sobota, 12 sierpnia 2023



Henry Kissinger, stuletni były sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych odwiedził Pekin z prywatną wizytą. Kissinger odegrał kluczową rolę dyplomatyczną w normalizacji stosunków między Waszyngtonem a Pekinem w latach 70-tych, kiedy pełnił funkcję najpierw doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, a potem sekretarza stanu w administracjach prezydentów Richarda Nixona i Geralda Forda. Od tamtej pory jest hołubiony w ChRL, chociaż jego rola w całej roszadzie nie jest w cale taka oczywista – nie do końca wiemy, na ile realizował pomysł Nixona, a na ile był jego współtwórcą.

Od czasu odejścia z urzędu Kissinger prowadził biznes doradczy, a od 1982 roku firmę konsultingową Kissinger Associates, Inc.  i regularnie odwiedza Chiny, gdzie spotyka się z chińskimi urzędnikami załatwiając sprawy dla swoich klientów jak Coca-Cola, Rio Tinto Group czy Lehman Brothers. W efekcie Kissinger i jego wspólnicy są przede wszystkim zainteresowani kontynuowaniem biznesu as usual, ponieważ zarabiają i to bardzo dobrze, jako pośrednicy między wielkim biznesem a chińskimi biurokratami. Sam Kissinger stał się też celebrytą na wynajem. W lipcu 2011 roku gościł na zaproszenie Bo Xilai na koncercie pieśni rewolucyjnych zorganizowanym na stadionie w Chongqing. Był tam chyba najlepiej opłacanym „artystą.”

Teraz pojawiły się dosyć naiwne głosy, że przyjechał do Pekinu z misją w imieniu administracji, ale to czyste wymysły. Amerykańska ambasada w ostatniej chwili zorganizowała spotkanie, aby nie zrobić wrażenia, że została ograna przez Chińczyków. Jednak przebieg wizyty wskazuje, że to Pekin sprowadził Kissingera dla własnych potrzeb.

Kissinger spotkał się w Pekinie w pierwszej kolejności z ministrem obrony Li Shangfu, który jest objęty amerykańskimi sankcjami. Dzięki czemu minister mógł powtórzyć narrację Pekinu w czasie spotkania, które przyciągnęło uwagę mediów: „Zawsze byliśmy zaangażowani w budowanie stabilnych, przewidywalnych i konstruktywnych stosunków chińsko-amerykańskich i mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone będą współpracować z Chinami w celu wdrożenia konsensusu głów obydwu państw i wspólnie promować zdrowy i stabilny rozwój stosunków między obiema armiami”. Kissinger też udowodnił, że mimo stu lat, wie za co mu płacą, odpowiadając: „Stany Zjednoczone i Chiny powinny wyeliminować nieporozumienia, pokojowo współistnieć i unikać konfrontacji. Historia i praktyka nieustannie udowadniają, że ani Stany Zjednoczone, ani Chiny nie mogą sobie pozwolić na traktowanie drugiej strony jako przeciwnika”.

Reszta show też odbyła się zgodnie ze scenariuszem Pekinu. Kissinger spotkał się z Wang Yi, a na końcu został ciepło przyjęty przez Xi Jinping, który powiedział Kissingerowi, że „Chińczycy nigdy nie zapominają o swoich starych przyjaciołach, a stosunki chińsko-amerykańskie zawsze będą związane z nazwiskiem Henry’ego Kissingera.” Cytowany przez chińską telewizję CCTV Kissinger miał odpowiedzieć, że „relacje między naszymi dwoma państwami są kwestią pokoju na świecie i postępu ludzkiej społeczności.” Ciekawe, czy faktycznie użył tej partyjnej nowomowy…

Dzięki Kissingerowi Pekin mógł upokorzyć obecnych przedstawicieli administracji odwiedzających Pekin – ostatnio po sekretarzu stanu Antonym Blinkenie, była w Pekinie sekretarz skarbu Janet Yellen, a równocześnie z Kissingerem John Kerry specjalny wysłannik prezydenta ds. klimatu. Żadne z nich nie było przyjęte z taką pompą. Przede wszystkim jednak Pekin chce pokazać własnemu społeczeństwu, że ma na świecie wielu przyjaciół, że trudne relacje ze Stanami Zjednoczonymi są przejściowe i prędzej czy później Amerykanie pójdą po rozum do głowy. A kiedy ktoś taki jak Kissinger mówi, że wzrost i sukces ChRL jest nieunikniony, to tak musi być.

zawielkimmurem.net

13 lipca rządząca w Niemczech koalicja porozumiała się co do ostatecznego brzmienia „Strategii wobec Chin”. Negocjowany od wielu miesięcy i pierwszy tego rodzaju dokument w historii RFN został zaprezentowany przez minister spraw zagranicznych Annalenę Baerbock w siedzibie think tanku Mercator. Ponad 60-stronicowy tekst zawiera diagnozę relacji niemiecko-chińskich, omówienie wartości, interesów i celów Berlina oraz liczne analizy sektorowe, wśród których szczególne miejsce zajmują kwestie gospodarki, klimatu, bezpieczeństwa, praw człowieka, polityki rozwojowej i porządku globalnego.

