poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Już na samym początku Goggins zaleca nam, abyśmy „wyszli ze strefy komfortu”, przestali „szukać wymówek” i „porzucili mentalność ofiary”. Jeśli to was nie przekonuje, może zrobi to cytat z Heraklita. Na polu bitwy „na stu ludzi dziesięciu nie powinno tam nawet być, osiemdziesięciu to tylko mięso armatnie, dziewięciu potrafi walczyć, ale tylko jeden jest prawdziwym wojownikiem”. Od ciebie zależy, czy chcesz odgrywać rolę wojownika. „Pora pójść na wojnę z samym sobą” – zachęca Goggins.
W pierwszym odruchu można zlekceważyć Can’t Hurt Me jako przykład poradnikowego kiczu, marginesu kulturowego dla czytelników o wyjątkowo złym guście, którzy łakną motywacyjnych formułek. Problem polega na tym, że to wcale nie jest margines. Nie chodzi tylko o to, że książka Gogginsa sprzedaje się znakomicie. Rzecz w tym, że jest częścią o wiele szerszego zjawiska, które znajduje się w samym centrum naszej współczesnej kultury.
Mogliście wcześniej nie słyszeć o Gogginsie, ale na pewno znacie Arnolda Schwarzeneggera. Na YouTube znajdziecie filmik z jego przemową motywacyjną. Choć został opublikowany niecały miesiąc temu, ma już ponad siedem milionów wyświetleń. Schwarzenegger mówi mniej więcej to samo co Goggins. Przytacza na przykład statystyki, z których wynika, że 74% Amerykanów jest niezadowolonych ze swojej pracy. Można by pomyśleć, że jako człowiek aktywnie działający w polityce zaproponuje jakieś systemowe rozwiązanie tego problemu. Albo przynajmniej zaduma się nad tym, co stało się z amerykańskim rynkiem pracy. Nic z tego. Schwarzenegger twierdzi, że rozwiązanie jest proste. Każda z tych niezadowolonych osób musi, w pojedynkę, wziąć się za siebie. Musi znaleźć motywację i cel w życiu. Taka hollywoodzka wersja hasła „weź kredyt i zmień pracę”. W trakcie słuchania przemowy możemy podziwiać fragmenty filmików, na których półnagi Schwarzenegger podnosi kolejne ciężary. W tle przygrywa inspirująca muzyka.
(...)
Ten wizerunek zaradnego twardziela również doskonale wpisuje się w kulturę coachingu. Największą karierę robią w tej branży mężczyźni. I często bazują oni na stereotypowych wyobrażeniach męskości: wysportowane ciało, emocjonalność sprowadzona do wulgaryzmów, kult twardości oraz wojowniczości. Świat to dżungla, nieustanna rywalizacja i tylko prawdziwy facet może dać sobie z nim radę – do tego wielokrotnie sprowadzają się nauki wszelkiej maści coachów.
(...)
Tak jak książka Gogginsa jest częścią szerszego zjawiska coachingu, tak też sam coaching jest tylko wyjątkowo jaskrawym przejawem tego, jak wyglądają współczesne społeczeństwa kapitalistyczne. Nietrudno zauważyć, że we wszystkich wymienionych przykładach powracają dwa wątki: indywidualizacja szczęścia i wspomniany już ideał zaradnego twardziela. Jedno i drugie są charakterystyczne dla kultury późnego kapitalizmu.
William Davies, brytyjski socjolog, w książce The Happiness Industry twierdzi, że coraz rzadziej potrafimy myśleć o szczęściu inaczej niż w kategoriach indywidualnej odpowiedzialności. Komuś nie podoba się jego praca? Jest wypalony i popadł w depresję? Mało kto pyta o systemowe, społeczne powody tej sytuacji. O stan gospodarki czy prawa pracownicze. Problem niemal natychmiast zostaje sprowadzony na poziom jednostkowy. Rozwiązaniem może być terapia, tabletki, filmik motywacyjny ze Schwarzeneggerem – cokolwiek, byle uwaga pozostała skupiona wyłącznie na osobie, która źle się czuje. Szczęście staje się indywidualnym zadaniem każdego z nas. Wymiar polityczny i zbiorowy nie grają tu żadnej roli. (...)
