czwartek, 9 marca 2023


Kilka dni temu jeden z portali społecznościowych obiegła informacji o stosunku strat sił ukraińskich i rosyjskich pod Bachmutem. Jej autorem jest jeden z przedstawicieli środowiska OSINT. Według niego w walkach o miasta straty mają być wyrównane lub wynosić 1:2 na korzyść strony ukraińskiej. Powyższy szacunek wywołał dyskusję na temat rzeczywistej skali strat obu stron, a także metody ich ustalenia.

Warto zwrócić uwagę również na inne analizy i szacunki. 6 marca 2023 r. CNN podało, że wywiad NATO ocenia straty rosyjskie na 5 razy większe niż ukraińskich obrońców. Z kolei żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy o pseudonimie „Kijowianin" (Киянин) ocenia średni stosunek strat obrońców miasta do najeźdźców na 1:7, a wyjątkowych przypadkach nawet 1:10. O ile wyglądają one na wygórowane, to trzeba podkreślić, że od listopada 2022 r. rosła liczba doniesień o rosyjskich szturmach wykonywanych (jak to określają Ukraińcy) „w trybie hordy". Chodzi rzecz jasna o przeważnie samobójcze uderzenia wagnerowców-więźniów i części jednostek Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej złożonych ze słabo wyszkolonych rekrutów.

Według Marka Meissnera, polskiego analityka OSINT, kwestia stosunku strat jest bardziej złożona i uzależniona od pododcinka frontu. Najmniej korzystna dla Ukraińców była sytuacja w północnej części Bachmutu, gdzie Rosjanie poczynili istotne postępy po zdobyciu wsi Krasna Hora i Paraskowijiwka, po czym mogli oni przeciąć szosę M-03 i zająć Berchiwkę i położone przy samym Bachmucie Jahidne. Zdobyty przez najeźdźców został też cały teren zabudowany przy ulicy Świętego Jerzego, czyli dzielnica północna. Na tym pododcinku stosunek strat ukraińskich do rosyjskich wynosił 1:2/2,5, a sporadycznie nawet 1:1. Z kolei w Zabachmutce, czyli wschodniej dzielnicy miasta, położonej za rzeką Bachmutką, stosunek ten wynosił już 1:4 na korzyść Ukraińców. Podobnie dobrze zdaniem Meissnera jest na południowych obrzeżach miasta oraz pod wsią Iwaniwskie, gdzie obrońcy utrzymują swoje pozycje, co potwierdzają doniesienia ukraińskie oraz niezależne analizy.

Marek Meissner słusznie zwraca też uwagę na to, że większość strat ukraińskich to ranni, a u Rosjan są to najczęściej polegli i zmarli od ran. Liczba tych ostatnich jest zresztą bardzo wysoka, o czym donosi się od kilku miesięcy. Wielu rosyjskich rannych jest porzucanych lub pozostawianych bez opieki. Meissner podsumowuje ten problem następująco:

"Rosjanie wiele razy zostawiali swoich rannych na przedpolu, nie przychodzili po nich! Zdaje się że u nich jest coś w rodzaju stosunków frontowych z I Wojny: jak masz dość siły, żeby doczołgać się do swoich, to masz szczęście. Jeśli nie - to twój problem."

Warto dodać, że w ostatnich dniach mogliśmy trafić zdjęcia z trumnami poległych Wagnerowców, a także fotografie, na których widoczne były stosy ciał poległych. Ciekawy tutaj jest fakt, że to właśnie strona rosyjska publikowała te materiały. Prawdopodobnie był to element gry Prigożyna, w celu zwiększenia dostaw amunicji oraz wsparcia sił Wagnera przez rosyjskie wojska powietrzno-desantowe.

(...)