Osią tekstu jest stwierdzenie, że stosunki bilateralne – po zapoczątkowanym przez Deng Xiaopinga okresie „reform i otwarcia” w Chinach – uległy pogorszeniu. Pekin określa się, zgodnie z językiem oficjalnej strategii UE, jako partnera, konkurenta i systemowego rywala, ale z zaznaczeniem, że akcent wyraźnie przesunął się w kierunku rywalizacji. Dokument zawiera bardzo krytyczne komentarze dotyczące tendencji autokratycznych, łamania praw człowieka, naruszania zasad konkurencji gospodarczej oraz agresywnej polityki zagranicznej, przejawiającej się zwłaszcza w groźbach wobec Tajwanu, we wspieraniu Rosji i w nasilaniu presji na sąsiadów. Niemcy podkreślają jednak, że bez Chin nie uda się rozwiązać problemów globalnych, dlatego oferują współpracę i wzywają Pekin do przejęcia większej odpowiedzialności w polityce międzynarodowej.

Punktem ciężkości strategii są kwestie gospodarcze. RFN będzie dążyć do ograniczenia nadmiernych i obciążonych ryzykiem zależności ekonomicznych, czyli do tzw. de-riskingu. Zamierza także dywersyfikować swoje relacje gospodarcze poprzez rozwijanie współpracy z innymi regionami świata, co ma stanowić przeciwwagę dla roli Chin. Rząd akcentuje również konieczność kontrolowania napływu inwestycji chińskich, zwłaszcza w obszarze infrastruktury krytycznej i wysokich technologii. Brakuje jednocześnie jednoznacznego poparcia dla dalej idących kroków, np. nadzoru nad inwestycjami niemieckich firm w Chinach. Berlin chce uniknąć działań, które mogłyby sugerować zainteresowanie decouplingiem, czyli pełnym odcięciem się od ChRL.

Ważnym elementem strategii RFN jest powiązanie jej ze wspólną polityką Unii Europejskiej względem Chin. Niemcy podkreślają konieczność uzgadniania stanowiska z partnerami i dążenia do wypracowania jednolitej strategii. Wymaga to jednak usprawnienia procesu podejmowania decyzji, w szczególności reformy głosowania większościowego. Kwestia wspólnej polityki wobec Pekinu ma być także uwzględniona w procesie rozszerzenia: państwa kandydujące powinny podzielać unijne podejście do współpracy z ChRL.

Komentarz

Kluczowy termin strategii to de-risking – obniżenie ryzyka wynikającego z relacji gospodarczych z Chinami, głównie poprzez blokadę przejęć w sferze infrastruktury krytycznej i sektorów ważnych technologii oraz dywersyfikację wymiany handlowej. Pójście w tym kierunku ma zneutralizować bardziej radykalną i niekorzystną dla interesów RFN ideę decouplingu (zerwania powiązań) w relacjach z Chinami, która zyskiwała na popularności w 2022 r. i wciąż ma wielu zwolenników w administracji prezydenta Joego Bidena. De-risking to również ostrożny stosunek do zwiększenia interwencjonizmu i wpływu rządów na firmy, co proponowała Komisja Europejska w swojej strategii „bezpieczeństwa gospodarczego”. Pomysły w niej ujęte, takie jak badanie skali ekspozycji firm na „chińskie ryzyko”, kontrolowanie ich inwestycji w Chinach, blokowanie transferu technologii czy przeglądy transakcji eksportowych, pojawiają się w niemieckim dokumencie, ale raczej jako „tematy do dyskusji”. Strategia RFN podkreśla natomiast odpowiedzialność firm za redukcję zależności i zastrzega, że w razie kryzysu – czyli np. inwazji na Tajwan – nie będą one mogły liczyć na pomoc niemieckiego państwa. W praktyce de-risking oznacza działania najmniej kosztowne pod względem ekonomicznym i najmniej konfrontacyjne politycznie, dlatego ma szansę na poparcie państw zainteresowanych podtrzymaniem współpracy z Pekinem. Niemcy poświęciły zresztą sporo energii na jego wypromowanie na arenie międzynarodowej.

Niemiecka strategia wobec Chin stanowi wyraźne odejście od polityki rządów Angeli Merkel, które nadawały wspieraniu bilateralnej współpracy z Pekinem – zwłaszcza w wymiarze gospodarczym – absolutny priorytet. Od roku 2016 ChRL jest nieprzerwanie liderem na liście partnerów handlowych RFN – obroty między tymi państwami osiągnęły w 2022 r. 299 mld euro. Na tamtejszym rynku działa ponad 5 tys. niemieckich firm, których łączne inwestycje przekraczają 102 mld euro (w 2021 r.). Wśród nich wyróżniają się wielkie koncerny sektorów samochodowego i chemicznego, dla których obecność w Chinach ma – z punktu widzenia globalnej konkurencyjności – kluczowe znaczenie. W ostatniej dekadzie szybko rosło również zaangażowanie chińskiego biznesu w Niemczech – m.in. w branżach wysokich technologii, zwłaszcza w telekomunikacji, logistyce oraz przemyśle wytwórczym. Polityczną ceną za spektakularny rozwój współpracy było przymykanie oczu na łamanie praw człowieka i „asertywność” Chin w przestrzeni międzynarodowej. W tym sensie język strategii, jednoznaczną krytykę poczynań Pekinu i podkreślanie rosnącej rywalizacji we wzajemnych relacjach można uznać za przełom. Niemieckie elity zdają się godzić z istnieniem trwałych, politycznych barier we współpracy i porzucają nadzieję na „zmianę przez handel”. O ostatecznej wadze dokumentu zdecyduje jednak jego implementacja: nie można wykluczyć, że strategia pozostanie jedynie deklaracją intencji i nie przełoży się na poważniejsze działania.

