W sumie to można wykazać pewną prawidłowość dotyczącą picia w Rosji.
To znaczy?
Administracja pije mniej niż armia. A armia pije mniej niż flota. Miałem okazję to oglądać podczas pięciu lat służby w Petersburgu, miejscu stacjonowania rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Bywałem na armijnych przyjęciach i miałem okazję to oglądać z bliska. Flota była zawsze znacznie bardziej pijana, mniej unikała alkoholu.
Tradycyjnie w dniu Świętego Mikołaja śniadanie wydawał rokrocznie metropolita petersburski - w parafii Świętego Mikołaja, dedykowanej dla garnizonu Floty Bałtyckiej. Na te przyjęcie przechodziły różne kategorie gości: dygnitarze świeccy, korpus dyplomatyczny, elita floty i garść wojskowych lądowych. Do tego duchowieństwo. I alkohol lał się od rana. Potrafi sobie pani to wyobrazić? W głowie stołu siedzi zacny, kulturalny i dobrze wychowany - siwy jak gołąbek - ówczesny metropolita i uczestniczy w zabawie, bo oszczędnie pije koniak Hennessy.
Zresztą to był przez lata najważniejszy zachodni napój dla rosyjskich elit. To była dla nich marka, która świadczyła o światowości, europejskości. I ten metropolita sączący go łyczkami, a cała elita pije i ryczy jak niedźwiedzie. Regularnie zacząłem bywać w Rosji w latach 70. A więc jak łatwo policzyć na palcach - mamy już piątą dekadę moich kontaktów z tym krajem. Pamiętam, jak piło się w latach 70. Pamiętam, jak się piło w latach 90. Im było w Rosji spokojniej, tym mniej się piło. Im więcej w elitach było obaw, niepokoju i niepewności, tym więcej.
wp.pl



