wtorek, 29 października 2019
Obserwatorfinansowy.pl: Prezentuje Pan hipotezę, że gdyby Polska po wojnie była kapitalistyczna, to niekoniecznie osiągnęłaby sukces. Czy dobrze rozumiem?
Dr Marcin Piątkowski: Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa.
Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 r, tak jak ją odtworzono po 1918 r. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.
Zdaje się, że elity wyeliminowała już II Wojna Światowa, w trakcie której mordowano polską inteligencję, polską arystokrację i polskich przedsiębiorców.
To oczywiście wielka tragedia narodowa, ale elity te funkcjonowały w ramach systemu, który szkodził rozwojowi gospodarczemu. II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 r. był niższy niż w 1913 r. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna!
Zaraz – a Lilpop, Łukasiewicz i inni?
Jeden był imigrantem, a biznes drugiego skończył się wraz z jego śmiercią. Polscy przedsiębiorcy w XIX w. i w XX w. przed II Wojną Światową stanowili mniejszość. Większość przemysłowców na naszym terytorium stanowili Niemcy, Żydzi oraz inni imigranci. Było tak nie bez powodu. To wielowiekowej świadomej polityki szlachty polskiej, która od XIV w. tworzyła i utrwalała w Polsce oligarchiczny system polityczno-gospodarczy. Mieszczaństwo i chłopstwo to siły, które uznawała za potencjalnie wrogie, a nie chciała, by ktokolwiek zagroził jej uprzywilejowanemu statusowi. Wobec tego chłopstwu zabrała wolność osobistą, a mieszczaństwu polskiemu utrudniała, jak mogła prowadzenie interesów.
Na początku XVI wieku zabroniono np. polskim kupcom eksportu zboża, oddając go w ręce Niemców i Holendrów, a do końca XVIII w. kupiectwo było uznawane za zajęcie haniebne, które szlachcica mogło pozbawić tytułów. Szlachta wiedziała jednak, że z samego chłopstwa nie wyżyje, więc sprowadzała kupców i przemysłowców z zagranicy, pozwalając im działać w specjalnych rewirach. Oddanie biznesu w ręce mniejszości, które nie miały siły politycznej, było sposobem na czerpanie zysków bez ryzyka utraty władzy i zmiany systemu. Oto jeden z powodów, dlaczego przez 500 lat, aż do wybuchu największej wojny światowej w dziejach nie udało nam się osiągnąć sukcesu gospodarczego.
Przecież po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nasza gospodarka – z problemami – ale ruszyła, czy nie tak?
Ruszyła wszędzie w Europie, tylko w Polsce mniej niż gdzie indziej. Elity arystokratyczne były zbyt mocno historycznie zakorzenione i uprzywilejowane, by Polska mogła się zmodernizować w dwadzieścia lat. Były uprzywilejowane tak mocno, że nie potrafili zmienić tego nawet reformatorsko nastawieni przywódcy niepodległej Polski, zachłyśnięci przecież socjalizmem i egalitaryzmem. Upraszczając, cały dorobek II RP to Gdynia, której odpowiedniki budujemy dzisiaj za unijne pieniądze raz na kwartał, niedokończony Centralny Okręg Przemysłowy, który nie wiadomo, czy przetrwałby na wolnym rynku i dwie potiomkinowskie reformy rolne, które niczego nie zmieniły, bo mimo całej propagandy rozparcelowano mniej niż 10 proc. ziemi. Elity wciąż trzymały się mocno. Odsetek ludzi idących na studia wynosił w 1938 r. zaledwie 1,2 proc. i dziwnym trafem na studia szły dzieci z bogatych rodzin. Dzisiaj ten wskaźnik to 55 proc. Dzisiejsi polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do tych sprzed 1939 r., noszą mało szlacheckie nazwiska i są, z kilkoma wyjątkami, prawdziwymi „self-made menami”.
Zorientowani wolnorynkowo ekonomiści uważają PRL za stratę czasu i marnowanie zasobów. Niesłusznie?
Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia: do 1960 r. Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. Gdyby PRL skończył się w 1960 r. a nie w 1989 r., to mielibyśmy o nim całkiem dobre zdanie, podobnie jak dzisiaj mówi się o autorytarnym sukcesie Singapuru, Tajwanu czy Korei Południowej. PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 r. na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu, 30-krotnie przekraczając COP-u (chociaż jakoś nikt nie zamierza budować pomników np. Hilaremu Mincowi).
Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 r.
Jaka więc była rola reform po 1989 roku?
