Kilka tygodni wcześniej brałem udział w obiedzie roboczym, na którym przemawiał były minister finansów jednego z państw strefy euro. Rozmawiano o rosnącej fali populizmu. Były minister odszedł z polityki i nie przebierał w słowach, mówiąc o błędach popełnionych przez elitę europejskich decydentów. „Oskarżamy populistów o składanie obietnic niemożliwych do spełnienia, a pod tym względem powinniśmy bić się sami w pierś” – powiedział nam.
Tego samego wieczoru na obiedzie omawiałem problem, który nazywam „trylematem”, czyli niemożliwość jednoczesnego posiadania narodowej suwerenności, demokracji i hiperglobalizacji. Trzeba wybrać dwa elementy z trzech. Były polityk mówił z pasją: „Populiści są przynajmniej szczerzy. Jasno mówią, jakiego wyboru dokonują: chcą państwa narodowego, a nie hiperglobalizacji czy wspólnego rynku europejskiego. Ale my powiedzieliśmy obywatelom, że można mieć wszystkie trzy rzeczy jednocześnie. Nie możemy obiecywać czegoś, czego nie damy rady osiągnąć”. (...)
Elity często nie mogą zrozumieć, dlaczego ludzie biedni albo z klasy pracującej głosują na kogoś takiego jak Trump. Przecież polityka gospodarcza, którą obiecywała Hillary Clinton, byłaby najprawdopodobniej dla nich korzystniejsza. Ten ewidentny paradoks tłumaczą ignorancją wyborców, irracjonalnością albo rasizmem.
Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie, spójniejsze z racjonalnością oraz z interesem własnym. Kiedy politycy głównego nurtu tracą wiarygodność, naturalne jest, że wyborcy skreślają też obietnice, które wcześniej składali ich liderzy. Od tego momentu przyciągać ich będą raczej kandydaci wywodzący się spoza establishmentu, wobec których oczekuje się odejścia od głównych, obowiązujących dotąd programów politycznych.
krytykapolityczna.pl