Opracowanie strategii RFN wobec Chin było dużym wyzwaniem dla koalicji rządzącej z uwagi na znaczące różnice poglądów – przede wszystkim między Zielonymi i SPD. Partia wicekanclerza Roberta Habecka domagała się wyraźnego zaostrzenia kursu względem Pekinu w kwestiach politycznych oraz możliwie szybkiego ograniczenia zależności gospodarczych. Socjaldemokraci są od Zielonych znacznie ostrożniejsi. Kanclerz Olaf Scholz wielokrotnie zwracał uwagę na koszty ekonomiczne ewentualnego odcinania się od Chin i podkreślał konieczność współpracy z nimi w takich kwestiach jak ochrona klimatu oraz bezpieczeństwo międzynarodowe. Podejście to znalazło wyraz między innymi w jego wizycie w Pekinie w listopadzie 2022 r. oraz zorganizowaniu wspólnych konsultacji rządowych z gabinetem premiera Li Qianga w czerwcu br. W kontekście powyższych podziałów i sporów w rządzie nie można zignorować sposobu prezentacji strategii. Gestem wobec „jastrzębi” było jej ogłoszenie w siedzibie Mercatora, think tanku znanego z krytycznych analiz na temat Chin, którego pracowników władze w Pekinie objęły sankcjami. Rangę prezentacji obniżyła jednak obecność tylko jednego ministra federalnego. To wyraźny kontrast w zestawieniu z niedawnym ogłoszeniem narodowej strategii bezpieczeństwa, na którym obecni byli nie tylko Scholz, lecz także minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser, minister obrony Boris Pistorius oraz minister finansów Christian Lindner. Być może taka formuła jest zabiegiem dyplomatycznym obliczonym na zbadanie reakcji strony chińskiej. W ten sposób kanclerz zastrzegłby sobie możliwość późniejszego doprecyzowania lub interpretowania zapisów strategii.

Niemiecka strategia wobec Chin może stać się istotnym narzędziem kształtowania polityki unijnej – i to w zakresie wykraczającym poza relacje z Pekinem. Berlin podkreśla, że rządowy dokument powinien być traktowany jako część europejskiej odpowiedzi na chińskie wyzwanie i w jego realizacji zamierza konsultować się z partnerami z UE. W dokumencie wezwano np. do: wzmocnienia wspólnego rynku, finalizacji tworzenia unii bankowej i unii rynków kapitałowych, intensyfikacji współpracy technologicznej jako narzędzi ekonomicznych wzmacniających pozycję Europy względem konkurentów globalnych. W strategii zawarto też jednak daleko idące oczekiwania polityczne. Niemcy twierdzą, że problem koordynacji działań wobec Chin wyraźnie pokazuje potrzebę reformy zasad głosowania i zwiększenia zasięgu wykluczającej weto metody większościowej. Ponadto, mając na względzie perspektywę rozszerzenia UE, Berlin oczekuje od państw kandydujących akceptacji wypracowanego na forum unijnym podejścia do Chin.

Pekin był przygotowany na publikację niemieckiej strategii i po pierwszych przeciekach do prasy na jej temat w listopadzie 2022 r. rozpoczął kampanię nakierowaną na złagodzenie stanowiska Berlina. Skoncentrowano ją na naciskach dyplomatycznych (oskarżenie RFN o oczernianie Chin i zimnowojenną mentalność, sformułowane przez MSZ ChRL) i gospodarczych (narracja o nieuniknionej recesji gospodarczej Niemiec w razie wdrożenia de-riskingu). Starano się też wykorzystać różnice w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z Pekinem. Kanclerza Scholza chińskie media kreowały więc na pragmatycznego polityka oddzielającego spory polityczne od interesów gospodarczych – zarówno jego wizyta w Chinach tuż po XX Zjeździe KPCh, jak i dopuszczenie chińskiego koncernu COSCO do zakupu części udziałów jednego z terminali w porcie w Hamburgu miały dowodzić, że jest on gwarantem stabilnych relacji wzajemnych. Minister Baerbock i wicekanclerz Habeck byli natomiast od miesięcy poddawani otwartej krytyce ze strony chińskich dyplomatów i prasy. Zarzucano im m.in. błędną interpretację zamiarów ChRL oraz proamerykańskość.

Reakcja Pekinu na sam dokument była jednak lakoniczna i stosunkowo koncyliacyjna. Ambasada ChRL w Berlinie, a następnie chiński MSZ zaznaczyły, że ma on wprawdzie podłoże ideologiczne, lecz między Berlinem a Pekinem wciąż jest „więcej pola do współpracy niż do rywalizacji”. Postawa chińskich władz może mieć związek z ich nadziejami na przyciągnięcie niemieckich inwestycji, które pomogłyby stworzyć miejsca pracy i pobudzić transfer technologii, co jest niezbędne do ożywiania gospodarki ChRL po jej rozczarowującym odbiciu po pandemii (...).