Zasługą reformatorów po 1989 r. było wykorzystanie pozostawionego po PRL ludzkiego potencjału, uwolnienie gospodarki od wcześniejszych absurdów, i włączenie nas w nurt rozwoju globalnego. Byliśmy jak łódka w martwym dorzeczu Amazonki, która po 1989 r. nagle znów uzyskała łączność z nurtem. Wreszcie mogliśmy zarabiać i się bogacić.
obserwatorfinansowy.pl
Ludzki mózg nie radzi sobie zbyt dobrze z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Przeciwnie, ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani na skupianie się na jednej rzeczy i odcinanie uwagi od innych, mniej istotnych. Dlatego jeśli odrabiający lekcje nastolatek będzie zarzekał się, że absolutnie nie przeszkadza mu jednoczesne dyskutowanie z przyjacielem na komunikatorze, to nie jest to prawda. Dowiedli tego uczeni z Uniwersytetu Stanforda w swoim badaniu przeprowadzonym z udziałem 100 studentów tej uczelni. Podczas wykonywania kilku zadań jednocześnie ich sprawność umysłowa spadała, zwłaszcza w zakresie zapamiętywania informacji i selekcji tych najważniejszych.
Tylko jedna grupa ludzi wyróżnia się na plus w kwestii podzielności uwagi - to dorosłe kobiety. Dowiedli tego naukowcy z University of Glasgow, którzy przeprowadzili dwa bardzo ciekawe eksperymenty z udziałem grupy 120 kobiet i tylu samo mężczyzn. W pierwszym teście badani siedzieli przed komputerami, a na monitorach pojawiały się różne figury geometryczne. Zadaniem badanych było je jednocześnie liczyć i segregować pod względem kształtu. Naukowcy w ten sposób chcieli sprawdzić, jak sprawnie w umysłach kobiet i mężczyzn następuje "przełączanie" pomiędzy liczeniem a rozpoznawaniem kształtów. Okazało się, że u obu płci w miarę upływu czasu wykonywania zadania szybkość tego "przełączania" pomiędzy funkcjami w mózgu spadała, jednak u mężczyzn znacząco szybciej - pod koniec eksperymentu odpowiadali oni 77 proc. wolniej niż na początku, podczas gdy kobiety 69 proc. wolniej. Wygląda na to, że kobiecy mózg sprawniej radził sobie z wykonywaniem dwóch zadań wymagających skupienia. Jak podkreśla dr Gijsbert Stoet, współautor tego badania, różnica może nie jest duża, ale może kumulować się podczas wykonywania pracy przez cały dzień.
Drugi eksperyment przyniósł jeszcze ciekawsze rezultaty. Kobiety i mężczyźni dostali w nim zadania z życia wzięte - mieli w ciągu ośmiu minut zlokalizować restaurację na mapie, wykonać proste obliczenie, porozmawiać przez telefon i znaleźć zgubione na podwórku klucze. Naukowcy wiedzieli, że zrobienie tego wszystkiego w osiem minut jest niemożliwe, było to więc zadanie na określanie priorytetów, planowanie, wyznaczanie optymalnej trasy poszukiwań kluczy. Co się okazało? Kobiety osiągnęły lepsze rezultaty. Może dlatego, że więcej czasu przeznaczały na przemyślenie swoich działań i efektywnego wykorzystania czasu niż mężczyźni, którzy przystępowali do wykonywania zadań impulsywnie i chaotycznie. Widać to było zwłaszcza w zadaniu poszukiwania kluczy. Dr Gijsbert opisuje, że mężczyźni kręcili się często po podwórku bez żadnego planu, podczas gdy kobiety poruszały się po z góry zaplanowanej trasie, na przykład zwężającymi się kręgami - to bardzo skuteczna strategia poszukiwania terenu.
Zdolności do organizowania czasu i sprawnego zarządzania zadaniami są imponujące, ale jeśli dodamy do nich ogromną dozę empatii i rozumienia cudzych intencji, kobiety wyrastają na prawdziwe superbohaterki w domu czy w miejscu pracy. Dzisiaj bowiem w najbardziej nowoczesnych miejscach pracy w cenie są tak zwane kompetencje miękkie - zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, radzenie sobie ze stresem oraz inteligencja emocjonalna. W tych aspektach kobiety nie mają sobie równych. Większy poziom emocjonalnej empatii wśród kobiet niż u mężczyzn zaznacza się już w wieku nastoletnim - dowiedli psycholodzy z uniwersytetu w Walencji. Najważniejsze jest to, że - jak wykazali badacze z Uniwersytetu Wiedeńskiego - kobiety w stresie potrafią współdziałać, a ich zdolność do empatii rośnie - w odróżnieniu od mężczyzn, którzy w silnym stresie są częściej egocentryczni i samolubni. To dlatego panie bardziej sprawdzają się w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, nie mają problemu z proszeniem o pomoc i przyjmowaniem jej.
gazeta.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)