Davies zauważa, że jest to sytuacja wręcz idealna z perspektywy osób znajdujących się na szczycie systemu kapitalistycznego. Ludzie są tak bardzo pochłonięci robieniem z siebie coraz wydajniejszych pracowników, że nie mają czasu ani chęci, żeby zastanawiać się nad systemowymi powodami swojej sytuacji. Pracownicy zaczytani w książkach takich jak Can’t Hurt Me nie zorganizują strajku, bo zbiorowy protest nie będzie mieścił się w granicach ich światopoglądu.
Zwycięzcy, ludzie na szczycie drabiny społecznej, nie tylko nie muszą się obawiać zbiorowych protestów, ale mają sporą szansę stać się wzorami do naśladowania. Bo są symbolem męskiego bohaterstwa – kultury zaradności, w której władza i pieniądze to najlepszy dowód, że dana osoba zamiast użalać się na sobą, wdrapała się na szczyt w twardym świecie rywalizacji. Właśnie dlatego taką popularnością cieszą się bogaci biznesmeni.
Carl Rhodes i Peter Bloom, autorzy książki CEO Society, przekonują, że ludzie tacy jak Trump, Jobs czy Zuckerberg już dawno przestali być symbolem sukcesu tylko w biznesie. Dla wielu stanowią oni uniwersalny wzór tego, jak należy żyć. Ich sposób działania można wykorzystać w dowolnej sferze rzeczywistości, od kontaktów towarzyskich po politykę. Nie bez przyczyny Trump w kampanii prezydenckiej nieustannie podkreślał swoje – prawdziwe bądź nie, to bez znaczenia – sukcesy biznesowe. Nieprzypadkowo stylizował się na twardziela, który nigdy się nie waha i zawsze wie, co należy zrobić. Wiedział, że do ludzi to przemówi. Bo dzień w dzień jesteśmy uczeni podziwiać genialne jednostki, twardych herosów, którzy w pojedynkę rozwiążą nasze problemy.
„Wolny rynek i globalizacja wytwarzają ogólne poczucie lęku i bezradności. Nie da się nic zrobić z utratą miejsc pracy, z zamykaniem sklepów i fabryk, z outsourcingiem oraz masową degradacją środowiska. Lista współczesnych dolegliwości kulturowych wydaje się nie mieć końca” – piszą Rhodes i Bloom. I dodają, że dla wielu ludzi marzenie bycia kimś takim jak Zuckerberg czy Trump „stanowi antidotum na te lęki”. Ludzie utożsamiają się z figurą zaradnego, twardego miliardera i przyjmują jego skrajnie indywidualistyczny etos, bo wierzą, że dzięki temu też mogą uzyskać kontrolę nad otaczającą ich rzeczywistością.
krytykapolityczna.pl
Mogłoby się wydawać, że punkty widzenia lekarza i pacjenta powinny być zbieżne, tak jak ich interesy: pacjent chce się poczuć lepiej, lekarz chce mu pomóc. Nie jest to jednak cała prawda. Adam – będę używała imienia, bo autor wchodzi z czytelnikiem w układ kumpelski – narzeka na to, że pacjenci nie rozumieją, że lekarz właśnie został po godzinach, żeby przyjąć wszystkich, ma też rodzinę, chciałby mieć jakieś życie towarzyskie, więc, co oczywiste, pacjent jest dla niego tylko jednym z przypadków. Dla pacjenta, który oczekiwał czasem kilka godzin przed gabinetem, żeby dostać 10-15 minut, ten czas ma inne znaczenie. Wreszcie będzie mógł przedstawić swój problem, który jest dla niego oczywiście wyjątkowy i pojedynczy.
Adam zabawnie opisuje kobietę, która przychodzi na porodówkę z bardzo szczegółowym planem porodu (to nie jest nic nadzwyczajnego, także w Polsce zachęca się kobiety, żeby to robiły). W tym planie są i świece, i odpowiednia muzyka, i rozmaite bajery. On przyjął ponad 1200 porodów, a dla kobiety to jest może najważniejsze życiowe doświadczenie, więc może nie ma się z czego śmiać. I to miłe, jak często kobietom towarzyszą ich partnerzy, nawet jeśli czasem przeszkadzają.
(...)