7 marca wywiad brytyjski donosił, że obie strony ponoszą ciężkie, wyczerpujące straty, ale Ukraińcom udało się ustabilizować sytuację w północnej części miasta. Tego samego dnia Institute Study of War stwierdził, że wojska ukraińskie będą kontynuować obronę Bachmutu, gdyż pozwala to na wykrwawienie najeźdźców. Choć analitycy tej grupy przyznali, że strona ukraińska ponosi straty, to zarazem podkreślili, że dla SZU kontynowanie walki o miasto przyniesie korzyści w postaci ogromnych strat wśród elity PKW „Wagner" i elitarnych jednostek SZ FR. ISW potwierdza wyczerpywanie się liczby „mięsa armatniego" w postaci więźniów i konieczność zaangażowania cennych kadr w postaci najbardziej doświadczonych najemników. Potwierdzeniem ich ocen są skargi wagnerowców i samego Jewgienija Prigożyna na rosyjskie Ministerstwo Obrony, a także szacunki mówiące, że liczebność tej PKW spadło do zaledwie 20% w porównaniu do stanu sprzed kilku miesięcy. Analiza ISW przeczy tym samym tezom o rzekomo niekończących się potoku więźniów-najemników, stratach jedynie wśród bezwartościowych żołnierzy, a także sugestiom o rzekomo porównywalnych stratach obu stron.

Prigożyn twierdzi, że na terytorium Bachmutu przebywa obecnie około 20 tysięcy żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy, a walki są na tyle zacięte, że „brak amunicji i wsparcia dla sił Wagnera może skończyć się całkowitym upadkiem linii frontu". Analitycy ISW przewidują, że rosyjskie dowództwo będzie musiało rzucić swoje siły powietrzno-desantowe na wsparcie grupy Wagnera, aby odnieść sukces pod Bachmutem, w innym razie koniecznie będzie zrezygnowanie z prób zdobycia miasta.

defence24.pl

Dr Markus Keupp jest pewny, że Moskwa przegra wojnę. - W październiku sytuacja na wojnie będzie już taka, że de facto Rosja zostanie pokonana i stanie przed wyborem: albo wycofać się, albo armia zostanie zniszczona - podkreśla naukowiec w rozmowie z Wirtualną Polską. - Rosja będzie działać pod narastającą presją. Jeśli nie uda im się (armii Putina - przyp. red.) przeprowadzić skutecznej ofensywy do końca marca, to potem staną się ofiarami kontrofensywy ukraińskiej - wskazuje.

Ekspert ocenia, że Ukraińcy rozpoczną kontratak już za kilka tygodni. - Możemy się tego spodziewać pod koniec marca lub na początku kwietnia. Na froncie zostaną wówczas wykorzystane nowe czołgi i bojowe wozy piechoty, w tym m.in. Bradley'e czy Abramsy. To uzbrojenie jest znacznie bardziej zaawansowane, o wiele lepsze od rosyjskiego - podkreśla wykładowca Akademii Wojskowej w Zurychu.

Jako kluczowe miejsce niemiecki naukowiec wskazuje Krym. Ewentualne odcięcie półwyspu od dróg zaopatrzeniowych z Rosji mogłoby zakończyć wojnę, przez co też na tym kierunku oczekuje on ukraińskiego natarcia.

- Tak może też skończyć się ta wojna, jeśli na Krym nie będą trafiać żadne zapasy. Kijów może powiedzieć: "kontrolujemy dostęp do półwyspu" i w tym momencie Rosjanie będą mieli wybór: albo się wycofać, albo zostaną zniszczeni - wskazuje dr Keupp.

Niemiecki naukowiec podkreśla, że geopolityczny punkt ciężkości w Europie przesuwa się na wschód. Wśród liderów wymienia on Polskę i Finlandię. Tym samym traci na tym Berlin czy Paryż. - Widzimy nową oś, nazwijmy ją W-W - Warszawa-Waszyngton. Nad Wisłą, w państwach bałtyckich, Wielkiej Brytanii, Finlandii. Tam wyobrażenia są dość jasne: Ukraina ma wygrać, natomiast w Niemczech dyskusja jest ukierunkowana inaczej - twierdzi nasz rozmówca.

