środa, 26 września 2018
PAP: Jakie byłoby nasze życie, gdybyśmy nie potrafili orientować się w przestrzeni?
Prof. Edvard Moser: Jesteśmy całkowicie od niej zależni, wszystkie zwierzęta są. Gdybyśmy nie byli w stanie się w niej orientować, nie bylibyśmy w stanie przetrwać, znaleźć pożywienia, partnerów życiowych. Nie bylibyśmy w stanie uciec przed niebezpieczeństwem. Myślę, że to fundamentalna zdolność, która rozwinęła się bardzo wcześnie w drodze ewolucji.
PAP: Odkrył pan, że w naszym mózgu są specjalne neurony – komórki siatkowe, które wspólnie z odkrytymi wcześniej przez Johna O`Keefe`a z University College London komórkami (neuronami) miejsca tworzą w naszym mózgu mapę miejsc, które odwiedzamy. Jak powstaje ten system?
Prof. E. M.: To są dwa różne systemy. Siatka miejsca w korze śródwęchowej jest bardziej jak ogólna metryka systemu mierniczego, której możemy użyć w każdym możliwym miejscu świata, by obliczyć odległości i kierunki. Jest też drugi system, w hipokampie, zupełnie inny. To kolekcja tysięcy różnych map, po jednej dla każdego znanego otoczenia. Jak powstaje system, którym się zajmowałem, wiemy tylko trochę, ale mamy pewne pomysły, jak to się może odbywać. Jeden z nich zakłada, że komórki siatkowe mogą powstawać w wyniku interakcji między komórkami, które są bardzo gęsto ze sobą połączone, kiedy aktywność między nimi osiąga pewną równowagę i tworzą struktury heksagonalne.
PAP: Państwo odkryliście, że komórki siatki tworzą w mózgu struktury przypominające te znane z plastrów miodu, taki nasz system nawigacyjny.
Prof. E. M.: Pomysły na to, jak powstają w naszym mózgu te systemy prawdopodobnie będą ewoluować. Myślę, że możemy powiedzieć, iż są tworzone dość wcześnie w trakcie dojrzewania, jest tam silny komponent wrodzony, stąd dostajemy je niezależnie od doświadczenia, są uwarunkowane genetycznie.
PAP: Dlaczego te komórki siatki są umiejscowione w korze śródwęchowej? Przodkowie współczesnych ssaków byli zwierzętami nocnymi, może stąd bierze się powiązanie systemu nawigacji z korą śródwęchową?
Prof. E. M.: Rzeczywiście węch jest powiązany z tym obszarem mózgu, podobnie zresztą jak inne zmysły. Jest również częścią systemu nawigacji. Ale nie jest zbyt dokładny. Do precyzyjnej nawigacji powonienie nie jest zbyt często przydatne, bo zapachy się rozchodzą, przemieszczają. Inne bodźce zmysłowe też mają ogromne znaczenie, a w szczególności dane związane z poruszaniem się, informacja zwrotna płynąca z naszych mięśni w trakcie ruchu. To mogło pomóc mózgowi obliczyć, jak szybko się poruszamy i w którym kierunku.
PAP: Gdzie w naszym mózgu są przechowywane mapy miejsc, które odwiedziliśmy?
Prof. E. M.: Prawdopodobnie, przynajmniej częściowo, w samych komórkach tworzących system nawigacji. Komórki te są częścią systemu, który ocenia, gdzie się znajdujemy w każdym dowolnym momencie. Kiedy za każdym razem wracamy w to samo miejsce, te same komórki są aktywne. Ale możliwe, że dodatkowo te informacje znajdują się też w innych miejscach w mózgu.
PAP: Taka raz utworzona mapa jest wieczna i niezmienna?
Prof. E. M.: Wspomnienia nie są trwałe, zmieniają się z czasem. Każdego razu, kiedy ponownie odwiedzamy dane miejsce, "updatujemy" pamięć. I nawet kiedy o nim myślimy, nasze wspomnienia mogą się zmieniać. To może pomagać pamięci stać się bardziej dokładną, ale też może pójść w innym kierunku. Wydaje ci się, że pamiętasz, myślisz o czymś, co się wydarzyło, ale tak naprawdę nie miało to miejsca.
PAP: Tworzenie wspomnień to wciąż trwający proces?
Prof. E. M.: Tak, za każdym razem, kiedy o czymś myślisz, to wspomnienie może się trochę zmienić.
naukawpolsce.pap.pl
Gdyby zapytać młodych Polaków o to, jak po 1945 r. zagospodarowano ziemie zachodnie i północne, mieliby spore kłopoty z odpowiedzią. Kolejna biała plama w naszej historii. I to stworzona przez samych Polaków. Jeszcze tylko starsi mieszkańcy tych terenów wiedzą, co działo się na nich po wojnie. Skąd ich rodziny tam się znalazły, jakie były ich losy, jak z przybyszami z różnych stron budowano nową wspólnotę. A przecież te ziemie mogły wcale do Polski nie należeć. Nie byłoby Wrocławia, Kołobrzegu czy Szczecina. Byłyby Breslau, Kolberg i Stettin.
