasta, zbliżając się do centrum. Niepowodzeniem zakończyły się natomiast ich ataki na południowy zachód od Bachmutu, nakierowane na oskrzydlenie miasta, oraz próby poszerzenia obszaru kontrolowanego po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas. Obrońcy mieli także odeprzeć kolejne próby natarcia na południe od Siewierska oraz na zachód od Kreminnej, w rejonie Awdijiwki oraz w łuku na zachód od Doniecka. Według części źródeł siły rosyjskie miały jednak dokonać wyłomu w obronie ukraińskiej na południe od Marjinki. Niejasna pozostaje sytuacja na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego, gdzie w poprzednich dniach Rosjanie wzmogli presję na pozycje obrońców na północny wschód od Kupiańska. Agresor miał wyłączyć telefonię komórkową i Internet w części rejonów obwodu ługańskiego i okupowanej części obwodu charkowskiego, maskując tym ruchy wojsk. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego wzrosła ogólna liczba rosyjskich ataków – 22 lutego wojska najeźdźcy miały nacierać 90 razy, a następnej doby 100 razy.

(...)

Prowadzona przez siły ukraińskie uporczywa obrona w głównych rejonach walk w znaczny sposób spowalnia postępy agresora. Mimo kontroli ogniowej nad ostatnią trasą zaopatrzenia Bachmutu Rosjanie nie byli dotychczas w stanie zmusić jego obrońców do wycofania się, a domknięcie pierścienia okrążenia wciąż nie jest przesądzone. W części rejonów walk siłom ukraińskim udaje się odeprzeć agresora na wcześniej zajmowane pozycje, a nawet okresowo przejąć inicjatywę, co miało miejsce w przypadku Wuhłedaru. Obserwowane w ostatnich tygodniach przełamania obrony ukraińskiej mają charakter lokalny, skutkujący przesunięciem pozycji agresora najczęściej o kilkaset metrów, sporadycznie o kilka kilometrów. Trudno oszacować ponoszone przez Rosjan i Ukraińców straty, lecz intensywność i charakter walk wskazują, że po obu stronach muszą być one duże. Obie strony wciąż jednak kierują do rejonów walk uzupełnienia i rezerwy. Za mało prawdopodobne należy więc uznać, by w najbliższym czasie Rosjanie przełamali obronę ukraińską w Donbasie na szerszym froncie i – rozwijając powodzenie – przeszli do działań manewrowych.

osw.waw.pl