Najgorsze jest stałe przepracowanie. Dopóki nie zostaniesz specjalistą, siedzisz w szpitalu właściwie non stop, wbrew wszelkim przepisom kodeksu pracy. Na początku musisz też stale zmieniać miejsce zamieszkania, bo masz praktyki w różnych szpitalach – nikt ci za to nie zapłaci. Prowadzenie normalnego życia rodzinnego czy towarzyskiego czy zaplanowanie wakacji staje się prawie niemożliwe. Adam ma stałego partnera, który nie zawsze najlepiej to znosi. To zmienia się, kiedy minie okres terminowania i zostaje się „gotowym lekarzem”, co oznacza od razu mniej pracy i dużo więcej pieniędzy. A profesora w klinice Adam widział podobno raz, kiedy telewizja przyjechała coś filmować. Pod okiem kamery profesor mówi: „Gdyby coś się działo, dzwoń do mnie!”. Kiedy zostaje wyłączona, rzuca na odchodnym: „Oczywiście nie dzwoń”.
krytykapolityczna.pl
W 1999 r. powszechnie uważano, że na wprowadzeniu euro najwięcej stracą Niemcy. Istniały obawy, że EBC nie będzie zwalczać inflacji tak stanowczo jak Bundesbank. Do tego niemiecka marka była wówczas przewartościowana, a Niemcy notowały deficyt na rachunku obrotów bieżących. Uważano wtedy, że ustalenie kursu wymiany na takim poziomie stanowić będzie poważne wyzwanie dla konkurencyjności niemieckiego przemysłu.
Tymczasem po 20 latach inflacja jest jeszcze niższa niż w okresie, gdy odpowiadał za nią Bundesbank, a Niemcy utrzymują niezmiennie wysokie nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, co uważane jest za dowód na to, że niemiecki przemysł jest zbyt konkurencyjny.
(...)
Tym niemniej samo utworzenie strefy euro oparte było na wnioskach wyciągniętych z przeszłości. W latach 70. i 80. XX wieku głównym problemem była wysoka i zmienna inflacja, często napędzana dwucyfrowym tempem wzrostu płac. Kryzysy finansowe prawie zawsze związane były ze skokowymi wzrostami inflacji, ale zakres kryzysów był we wcześniejszych okresach ograniczony, ponieważ rynki finansowe były mniejsze i nie były ze sobą głęboko powiązane.
Wraz z utworzeniem strefy euro wszystko się zmieniło. Presja płacowa osłabła w całym rozwiniętym świecie. Doszło jednak do gwałtownego wzrostu tłumionej przez dziesięciolecia aktywności na rynkach finansowych, w tym zwłaszcza operacji transgranicznych w obrębie strefy euro. Na przykład, transgraniczne aktywa krajów członkowskich strefy euro, głównie w formie kredytów bankowych i innych, wzrosły z poziomu około 100 proc. PKB pod koniec lat 90. XX wieku do 400 proc. PKB w 2008 roku.
Następnie, dekadę temu, wybuchł globalny kryzys finansowy, co zaskoczyło Europę. Pierwszy kryzys deflacyjny od lat 30. XX wieku był w Europie szczególnie bolesny z powodu wielkiej góry długów nagromadzonych w ciągu poprzednich dziesięciu lat, kiedy uwaga państw europejskich wciąż skupiona była na przeszłości.
Strefa euro nie była oczywiście jedynym podmiotem zaskoczonym kryzysem finansowym, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych od rzekomo bezpiecznych papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych typu subprime. Jednak Stany Zjednoczone, ze swoim zunifikowanym systemem finansowym i politycznym, były w stanie stosunkowo szybko przezwyciężyć kryzys, podczas gdy w strefie euro wiele państw członkowskich doświadczyło rozlewającego się powoli kaskadowego kryzysu.
Na szczęście EBC potwierdził swoją siłę. Jego kierownictwo dostrzegło konieczność przesunięcia uwagi ze zwalczania inflacji – czyli celu, do realizacji którego EBC został powołany – na ograniczanie deflacji. Ostatecznie euro przetrwało, ponieważ gdy zaszła taka konieczność, przywódcy państw strefy euro zużytkowali swój kapitał polityczny do przeprowadzenia niezbędnych reform. Mimo, że wcześniej twierdzili, że to waluta euro generuje problemy ich krajów.