Prawicowa polityka historyczna, skrajnie wroga wobec Polski Ludowej, unika tego tematu. Bo za dobrze trzeba by było pisać o władzy i jej działaniach na Ziemiach Odzyskanych. Ich zagospodarowanie i scalenie z resztą kraju należy do najważniejszych osiągnięć PRL. Historycy IPN nie mogą tego zakwestionować, więc milczą. Bierne są też inne instytucje, szkoły, uczelnie. Atmosfera, jaką tworzy obóz władzy, nie sprzyja uczciwemu docenieniu dorobku pionierów Ziem Odzyskanych. Stąd też świadomość Polaków o ogromnym wysiłku ich przodków włożonym w scalenie tych ziem z macierzą jest znikoma. I najczęściej sprowadza się do scen z filmu „Sami swoi”.
Ziemie zachodnie i północne, jeszcze do niedawna zwane Ziemiami Odzyskanymi, stanowią dziś integralną część Polski. Spostrzegawczy podróżny zwróci co najwyżej uwagę na poniemiecką architekturę, tak odmienną od tej, którą widzimy na Mazowszu czy Lubelszczyźnie. Ludzie są tu bardziej otwarci i tolerancyjni, bliskość granicy oraz wielonarodowa przeszłość tworzą skuteczną zaporę przed różnego rodzaju nacjonalizmami i ksenofobią. Jeśli jednak wskazać konkretną cechę, która definiuje Ziemie Odzyskane, będą to wysiłek i determinacja ich mieszkańców, od 1945 r. niestrudzenie budujących polską historię tych terenów. Często wbrew woli rządzących.
„Siedziałam przy oknie pozbawionym szyb i bezmyślnie patrzyłam w dal. Nic mnie tu nie dziwiło ani nie interesowało. Te pola zryte czołgami, zdeptane stopami ludzi i zwierząt. Połamane drzewa i krzewy. Szkielety wypalonych domów, stosy gruzów” – wspominała swoją podróż do Kostrzyna nad Odrą Zofia Zielińska, jedna z setek tysięcy Polek i Polaków, którzy w połowie 1945 r. przybyli na Ziemie Odzyskane.
W pierwszych latach powojennych pas ziem od Szczecina po Opole i od Gdańska po Gołdap był morzem ruin. Jeszcze całkiem niedawno wchodziły one w skład Trzeciej Rzeszy, a poparcie dla nazistów było tu silniejsze niż gdzie indziej. W wyborach parlamentarnych z 1933 r. partia Hitlera zdobyła we wschodnich regionach Niemiec grubo ponad 50% głosów. Nic zatem dziwnego, że zmierzające na Berlin oddziały Armii Czerwonej niespecjalnie troszczyły się o stan zdobywanych miejscowości. Znamienny był los Landsbergu (obecnie Gorzowa Wielkopolskiego), zajętego w styczniu 1945 r. niemal bez jednego wystrzału. Kiedy jednak w marcu przybyła do niego polska administracja, dopalała się większość centrum miasta.
Z Gorzowem los i tak obszedł się łaskawie. Zamieniony przez Niemców w twierdzę Wrocław ostał się w 20%. Nieznacznie lepiej w połowie 1945 r. wyglądał Szczecin. W przygranicznym Gubinie działania wojenne przetrwało zaledwie 10% zabudowy. Podobnie było m.in. w Głogowie i Kołobrzegu. Całkowicie z powierzchni ziemi zniknął Kostrzyn, wielowiekowy fort stanowiący bramę do Berlina.
Jak pisze prof. Robert Skobelski z Uniwersytetu Zielonogórskiego, „średnia zniszczeń w przemyśle Ziem Odzyskanych dochodziła w 1945 r. do 73,1% i była wyższa od średniej zniszczeń przemysłu w całym kraju. Spośród 9.255 zakładów i przedsiębiorstw na tym obszarze zniszczeniu uległo 6.727. Straty w budownictwie mieszkalnym osiągnęły 1,5 mln izb, czyli 45%. Liczba budynków mieszkalnych, których stopień uszkodzeń przekraczał 10%, wynosiła 147.824 (na ziemiach dawnych 147.607). (…) Odłogiem leżało aż 78% gruntów ornych, straty w inwentarzu żywym dochodziły zaś do 80-90%”.
tygodnikprzeglad.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)