Pekin jest świadomy szczególnej roli, jaką odgrywają niemieccy przedsiębiorcy – głównie z kluczowej dla gospodarki RFN branży samochodowej – w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z ChRL. W swoim dialogu z niemieckim biznesem korzysta więc on z metody „kija i marchewki”. Z jednej strony pozytywnym sygnałem ze strony Pekinu było np. podjęcie przez ministra handlu Wanga Wentao delegacji niemieckich przedsiębiorców (w tym Karla Haeusgena, prezesa Niemieckiego Związku Producentόw Maszyn VDMA, oraz Christiana Kleina, dyrektora generalnego koncernu informatycznego SAP SE) na kilka dni przed publikacją strategii. Z drugiej strony ChRL sygnalizuje, że może użyć przeciw niemieckiemu biznesowi narzędzi nacisku, podobnie jak uczyniła to już w przeszłości, inicjując bojkoty handlowe wobec Australii, Litwy czy Korei Południowej. Pekin dysponuje szeregiem narzędzi oddziaływania na niemieckich przedsiębiorców, począwszy od wykorzystania swej dominującej pozycji w łańcuchach dostaw komponentów dla pojazdów elektrycznych, przez liczne wspólne przedsięwzięcia badawcze, po dostęp do głównego rynku elektromobilności na świecie (...).

osw.waw.pl

Pomimo stopniowego zaostrzania unijnej polityki wobec Chin i świadomości wartości bliskich relacji transatlantyckich w ostatnich miesiącach w UE coraz bardziej widoczne są różnice w tych kwestiach. Takie państwa, jak Francja, Niemcy, Hiszpania i Portugalia obawiają się dalszego zaostrzania polityki Unii wobec Chin i opowiadają się za większą autonomią wobec USA, natomiast państwa wschodniej flanki NATO, m.in. Polska, Czechy, Litwa, Łotwa i Estonia, a także Szwecja, za priorytet uznają współpracę transatlantycką, również w związku z zacieśniającymi się relacjami chińsko-rosyjskimi.

Państwa Europy Zachodniej dążą do utrzymania zysków ekonomicznych ze współpracy z Chinami, a także opowiadają się za większą autonomią Unii wobec USA. Powodem jest – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych – postrzeganie zagrożeń z relacji z Chinami jako niemających charakteru systemowego i niedotyczących unijnego bezpieczeństwa. Oznacza to m.in. przekonanie o zaletach współpracy z Chinami w sprawach globalnych (np. klimatycznych), a przede wszystkim ograniczanie zakresu zmniejszania przez UE zależności gospodarczych od ChRL. Sygnalizował to zarówno prezydent Macron po kwietniowej wizycie w Chinach, kanclerz Niemiec Olaf Scholz po czerwcowych konsultacjach z chińskim premierem oraz przewodniczący RE Charles Michel po rozmowach z szefem rządu ChRL w czerwcu br. Sprzeciwiają się oni najbardziej radykalnym działaniom, przede wszystkim sankcjom wobec przedsiębiorstw z sektora wysokich technologii czy unijnym restrykcjom dotyczącym współpracy europejskich firm z Chinami. Nałożenie wspomnianych ograniczeń miałoby negatywne ekonomicznie konsekwencje, na które UE nie jest obecnie gotowa. W ocenie tych polityków uznanie, że Chiny są jedynie rywalem UE, pogorszyłoby też relacje Unii z Globalnym Południem, dla którego ChRL jest ważnym partnerem. Choć od przemówienia przewodniczącej KE z 30 marca br. o polityce UE wobec Chin dominującym w Unii podejściem jest tzw. derisking, czyli zmniejszanie powiązań z ChRL w najbardziej newralgicznych sektorach, część państw niechętnych rozluźnianiu relacji z Chinami stara się rozmyć jego znaczenie. Przykładowo kanclerz Niemiec sugeruje (podobnie jak premier ChRL), aby to firmy, a nie państwa podejmowały decyzje o ograniczaniu zależności od Chin.

Dla państw wschodniej flanki NATO priorytetem jest utrzymanie obecności wojskowej USA w Europie oraz przekonania o konieczności rozbudowy potencjałów obronnych państw UE w sytuacji możliwego przeniesienia uwagi i zasobów amerykańskich sił zbrojnych na Indo-Pacyfik. Litwa i Czechy postulują nawet modyfikację unijnej polityki wobec Chin. Chcą, by ChRL określać jedynie mianem systemowego rywala, odrzucając tym samym postrzeganie tego państwa jako partnera i konkurenta. Polityka zacieśniania współpracy transatlantyckiej w Azji jest częściowo popierana przez KE, czego wyrazem było np. bardziej zdecydowane wsparcie dla Tajwanu wyrażone w oświadczeniu po piątej sesji konsultacji UE–USA ds. Indo-Pacyfiku w czerwcu br. Gotowość Unii do zacieśniania współpracy m.in. w dziedzinie sztucznej inteligencji czy dezinformacji potwierdziła też majowa sesja unijno-amerykańskiej Rady ds. Handlu i Technologii.

Różnice między państwami członkowskimi dotyczące percepcji Chin oraz wagi relacji transatlantyckich utrudniają dalsze zaostrzanie stanowiska Unii. Świadczą o tym unijne inicjatywy, które napotkały opór części członków UE, np. apel wystosowany przez KE o usunięcie chińskich firm z unijnej infrastruktury 5G. Ponadto, choć chińskie firmy znalazły się na projektowanej liście sankcyjnej jedenastego pakietu sankcji wobec Rosji – za wsparcie jej w omijaniu dotychczasowych restrykcji, finalnie decyzją całej RE zostały jednak z niego wyłączone. Gotowość do współpracy z ChRL w kwestiach globalnych znalazła również odzwierciedlenie w oświadczeniu po czerwcowym szczycie Rady Europejskiej.

