sobota, 25 kwietnia 2026



— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.

Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.

(...)

Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.

Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.

Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych. 

(...)

— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.

Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.

Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.

A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.

Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.

(...)

Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.

(...)

"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.

Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.

Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.

A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.

onet.pl


Prezydent Donald Trump niedawno odrzucił twierdzenia, jakoby zależało mu na szybkim zakończeniu wojny z Iranem. Napisał na portalu Truth Social, że jest "być może najmniej naciskaną osobą, jaka kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji" i że ma "cały czas na świecie".

Trumpowi i jego współpracownikom przydałoby się jeszcze trochę czasu, by dobrze przemyśleć, co właściwie chcą osiągnąć w rozmowach z islamistycznym reżimem w Teheranie. Przygotowania administracji do rozpoczęcia wojny były — delikatnie mówiąc — kiepskie, a dotychczasowe wysiłki negocjacyjne również nie robią wielkiego wrażenia. Zakończenie wojny — a potem utrzymanie tego stanu — niemal na pewno okaże się znacznie trudniejsze niż zakładają ludzie Trumpa.

Jak mówią mi osoby, które w przeszłości miały do czynienia z Teheranem, administracja musi najpierw odpowiedzieć sobie na kilka fundamentalnych pytań. Nie będzie to łatwe. Teheran od lat pokazuje, że najlepiej gra przeciw tym, którzy improwizują.

— Diabeł tkwi w szczegółach, i to w ogromnym stopniu — powiedział Michael Singh, były urzędnik administracji George’a W. Busha zajmujący się Bliskim Wschodem.

Każda nowa administracja musi uczyć się tych szczegółów w bolesny sposób — metodą prób i błędów. Tymczasem po stronie irańskiej często zasiadają ci sami ludzie albo bardzo podobne zespoły, które negocjowały już z wieloma amerykańskimi administracjami. Możesz uznać, że Irańczycy właśnie poszli na ustępstwo, ale gdy wejdziesz w szczegóły, okaże się, że to ty ustąpiłeś Iranowi — zauważył Singh.

(...)

Niektórym urzędnikom administracji Trumpa mogłoby pomóc przeczytanie umowy z 2015 r., znanej jako Wspólny Kompleksowy Plan Działania (JCPOA). Naprawdę, przydałoby się.

Nie muszą lubić JCPOA; mam niemal pewność, że jednym z warunków bycia nominatem Trumpa jest niechęć do tego układu. Warto jednak go przeanalizować, aby zrozumieć poziom szczegółowości takich rozmów oraz niektóre mechanizmy, które mogłyby okazać się użyteczne w przyszłym porozumieniu.

Przykładowo: w liczącym 159 stron tekście znajduje się ponad 100 odniesień do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ta instytucja ma kluczowe znaczenie dla sprawdzania, czy Iran przestrzega zobowiązań nuklearnych — powiedział Daryl Kimball, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń, które opowiada się za dyplomatycznymi rozwiązaniami w gorących kwestiach, takich jak nierozprzestrzenianie broni jądrowej.

Kimball dodał, że zwolennikom dyplomacji pomogłoby zaprzestanie porównywania wszystkiego, co robi Trump, do JCPOA, które powstało w zupełnie innych realiach. Trump zresztą ma tendencję do pogardliwego traktowania wszystkiego, co wiąże się z Obamą, więc takie porównania i tak by mu się nie spodobały.

Trump powinien zastanowić się nie nad tym, jak jego umowa wypadałaby na tle porozumienia Obamy, lecz nad tym, co dziś — w innych warunkach — jest potrzebne, by zablokować potencjalne drogi Iranu do zdobycia bomby atomowej — powiedział Kimball.

(...)

Wynegocjowanie JCPOA zajęło ok. dwóch lat, ale wcześniej były jeszcze długie lata rozmów, sankcji i innych form nacisku, w tym porozumienie przejściowe znane jako Wspólny Plan Działania (JPOA). Ta tymczasowa umowa zawierała pewne ustępstwa po obu stronach, ale kupiła czas potrzebny na negocjowanie większego układu.

(...)

I wreszcie: na jakie ustępstwa Trump jest gotów pójść wobec Iranu?

Iran raczej nie zgodzi się na wiele, jeśli USA same niczego nie zaoferują. Oznaczałoby to między innymi zniesienie wielu sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone na Iran — kar, które poważnie ograniczyły jego zdolność do prowadzenia interesów poza granicami kraju. Iran może nawet zażądać, by USA nadały porozumieniu rangę traktatu, co politycznie byłoby w Waszyngtonie bardzo trudne, ale jednocześnie zmniejszałoby ryzyko, że Trump albo inny przyszły prezydent wycofa się z układu.

Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć: to jest piekielnie trudna materia.

Administracja będzie potrzebowała wiedzy i doświadczenia zawodowych ekspertów państwowych, niezależnie od tego, jak bardzo ich nie lubi.

Irańscy urzędnicy są różni, ale głupi nie są. Zależy im na traktowaniu z szacunkiem, nawet wtedy, gdy są militarnie i gospodarczo osłabieni. Nie oddadzą niczego za darmo.

Trump musi mieć świadomość, że bez szacunku i bez gotowości do zawarcia układu korzystnego dla obu stron po prostu nigdy nie będzie żadnej umowy, bez względu na skalę nacisku — powiedział Ali Vaez, starszy analityk International Crisis Group, pozostający w kontakcie ze wszystkimi stronami negocjacji amerykańsko-irańskich.

(...)


(...) administracja Trumpa (...) może napotkać problemy, jeśli nie będzie konsultować się z innymi graczami geopolitycznymi, z których część bez wątpienia podpowiada Iranowi.

Nie widzę, by administracja miała porzucić swój styl samotnego działania w negocjacjach.

Ale jeśli nie będzie przynajmniej rozmawiać z innymi państwami — w tym z Rosją i Chinami — może znaleźć się w gorszej pozycji, gdy będzie potrzebować ich pomocy. Jeden przykład: jeśli Iran zgodzi się przekazać swój wysoko wzbogacony uran, Rosja może okazać się jedyną poważną opcją, która będzie w stanie go przejąć.

onet.pl\Politico


Podczas kolacji w Ajia Napa w czwartek wieczorem przywódcy dyskutowali o ekonomicznych skutkach wojny w Iranie prowadzonej przez Stany Zjednoczone i Izrael, w tym o cenach energii, inflacji i ryzyku recesji.

— Jak zwykle wszystkie tematy, które omawiamy, są związane ze Stanami Zjednoczonymi i ich działaniami, czy nam się to podoba, czy nie — mówi w rozmowie z POLITICO dyplomata UE, który chciał zachować anonimowość.

Według dwóch innych dyplomatów za zamkniętymi drzwiami Costa ostrzegł przywódców, że UE powinna wykazać się większą autonomią we wszystkich dziedzinach. Przewodniczący Rady przestrzegł również, że przywódcy nie mogą uniknąć konfrontacji z rzeczywistością, w której interesy USA nie są już zbieżne z interesami UE — podkreślają rozmówcy.

W sumie w ciągu dwóch dni na Cyprze zebrało się 29 przywódców: 24 z UE, czterech z Bliskiego Wschodu oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

Nawet gdy nie rozmawiali o kwestiach bezpośrednio związanych z Iranem i USA, nie dało się nie zauważyć wpływu Trumpa.

Podczas kolacji przywódcy rozmawiali o tym, jak sprawić, by rzadko stosowana klauzula wzajemnej obrony UE — art. 42.7 — działała w praktyce, unikając jednocześnie sugestii, że mogłaby ona zastąpić gwarancję bezpieczeństwa zawartą w art. 5 NATO. Dyskusja ta odbywa się w delikatnym momencie dla europejskich stolic, które próbują zareagować na rosnącą niepewność co do zaangażowania Waszyngtonu w bezpieczeństwo Europy, nie wysyłając przy tym sygnału — ani do USA, ani do Rosji — że same podważają NATO.

onet.pl\Politico


Przypadek Phelana to przykład na to, że fantastyczne naginanie rzeczywistości w celu przypodobania się Trumpowi, nie jest gwarancją jego łaski. Zwłaszcza jeśli obietnice są ewidentnie zmyślone. Centralną postacią tej historii są bowiem planowane, przynajmniej na razie planowane, nowe pancerniki typu Trump. Prezydent z sekretarzem Phelanem u boku ogłosił zamiar ich budowy na specjalnej konferencji prasowej w grudniu minionego roku. Czego to nie zapowiedziano... Że mają być największymi okrętami nawodnymi świata (pominąwszy lotniskowce), że mają być wyjątkowo silnie uzbrojone, w tym nawet w rakiety hipersoniczne, czy działa laserowe i elektromagnetyczne, że mają przenosić broń jądrową i że mają powstać w amerykańskich stoczniach z amerykańskiej stali. Trump w typowym dla siebie kwiecistym stylu ogłaszał, że będzie to najwspanialszy okręt naszych czasów, a do tego dobrze wyglądający. Co więcej, będzie częścią wielkiego programu rozbudowy US Navy o roboczej nazwie "złota flota".