Ekspert wskazuje na rolę Polski jako kraju przyfrontowego i wskazuje na region, który z powodu wojny zyskał na szczególnym znaczeniu. - Rzeszów to jest nowy Rammstein, jeśli zobaczymy, ile w tej chwili instalacji wojskowych tam funkcjonuje. Przed wojną to było małe regionalne lotnisko, a teraz jest kluczowym hubem, jeśli chodzi o pomoc na rzecz Ukrainy. I po wojnie tak sytuacja będzie dalej wyglądać - twierdzi dr Keupp.

- Już wcześniej żartowałem, że jeśli teraz ktoś miałby ziemie na południowym wschodzie Polski, to może bardzo dużo zarobić, bo tam będzie budowanych mnóstwo obiektów wojskowych - dodaje.

Naukowiec wskazuje także na Polskę jako kraj, za którym podążać powinny inne. - Polska wie, że ma do czynienia z agresywną Rosją i agresywną Białorusią. Warszawa zdecydowała się na szybkie zbrojenia, zawarła umowy z Koreą. Moim zdaniem to była jedyna możliwa decyzja - uważa naukowiec.

- Warszawa będzie miała do odegrania olbrzymią rolę, jeśli chodzi o odtworzenie europejskiego potencjału bojowego - podkreśla niemiecki ekspert.

Dr Keupp wytyka także błędy niemieckiej polityki bezpieczeństwa w ciągu ostatnich 30 lat. - Od 30 lat formułowano tezę, zwłaszcza w Niemczech, że bezpieczeństwo Europy jest możliwe tylko z Rosją. Okazuje się teraz, że bezpieczeństwo w Europie to bezpieczeństwo przeciwko Rosji, czyli odbudowa armii konwencjonalnej - twierdzi wykładowca Akademii Wojskowej w Zurychu.

wp.pl

Heineken przyznał się, że w ubiegłym roku wprowadził na rynek rosyjski nowe produkty do sprzedaży. Wyszło także na jaw, że mijał się z prawdą, kiedy się zarzekał, że tamtejszy oddział działa całkowicie samodzielne.

W lutym br. platforma dziennikarstwa śledczego Follow the Money (FTM) poinformowała, iż pomimo wcześniejszych deklaracji Heinekena, że całkowicie wycofa się z Rosji, browar nadal inwestuje w tym kraju.

Według ustaleń dziennikarzy holenderski koncern w 2022 r. wprowadził na rosyjski rynek 61 nowych produktów. Wywołało to oburzenie, albowiem w marcu 2022 roku Heineken ogłosił wycofanie się z kraju agresora. Mimo to rosyjski oddział browaru poinformował na własnej stronie internetowej, że w ubiegłym roku "w rekordowym czasie" wprowadził 61 nowych produktów, co odpowiada 720 tys. hektolitrów dodatkowej sprzedaży piwa i napojów bezalkoholowych.

"Podczas gdy rosyjskie bombardowania niszczą ukraińskie miasta, a wojska lądowe zajęły znaczną część kraju, Heineken rozpoczął w Rosji ofensywę sprzedażową na dużą skalę" – komentował największy holenderski dziennik "De Telegraaf".

W odpowiedzi na te doniesienia Heineken wystosował oświadczenie, zgodnie z którym "niezbędne jest kontynuowanie ograniczonej działalności w okresie przejściowym, ponieważ staramy się przenieść naszą firmę do nowego właściciela w pełnej zgodności z międzynarodowymi i lokalnymi przepisami". Jednocześnie firma napisała, że informacje FTM są „nieprawdziwe i wprowadzające w błąd”.

„Zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy byli wcześniej jasno określić potrzebę wprowadzenia nowych produktów, a podnoszone w związku z tym pytania są zrozumiałe. Zdajemy sobie sprawę, że stworzyło to dwuznaczność i wątpliwości co do naszej obietnicy opuszczenia Rosji. Za to przepraszamy” – głosi najnowszy komunikat firmy.