 W optyce ChRL aktywizacja dyplomatyczna w relacjach z Unią i jej państwami członkowskimi osiągnęła cel, czyli utrzymała różnice zdań w unijnej debacie i niespójne działania Komisji Europejskiej wobec Chin. Szczególnie korzystne z punktu widzenia ChRL jest publicznie dystansowanie się części państw europejskich od koncepcji, że Chiny są zagrożeniem dla porządku międzynarodowego, a w związku z tym brak zgody na przyjęcie przez UE niektórych postulatów USA, np. kolejnych sankcji wobec chińskich podmiotów. Taka polityka będzie przez Chiny kontynuowana, m.in. wykorzystają objęcie w lipcu br. prezydencji w Radzie UE przez Hiszpanię, która sprzyja stonowanemu podejściu do ChRL.

Polityka UE daje ChRL nadzieję na ograniczenie negatywnych skutków deriskingu, a tym samym – strat własnego potencjału ekonomicznego. Utrzymanie zależności państw członkowskich od Chin jest także cennym narzędziem z punktu widzenia ewentualnych chińskich planów eskalacyjnych, np. wobec Tajwanu. Osłabienie więzi USA z częścią członków UE mogłoby też wpłynąć negatywnie na ich wspólne działania wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, które dotychczas stanowią czynnik odstraszający ChRL przed agresywnymi posunięciami w Azji.

Dla Europy Środkowej kluczowe jest utrzymanie postulatu zmiany polityki Chin wobec Rosji jako warunku ożywienia współpracy Unii z nimi, która powinna odbywać się w koordynacji z USA. Ważna jest także rezygnacja Unii ze współpracy z ChRL w zakresie infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwa i sektorów strategicznych, przy utrzymaniu relacji handlowych w innych obszarach. Dla Polski ważnym elementem wzmacniania relacji transatlantyckich w UE jest ponadto przyciąganie nowoczesnych inwestycji (w tym amerykańskich czy tajwańskich), służących także jako dowód na stabilność państwa w sytuacji wojny na Ukrainie. Znaczenie ma również rozwijanie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z krajami Indo-Pacyfiku (np. Koreą Południową) oraz przekonywanie innych państw UE do wzmacniania potencjału obronnego Unii jako europejskiego filaru NATO.

pism.pl

– Unijny rynek bateryjny pozostaje niewielki w porównaniu z chińskim czy amerykańskim, co budzi obawy obawy, że Unia Europejska swoją zależność od paliw kopalnych z Rosji może zastąpić uzależnieniem od surowców i baterii z Chin – pisze Energy Monitor, odnosząc się do przyjętych w tym miesiącu przez władze UE przepisów.

Nowe rozporządzenie zastępuje dyrektywę ws. baterii, która obowiązywała od 2006 r., a jego zapisy mają wdrożyć w tym kluczowym dla transformacji energetycznej sektorze zasady gospodarki o obiegu zamkniętym. Dotyczy to całego cyklu życia produktu – od projektowania po przetwarzanie odpadów.

Przepisami będą objęte wszystkie baterie – do urządzeń przenośnych, pojazdów elektrycznych, samochodów i maszyn, czy też coraz popularniejszych elektrycznych rowerów i hulajnóg. Producenci będą zobowiązani do zbierania zużytych baterii z urządzeń przenośnych (63 proc. do końca 2027 r. i 73 proc. do końca 2030 r.), a także z lekkich środków transportu (51 proc. do końca 2028 r. i 61 proc. do końca 2031 r.).

Kluczowe są też przepisy dotyczące odzyskiwania litu, które ustalono na poziomie 50 proc. do końca 2027 r. i 80 proc. do końca 2031 r. Przewidziano jednak możliwość rewizji tych celów w zależności od postępów rynkowych i technologicznych, a także dostępności tego surowca.

Jeśli chodzi o wykorzystanie materiałów z recyklingu w bateriach przemysłowych, a także do pojazdów i maszyn, docelowe poziomy wynoszą 16 proc. kobaltu, 85 proc. ołowiu, 6 proc. litu i 6 proc. niklu. Baterie będą musiały posiadać dokumentację poświadczającą zawartość materiałów z recyklingu.

Przewidziano też m.in., że do 2027 r. użytkownicy końcowi powinni móc usuwać i wymieniać baterie przenośne wmontowane do urządzeń przenośnych, czyli choćby telefonów komórkowych. Wprowadzono także wymogi informacyjne i zasady dotyczące etykietowania, m.in. w odniesieniu do komponentów baterii i zawartości materiałów z recyklingu (do 2026 r.), a także „paszport” baterii i kod QR (do 2027 r.).

Rozporządzenie zostało przyjęte przez państwa członkowskie niemal jednogłośnie – od głosu wstrzymały się tylko Słowenia i Bułgaria. Energy Monitor wskazuje, że nowe prawo ma zapewnić Europie najbardziej zielone baterie na świecie, ale pozostaje pytanie, na ile skuteczne okażą się ono w zmniejszaniu zależności od importu spoza UE.