Ten wzorzec zachowania, w którym decydenci najpierw demonizują euro, a następnie uznają potrzebę ochrony wspólnej waluty, utrzymuje się do chwili obecnej. Powinien on stanowić drugą lekcję z ostatnich 20 lat. Populistyczny rząd koalicyjny we Włoszech odważnie zapowiadał lekceważenie zasad strefy euro, a niektórzy jego członkowie opowiadali się nawet za wyjściem ze strefy euro w ogóle. Kiedy jednak na rynkach finansowych wzrosła premia za ryzyko, a włoscy inwestorzy i oszczędzający przestali kupować obligacje własnego rządu, rządząca koalicja szybko zmieniła zdanie.
W rzeczywistości wyniki gospodarcze strefy euro nie były tak złe, jak sugerowałby niekończący się strumień ponurych nagłówków prasowych. Wzrost PKB per capita rzeczywiście zwolnił w ciągu ostatnich 20 lat, ale nie bardziej niż w Stanach Zjednoczonych czy innych rozwiniętych gospodarkach.
Ponadto na rynkach pracy w Europie kontynentalnej doszło do częściowo niedoszacowanych pozytywnych zmian strukturalnych, a współczynnik aktywności zawodowej rósł z każdym rokiem, nawet w czasie kryzysu. Obecnie w strefie euro współczynnik aktywności zawodowej w populacji dorosłych jest wyższy niż w Stanach Zjednoczonych. Zatrudnienie osiągnęło rekordowe poziomy, a bezrobocie stale spada, choć wciąż pozostaje wysokie w niektórych krajach południowych.
obserwatorfinansowy.pl
Zombie to firmy, które nie są w stanie pokryć kosztów obsługi długu z bieżących zysków przez dłuższy czas. Zombie to firma już dojrzała, bo młode niekiedy muszą chłonąć kapitał zanim dadzą stopy zwrotu. Bieżąca rentowność nie musi być kluczowym kryterium, bo można sobie wyobrazić firmę, która dużo inwestuje, wskutek czego nie przynosi zysków.
(...)
OECD uznała, że ten rodzaj przedsiębiorstw charakteryzują zazębiające się ze sobą trzy cechy: niska produktywność, w tym niska wydajność pracy, niewłaściwa alokacja kapitału oraz hamowanie technologicznej dyfuzji. Trwanie zombie jest z tego powodu dla gospodarki szkodliwe. Ponieważ są szkodliwe, powinno się im ułatwiać wychodzenie z rynku. W ocenie OECD pomóc mogą w tym dobre systemy niewypłacalności, upadłości i restrukturyzacji.
Nic jednak z tego, bo „hodowaniem” zombie zajmują się banki. Rozrost tej „populacji zombie” jest pochodną słabości systemu bankowego, nieskłonnego do wypowiadania umów kredytowych, choćby z powodu niskiego współczynnika pokrycia kredytów rezerwami. Odpowiedzialne za łatwość, z jaką rolują zadłużenie są powszechne na świecie preferencje podatkowe dla finansowania długiem w stosunku do finansowania kapitałem.
(...)
OECD policzyła natomiast, jak liczna jest populacja zombie w 10 krajach należących do tej organizacji. I tak w 2013 roku największy ich odsetek znajdował się w Hiszpanii, gdzie stanowiły ok. 10 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Najwięcej kapitału zombie pochłonęły natomiast we Włoszech – niemal 20 proc. W Hiszpanii zatrudniały ok. 12 proc. pracowników z sektora przedsiębiorstw.
Według badań Banku Finlandii, tamtejsza populacja zombie stanowi nieco ponad 4 proc. wszystkich firm, ale pracuje w nich aż 10 proc. zatrudnionych. W Belgii to aktualnie ok. 10 proc. przedsiębiorstw, które zatrudniają 13 proc. pracujących – podał podczas konferencji NBP „The Mystery of Low Productivity Growth in Europe” Luc Dresse, główny doradca w Narodowym Banku Belgii.
(...)
Literatura naukowa szeroko omawia gospodarcze skutki funkcjonowania zombie. Analitycy BIS podsumowują: „zamrażają” one duże zasoby (nieefektywnie wykorzystywane aktywa, kapitał, praca) i utrudniają ich realokację. Co jeszcze?
Zombie sprzedają znacznie mniej aktywów niż dochodowe firmy. Wpływają na ceny produktów w całych branżach, uniemożliwiają ich podnoszenie. Zawyżają płace w sposób niepowiązany z wydajnością, zwiększają koszty finansowania, zaburzają konkurencję o zasoby. Powodują, że nie-zombie zmniejszają inwestycje. Wzrost populacji zombie w danym sektorze o 1 punkt proc. powoduje odpowiednie zmniejszenie o 1 pkt proc. nakładów inwestycyjnych nie-zombie.