Heineken podkreśla jednocześnie, że obecnie jego głównym celem jest „odpowiedzialne i jak najszybsze opuszczenie Rosji”.

PAP

Niemieckie leopardy przez długi czas znajdowały się w centrum intensywnych rozmów między zachodnimi partnerami Ukrainy. 25 stycznia kanclerz Olaf Scholz zakończył tygodnie dywagacji, obiecując, że dostarczy Kijowowi czołgi i pozwoli innym krajom zrobić to samo.

Wielu myślało wówczas, że ta decyzja wywoła lawinę darowizn od innych krajów europejskich posiadających leopardy. Okazało się jednak, że była to raczej niewielka strużka — pisze "The Economist".

Jak dotąd koalicja zadeklarowała jedynie dwa bataliony najnowocześniejszych czołgów (każdy powinien liczyć 31 pojazdów). Dania, Niemcy i Holandia kupują też dla Ukrainy co najmniej 100 starszych, ale odnowionych czołgów Leopard 1a5, tworząc trzy kolejne bataliony.

Uzupełnieniem leopardów jest zróżnicowana kolekcja innych pojazdów pancernych. Wielka Brytania wysyła Kijowowi kompanię 14 czołgów Challenger 2. USA zadeklarowały 31 czołgów M1A2 Abrams — najbardziej zaawansowanych w swoim arsenale, choć mogą one nie dotrzeć w tym roku. Polska zadeklarowała 14 leopardów i wysłała już ok. 250 zaprojektowanych przez Sowietów czołgów T-72. Do tego ma wysłać kolejne 60 zmodernizowanych T-72.

Ukraińskie brygady pancerne będą uzupełniane przez wiele innych bojowych wozów piechoty, od BMP-1 z czasów radzieckich po amerykańskie wozy Stryker i Bradley.

Jak pisze "The Economist", koncentracja opinii publicznej na czołgach odwróciła jej uwagę od ważniejszej zmiany — zachodzącej w zachodniej strategii. W grudniu USA i Wielka Brytania zdały sobie sprawę z tego, że przedłużająca się wojna nie leży w interesie Zachodu. Co więcej, zachodni analitycy zauważyli, że Rosja okazała się jeszcze słabsza, niż wcześniej sądzono.

Zaangażowany w rozmowy urzędnik podsumował ówczesną konkluzję sojuszników Ukrainy krótko: "Jeśli chcemy, by coś się zmieniło, musimy to zmienić".

Punkt zwrotny nastąpił 20 stycznia, podczas ósmego spotkania Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy — zebrania ministrów obrony odbywającego się mniej więcej raz w miesiącu w amerykańskiej bazie lotniczej w Ramstein w Niemczech. Sojusznicy zgodzili się wówczas wyposażyć Ukrainę w sprzęt wystarczający dla co najmniej jednej dywizji (10 tys. — 15 tys. żołnierzy), z zamiarem dostarczenia dużej części tego sprzętu do końca marca.

W konsekwencji przepływ broni zmienił się ze strużki w powódź — zauważa "The Economist". Z całej pomocy wojskowej dostarczonej przez Pentagon od początku wojny, 40 proc. — ponad 8 mld dol. — przyszło w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Europejski urzędnik ds. obrony powiedział, że dostawy broni uzgodnione w Niemczech w styczniu stanowią dwie trzecie całości pomocy wysłanej do Ukrainy w całym 2022 r.

(...)

Rozpoczynając ofensywę pod koniec stycznia, Kreml chciał częściowo zmusić Ukrainę do użycia tych rezerw, co w efekcie miało jej znacznie utrudnić przeprowadzenie kontrofensywy.

W ostatnich dniach rosyjscy żołnierze i najemnicy posunęli się głębiej do Bachmutu, miasta w obwodzie donieckim, które od lata ubiegłego roku znajduje się pod rosyjskim ostrzałem. W bitwie o miasto rosyjskie straty znacznie przewyższają ukraińskie. Co ważniejsze, generał Załużny uniknął oczywistej pułapki.