Jak na razie pozytywne głosy popłynęły ze strony europejskiej branży bateryjnej. Stowarzyszenie RECHARGE oceniło, że przepisy pomogą wesprzeć zarówno konkurencyjność (ograniczając import niskiej jakości produktów), jak i cele związane z dążeniem do neutralności klimatycznej i zrównoważonego rozwoju.

Również BEUC, europejskie zrzeszenie organizacji konsumenckich, przyjęło przepisy z zadowoleniem, wskazując, że wady baterii należą do najczęściej zgłaszanych problemów przez konsumentów – zwłaszcza w przypadku elektroniki użytkowej, takiej jak telefony komórkowe.

Działania, które podejmuje UE, nie dziwią też w kontekście tego, że recykling baterii staje się kolejnym obszarem globalnej rywalizacji gospodarczej. Jednak w tym wyścigu zawsze na lepszej pozycji są ci, którzy poza kijem oferują także marchewkę. Taką natomiast daje amerykańska ustawa o redukcji inflacji (IRA), która pompuje setki miliardów dolarów wsparcia dla inwestycji zielone technologie.

– W USA zużyte baterie pojazdów elektrycznych zamieniają się w złoto dzięki subsydiom – analizuje Reuters. Według IRA surowce z baterii poddanych recyklingowi w USA są traktowane jako lokalne – niezależnie od pierwotnego miejsca pochodzenia. To natomiast jest kluczowe dla producentów samochodów, gdyż wykorzystywanie lokalnych surowców stanowi podstawę do kwalifikowania pojazdów jako uprawnionych do dopłat.

IRA oferuje też wsparcie dla inwestycji w recykling baterii, co sprawia, że w ostatnich miesiącach ogłoszono już kilka dużych projektów. Przykładem jest Redwood Materials, który na budowę kompleksu recyklingu i regeneracji materiałów akumulatorowych w Nevadzie otrzymał 2 mld dolarów rządowej, preferencyjnej pożyczki.

Amerykańskie władze chcą zmniejszyć zależność od Chin, które nie tylko dominują w pozyskiwaniu i przetwórstwie metali potrzebnych do produkcji baterii, ale też praktycznie nie mają żadnej konkurencji w ich recyklingu. Według firmy badawczej EMR obecnie Chińczycy odpowiadają za prawie cały ten rynek, którego wartość w ubiegłym roku wynosiła ok. 11 mld dolarów, a w 2028 r. może osiągnąć 18 mld dolarów.

Reuters zwraca uwagę, że rosnące zapotrzebowanie na odzysk surowców bateryjnych może skutkować tym, że starsze samochody elektryczne w bogatych krajach – w przeciwieństwie do spalinowych – zamiast być sprzedawane do biedniejszych państw będą trafiać do zakładów recyklingu.

Niektórzy producenci elektryków już podejmują działania, aby zachować kontrolę nad surowcami, które stosują w swoich pojazdach. Przykładowo Nissan w Japonii rozwija wynajem samochodów, a Nio w Chinach wynajmuje klientom baterie, by móc zachować prawo do ich własności.

Wprowadzane w UE minimalne ilości litu, kobaltu i niklu pochodzące z recyklingu w bateriach pojazdów elektrycznych to także sygnał dla europejskich koncernów. Thomas Becker, szef ds. zrównoważonego rozwoju w BMW, cytowany przez Reutersa, podkreślił, że wartość surowców uczyni recykling baterii opłacalnym, ale wyzwaniem będzie zatrzymanie ich w Europie.

Czy to wszystko ma jednak szanse powodzenia? – Łańcuch dostaw dla baterii, który wyklucza Chiny, wydaje się niemożliwy – ocenia „The Economist”.

Globalna sprzedaż samochodów elektrycznych wzrosła pięciokrotnie w latach 2019-2022, przekraczając w ubiegłym roku 10 mln sztuk. Podaż minerałów potrzebnych do produkcji baterii litowo-jonowych musi rosnąć co roku o jedną trzecią w ciągu tej dekady, aby zaspokoić szacowany globalny popyt.

Prawie połowa litu wyprodukowanego w 2022 r. pochodziła z Australii, 30 proc. z Chile i 15 proc. z Chin. W przypadku niklu Indonezja odpowiadała w ubiegłym roku za 48 proc. światowej produkcji. Kolejne 10 proc. stanowiły Filipiny, a 5 proc. Australia.

Jednak to przetwórstwo surowców jest prawdziwą sztuką, którą opanowali Chińczycy. Według szacunków Państwo Środka przetwarza ok. 3/4 światowego wydobycia niklu oraz ok. 2/3 litu. Nawet jeśli produkcja odbywa się poza granicami Chin, to wywodzące się z nich firmy mają w niej dominujący udział.

Dlatego – mimo kontrowersji – Ford postanowił w wartą 3,5 mld dolarów fabrykę w Michigan zainwestować wspólnie z chińskim koncernem CATL, który jest największym producentem baterii na świecie. Grupa produkuje ponad jedną trzecią akumulatorów do pojazdów elektrycznych na świecie.

„The Economist” podkreśla, że chińskie firmy dominują również w produkcji części do akumulatorów, z udziałami wynoszącymi od 50 do 70 proc. Dalsze pozycje zajmują firmy z Korei Południowej i Japonii. Dlatego nawet jeśli USA uda się zabezpieczyć wystarczającą ilość surowców spoza chińskich źródeł, to będą potrzebowały masowych inwestycji koreańskich i japońskich koncernów, które posiadają odpowiedni know-how.