Prawdopodobnie to właśnie zombie w największym stopniu odpowiadają za spadek produktywności w większości gospodarek Zachodu. Szacunki BIS pokazują, że gdy udział zombie w gospodarce wzrośnie o 1 proc., wzrost produktywności spada o ok. 0,3 punktu proc.
Co więcej, przyczyny powstawania zombie powodują skutki, które z kolei te przyczyny wzmacniają. Powstaje błędne koło: więcej zombie w gospodarce to niższa produktywność, a spadek produktywności oznacza niższe stopy procentowe. A te sprzyjają zombie.
obserwatorfinansowy.pl
Tylko w ubiegłym roku majątek ponad 2,2 tys. miliarderów powiększył się o 900 mld dolarów, czyli rósł o 2,5 mld dol. dziennie. Gdy majątek najbogatszych wzrósł o 12 proc., biedniejsza część populacji zubożała o 11 proc. względem 2017 r.
(...)
W latach 2017-2018 co dwa dni pojawiał się nowy miliarder. Przy czym te największe fortuny skoncentrowane są w rękach kilkudziesięciu osób, w ubiegłym roku 26 z nich dysponowało łącznie majątkiem równym temu co posiada 3,8 miliarda ludzi, stanowiących biedniejszą połowę ludzkości.
(...)
W raporcie autorzy zauważają, że podczas gdy najbogatsi nadal korzystają z powiększających się fortun, od dziesięcioleci korzystają również z najniższego opodatkowania.
W krajach bogatych średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych spadła z 62 proc. w 1970 r. do 38 proc. w 2013 r.
W krajach rozwijających się średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wynosi 28 proc. W niektórych krajach, takich jak Brazylia i Wielka Brytania, najbiedniejsi płacą 10-proc. podatek - taki sam, jak najbogatsi. Przy czym pracownicy Oxfam zauważają, że skala porównania jest inna, bo np. 10 proc. dla najbiedniejszych Brazylijczyków stanowi niebywale ważną część w ich domowym budżecie.
Gdyby sytuacja była odwrotna, a więc bogatsi płaciliby wyższe podatki niż biedni, to większość rządów dysponowałaby wystarczającymi środkami na zapewnienie powszechnych usług publicznych - twierdzą autorzy raportu. Dodatkowe dochody podatkowe pochodzące od miliarderów i milionerów mogłyby zostać wykorzystane na wsparcie humanitarne krajów najbiedniejszych.
polsatnews.pl
Wzrost PKB jest obecnie najpopularniejszym wskaźnikiem makroekonomicznym na świecie. O ile w większości przypadków uznaje się, że pomiar produktu krajowego brutto ma sens (choć nie tak duży, jak chcieliby jego zwolennicy), ponieważ najlepiej oddaje kondycję gospodarczą państwa, regionu czy świata, to w przypadku Chin tak po prostu nie jest.
I nawet nie chodzi o to, że Chińczycy fałszują statystyki - manipulując danymi już na poziomie lokalnym i przekazując je potem do Pekinu, czy "dostosowując" wysokość deflatora PKB (miary zmiany cen) tak, by z nominalnego tempa wzrostu wyszedł "właściwy" wzrost realny. Wzrost PKB jest z góry znany - wyznacza go centrala, ale pozostałe podmioty (statystycy są ostatnim ogniwem w tym łańcuchu) muszą go zrealizować. Jest przyczyną, nie konsekwencją aktywności gospodarczej. W efekcie PKB rośnie jak od linijki, zgodnie z wolą Partii. W samym IV kwartale ubiegłego roku zwiększył się realnie o 6,4 proc. i był co prawda najwolniejszy od 2009 r., ale tylko o 0,4 p. proc. niższy niż trzy lata temu.
W wielu przypadkach nie ma znaczenia, czy dana inwestycja (czyli wydatek) ma ekonomiczny sens, czyli istnieje realna szansa, że przyniesie w przyszłości określoną korzyść albo chociaż pozwoli na spłatę zaciągniętego na jej realizację długu. Wzrost PKB jest miarą ilościową, a nie jakościową, szczególnie za Murem.
bankier.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)