Zamiast rzucić znaczne rezerwy do Bachmutu, by ratować miasto, które ma wartość symboliczną, a nie strategiczną, wysłał oddziały za granicę, aby szkoliły się w obsłudze nowego sprzętu.

onet.pl

Od tygodni trwają dyskusje, czy walka w Bachmucie ma sens dla Ukraińców. Pojawiają się opinie, że Ukraińcy ponoszą tam zbyt duże straty i powinni wycofać się wcześniej. Pułkownik Lewandowski uważa inaczej. — Walka w Bachmucie ma sens. Opóźnia i wykrwawia Rosjan. Poza tym nie jest istotne, czy jest to Bachmut, Wuhłedar czy Marjinka. Wszędzie Ukraińcy bronią terenu, opóźniając Rosjan. Jeżeli opuszczą Bachmut, to Rosjanie skierują swoje siły na kolejny kierunek i będziemy mieć analogiczną sytuację jak pod Bachmutem.

Wojskowy jest przekonany, że Bachmut jest ważny z poziomu operacyjnego, bo jest węzłem, z którego można prowadzić natarcie w trzech kierunkach. — Jeśli Rosjanie chcą wykorzystywać Bachmut jako taki węzeł, to nie wystarczy im zdobycie samego miasta. Muszą odepchnąć Ukraińców poza zasięg podstawowych środków rażenia artyleryjskiego, czyli na jakieś minimum 20 km. Militarnie nic samo miasto im nie da, jeśli Ukraińcy będą je przestrzeliwać swoją artylerią. Oczywiście politycznie będzie to dla nich duży sukces.

Pułkownik Lewandowski tłumaczy, że w Bachmucie Rosjanie stosują taktykę grup szturmowych. — Jest ich dużo. Pochodzą z różnych jednostek. Wagnerowcy, milicja ługańska, piechota zmechanizowana. W jednej grupie jest 15-20 żołnierzy. Są wspierani ciężką bronią piechoty, snajperami.

— Te grupy działają w sposób skoordynowany. Dla przykładu atakuje grupa wagnerowców, ponosi straty, wycofuje się. Na ich miejsce od razu wchodzi oddział milicji z Ługańska. Ponosi straty, wycofuje się, pod obrońców próbuje podejść piechota zmechanizowana. W tym czasie wagnerowcy już się odtworzyli, wracają do walki. I tak przez całą dobę. Takich ataków w ciągu doby potrafi być z 10. Rosjanie ponoszą duże straty, ale wykruszają też ukraińskich obrońców.

W ten sposób, jak zauważa rozmówca Onetu, Rosjanie powoli, tempem ślimaka idą do przodu. Jak podkreśla, na wąskim odcinku armii Putina trudno rzucić do boju większą liczbę ciężkiego sprzętu. — Pod ogniem artylerii ukraińskiej uszkodzone rosyjskie pojazdy zaczną blokować kolejne i dojdzie do rzezi. A tam, gdzie teoretycznie można bardziej rozwinąć natarcie, obecnie leżą tysiące min.

(...)

Płk Lewandowski nie jest przekonany, że decydująca faza wielkiej ofensywy Rosjan w ogóle wystartuje. Jest zdania, że jej pierwsza, przygotowawcza faza trwa od tygodni, ale plany rozwinięcia dużej ofensywy pokrzyżowała zarówno pogoda, jak i armia ukraińska, która w ostatnich tygodniach (m.in. pod Bachmutem) zadała Rosjanom poważne straty. Wojskowy jest zdania, że na wiosnę ze swoją kontrofensywą ruszą Ukraińcy.

— Optymalnym kierunkiem byłoby Zaporoże, bo uderzenie na północy z rejonu Charkowa nie zmieni obrazu wojny. Dla Ukrainy północ nie jest kluczem do wygrania wojny. Dla Rosjan północ jest ważna, bo to jest kierunek na Charków.

onet.pl