W ocenie „The Economist” rozbudowa łańcucha dostaw na potrzeby elektromobilności, aby mógł on zaspokoić potrzeby związane z globalnym popytem na samochody elektryczne, to jedno z największych przemysłowych wyzwań, które kiedykolwiek podjęto.

Jednocześnie zasoby już teraz są mocno ograniczone, więc rosnące potrzeby będzie trudno zaspokoić bez udziału Chin. Zwłaszcza, jeśli Europa czy USA stawiają sobie ambitne cele dotyczące celów klimatycznych.

– Jak Chiny pokonały wszystkich, by zostać światowym liderem elektromobilności – na to pytanie natomiast odpowiada Bloomberg, który wskazuje, że działania podejmowane obecnie przez rządy w USA czy Europie są stosowane w Chinach już od wielu lat. To natomiast pozwoliło tamtejszy rynek uczynić największym zarówno pod względem sprzedaży samochodów elektrycznych, jak i pod kątem przemysłu i technologii.

W ubiegłym roku elektryki stanowiły 1/4 wszystkich sprzedanych samochodów osobowych w Chinach. Dla porównania w USA ten udział wyniósł 1/7, a w Europie 1/8. HSBC szacuje, że do 2030 r. samochody elektryczne w drugiej co do wielkości gospodarce świata będą odpowiadały za 90 proc. sprzedaży.

Łącznie z hybrydami typu plug-in w 2022 r. nabywców znalazło tam blisko 5,7 mln pojazdów. To ponad połowa światowego popytu. Jednocześnie chińskie marki elektryków odpowiadają za około połowę globalnej sprzedaży.

Natomiast w pierwszym kwartale tego roku Volkswagen po raz pierwszy od 15 lat stracił pozycję lidera sprzedaży w Chinach. Wyprzedził go tamtejszy BYD, który osiągnął to właśnie dzięki pojazdom elektrycznym.

Oczywiście Chiny mają też największą sieć publicznych ładowarek – według stanu na koniec maja tego roku było ich prawie 6,4 mln, a tylko w ubiegłym roku powiększyła się ona o ok. 650 tys. nowych punktów. Ponad 70 proc. wszystkich nowych ładowarek oddanych do użytku na świecie w 2022 r. przypadło właśnie na Państwo Środka.

Nic nie nie dzieje się jednak bez przyczyny. Bloomberg wyjaśnia, że chińskie władze od wielu rozwijały rynek przez marchewki dla konsumentów (dopłaty i ulgi podatkowe) oraz producentów (wsparcie dla inwestycji), a także poprzez infrastrukturę do ładownia pojazdów.. Wiele samorządów przestawiło też swój transport publiczny oraz podległe jednostki na elektryki, co pozwala stabilizować branżę, gdyż przykładowo BYD produkuje również autobusy.

Są też oczywiście kije, związane chociażby z rugowaniem samochodów spalinowych w największych miastach. W Pekinie czy Szanghaju tablice rejestracyjne dla spalinówek można wygrać w loterii lub kupić na aukcji, a elektryka można bez problemu zarejestrować.

Z kolei producenci samochodów, które są najbardziej paliwożerne, otrzymują negatywne oceny, które muszą równoważyć certyfikatami nabywanymi od producentów samochodów elektrycznych. Pojazdy z najgorszą oceną mogą zostać wycofane z rynku.

wysokienapiecie.pl

Przypomnijmy, że trwające zamieszki we Francji wybuchły po tym, jak 27 czerwca br. jeden z policjantów podczas interwencji zastrzelił 17-letniego obywatela tego kraju. Śmierć nastolatka arabskiego pochodzenia stała się punktem zapalnym. Na ulicach pojawiła się przemoc prowadząca do ogromnych zniszczeń. Palone są m.in. samochody, nieruchomości a sklepy rabowane. 

W sieci nie brakuje obrazów z centrum zdarzeń. Wystarczy wejść na dowolną platformę społecznościową i bez trudu znajdziemy zdjęcia lub filmiki pokazujące ulice francuskich miast pogrążone w chaosie. 

Wśród prawdziwych materiałów nie brakuje też fejków. To o tyle niepokojące, że fałszywe treści zyskują ogromny zasięg, wpływając na postrzeganie całej sytuacji przez odbiorców. Mario Nawfal, CEO IBC Group, postanowił zweryfikować pojawiające w sieci „doniesienia", a swoimi odkryciami podzielił się na Twitterze. 

Widzieliście krótki klip przedstawiający mężczyznę na dachu budynku z bronią, celującego w grupkę ludzi (...)? 

W social media filmik krąży z dopiskiem, że to jedna ze scen z francuskich zamieszek. W rzeczywistości to nieprawda. Jak tłumaczy Mario Nawfal, nagranie po raz pierwszy pojawiło się w intrenecie w marcu 2022 r. Nie brakuje również wątpliwości, czy mężczyzna faktycznie trzyma prawdziwą broń. 

Innym popularnym filmikiem jest ujęcie spadających z budynku (najpewniej piętrowego parkingu) samochodów na środek ulicy. Po ich kontakcie z ziemią dochodzi do eksplozji. Takie sceny dzieją się we Francji? Otóż NIE.