Gdyby chcieć zebrać zestaw cech najsilniej przemawiających do psychiki Trumpa, nowe pancerniki miały je wszystkie. Prezydent nigdy nie interesował się specjalnie wojskiem i uzbrojeniem, ale jakoś właśnie ta klasa okrętów, wielkich szarych gór stali, budziła jego fascynację. Phelan dobrze o tym wiedział i miał specjalnie skonstruować cały pomysł tak, aby odpowiednio wpłynąć na prezydenta. Jak piszą teraz amerykańskie media, w tym "New York Times", zrobił to w znacznej mierze pomijając Hegsetha i jego zastępcę, Stephena A. Feinberga. Obaj panowie zaczęli więc intensywną kampanię podminowania Phelana, mówiąc prezydentowi między innymi, że "nie jest graczem zespołowym". Dokładnie to wybrzmiało w najnowszej wypowiedzi Trumpa.

Phelan sobie jednak sam nie pomagał. Deklaracje dotyczące pancerników były o tyle fantastyczne, że praktycznie nierealne. Bardzo mocno podsumował to jeszcze w grudniu analityk think-tanktu CSIS Mark Cancian. "Zapowiadane parametry tego okrętu są tak wyjątkowe, że jego upublicznienie na pewno wywoła potężną dyskusję. Jednakże właściwie nie ma potrzeby jej toczyć, bo ten okręt nigdy nigdzie nie popłynie. Zaprojektowanie go będzie trwało wiele lat i koszt jednego sięgnie 9 miliardów dolarów. Wszystko wbrew nowej koncepcji działania US Navy, która zakłada więcej mniejszych okrętów. Następna administracja prezydencka na pewno skasuje ten program, zanim pierwszy okręt dotknie wody" - napisał.

Faktem jest, że US Navy już od wielu lat prowadzi ogólne prace studyjne nad nowym dużym okrętem nawodnym. Aktualnie właściwie ich nie ma. Z dużych okrętów niebędących lotniskowcami to ma 7 ostatnich krążowników typu Ticonderoga, które są wycofywane ze służby, a do tego 76 koni roboczych floty, niszczycieli typu Arleigh Burke, ciągle modernizowanych i budowanych. Nie są to jednak okręty wielkie. Oba typy wypierają po około 10 tysięcy ton. Na niszczyciele jeszcze jakoś jest wciskane nowe uzbrojenie i wyposażenie w ramach modernizacji, ale ich kadłuby są za małe na dalszy rozwój. Ratunkiem miały być nowe wielkie niszczyciele typu Zumwalt, których budowę zaczęto jeszcze w latach 90. Program okazał się jednak niewypałem i na fali cięć po zimnej wojnie oraz podczas wojny z terrorem, zamówienie zmniejszono z ponad 20 sztuk do 3 już budowanych. Teraz są okrętami głównie eksperymentalnymi. Z tych powodów od ponad dekady ponownie w USA myśli się nad kolejnymi dużymi jednostkami nawodnymi.

Początkowo miało to być po prostu nowe wcielenie trochę większych niszczycieli, ale podczas wstępnych prac projektowych zderzono się z problemem - nie mieściło się w nich wszystko, co chciano by w nie włożyć, głównie odpowiednia ilość wyrzutni rakiet. Przez chwilę myślano, czy by nie zrobić więc dwóch podtypów tych nowych okrętów. Większy i mniejszy. Potem zjawił się jednak Trump i Phelan. Większe stało się bezsprzecznie lepsze. Duży wariant okrętu przyszłości błyskawicznie utył i zyskał dumne miano pancernika.

Większość ekspertów zajmujących się tematyką morską w USA natychmiast popukało się jednak w głowę. Z wielu powodów, w tym tych wymienionych przez Canciana. Amerykanie od wielu dekad nie projektowali tak dużych okrętów nawodnych, z wyjątkiem lotniskowców, które są jednak specyficznymi jednostkami. Ba, od prawie trzech dekad nie wychodzi im zaprojektowanie i zbudowanie żadnego okrętu w tej kategorii. Zumwalty skończyły się drogą porażką. Korwety LCS masową, ale jednak porażką. Nowe fregaty potykają się ciągle o własne nogi i Phelan dokonał kolejnego dużego resetu programu ich budowy. Tymczasem nagle miałyby szybko zostać zaprojektowane wielkie pancerniki, które chciano kontraktować już w roku fiskalnym 2028. Nie jest jasne w jakiej stoczni, bo obecnie nie ma żadnych odpowiednio dużych w USA, które miałyby możliwość zajęcia się takim projektem w tak krótkim czasie. Można właściwie w ciemno obstawiać, że budowa pancerników byłaby festiwalem opóźnień i przekroczeń kosztów.

gazeta.pl