Sytuacja, którą widzimy na nagraniu to... scena z filmu „Szybcy i wściekli 8". Zdjęcia robiono w Cleveland w stanie Ohio. „Jak ludzie nie są w stanie tego zweryfikować?" – pyta Mario Nawfal.

Kojarzycie zdjęcie policyjnej furgonetki przejętej przez wiwatujących uczestników zamieszek? Jeden z nich siedział z francuską flagą na dachu, inny wychylał się z tyłu pojazdu, a w pobliżu jeszcze inny jechał na crossie na jednym kole. 

No cóż... Ujęcie pochodzi z filmu „Athena", nakręconego w ubiegłym roku. 

Czy Batman przybył do Francji w czasie zamieszek? Na takie wideo możecie trafić w sieci. Problem w tym, że jest to – po pierwsze – „jedynie" człowiek w stroju superbohatera, a po drugie – filmik pochodzi z zamieszek w... USA. Taki detal.

„Rekiny przejęły kontrolę we Francji!" – też nie. Zdjęcie, które zyskało popularność nie dotyczy Francji, lecz Chin. Przedstawia skutek pęknięcia wielkiego akwarium w centrum handlowym w Szanghaju, do którego doszło w 2012 r. Fotografia sama w sobie jest prawdziwa, ale ktoś pomylił czas, miejsce i okoliczności zdarzenia.

Jeśli korzystacie z TikToka, to mogliście natrafić na filmik ukazujący zatłoczoną ulicę i plac w rzekomo Nanterre. Wideo, które – jak podaje Mario Nawfal – wyświetliło ponad 10 mln osób, wcale nie ukazuje sytuacji we francuskim mieście. 

W rzeczywistości nagranie dotyczy tłumów, jakie zgromadziły się w Meksyku w czasie jednego z koncertów.

cyberdefence24.pl

Władze w Pekinie poinformowały wczoraj, że nakładają nowe ograniczenia eksportowe na dwa metale kluczowe dla produkcji półprzewodników i innych komponentów elektronicznych. Zgodnie z decyzją Ministerstwa Handlu i Generalnej Administracji Celnej, od 1sierpnia nie będzie można eksportować galu i germanu, a także powiązanych związków chemicznych bez pozwolenia. Ograniczenia są wprowadzane w oparciu o prawo kontroli eksportu, wdrożone pod koniec 2020 roku. Pozwala ono zakazać wysyłki kontrolowanych produktów do niektórych firm zagranicznych ze względów bezpieczeństwa narodowego.

Mam poczucie déjà vu, ponieważ już kiedyś byliśmy w tym miejscu. Pierwsze ograniczenia na eksport rud metali ziem rzadkich Pekin wprowadził już w 2010 roku, szybko skończyło się to utratą dominującej pozycji na rynku.1 W 2015 roku po cichu odpuszczono większość ograniczeń eksportowych. Chociaż gal i german nie są zaliczane do metali ziem rzadkich, to znajdują się na liście surowców krytycznych UE, a mechanizm działania Pekinu przypomina akcję z 2010 roku. Dlaczego Xi Jinping i towarzysze próbują znowu tego samego?

Moim zdaniem to element wojny chipowej. Waszyngton rozważa kolejne zaostrzenie ograniczeń eksportu technologii półprzewodników do Chin. Projektowane obostrzenia dotyczyłyby chipów wykorzystywanych w sztucznej inteligencji. Pekin działa wyprzedzająco. Gal jest wykorzystywany w nowoczesnych procesorach, gdzie pozwala zmniejszyć straty mocy. Również azotek galu jest wykorzystywany w laserach i z tego co piszą agencję wygląda, że będzie coraz szerzej stosowany w półprzewodnikach w pojazdach elektrycznych.

Odcięcie od chińskiego galu zapewne spowolni na jakiś czas rozwój całego sektora pojazdów elektrycznych poza ChRL, a zagraniczne podmioty, które nie będą w stanie pozyskać galu lub powiązanych produktów z Chin, będą musiały rywalizować na rynku o niskiej podaży i rosnącym popycie. Tymczasowo spowoduje to wzrost cen tego metalu i utrudni przyjęcie niektórych najnowocześniejszych technologii.

Słowem kluczem jest jednak tutaj „tymczasowo.” Ponieważ, tak jak było to w przeszłości, z czasem będzie coraz więcej alternatywnych producentów i w ostateczności to Pekin straci dominującą pozycję na rynku. Co więcej, cała sprawa powinna podziałać otrzeźwiająco na pięknoduchów na Zachodzie. Zwolennicy zmniejszania ryzyka związanego z uzależnieniem gospodarczym od Chin zyskali kolejny dowód, że jest to koniecznością.

Inna sprawa, to dlaczego Pekin zdecydował się na ten ruch teraz? Wydaje się, że to element presji przed wizytą Janet Yellen szefowej FED w Pekinie. Możliwe, że to też element gry wewnętrznej. Xi Jinping musiał jakoś odpowiedzieć na rosnące ograniczenia w eksporcie do ChRL kluczowej technologii. Wygląda więc na to, że Waszyngtonowi udało się sprowokować ChRL do ruchu, który jeszcze bardziej podkopie zaufanie jej partnerów gospodarczych i może wyrządzić w dłuższej perspektywie czasu więcej szkód Pekinowi niż same sankcje technologiczne.

zawielkimmurem.net